Ciekawa oferta dla nikogo

09 paź 2011

PJN rzucił wyzwanie hegemonowi prawicy Jarosławowi Kaczyńskiemu. To zasługuje na szacunek.

Już na starcie przygotowań do wyborów PJN otrzymał cios. Było nim demonstracyjne przejście Joanny Kluzik-Rostkowskiej do obozu Platformy. Następca Kluzik – Paweł Kowal – nie był politykiem szeroko rozpoznawalnym. Aby go wykreować, PJN potrzebowałby trochę czasu, którego zabrakło. Kowal zresztą niespecjalnie kojarzy się z typem lidera. Bardziej pasuje do świata dyplomacji i do brukselskich salonów, gdzie działa jako eurodeputowany.

Trzeba jednak przyznać, że robił, co mógł, aby rozruszać kampanię. PJN przygotował całkiem ciekawe projekty liberalizacji gospodarki i programy wspierania rodzin. Cóż z tego? Wyobraźnia prawicowych wyborców jest dziś zdominowana przez spór ideowy między PO a PiS, którego ważnymi elementami są IV RP, śledztwo smoleńskie, antyprawicowa arogancja salonu czy kwestia Nergala. Tymczasem PJN wypowiadał jedynie zaklęcia o potrzebie zakończenia wojny polsko-polskiej.

Partia Pawła Kowala zapomniała też, że bardzo wielu wyborców prawicy nie tyle kocha Kaczyńskiego, ile chce głosować przeciw obozowi PO, który niemal każdego dnia obraża lub lekceważy wartości, które są im drogie. Na tym tle doktryna PJN o dwóch niewiele od siebie różniących się przeciwnikach – PiS i PO – wyglądała dość egzotycznie.

PJN nie posłuchał rad Adama Bielana, który ostrzegał, że w sporach partia ta powinna być bliżej „ludu pisowskiego” niż PO. Oczywiście po odejściu Kluzik-Rostkowskiej Paweł Kowal odsunął od kampanii najostrzejszy nurt antypisowski, ale równocześnie PJN potrafił ostrzegać w równym stopniu zarówno przed Palikotem, jak przed ludźmi, którzy gromadzili się wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Marek Migalski zaś natychmiast podchwycił nieuczciwą tezę PO, iż Kaczyński kwestionuje polskość Ślązaków i ogłosił, że prezes PiS stał się na Śląsku persona non grata.

Politycy PJN z jednej strony mieli pretensje, że nikt nie wczytuje się w ich program społeczny i gospodarczy, z drugiej strony jednak z dumą ogłaszano, że na białostockiej liście tej partii zjawi się Jarosław Kaczyński – kandydat o takim samym nazwisku jak lider PiS. Za poważne argumenty polityczne trudno też uznać obiad Pawła Kowala z Dodą oraz jej ojcem startującym z list PJN czy ogłaszanie z dumą, że partię tę popiera Michał Wiśniewski.

Skrzydła kampanii PJN podcinały sondaże, od dawna niedające partii Kowala więcej niż 1 – 2 procent. Trudno w takiej sytuacji wymagać, by media emocjonowały się najlepszymi nawet rozwiązaniami gospodarczymi Pawła Poncyljusza.

Dziwić musi też, że PJN-owcy nie zauważyli głębokiego konfliktu cywilizacyjno-politycznego, jaki jest dziś pomiędzy elektoratem prawicy a Platformą Obywatelską i Ruchem Janusza Palikota. To niedopatrzenie skutkowało tym, że hasło zakończenia wojny polsko-polskiej i lansowanie politycznej łagodności, choć okazały się ciekawą propozycją, to były ofertą dla nikogo.

Polska Jest Najważniejsza była (obok ugrupowań Marka Jurka i Janusza Korwin-Mikkego, ale one nie zarejestrowały list w całej Polsce) jedyną partią, która rzuciła wyzwanie hegemonowi prawicy Jarosławowi Kaczyńskiemu. Podjęcie takiego politycznego ryzyka zasługuje na szacunek. Czy PJN przetrwa? Jeśli potwierdzi się, że uzyskał poniżej 3 proc. może być to trudne. Przy tak nikłym poparciu trudno oczekiwać, że partia Kowala wpłynie na geografię polskiej prawicy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Plusy i minusy tygodnia (1 – 7 października)

07 paź 2011

Oceniając Darskiego,  należy wziąć pod uwagę całość osoby. Był on ciężko chory, po czym zainicjował akcję zdobywania szpiku dla chorych, wyznał, że kiedy zobaczył dobroć, którą go otoczono w czasie choroby, płakał ze wzruszenia (…) Tymczasem my zrobiliśmy z niego potwora i satanistę”- stwierdził niedawno ksiądz Adam Boniecki.

Doprawdy?

Zachęcam redaktora – seniora „Tygodnika Powszechnego” do obejrzenia zdjęć z „Faktu”. W jednym z klubów w stolicy Nergal  ubrany w księżowską stułę parodiował uzdrawianie chorych. Mili koledzy  z zespołu Times New Roman przebrali się w piżamy udając chorych i usiedli dla zabawy na wózkach inwalidzkich. Przy skandowanym przez widownię haśle:  „szatan, szatan”  Nergal kładł ręce na głowach „pacjentów”, którzy udawali uzdrowienie. Ubaw po pachy. Szkoda tylko, że na klubowym show zabrakło prezesa Juliusza Brauna. Może odegrałby jakąś równie dowcipną scenkę?

Obejrzałem z zaciekawieniem film „Pogarda” Joanny Lichockiej i Marii Dłużewskiej. To opowieść o kilku przedstawicielach rodzin smoleńskich, którzy opowiadają, jak traktowane były przez rząd ich próby uczestnictwa w śledztwie i uzyskania od premiera Donalda Tuska jakichś informacji. Trzeba usłyszeć na nowo po wielu miesiącach  rozmaite aroganckie wypowiedzi rzecznika rządu Pawła Grasia czy Stefana Niesiołowskiego, by zrozumieć tytuł filmu.  Bez większego zdziwienia przyjąłem ataki na ten film. Jedni – jak Piotr Śmiłowicz z „Newsweeka” – oburzają się, że film jest nieobiektywny, bo przed kamerę zaproszono tylko część rodzin. Cóż w tym dziwnego? Lichocka i Dłużewska robią film o tych, których coś oburza, którzy mają coś do powiedzenia. Inni nie wyrażają rozgoryczenia i  uważają, że ze śledztwem wszystko jest w porządku. „Gazetę Wyborczą” bawi z kolei użycie w filmie nowej, rockowej wersji „Pieśni konfederatów barskich” Słowackiego. „Przeciw rodzinom smoleńskim – kpi „Gazeta” – tak jak w „Pieśni konfederatów” – „na smokach wojska latające” i „władza mocarzy”. W teledysku te siły uosabiane są głównie przez strażników miejskich sprzątających znicze i policjantów odgradzających kordonem Pałac Prezydencki w gorących dniach „obrony krzyża”.

Takie to śmieszne i absurdalne? Nikt strażników nie instruuje,  kiedy nie ingerować, a kiedy wyzbierać każdy tulipan? Nie sposób odczuć władzy żadnych mocarzy? To dlaczego wraku Tu-154 nie udaje się sprowadzić do Polski od półtora roku?

Wyszedł kolejny tom dzieł zebranych Stefana Kisielewskiego zawierający tzw. powieści warszawskie. Jedna z nich to zapomniana i  przemilczana powieść „Zanim nadejdzie śmierć” wydrukowana dotąd tylko raz w dziełach wybranych Kisiela z 1995 roku.

Akcja toczy się między jesienią 1989 roku, gdy powstaje rząd Tadeusza Mazowieckiego a jesienią 1990 roku gdy szefem MSW jest już Krzysztof Kozłowski. Akurat wtedy, gdy wszyscy wokół ogłaszają  wolną Polskę,  Kisiel – bo bohater sprawia wrażenie alter ego samego Stefana Kisielewskiego – jadąc na Powązki spotyka znajomą, ale  zawsze dlań tajemniczą postać – Jana Kazimierza Morleja.

Kisiela jako miłośnika tajemnic komuny i  uważnego obserwatora  warszawskiego światka zawsze intrygowała obecność Morleja na rautach dyplomatycznych. Szeptano o nim, że jest szychą PRL-owskiego wywiadu. Teraz, gdy komunizm nad Wisłą się rozsypuje, Kisiel uznaje, że ciekawie byłoby przyjąć zaproszenie od Morleja „na herbatkę”. Zaczyna szukać Morleja pod adresem na wręczonej mu wizytówce i po jakimś czasie  wpada po uszy w intrygę, w której pojawia się nawet trup.

Nagle wychodzi na jaw, po co Morlej wciągał go w swoje sieci. Potrzebuje wyjechać z Polski, a Kisiel zna od lat nowego szefa MSW Krzysztofa K. Morlej chce skorzystać z tej znajomości, bo chce, by wydano mu paszport, mimo że jest żywą encyklopedią wiedzy o tajnych służbach.

Polecam „Zanim nadejdzie śmierć”, bo to mistrzowski opis okresu mazowiecczyzny. Niby PRL się poddaje, ale dawni ubecy mają  mnóstwo atutów  w garści. A ludzi z nowej solidarnościowej ekipy rozgrywają jak dzieci. Sam fakt, że powieść została nieukończona i urywa się w połowie zdania,  jest niepokojącą puentą tej ostatniej, niezwykle  gorzkiej opowieści Kisiela.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Trzymajmy się dobrego obyczaju

Już można wyobrazić sobie polityczną komedię.  W razie wygranej PiS Tusk wzywa prezydenta,  by powierzył Kaczyńskiemu misję utworzenia rządu. Komorowski wychwala szlachetność Tuska, ale decyduje, że nowy rząd utworzy polityk PO.

Nie wiem, kto uzyska największą liczbę głosów w najbliższych wyborach. Realnie patrząc, w grę wchodzą tylko PiS i PO. Czy jednak to lider zwycięskiego ugrupowania otrzyma od prezydenta misję tworzenia rządu? Tej zasady trzymał się Aleksander Kwaśniewski w 2001 i w 2005 roku oraz Lech Kaczyński w 2007 roku. Jeszcze do niedawna taka kolej rzeczy wydawała się oczywista.

Ale w ciągu minionego roku parokrotnie Bronisław Komorowski zastrzegał, że nie jest pewne, iż to zwycięzcy wyborów zostanie powierzona misja tworzenia rządu. Obecny prezydent wbrew dotychczasowemu obyczajowi politycznemu uzależnił wybór kandydata na premiera od własnej oceny jego możliwości koalicyjnych.

Gdy rok temu Komorowski po raz pierwszy zaznaczył, że chce mieć wolną rękę w tej kwestii, zaskoczyło to wielu polityków i ludzi mediów. Liczni dziennikarze wertowali wówczas na gwałt egzemplarze konstytucji, aby odkryć, że istotnie nie ma automatu nakazującego głowie państwa uhonorowanie szefa zwycięskiej partii. W myśl Konstytucji RP obowiązującej od 1997 roku (art. 154 pkt 1) „prezydent Rzeczypospolitej desygnuje prezesa Rady Ministrów, który proponuje skład Rady Ministrów. Prezydent Rzeczypospolitej powołuje prezesa Rady Ministrów wraz z pozostałymi członkami Rady Ministrów w ciągu 14 dni od dnia pierwszego posiedzenia Sejmu lub przyjęcia dymisji poprzedniej Rady Ministrów i odbiera przysięgę od członków nowo powołanej Rady Ministrów”.

Więcej na rp.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na odlew

06 paź 2011
Niemiecki piątek Piotra Semki

Dokładnie tydzień temu pisałem w „Plusie Minusie” (02.10.2011 r.): „Tym, którzy głoszą, że Jarosław Kaczyński każdy swój krok w kampanii kalkuluje z makiawelistyczną perfidią, polecam wyborczą książkę lidera PiS „Polska naszych marzeń”. Toż tak dziwaczna mieszanka, jakiej świat nie widział! W jednym tomie program partii i prognozy polityczne mieszają się z aluzjami o tajemnicach z przeszłości Angeli Merkel (oczywiście w myśl zasady „wiem, ale nie powiem”), reminiscencjami filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie” i dywagacjami na temat średniowiecza – np. o religijnym charakterze Świętego Cesarstwa Narodu Niemieckiego. Do tego jako aneks „alfabet Jarosława Kaczyńskiego” z plotkami na temat znanych osób. Znajdźcie mi drugiego polityka w Europie, który tuż przed wyborami wydałby taką „silva rerum”.

Przedwczoraj mój kolega po piórze Michał Szułdrzyński w komentarzu nazwał cytaty na temat kanclerz RFN potężnym politycznym błędem. Pisał: „Miejscem na szczere wypowiedzi o innych politykach są książki wspomnieniowe pisane przez politycznych emerytów. Nie materiały bądź co bądź wyborcze, pisane przez czynnych aktorów sceny politycznej o ich kolegach, z którymi być może wkrótce przyjdzie im współpracować i negocjować na przykład kształt unijnego budżetu. Niejasne insynuacje co do prawdziwych mocodawców niemieckiej kanclerz nawet największemu przyjacielowi Niemiec musiałyby sprawić kłopot. A już szef PiS wiedząc, że przez przeciwników podejrzewany jest o silną niechęć do Niemców, powinien tego tematu po prostu unikać.”

Publicyści „Rzeczpospolitej” odnieśli się do sprawy ani jej nie przesadnie nie wyolbrzymiając, ani tez nie udając, że nic się nie stało.

Tym bardziej trudno milczeć, gdy w reakcji na wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego przekraczane są normy debaty dziennikarskiej.

Oto na stronie Deutsche welle – państwowego radia dla zagranicy, na blogu Michała Jaranowskiego, korespondenta tej stacji w Warszawie padły słowa aroganckie i obrzydliwe:

„To byłby chyba zbyt duży zaszczyt dla Kaczyńskiego, gdyby Angela Merkel zechciała poświęcić choćby parę słów takiej postaci. W końcu brzydzić się można nie tylko żab, robaków czy karaluchów”.

Czy taki język akceptuje kierownictwo Deutsche Welle? Czy pisząc o reakcjach na książkę Jarosław Kaczyńskiego można abstrahować od takich reakcji?

W związku z wyborami Sejmu i Senatu RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.
Publikacje komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(87 ustawy z dnia 12 kwietnia 2001 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej – t.j. Dz. U. 2007 nr 190 poz. 1360 z późn. zm.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Świętość spokoju

02 paź 2011

Czy ksiądz Boniecki zamierza czekać, aż Nergal na jakimś kolejnym koncercie porąbie krucyfiks siekierą? Albo sprofanuje hostię? – pyta publicysta „Rzeczpospolitej”

Spór na temat obecności Nergala w TVP między biskupem włocławskim Wiesławem Meringiem a księdzem Adamem Bonieckim jest niezwykle istotny. Pokazuje bowiem, jak trudno katolickiej opinii publicznej protestować przeciwko sytuacjom granicznym, określającym pozycję katolików w społeczeństwie.

Historia zawsze wygląda podobnie. Ktoś dokonuje prowokacji, obrażając religię, najczęściej katolicką. Potem tłumaczy, że to wyraz jego artystycznej ekspresji. Odzywają się mizerne protesty. Ale odzywają się też księża liberałowie, którzy dla zasady – albo z przekory – negują sens protestu lub sprowadzają go do groteski. Liberalne media nadają tym głosom nieporównywalnie większą wagę niż opiniom katolików tradycyjnych. Dochodzi albo do zrównoważenia przeciwstawnych sądów, albo zwyciężają głosy negujące potrzebę protestu przeciwko bluźnierstwom.

Dotąd biskupi unikali otwartych polemik z „księżmi salonowymi”. Tym razem stało się inaczej, pewnie dlatego, że sprawa jest drastyczniejsza – ksiądz katolicki zdystansował się wobec protestów przeciwko awanturnikowi znieważającemu Biblię.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Plusy i minusy tygodnia (24.09 – 30.09)

30 wrz 2011

Finisz kampanii przypomina starą prawdę, że w Polsce nigdy nikt nie wie, kiedy i w jakim kierunku mogą się zmienić nastroje. Jarosław Kaczyński skutecznie ściga od tygodni Platformę, umiejętnie unikając agresji. Nawet pytanie Radosława Sikorskiego, czy lider PiS jest znów pod wpływem farmakologii – nie wyprowadziło PiS-owskiego żubra z równowagi.

Rajd „tuskobusem” po Polsce jakoś niespecjalnie wzmacnia sondaże PO. A Niesiołowski zwykle atakujący PiS teraz odsądza od czci i wiary Palikota. Pytanie o wynik wyborów jest więc otwarte. Sztab Tuska rzucił w tej sytuacji do akcji – niczym ostatnie rezerwy – telewizyjne klipy z autorytetami takimi jak Andrzej Wajda „czekający na kolejny krok”, Agnieszka Holland „nieufająca Kaczyńskiemu” i Andrzej Mleczko ogłaszający, że ma „alergię na PiS”.

Zabawne, bo pamiętam, jak w 1990 roku młodzi gdańscy liberałowie popierający wówczas Wałęsę przeciw Mazowieckiemu zaśmiewali się na czele z Tuskiem z aktów strzelistych zwolenników „siły spokoju”. Dziś niegdysiejsi kpiarze z Gdańska sami sięgają po wsparcie autorytetów i straszenie, że Polska zginie, gdy tylko najjaśniejsza Platforma odda władzę.

A PJN kończy kampanię w rytm spotkań Pawła Kowala z Dodą Rabczewską i jej tatą i przebieranek Pawła Poncyljusza (gdy zakłada muszkę Korwin-Mikkego). Swoje poparcie zgłosił czerwonowłosy Michał Wiśniewski z nieodżałowanej grupy Ich Troje. Tymczasem polityk PJN Michał Kamiński w wywiadzie dla „Newsweeka” ogłasza, że jego partia „nie ma szans na przebudowanie sceny politycznej”. A w żadnym sondażu partia Pawła Kowala nie przekracza progu wyborczego. W tak niełatwej sytuacji PJN zaproponował, aby na dwa tygodnie przed wyborami obowiązywał zakaz publikowania przez media sondaży. Stłucz pan termometr – mizeria sondażowa zniknie?

Finisz kampanii ubarwia swoją osobą Joanna Kluzik-Rostkowska, która już bez żadnego zakłopotania udziela proplatformerskim mediom wywiadów w osobliwej roli. Oto pani Joasia odgrywa rolę „kobiety z przeszłością” ostrzegającej z powagą swoje byłe koleżanki z PiS, opowiadając o swoich dawnych grzechach. Postać godna francuskiej komedii bulwarowej.

A tym, którzy głoszą, że Jarosław Kaczyński każdy swój krok w kampanii kalkuluje z makiawelistyczną perfidią, polecam wyborczą książkę lidera PiS „Polska naszych marzeń”. Toż tak dziwaczna mieszanka, jakiej świat nie widział! W jednym tomie program partii i prognozy polityczne mieszają się z aluzjami o tajemnicach z przeszłości Angeli Merkel (oczywiście w myśl zasady „wiem, ale nie powiem”), reminiscencjami filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie” i dywagacjami na temat średniowiecza – np. o religijnym charakterze Świętego Cesarstwa Narodu Niemieckiego. Do tego jako aneks „alfabet Jarosława Kaczyńskiego” z plotkami na temat znanych osób. Znajdźcie mi drugiego polityka w Europie, który tuż przed wyborami wydałby taką „silva rerum”.

Jacek Żakowski, komentując próbę samospalenia Andrzeja Żydka przed Kancelarią Premiera, stwierdził, że takie rzeczy po prostu się zdarzają. Gdy rośnie napięcie społeczne, a tak jest w kampanii, to ryzyko desperackich ruchów rośnie. Oczywiście gdy chodziło o samobójstwo Barbary Blidy, Żakowski nie miał wątpliwości, że to wynik „patologii PiS-owskiego systemu”. Ot, logika sumienia polskiego dziennikarstwa.

Ile to razy rozdzierano szaty, że nasi filmowcy i szerzej Polacy lubują się tylko w celebrowaniu narodowych klęsk i katastrof. Jak teraz Jerzy Hoffman nakręcił film o zwycięstwie 1920 roku – natychmiast odzywają się głosy, że kultywujemy romantyczne iluzje i pysznienie się zwycięstwami może wbić nas w niebezpieczną dumę. Jak nie kijem go, to pałką A ja przy okazji przyłączam się do pomysłu zbudowania pomnika Rosjan walczących u boku Polaków w 1920 roku. Nigdy nie zapomnę, że pod Warszawą z nawałą Tuchaczewskiego walczyli białogwardziści. Polska jest tym ludziom coś winna i tak rozumiem budowanie mądrej przyjaźni z Rosjanami.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Łańcuszek świętej Nokii

Niemiecki piątek Piotra Semki

Trzy lata temu Niemcami wstrząsnęła jedna wielka fala oburzenia. Wówczas to fiński koncern Nokia ogłosił, że likwiduje fabrykę telefonów komórkowych w Bochum w zagłębiu Ruhry. Niemieccy liderzy związkowi i politycy od lewicy po prawicę oburzali się na perfidię koncernu z Finlandii.

Nokia wpierw wykorzystała rozmaite ulgi i zachęty do inwestowania w Niemczech, a gdy tylko znalazł jeszcze atrakcyjniejsze miejsce do produkcji w rumuńskim mieście Cluj, bez ceregieli postanowiła wysłać na zielonka trawkę 3 tys. swoich robotników w Bochum. Protesty i gniewne deklaracje przedstawicieli ówczesnego rządu CDU-SPD nie zrobiły na Noki specjalnego wrażenia. 30 czerwca 2008 roku fabrykę zamknięto. Jedyne co udało na Finach wymusić, to nieco lepsze warunki odprawy.

Teraz nadchodzi chwila Schadenfreude dla byłych pracowników Nokii z Bochum. Fiński koncern likwiduje zakład w rumuńskim Cluj i wysyła na bruk 3,5 tys. tamtejszych pracowników. To element programu oszczędnościowego koncernu, bo dziś i na Nokię będącą fińskim symbol sukcesu walą się dziś problemy.

Po pierwsze jest kryzys, a po drugie rynek nasycił się i Nokia powoli dostaje zadyszki w gonitwie o tytuł lidera na rynku komórek. Nokia zbyt długo lekceważyła modę na smartfony i dziś na gwałt próbuje nadrobić zaległości, co naturalnie kosztuje. Zamknięcie zakładu z Cluj to tylko początek redukcji – wspomina się o planach likwidacji kolejnych czterech tysięcy miejsc pracy w innych placówkach koncernu.

Jaki jest morał z tej smutnej opowieści? Ano taki, że państwa środkwo-wschodniej Europy witając zachodnich inwestorów zbyt łatwo uwierzyły, że nowe fabryki będą źródłem dobrobytu i stabilnych miejsc pracy na lata. Już teraz grozi im przerzucanie produkcji do jeszcze tańszych państw w Azji, a kryzys jeszcze przyspieszył zmiany.

Drażni też łatwość z jaką wielkie koncerny skreślają inwestycje w nowych państwach unijnych. Owa łatwość, którą my dziennikarze pamiętamy, gdy Axel Springer bez większych deliberacji pozbywał się „Dziennika”. Ale gdzieś w tle nieprzyjemnych odczuć wobec końca fabryki w Cluj jest jeszcze niepokojące pytanie. Dlaczego Polska w 23 lata po upadku komunizmu sama nie dorobiła się własnej europejskiej marki, której szefowie dumaliby teraz czy aby nie przerzucić produkcji np. z Serbii do Indii?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Konflikt wisiał na włosku

28 wrz 2011

Wymiana cierpkich listów między biskupem włocławskim Wiesławem Meringiem a księdzem Adamem Bonieckim, redaktorem seniorem „Tygodnika Powszechnego”, to stosunkowo nowe zjawisko w życiu polskiego Kościoła.

Przypomnijmy, w telewizyjnej wypowiedzi ks. Boniecki stwierdził, że protesty przeciw obecności Nergala w TVP mogą sprawiać wrażenie akcji politycznej przeciw prezesowi TVP Juliuszowi Braunowi, a atakowanie lidera Behemotha tylko przysporzy mu popularności. Na takie tezy bp Mering odpowiedział listem otwartym, w którym wyraził  zdziwienie, że były generał zakonu  marianów nie widzi związku między Nergal<t0>em satanistą i Nergalem jurorem telewizyjnego show.

Padły mocne słowa: „Proszę zatem zafundować sobie badania okulistyczne i nie szerzyć zamętu w umysłach wiernych, opowiadając schizofreniczne tezy. Ani jedna jota nie może być zmieniona w Ewangelii, a nasze wypowiedzi powinny być: „Tak, tak – nie, nie!”. Przy okazji bp Mering skrytykował  ”Tygodnik Powszechny” za to, że na łamach tego pisma drukowani są autorzy znani z atakowania Kościoła. W odpowiedzi ks. Boniecki wydał oświadczenie, w którym odpiera zarzuty.

Konflikt ten podzieli pewnie polski  Kościół. W mediach dominują raczej  liberalni zwolennicy ks. Bonieckiego, a biskup włocławski już został obsztorcowany przez „Gazetę Wyborczą”. Jeśli do takich otwartych polemik wcześniej nie dochodziło zbyt często, to raczej z powodu niechęci większości hierarchów do wskazywania różnic. Z tego pokoju bożego korzystał „Tygodnik  Powszechny”, publikujący często  teksty wątpliwe z punktu widzenia  nauki katolickiej.

Nie jestem specjalnym miłośnikiem  bp. Meringa. W „Rz” (11.05.2008) krytykowałem mianowanie go na urząd biskupa włocławskiego mimo istotnych dokumentów wskazujących na jego kontakty z SB. (Tak na marginesie, to czekam, kiedy przeciwnicy kościelnej lustracji – teraz, gdy bp Mering potępił ikonę katolicyzmu otwartego – wrócą do tych wątpliwości). Ale muszę przy<t0>znać – bp. Meringa poruszyło bagatelizowanie sprawy Nergala przez księdza Bonieckiego i w swoim liście wyraził on nastroje wielu katolików.

Ten konflikt zresztą od lat wisiał  na włosku. Wiele bulwersujących opinii medialnych księży przechodziło dotąd bez żadnej reakcji hierarchów.  Znacznie bardziej widoczni byli biskupi liberalni dystansujący się wobec  Radia Maryja. Teraz konserwatywna część episkopatu postanowiła  w końcu zabrać głos.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niereformowalny Benedykt

26 wrz 2011

Papieski samolot nie odleciał jeszcze z lotniska pod Fryburgiem, a już w niemieckich mediach posypała się lawina komentarzy uznających, że Benedykt XVI nie miał Niemcom nic nowego do powiedzenia, cała jego wizyta była rozczarowaniem, a na dodatek gość zawiódł nadzieje protestantów.

„Spiegel” na swojej stronie internetowej ogłosił: „Niemcy sarkają na swego wielkiego ojca – dziadka”. Użyto złośliwej gry słów: „Gross-Vater” znaczy wielki ojciec, ale pisane razem oznacza dziadka.

Nasze media powtarzały te lekceważące sądy, nierzadko tyle samo miejsca poświęcając papieskim mszom, w których uczestniczyło od 70 do 100 tysięcy ludzi (jak na warunki niemieckie – dużo), co parotysięcznym demonstracjom antyklerykalnych pieniaczy. Reakcje niemieckich komentatorów  nie dziwią, jeśli się pamięta, że klęskę tej pielgrzymki ogłoszono, zanim jeszcze Benedykt postawił stopę na niemieckiej ziemi.

Tymczasem papież przyjechał do ojczyzny, aby przemówić do rodaków bez filtru mediów suflujących potrzebę liberalnych zmian w Kościele. Ponad głowami kościelnych dysydentów  w rodzaju Hansa Künga czy suspendowanego księdza Stefana Hipplera, których opinie telewizyjni showmani traktują jak wyrocznię w sprawach  wiary.

Benedykt XVI mądrze wykorzystał cztery dni w Niemczech. W Bundestagu przypomniał politykom, iż to, że większość parlamentarna jest zdolna przegłosować prawo naruszające godność człowieka, nie czyni automatycznie tego prawa dobrym i sprawiedliwym.  W Berlinie i Fryburgu zaakcentował, że kryzys niemieckiego Kościoła nie wynika z kryzysu instytucji, lecz wiary. I że „letni chrześcijanie” są dla Kościoła groźniejsi niż ataki na katolicyzm. Protestantom przypomniał, że bardziej palące od zmian doktrynalnych (takich jak możliwość udzielania komunii małżonkom z obu wyznań) jest zjawisko odwracania się Niemców od Boga. Jednocześnie Ojciec Święty spotkał się – bez kamer  – z ofiarami molestowania przez księży.

Krótko mówiąc, papież odrzucił sugestie, że Kościół albo się zmieni według liberalnych recept, albo zginie. I że rozwodniona wiara ponownie zapełni świątynie. Taką wizję odbudowy siły Kościoła można akceptować lub nie. Ale teza, że papież nie miał Niemcom nic do powiedzenia, jest zabawna. Pewnie wynika z irytacji, że Benedykt XVI nie uległ natrętnym podszeptom kościelnych modernistów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Plusy i minusy tygodnia (17.09 – 23.09)

23 wrz 2011

35 lat temu, 23 września 1976 roku, 14 dzielnych ludzi podpisało się pod oświadczeniem powołującym  Komitet Obrony Robotników. Spośród tej czternastki żyje do dziś tylko przebywający w USA Stanisław Barańczak oraz Antoni Macierewicz i Piotr Naimski.

To może być dość zaskakujące dla tych, którzy KOR wiążą głównie z tuzami późniejszej Unii Demokratycznej Jackiem Kuroniem, Janem Lityńskim, Henrykiem Wujcem czy Adamem Michnikiem. Owszem, wszyscy oni weszli do KOR, ale (z wyjątkiem Kuronia) nieco później. Mało kto pamięta, że  Komitet w chwili powoływania był pluralistyczny. To potem coraz bardziej skręcał na lewo. Dlatego prawica ma dziś z tradycją korowską kłopot: nawiązywać do niej czy uznać, że określenie korowcy jest tożsame z pojęciem lewicy laickiej? Ale tak samo środowisko liberalno-lewicowego salonu ma problemy z faktem, że to Macierewicz i Naimski, a nie Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek, zamiast palić komitet, zakładali własny.  W rezultacie korowska legenda jest trochę niczyja. Ciekawe, jak ten bardzo frapujący fragment dziejów Polski jest słabo opisany. Tylko „Gwiezdny czas” Kuronia to ciekawy opis tamtych czasów.

Słabo opisany i, dodajmy, nieuwieczniony w filmie. Niedawno obejrzałem znów obraz Krzysztofa Kieślowskiego „Przypadek”, nakręcony w 1981 roku. W „opozycyjnym” wariancie losów bohatera pokazano koncerty podziemne w prywatnych mieszkaniach, gdzie potrafiło się zmieścić i 50 ludzi. Film przypomniał mi brodaczy w góralskich swetrach i księży z duszpasterstw akademickich, którzy w mig znajdowali wspólny język z poszukującą  wiary młodzieżą. Oglądamy, jak esbecy potrafili zdemolować mieszkanie „korówce” pomagającej robotnikom z Ursusa i jak zwijano ludzi z ulicy z użyciem dziś już unikatowego esbeckiego fiata 132. Dlaczego w ciągu ostatnich dwóch dekad nie zobaczyłem takich obrazków w żadnym polskim filmie, może  z wyjątkiem „Popiełuszki”? Dlaczego opozycyjna epoka lat 70. jest bezpańska? Może to jest tak samo jak z  książkami o Wałęsie, do których pisania nikt się nie garnie? Nigdy nie wiadomo, jaki szczegół może rozsierdzić autorytety moralne.

To Janusz Palikot, a nie deklarujący to PJN gryzie ziemię, aby dopchać swoją partię do progu 5 proc. Chamska okładka w „Newsweeku”, poparcie Jerzego Urbana i wygłupy medialne co drugi dzień mogą ściągnąć pod jego sztandary wszystkich wyborców z antykatolicką szajbą.

A skoro wizja Palikota w Sejmie powraca,  zmusiłem się z zawodowego obowiązku do  przeczytania jego demaskatorskiej książki „Kulisy rządów Tuska”. Co rzuciło mi się jako pierwsze w oczy, Palikot potwierdza wiele tez, jakie stawialiśmy jako „prawicowi publicyści”.  Przyznaje, że do koalicji PO – PiS w 2005 roku nie doszło na skutek zemsty przegranego Tuska. Że kolejne kampanie Platformy były z premedytacją wywoływane przez PO. Ze awantura o samolot na szczyt w Brukseli była przyszykowana przez ludzi Tuska,  aby sprowokować prezydenta Kaczyńskiego do wybuchu i zrobienia jakiegoś fałszywego kroku. Niezwykle zabawną stroną książki jest dla odmiany sugerowanie przez Palikota, jak świetnie zna się na zagranicznych markach odzieżowych, i jego oceny, kto zna się na winach, a kto nie. Picie alkoholu i oceny czyichś predylekcji do procentów powracają co rusz w  książce  jak jakaś obsesja. Strzeżcie się czytelnicy kontaktów z Polmosem. Nawyki zostają do końca życia.

Spróbujcie dziś napisać, że na dworze kardynała Stanisława Dziwisza „cosik dużo” wpływów PO, a spotkacie się ze świętym  oburzeniem „Gazety Wyborczej”. Nic z tego nie rozumiem. Przecież  gdy w 2006 roku Jan Maria Rokita ogłosił podział Kościoła na proplatformerski nurt „łagiewnicki” i zły pisowski nurt „toruński”, wielu katolickich liberałów aż cmokało z zachwytu. Media opisywały z sympatią,  jak posłowie PO  jeżdżą na „dni skupienia” do klasztoru w Tyńcu, a w kardynale Dziwiszu widziano kogoś, kto przy cichej pomocy PO wyzwoli episkopat z wpływów Jarosława Kaczyńskiego. Skąd więc dziś ta zmiana? Może dlatego, że Kościół nie uległ syrenim śpiewom posłów PO? A skoro dziś trzeba bić na alarm, że biskupi  i księża zadymili się PiS, to wszelkie upolitycznianie trzeba potępić. Co innego, gdyby zadymili się Platformą… Sam Donald Tusk nie miał cierpliwości do takiej komedii pozorów  i szczerze ogłosił  w końcu, że przed księdzem klękać nie lubi. A  Sławek Nowak – cudowne dziecię Platformy – broni jak lew Nergala. Łagiewnicki projekt rozwiał się jak sen złoty.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop