Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Heine – Tak! Erenburg – Nie?

29 lip 2010

Niemiecki Piątek Piotra Semki

Żaden turysta, który płynie stateczkiem wycieczkowym po bawarskim odcinku Dunaju – tuż za Ratyzboną – nie jest w stanie przeoczyć tego efektownego pomnika niemieckiej sławy. Choć zbudowano go w stylu greckiego Partenonu antycznych świątyń, gmachowi na naddunajskim wzgórzu nadano czysto teutońską nazwę – Walhalla. Na wzór krainy wieczności dla poległych wojowników z germańskich sag, „hala sławy” miała uwiecznić nazwiska i pamięć o wielkich Niemcach. Wybudował ją król bawarski Ludwik I miedzy 1830 a 1842 rokiem. Był to ukłon wobec fali niemieckiego patriotyzmu po wygranej z Napoleonem.

Dziś monument jest własnością landu Bawaria i w hali głównej świątyni oglądać można było do ostatniej środy 129 biustów niemieckich wodzów, cesarzy, humanistów, wynalazców, kompozytorów i poetów. Polskich turystów, którzy trafiają do naddunajskiej „Walhalii”, nieodmiennie irytuje występujący w roli wzorowego Niemca Mikołaj Kopernik. Co ciekawe, w czasach III Rzeszy do grona germańskich bohaterów dodano tylko jednego herosa, austriackiego kompozytora z Linzu – Antona Brucknera, za którym przepadał Adolf Hitler, także związany z Linzem. Powojenne nowe popiersia to głównie „bezpieczni” politycznie kompozytorzy i wynalazcy. Ważną cezurą był rok 1990, gdy dodano popiersie urodzonego w nieodległym Ulm Alberta Einsteina – pierwszego Niemca żydowskiego w Walhalli. Potem doszedł jeszcze m. in. kanclerz Konrad Adenauer, kompozytor Johannes Brahms, matematyk Carl Friedrich Gauss, zamordowana w Oświęcimiu siostra Edyta Stein (kolejna osoba pochodzenia żydowskiego) i wreszcie w 2003 roku Sofie Scholl – bojowniczka ruchu oporu przeciw III Rzeszy.

I oto w środę, 28 lipca, do kolekcji popiersi wielkich Niemców dodano nowy, już 130 biust. Walhalla oddała swój hołd poecie Heinrichowi Heinemu. Długa i zawikłana jest historia fascynacji i odrzucenia, jakie Niemcy żywiły wobec najsłynniejszego niemieckiego poety żydowskiego pochodzenia.

Gdy Heine umierał w 1856 roku, mało kto zapewne uznawał, że należy mu się miejsce w Walhalli. Ówczesnym królom Bawarii Heine jawił się zapewne jako rewolucyjny mąciwoda i wolnomyśliciel. Potem w wilhelmińskich Niemczech bardziej zaczęły razić jego żydowskie korzenie. Nazizm chciał wymazać Heinego z kart niemieckiej historii. Jego arcyniemiecki poemat „Loreley” uznano za anonimowa pieśń ludową, a jego książki płonęły na stosach w centrach niemieckich miast. A jednak, choć od 1945 Heine powrócił do panteonu niemieckiej literatury, dopiero dziesięć lat temu rzucono hasło wmurowania do ścian świątyni popiersia autora „Baśni zimowej”. Uroczyste wprowadzenie Heinego do Walhalli to symboliczne zadośćuczynienie za lata kontrowersji wobec syna żydowskiego kupca z Dusseldorfu. Choć on sam najtrafniej wyśmiałby zapewne pompę w naddunajskiej kopii Partenonu.

A co napisałby dziś Heine o sporze na drugim krańcu Niemiec – w Rostocku? W nadbałtyckim mieście wybuchł spór o Ilję Erenburga – innego żydowskiego pisarza, tyle że zasiadającego na literackim parnasie głównie w stalinowskiej Rosji (1891-1967). Jego imię w czasach komunistycznej NRD nadano jednej z rostockich ulic. Pisarzy takich jak Erenburg stawiano za wzór niemieckim twórcom realizmu socjalistycznego. Po 1990 roku długo nikt nie zwracał uwagi na nazwę Ilja-Erenburg Strasse, aż całkiem niedawno działacze rostockiej Junge Union – młodzieżówki CDU – wystąpili z wnioskiem o zmianę nazwy ulicy argumentując, że przynosi ona „hańbę dla naszego hanzeatyckiego miasta”. Wskazali na propagandowe teksty Erenburga z lat 1942 – 1945, w których zachęcał żołnierzy Armii Czerwonej do odwetu na Niemcach za zbrodnie na okupowanych terenach ZSRR. Istotnie Erenburg był najpopularniejszym realizatorem linii ówczesnej propagandy, która dawała do zrozumienia „bojcom”, że na terenie „priekliatoj Germanii” mogą pofolgować sobie, pomścić osobiste krzywdy i dokonać odwetu za zbrodnie III Rzeszy. Krytyczne oceny ówczesnej retoryki przeprowadzali już rosyjscy pisarze emigracyjni, tacy jak Lew Kopielew. Ale sami Niemcy dotąd wstrzymywali się z krytyką Erenburga, jako pisarza o pochodzeniu żydowskim, który reprezentował kraj objęty wojną na wyniszczenie – „Vernichtungskrieg”. Na dodatek kawiarnia „Ilja Erenburg Cafe” na berlińskiej Frankfurter Strasse została w latach 90. zaatakowana przez neonazistów, a ich odpowiednicy w Rostocku już w 2001 roku protestowali przeciw ulicy ku czci Erenburga w tym mieście. Mimo to młodych chadeków wsparł deputowany CDU Eckahrt Rehberg – były szef tej partii, w całym landzie Meklemburgia-Pomorze Przednie. Przypomniał on drastyczne cytaty ze zbioru tekstów Erenburga – „Wojna”, jak np. „Niemcy to nie ludzie”. Politykowi CDU odpowiedzieli badacze literatury, którzy wskazali, że ówczesne teksty Erenburga trzeba czytać w kontekście zbrodni nazizmu z tamtych lat. Przypomniano, że Erenburg jako pierwszy opisywał ślady po zagładzie żydów, jakie po przejściu frontu odnajdywali Sowieci, choć czynił to nie wychodząc poza tonację sowieckiej propagandy. Inni bronili Erenburga, jako autora „Odwilży” – pierwszej sowieckiej powieści po śmierci Stalina, zapowiadającej zmiany. Sprawę komplikuje jeszcze pamięć o nazistowskiej propagandzie, jaka z lubością przedstawiała Erenburga w roli „Stalins Hausjude”, czyli nadwornego żyda zachęcającego swego zwierzchnika do okrucieństwa wobec Niemców. Do tej tradycji nawiązał w polemice z CSU Steffen Bockhahn, deputowany do Bundestagu z ramienia postkomunistów z Die Linke, który wezwał Rehberga aby przestał dawać się zwodzić „narodowosocjalistycznej propagandzie”.

Ku konsternacji chadeków, do sporu włączyła się tamtejsza NPD, która zebrała i nagłośniła wszystkie drastyczne antyniemieckie cytaty z dzieł pisarza. Szybko stworzony sojusz antyfaszystowskich i lewicowych organizacji zapowiedział akcję na rzecz obrony ulicy Erenburga i zwołał sesję naukową ku jego czci. Rada osiedlowa Toitenwinkel – dzielnicy Rostocka, w której znajduje się ulica Erenburga – chce przed dyskusją nad ewentualna zmianą nazwy ulicy zaprosić historyków do wyrażenia swojej opinii. A miejscowa lewica już punktuje rostockie CDU, że gra w jednej grze z neonazistami.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zbrodniarze nie powinni się czuć bezpieczni

28 lip 2010

Sąd Najwyższy zatwierdził uznanie za przedawnioną sprawy Ireneusza K. oskarżonego o śmiertelne pobicie Grzegorza Przemyka w 1983 roku. Oddalono kasację ministra sprawiedliwości od prawomocnego wyroku sądu apelacyjnego, który umorzył sprawę byłego zomowca.

Nie tak często się zdarza, by szef resortu sprawiedliwości korzystał z prawa do rewizji decyzji podwładnych i kierowania kasacji od wyroku sądów. Krzysztof Kwiatkowski, choć jest człowiekiem dość młodym, należy do pokolenia, które pamięta aurę bezprawia, z jakiej w czasach komunistycznego terroru korzystały patrole ZOMO. Kierując wniosek o kasację, pokazał też, że jest człowiekiem sumienia.

Ktoś może zapytać: w imię czego dziś, dwie dekady po upadku komunizmu, powinniśmy ścigać sprawców politycznych zabójstw z lat PRL?

Odpowiedź jest prosta – dla przestrogi. Zbrodnie aparatu represji w państwach totalitarnych, nazistowskich i komunistycznych były wynikiem zorganizowanego systemu bezprawia. Społeczny instynkt samozachowawczy powinien powodować, by sprawcy takich zbrodni nigdy nie czuli się bezpieczni. Przyszłe pokolenia muszą bowiem zapamiętać, że żadne rozkazy nie mogą usprawiedliwiać łamania ludzkich praw. Że w obliczu bandyckiego rozkazu lepsza jest odmowa jego wykonania niż posłuszeństwo, bo kara może przyjść nawet po wielu latach.

Sprawą zomowców, których oskarżono o udział w zakatowaniu warszawskiego licealisty, sądy w III RP zajęły się stosunkowo późno. Był to jeden ze skutków polityki grubej kreski i niechęci do rozgrzebywania ponurych mordów z lat PRL. Atmosfera polityczna lat 90. podarowała byłym zbrodniarzom w zomowskich mundurach bezcenny czas. Czas, który dziś używany jest jako argument, aby machnąć ręką na zabójstwa z lat stanu wojennego.

Jak szyderstwo brzmią ubolewania Sądu Najwyższego, że przez 28 lat nie udało się osądzić tak poważnej sprawy. Niech sędziowie będą przynajmniej konsekwentni. Albo uznają, że mord na Przemyku był czymś wyjątkowym – ale wtedy trzeba by przyznać, że należy do kategorii niepodlegającej zasadzie przedawnienia. Albo niech stwierdzą, że zbrodnia ta nie była niczym nadzwyczajnym – lecz wtedy zbędne jest narzekanie, iż nie starczyło dwóch dekad na ukaranie winnych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Amok parade

26 lip 2010

Autorski przegląd prasy

Poniedziałkowe gazety poruszone są tragedią na Love Parade w niemieckim Duisburgu. Impreza przeniesiona w 2007 roku z Berlina do miast Zagłębia Ruhry zakończyła swój żywot w atmosferze rozliczeń co do odpowiedzialności za tragedię. Co zawiodło? Organizacja imprezy? Brak szybkiej reakcji policji? Zabrakło wyobraźni służbom porządkowym?

„Gazeta Wyborcza” piórem Bartosza Wielińskiego tak opisuje sekwencję wydarzeń jaki doprowadziły do tego strasznego wydarzenia:

Było gorąco, dziennikarze podawali w relacjach na żywo, że wódka i piwo leją się strumieniami. Nad bezpieczeństwem czuwały setki policjantów i ratowników medycznych. Przed godziną 16 okazało się, że tłum bawiących się pod dworcem jest tak duży (dobija miliona), iż policja przestała wpuszczać nowych chętnych. Przed bramkami zostało kilkaset tysięcy ludzi, a według niektórych szacunków nawet milion. Policja nakazała im wracać z powrotem do centrum Duisburga, ale na imprezę wciąż przychodzili kolejni. Przed wejściem utworzył się gigantyczny zator. Co gorsza, droga na imprezę wiodła przez wąską ulicę i tunel pod autostradą.

Właśnie w tym tunelu po godz. 17 doszło do tragedii. – Ludzie stali ściśnięci jak sardynki, nie mogli się ruszyć, zaczynało brakować powietrza. By się wydostać, trzeba było się bić – opisuje jeden z uczestników. Nagle ktoś zaczął krzyczeć. W tunelu od razu wybuchła panika, wszyscy zaczęli się tratować.

Gdy godzinę później przedarły się tam ekipy ratowników, ich oczom ukazał się prawdziwy rozmiar tragedii. Znaleźli ciała 16 zabitych – większość zmiażdżyły stalowe schody u wejścia do tunelu, które runęły, gdy setki fanów chciały wydostać się nimi z pułapki. (..)W sumie do szpitali przewieziono 345 osób, trzy z nich zmarły. Kiedy w tunelu działy się dantejskie sceny, Love Parade trwała dalej. Organizatorzy i policja postanowili nie kończyć imprezy, by nie ściągnąć sobie na głowę kolejnego problemu – tysiące rozwścieczonych i pijanych ludzi mogło wywołać zamieszki.

(..) W niedzielę niemieckie media oskarżyły organizatorów, że źle przygotowali imprezę. – Widziałem już wiele rzeczy, ale to przechodzi wszelkie pojęcie. Władze miasta zlekceważyły wszystkie przepisy dotyczące bezpieczeństwa – mówi anonimowo „Spieglowi” oficer policji.

Tygodnik podaje, że policja i straż pożarna przygotowały własną koncepcję zabezpieczenia imprezy. Chcieli, by fani mogli wchodzić na nią z kilku stron. To jednak wymagałoby zaangażowania większej ilości funkcjonariuszy i zwiększałoby koszty. Dlatego władze Duisburga postanowiły wpuszczać ludzi w jednym punkcie, przez tunel. Fani z kolei oskarżają policję. Na dobrą godzinę przed wybuchem paniki ostrzegali funkcjonariuszy, że w tunelu dzieje się coś złego i może dojść do tragedii. Mundurowi apele ignorowali.

W „Polsce the Times” duisburską tragedię komentuje Roger Boys.

„Tłum może być śmiertelnie niebezpieczny, ale bywa też podniecający. Ogromny sukces Love Parade opiera się na jednej i równie prostej, co hedonistycznej zasadzie: dobra zabawa przy potężnym basowym rytmie wprost buchającym z potężnych głośników. Przypomnijmy, że to największe i najgłośniejsze w Europie techno party. DJ niezmordowanie zachęcają uczestników do tego, by uprawiali miłość, bo ta jest najważniejsza. Hektolitry potu. Tysiące skąpo odzianych młodych ludzi skaczą i tańczą.

Ramię przy ramieniu. Nie wciśniesz nawet szpilki. To święto niemal plemienne. I chociaż amfetamina otwarcie krąży wśród uczestników, niemiecka policja wykazuje się w tym dniu dość szeroką tolerancją. 1,4 mln młodych ludzi, którzy zjechali do Duisburga, szukało właśnie tego rodzaju zapomnienia.

Boyes wskazuje na trzy możliwe przyczyny tragedii: miejsce koncertu w postaci starego dworca towarowego, który zmieści najwyżej 230 350 tys. osób, ale nie ponad milion! Włodarze Berlina zrezygnowali z organizowania Love Parade z powodów finansowych. Tam jednak tłum zawsze miał się w razie czego gdzie rozlać – ogromny park Tiergarten. W Duisburgu uczestnicy nie mieli takiego miejsca. Stali stłoczeni jak w klatce. Drugi problem: na miejsce imprezy można było dojść – i wyjść z niej – tylko poprzez stary nieużywany od dawna tunel kolejowy. Gdy tłum ugrzązł w tunelu, nie mógł ruszyć ani do przodu, ani do tyłu.

Gdy podczas parady sprawy zaczęły przybierać fatalny obrót, policjanci sami wpadli w panikę. Co miało pójść źle, poszło źle.

(…) „Trzeci problem: graniczące z lekceważeniem samozadowolenie policji. Być może dowodzący ochroną Love Parade starsi rangą policjanci sądzili, że górę weźmie niemieckie poczucie porządku.”

Boyes puentuje swój tekst tak: ”Co mogło pójść źle, poszło źle. To nie był niemiecki sposób działania”.

——-

Na to, że Love Parade to puszka Pandory wskazywano w Berlinie już w końcu lat 90. Tłumy w których spory procent podpity jest alkoholem lub nawalony ecstasy – zawsze był potencjalnym miejscem tragedii.

Głośne wskazywanie na takie zagrożenie – spotykało się z oskarżeniami o brak zrozumienia dla potrzeb młodych lub niechęci do techno-pop-kultury.

Bardziej obawiano się wtedy jakiegoś wybuchu agresji lub ataku szaleńca, który wywołać może nieprzewidywalne zachowania tłumu. Byli tez i tacy, którzy wskazywali, że impreza w miarę bezpiecznie mogła udawać się tylko w Berlinie, gdzie są duże parkowe obszary Tiergarten.

Podobno po cichu specjaliści policyjni przekonali władze Berlina, by pozbyć się imprezy zanim dojdzie do jakiś problemów. Stało się tak mimo że Love Parade próbowano wykreować na znak firmowy metropolii nad Szprewą.

Odmówiono organizatorom dalszego uznawania parady za imprezę obywatelsko-polityczną – co zapewniało sprzątanie po imprezie, a były to niebagatelne koszty – z kasy magistratu..

Na Love Parade, wzgardzoną przez władze stolicy Niemiec, połakomiły się miasta Zagłębia Ruhry, szukające uparcie jakiegoś znaku firmowego dla swojego rejonu.

Dziś berliński magistrat i policja po cichu zapewne wzdychają z ulgą,że to nie Berlin kojarzony będzie z końcem „miłosnej parady”.

Ale co znamienne: wśród komentarzy w naszych mediach na temat tragedii w Duisburgu jeśli chodzi o przyczyny tragedii najrzadziej słyszy się o pobłażania policji i władz dla masowego stosowania alkoholu i środków odurzających w milionowym tłumie. Tu działa ciągle tabu – nowoczesna popkultura jest niemal bez skazy. Jeśli kogoś się wini, to raczej policję i organizatorów. Zagrożenie, jakim są nieprzewidywalne zachowania najaranych tłumów są raczej otaczane kłopotliwym milczeniem. To jeszcze jedna obserwacja z dzisiejszych gazet i ich wzmianek o Duisburskiej tragedii.

Bo czy po „amfie” można zmusić się do przywoływanego przez Rogera Boyesa „niemieckiego sposobu działania”…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co słychać u martwych dysydentów?

16 lip 2010

Niemiecki piątek Piotr Semki

Jak z czystym sumieniem zawierać gigantyczne kontrakty z krajem, w którym prawa człowieka nie są specjalnie szanowane?

Takimi pytaniami nękano w RFN niemieckich biznesmenów, którzy w latach 70. jeździli do Rosji Breżniewa po lukratywne kontrakty na rury do sowieckich gazociągów. Dziś kwestia ta powróciła jak bumerang przy okazji kolejnego szczytu rosyjsko-niemieckiego, w Jekaterynburgu.

Kanclerz Angela Merkel i prezydent Dmitrij Miedwiediew mogli tam poczuć zapach naprawdę wielkich pieniędzy.

Na stole rokowań przyklepano kontrakt rosyjskich kolei na zakup od koncernu Siemens 240 „elektriczek”, czyli pociągów podmiejskich, na sumę 2,2 mld euro. A kolejne lokomotywy tego koncernu będą budowane we wspólnej fabryce w Rosji już od przyszłego roku. Siemens podpisał też z Rosjanami umowę na wspólną wytwórnię wiatraków prądotwórczych elektrycznych. Wreszcie koncern potwierdził wolę wybudowania w Skołkowie pod Moskwą wspólnego miasteczka innowacji technologicznych.

Kanclerz Merkel i prezydent Miedwiediew wyrazili radość ze wzrostu wymiany handlowej i zapowiadają kolejny mega-program „Partnerstwo dla modernizacji”.

Doradcy pani premier w kuluarach szczytu wskazywali dziennikarzom, że to kolejny krok na drodze do odebrania Chinom statusu światowego eksportera nr 1. A niemieccy wyborcy oglądając w telewizji relacje z Jekaterynburga zapewne ciepło myśleli o kanclerz Merkel, która w Rosji walczy o bezpieczeństwo setek tysięcy miejsc pracy dla robotników z RFN.

Miłej atmosferze spotkania służyły też przypomnienie niemieckiej prasy, że dokładnie 20 lat wcześniej, 15 lipca 1990 r. w kaukaskim uzdrowisku Archys Helmut Kohl i Michaił Gorbaczow na „sweterkowym szczycie” (obaj mężowie stanu ubrani byli w pulowery) uzyskali porozumienie w kwestii zjednoczenia Niemiec.

Z kolei dziennik „FAZ” doniósł 15 lipca o wystawieniu w pałacu w Zerbst w Saksonii-Anhalt pomnika Katarzyny Wielkiej, która z tamtego właśnie ksiąstewka trafiła na tron carycy Rosji. Sporą, prawie 5-metrową statuę wyrzeźbił rosyjski rzeźbiarz Michaił Pieriejesławiec, na zlecenie, jak pisze „FAZ”, „sponsorów pragnących zachować anonimowość”.

Informacja w sam raz na dzień niemiecko–rosyjskiego szczytu.

Czy wobec tak licznych kontraktów było jeszcze miejsce na jakieś pytania o los dysydentów? Choćby o działaczkę praw człowieka Natalię Estemirową, porwaną i bestialsko zamordowanej rok temu w Gruzji przez ludzi Ramsana Kadyrowa, czeczeńskiego władcy z nadania Rosji?

W epoce Gerharda Schroedera ówczesny kanclerz zamykał pytania o takie sprawy, nazywając Władimira Putina demokratą bez skazy.

Angela Merkel wybrała inną taktykę: unika groteskowego wychwalania rosyjskiej wersji demokracji i porusza temat sytuacji ruchu praw człowieka w Rosji. Ale zazwyczaj jedynie w formie retorycznych pytań, na które rosyjscy gospodarze znajdują odpowiedzi pełne wystudiowanego zrozumienia.

W Jekaterynburgu kanclerz Merkel wezwała do wyjaśnienia sprawy zabójstwa Estemirowej. W odpowiedzi prezydent Miedwiediew uspokoił panią kanclerz, że „tożsamość sprawcy została już ustalona i niedługo zostanie on schwytany”.

Uznałbym to za ważny gest, gdyby nie pamięć o łudząco podobnej sytuacji sprzed lat.

Oto w Dreznie w 2006 roku na podobnym szczycie Niemcy-Rosja Angela Merkel spytała Putina o wyniki śledztwa w sprawie zabójstwa Anny Politkowskiej. Ówczesny prezydent Putin obiecał, że śledztwo będzie traktowane z najwyższą uwagą i z użyciem nadzwyczajnych środków.

Problem w tym, że morderców Politkowskiej nie schwytano do dziś. Owszem, jest dwóch zatrzymanych Czeczenów, ale nikt spośród przyjaciół Politkowskiej nie ma złudzeń. Jeśli nawet podejrzani Czeczeni otarli się o zabójstwo, to byli tylko pionkami. Prawdziwi zleceniodawcy są bezkarni.

W międzyczasie mord na Estemirowej przyćmił niewyjaśnione zabójstwo Politkowskiej.

Obawiać się więc można, że za rok czy dwa na kolejnym szczycie kolejny niemiecki przywódca pytać będzie o kolejna ofiarę, która wtedy przyćmi poprzednie morderstwo. I tak w kółko, przy wtórze huku fabryk budujących kolejne lokomotywy Siemensa w przybranej ojczyźnie Katarzyny Wielkiej.

A zresztą, czy słynna niemiecka caryca przejmowałaby się losem paru nieprawomyślnych pismaków?

RUSSIA-GERMANY-MEDVEDEV-MERKEL

 

15 lipca 2010 r. Kanclerz Angela Merkel zapala świeczkę ku czci wymordowanej rodziny carskiej, w towarzystwie prezydenta Dmitrija Miedwiediewa w Katedrze Wszystkich Świętych na  Krwi Przelanej w Jekaterynburgu.

Świątynie zbudowano na miejscu fundamentów po domu kupca Ipatjewa,  w którym w nocy z 16 na 17 lipca 1918 roku bolszewicy rozstrzelali cara Mikołaja II i jego rodzinę. Cerkiew prawosławna uznała ostatniego Cara Rosji za świętego, który poniósł śmierć wskutek nienawiści od wiary prawosławnej. Zamordowana wraz z carem jego żona Aleksandra   był niemiecką księżniczką z rodu von Hessen und bei Rhein i została kanonizowana wraz z synem Aleksym i córkami: Olgą , Tatianą, Marią i  Anastazją

 

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Znak pamięci ma sens tylko przed pałacem

14 lip 2010

Zapowiedzi usunięcia krzyża z Krakowskiego Przedmieścia zderzają się z obawami tej „drugiej połowy” Polski, że oto nowa władza kult smoleński chce ograniczyć, w głębi duszy nim gardząc

Czy krzyż na Krakowskim Przedmieściu stanie się powodem pierwszej „świętej wojny” po wyborach prezydenckich? Teoretycznie nie powinien, ale praktycznie – wszystko ku temu zmierza.

Drewniany krzyż ku czci ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem powstał w pewnej określonej chwili, w specyficznej atmosferze. Był naturalnym symbolem ustawionym w miejscu, które setki tysięcy warszawiaków wybrały instynktownie. Gdzie przychodzili się modlić i czuwać w ciągu ośmiu dni żałoby – od chwili katastrofy samolotu Tu154 aż do pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu. Nie powstał z inicjatyw PiS – wykonali go harcerze, ale stał się własnością wszystkich, którzy przychodzili na Krakowskie Przedmieście. Na tabliczce, którą harcerze przybili do krzyża, do dziś znajduje się informacja, że krucyfiks ten stać będzie do momentu zbudowania w tym miejsca pomnika ku czci ofiar.

Gdy tydzień oficjalnej żałoby minął, Bronisław Komorowski, pełniący wówczas obowiązki głowy państwa, postanowił krzyż pozostawić. Uniknął dzięki temu oskarżeń o brak szacunku dla swego poprzednika. Potem – dwa i trzy miesiące po tragedii – pod krzyżem dwukrotnie złożyła kwiaty delegacja członków PiS. Ten gest mógł zrodzić obawy, że Prawo i Sprawiedliwość chce symbolicznie zaanektować to miejsce.

Przeciwnicy partii Jarosława Kaczyńskiego mówili o zawłaszczaniu wspólnego symbolu. Zwolennicy ugrupowania bronili się, argumentując, że nikomu nie wzbraniano przecież wykonać podobnego gestu, a Klub Parlamentarny PiS powiadomił kolegów z innych klubów o miejscu i dacie składania kwiatów.

Rodzi się jednak pytanie: jak długo takie symbole jak krzyż spod Pałacu Prezydenckiego powinny stać? Paweł Lisicki („Nie tracić miary rzeczy”) jest zdania, że krzyż był symbolem żałoby, a gdy ta minęła, racja bytu krzyża na Krakowskim Przedmieściu się skończyła. Tym bardziej, że staje się osią czysto partyjnego sporu. Ja patrzę na sprawę inaczej. Krzyż stał się pamiątką tamtego wydarzenia. Dlaczego nie miałby nadal tego miejsca wyróżniać?

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wódz z bastionu św. Brygidy

13 lip 2010

Zapamiętam księdza Jankowskiego jako duchowego ojca „Solidarności”. Bez niego Sierpień’80 mógłby się potoczyć inaczej

Kto dziś pamięta, że do 1973 roku ten najsłynniejszy gdański kościół był ruiną? Stały gołe mury. W miejscu posadzki rosła trawa, a dachu nie było wcale. Blisko 30 lat po wojnie w centrum Gdańska przechodniów straszyły wypalone kościoły św. Jana, św. św. Piotra i Pawła oraz św. Bartłomieja z prowizorycznym dachem z desek i papy. Św. Brygida miała jednak szczęście.

W 1970 roku ksiądz Henryk Jankowski objął parafię św. Brygidy i korzystając z gierkowskiej odwilży, zaczął odbudowywać świątynię. Parafia zasięgiem obejmowała proletariacką dzielnicę pełną sypiących się przedwojennych domów, ale na jej terenie znajdowała się też stocznia im. Lenina. Parafia św. Brygidy szybko stała się miejscem, do którego przychodzono z tysiącami spraw: od skarg na zapijaczonego męża po zgłaszanie dzieci na kolonie. Wysoki, potężnie zbudowany ksiądz Henryk pasował jak ulał do stoczniowej dzielnicy.

Pochodził z pobliskiego Starogardu Gdańskiego i dobrze znał gdańskie poplątane losy. Jego ojca powołano do Wehrmachtu, czego peerelowskie władze nie omieszkały wykorzystać do propagandowych ataków. Ksiądz Henryk szybko zauważył, jaką traumą był dla gdańszczan Grudzień’70, i już w 1977 roku, bez rozgłosu, na prośbę krewnych ofiar odprawił pierwszą mszę za duszę zamordowanych stoczniowców.

Nic więc dziwnego, że gdy w sierpniu 1980 roku w stoczni wybuchł strajk, to właśnie jego poproszono o odprawienie mszy. To wtedy 44-letni wówczas ks. Jankowski wszedł do historii. Uczestniczyłem w tej mszy po drugiej stronie stoczniowej bramy i widziałem, jak nabożeństwo wyzwala strajkujących z lęku. Jak poczucie wspólnoty zrodzone z religijnego uniesienia wzmacnia ich godność i przekonanie o słuszności sprawy. Ks. Henryk stał się symbolem „Solidarności”.

Lech Wałęsa, który na gwałt uczył się wiedzy o życiu i świecie, uczynił z niego swego doradcę. Bez roztropnych rad kapłana początkujący lider związku zrobiłby znacznie więcej głupstw. Ks. Jankowski uczestniczy w odsłonięciu pomnika Grudnia‘70, a potem towarzyszy wszystkim najważniejszym epizodom „Solidarności” z lat 1980 – 1981.

Na ten chwalebny okres cieniem kładzie się uznanie go przez SB za cenny kontakt informacyjny. Nie oznacza to oczywiście, że kapłan był agentem SB. Wdał się jednak w polityczne gry i był nierozważny w doborze znajomych. Z chwilą wprowadzenia stanu wojennego, 13 grudnia 1981 roku, kończą się półcienie – SB uznaje ks. Henryka za wroga nr 1 w Gdańsku. A on staje się wodzem skrawka wolnej Polski.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prześwietlanie Bundestagu – co na to polscy wrogowie lustracji?

9 lip 2010

Niemiecki piątek Piotra Semki

Niemiecka partia FDP złożyła na forum koalicji chadeków wniosek w sprawie lustracji deputowanych wszystkich niemieckich parlamentarzystów z jedenastu kolejnych składów Bundestagu z lat 1949-1990. Nie wiadomo jeszcze czy ustawa przejdzie i w jakiej formie trafi pod głosowanie, choć pierwsze reakcje Angeli Merkel i byłych dysydenckich deputowanych SPD i Zielonych wydają się zachęcające.

Ale możliwe też jest, że na razie nikt nie będzie chciał wystąpić przeciw pomysłowi z otwartą przyłbicą. Cisi wrogowie lustracji mogą grać na zwłokę i w końcu wykastrować projekt lustracji sprowadzając ją do jakiegoś ogólnego raportu o wpływie służb NRD na zachodnioniemiecki parlamentaryzm.

To właśnie taka cicha „koalicja wstydu”, dbającą o ciszę nad agenturalną trumną, skutecznie obalała w Bundestag kolejne projekty lustracyjne w ciągu ostatnich 20 lat. Ale im więcej czasu mija od upadku muru, tym trudniej wyjaśnić dlaczego spora część obywateli NRD, aspirujących po 1990 roku do wielu funkcji publicznych w nowych landach, została poddana lustracji, a Deputowanych Bundestagu, którzy zdradzili swój kraj, okryto kloszem tajemnicy.

Oczywiście potężne partie „Wessich” nie chciały kompromitować się przypadkami współpracy ze Stasti swoich zasłużonych polityków, którzy bywali w swoich ugrupowaniach symbolami odrodzenia niemieckiej demokracji.

Batalia o obecny wniosek lustracyjny może być więc długa i burzliwa. Na dodatek FDP, która występuje z tym pomysłem, przeżywa akurat moment słabości – w niektórych sondażach jej notowania sięgnęły właśnie 4 proc., czyli są poniżej progu wyborczego. Pytanie, jak zachowa się bawarska CSU, która wydaje się mieć niedobre podejrzenia albo wręcz pewną cichą wiedzę, że flirt jej historycznego bohatera Franza Josefa Straussa z bonzami NRD w końcu lat 80. obfitował w wiele wstydliwych szczegółów. Kolejna grupa przeciwników lustracji w Bundestagu to wnuki i prawnuki zdeprawowanych przez STASI polityków RFN, którzy mogą walczyć jak lwy w obronie „nieskalanej” pamięci swoich przodków. Wszystko to znamy z naszego kraju. A jednak fakt, że lustracja Bundestagu wraca na forum niemieckiej polityki jest znamienny także w kontekście naszych debat o zamknięciu rozliczeń z postkomunizmem.

Po pierwsze politycy FDP, którzy chcą dokonać lustracji, wierzą, że obiektywną współpracę ze służbami NRD lub jej brak da się ustalić. Nie padają wygodne dla byłych agentów tezy, że „ubeckim” papierom nie warto dawać wiary, albo że prawdy nie dowiemy się nigdy. Po drugie, autorzy ustawy lustracyjnej z FDP uważają, że lustracja jest naturalnym elementem ładu prawnego w państwie demokratycznym. I wreszcie po trzecie, zwolennicy lustracji Bundestagu uważają, że niemieccy wyborcy mają prawo wiedzieć czy ich posłowie – obecni i byli -  nadużyli ich zaufanie kolaborując z enerdowską bezpieką. Bo tylko o jawność życia publicznego tu chodzi. Nikt już nie zakłada, że wiedza o byłej agenturalności może służyć komuś do szantaży. Teraz idzie tylko o zwykłą historyczną prawdę – kto był kim?

W Polsce takie stawianie sprawy jest atakowane zarzutami, że lustracja to jakiś element domniemanego zamachu stanu prawicy czy wynik chęci politycznej zemsty. Ciekawe jak na wieści o planach lustracji Bundestagu zareaguje „Polityka” lub „Gazeta wyborcza”, stawiająca życie polityczne RFN jako wzór dla Polski?

Głupie pytanie – przeciwnicy lustracji albo uciekną od analogii z Polską, albo pokrętnie wyjaśnią, że w Polsce to zupełnie coś innego. W tej ostatniej kwestii maja akurat nieco racji. Nad Wisłą jest zupełnie inaczej. Oto już niedługo niezlustrowane środowiska akademickie będzie wybierać władze IPN. Coś jak lis zarządzający kurnikiem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Palikot wciąż bezkarny

8 lip 2010

Wniosek o wyrzucenie z partii? Wewnątrzpartyjny ostracyzm? Krytyki ze strony nowego marszałka Sejmu? Być może emocjonują się tym sejmowi reporterzy, ale Janusza Palikota niewiele to porusza.

Lider lubelskiej Platformy właśnie opublikował zlecony przez siebie sondaż badający opinię Polaków na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej. Wynika z niego, że 21 proc. Polaków wierzy, że śp. prezydent Lech Kaczyński wywierał presję na pilotów. To niewiele, ale pomaga „sztukmistrzowi z Lublina” kontynuować swoją kampanię insynuacji.

Po raz kolejny wydawało się, że polityk PO osiągnął dno, i ponownie się okazało, że nic specjalnego się nie dzieje. Gdyby bowiem Donald Tusk naprawdę był zbulwersowany poniewieraniem pamięci Lecha Kaczyńskiego, to sąd koleżeński PO zebrałby się już w tym tygodniu, a nie po wakacjach. Bo cóż groźnego jest we wniosku Filipa Kaczmarka o usunięcie Palikota z partii, jeśli sąd partyjny będzie obradować zapewne dopiero 25 września? Wtedy PO żyć już będzie kampanią samorządową i pod hasłem „wszystkie ręce na pokład” uniewinni Palikota od zarzutów, po raz tysięczny pogroziwszy mu palcem.

Palikot nie tylko jest więc bezpieczny, ale też zyskuje status ofiary, której z pomocą przychodzą znani twórcy. Pisarz Eustachy Rylski w liście do premiera Donalda Tuska twierdzi, że Palikot to „odpowiedzialny obywatel, a nie polityczny awanturnik. Nie miejmy do niego pretensji o to, za co powinniśmy mu dziękować, kiedy decyduje się za nas coś zrobić na rzecz odwagi i niezależności”. Zapamiętajmy te słowa, bo są one zapisem stanu nastrojów części polskich elit u schyłku pierwszej dekady XXI wieku. Znieważanie zmarłego prezydenta, sugerowanie, że powinno się przeprowadzić badania zawartości alkoholu w jego zwłokach, są uznawane za dowody odwagi i niezależności. Tak oto słowa zmieniają znaczenie. Chamstwo i agresja nazywane są odpowiedzialnością i obywatelską cnotą.

Palikot był i jest jak wirus niszczący morale polskiej polityki. Teraz okazuje się, że ten wirus u części elit wypacza poczucie elementarnej przyzwoitości.

Chyba już tylko media biorą na serio kolejny odcinek granej od lat komedii pt. „Wyrzucanie Palikota z PO”. To dlatego lubelski trefniś może pękać ze śmiechu, słysząc gromkie zapowiedzi, że zostanie z nim zrobiony porządek. Gdyby naprawdę ktoś tego chciał, dawno byłoby po wszystkim.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rok niebezpiecznego życia

7 lip 2010

Czy lider PiS wychodzi z prezydenckiej batalii przegrany czy wygrany? Na to pytanie powtarzane od wieczoru wyborczego odpowiedzieć niełatwo. I wygrał, i przegrał jednocześnie.

Jarosław Kaczyński przegrał szansę na prezydenturę. To bolesne rozczarowanie dla jego obozu. Związani z nim politycy mieli nadzieję, że z Pałacu Prezydenckiego uczynią przyczółek przed przyszłorocznymi wyborami do wyborów parlamentarnych. Jednocześnie wygrał, bo dzięki kampanii odbudował partię i wyrwał ją z kryzysu. W ciągu trzech miesięcy poparcie dla niego wzrosło z ok. 20 proc., do 47 proc. Okazało się, że zmęczenie arogancją Platformy – choć powoli – następuje. Paweł Wroński w „Gazecie Wyborczej” wypomina, że w tym roku Jarosław Kaczyński dostał o 338 tysięcy głosów mniej niż jego brat Lech w wyborach z 2005 roku. Ale nie dodaje, że obecny wynik – niewiele gorszy przecież od tego sprzed pięciu lat – Jarosław Kaczyński uzyskał po pięciu latach kampanii dyskredytowania projektu IV RP i braci Kaczyńskich w szczególności. Po raz kolejny dowiódł, że potrafi być mistrzem politycznego surwiwalu.

Czy jego elementem było złagodzenie wizerunku? Oczywiście tak. Kaczyński musiał to zrobić, aby wyjść z niszy polityka „niewybieralnego”. Ale ten jego zamiar strategiczny jest obliczony na dłuższą metę. Kaczyński chce wyrwać PiS z politycznej izolacji. Po wyborach prezydenckich, a przed wyborami parlamentarnymi, które odbędą się za rok, Jarosław Kaczyński stoi wobec trzech dylematów.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bronek, Bronek przyjaciół ma wielu – ale Kingi Dunin nie udobruchał

5 lip 2010

Autorski przegląd prasy

A dokładnie przyjazne uczucia Bronkowi okazało 52,63 proc. wyborców – o 833 tysięcy wyborców więcej niż zdobył Jarosław Kaczyński (47,37 proc.). Teraz przyjaciele – prawdziwi i ci, którzy przyjazne uczucia wzbudzają w sobie na siłę – odreagowują swoje niedawne zdenerwowanie. Efektownym komentarzem zamazują niedawną niepewność czy ich ulubieniec naprawdę wygra.

Na czele przyjaciół kandydata PO plasuje się oczywiście sam Adam Michnik, który na łamach „Gazety Wyborczej” pisze: „Cieszę się ze zwycięstwa Bronisława Komorowskiego, znam bowiem jego drogę polityczną od wielu lat i zawsze szanowałem jego wybory, choć często moje były odmienne”.

Jak pisze dalej Michnik: „Wybory te mają wymiar symboliczny. W sferze deklaracji obu kandydatów niewiele dzieli, dzieli ich natomiast wszystko w sferze praktyki. Różnica między nimi przypomina różnicę między zwolennikami de Gaulle’a a zwolennikami Le Pena we Francji. Jest to zatem konfrontacja proeuropejskiej centroprawicy demokratycznej z prawicą autorytarną, którą reprezentuje obóz Jarosława Kaczyńskiego. Polska głosująca na Komorowskiego to Polska wartości europejskich, demokratycznych, gospodarki rynkowej i państwa prawa. (…) Obóz Kaczyńskiego, wspierany przez formacje skrajnej prawicy nacjonalistycznej i klerykalnej w rodzaju Radia Maryja, jest z całą pewnością niebezpieczny dla demokracji w Polsce. (…) Ze strony obozu Kaczyńskiego mamy do czynienia z Polską frustracji, lęku przed tym co odmienne, i permanentnego strachu przed Rosją czy Niemcami; strachu, który bywa silniejszy niż racjonalny namysł”.

Ale na koniec wielki Adam pochylał się także i nad wyborcami kandydata PiS: „Jednak bardzo dobry wynik Jarosława Kaczyńskiego wskazuje, że wielka część Polaków nie czuje się w naszym państwie u siebie. Zadaniem nowego prezydenta i rządzącej koalicji jest uczynienie wszystkiego, by także wyborcy Jarosława Kaczyńskiego poczuli się u siebie w naszym państwie”.

Bardzo ostre oceny, ale do tego Michnik zdążył nas przyzwyczaić. Nie to zastanawia jednak w tym komentarzu. Bardziej przykuwa uwaga naczelnego „GW”, że połowa Polaków – czyli wyborcy Kaczyńskiego – nie czują się w Polsce jak u siebie. Niewiele wcześniej Michnik wskazuje, że ten elektorat chciał wynieść do władzy kandydata, który ma autorytarne ciągoty. Porównał ich z wyborcami lepenowskimi we Francji i ocenił, że chcieli triumfu obozu antydemokratycznego.

Albo, albo – na coś Panie Adamie trzeba się zdecydować. Skoro wyborcy „Jarka” to takie potwory to może lepiej, że nie czują się w Polsce jak u siebie. Bo jakby się czuli u siebie no to, Panie dziejku, oznaczałoby, że mamy już jakąś kopię państwa generała Franco, albo Węgry jęczące pod butem węgierskich szowinistów Viktora Orbana.
Ale wahanie Michnika jakoś po ludzku rozumiem – jednak jakoś głupio orzec, że 47.,36 proc. Polaków przypomina „Dzicz kudłatą”, którą tak po prawdzie należałoby izolować w jakimś rezerwacie do czasu reedukacji. Trudno, lepiej wyczyniać łamańce we wstępniaku – nota bene zepchniętym dopiero na piątą stronę „GW”.

Pani Heleno! (zwracam się do Heleny Łuczywo!) Czy za Pani czasów taka nonszalancja młodych edytorów byłaby możliwa?

Rozterek dusznych Michnika na temat niemal połowy Polaków nie podzielają już kolejni komentatorzy „GW”. Oto Magdalena Środa cieszy się w rozmowie z Piotrem Pacewiczem, że „uniknęliśmy pięciu lat szaleństwa”. Dla odmiany Janusz Palikot zaciera ręce z racji „Porażki proboszczów”. Ale nie wszyscy postępowcy mają takie dobre nastroje po wyborczej nocy. Na portalu „Krytyki politycznej” Kinga Dunin pośrednio polemizuje z Michnikiem (pośrednio, bo – jak podejrzewam – pisząc swój tekst, mogła jeszcze nie znać wstępniaka szefa „GW”).

Pani Kinga pisze: „Pozostawiam tym, którzy głosowali bez przekonania na Komorowskiego radość z tego, że nie udało się Kaczorowi. Że Polska została uratowana. Niech jeszcze przez chwilę cieszą  się, że nie wróci IV RP.  I tak by nie wróciła. Bo były to wybory prezydenckie, a prezydent nie ma takich uprawnień. Co najwyżej trwałyby nadal czasy, kiedy rządzi PO, a prezydentem jest jakiś Kaczyński. Dziwi mnie czemu wszyscy, którzy wpadli teraz w panikę, przez dwa lata milczeli? Mam jednak dla nich złą wiadomość: ta przegrana może okazać się wygraną w przyszłości. Obóz PiS wzmocnił się, a jako opozycja będzie zbierał punkty za krytykowanie rządu. Natomiast kandydat PO z trudem został doczołgany do mety. Pomogli mu polscy inteligenci, drżący ze strachu przed Kaczyńskim. Takie okopy Św. Trójcy, w których zdegenerowani arystokraci bronią się przed motłochem. Zrozumiałam, to kiedy znajomy, deklarujący się jako bardzo lewicowy, powiedział, że zagłosuje na Komorowskiego, bo za Kaczyńskim ciągnie się motło  ch. Antysemicki, ksenofobiczny i nieestetyczny. W tej sytuacji bliższa mi jest Monika Strzępka, która zdecydowała się stanąć po stronie elektoratu Kaczyńskiego. Bo elektorat ten ma co prawda niesłuszne poglądy, ale całkiem słuszne żądania- większej równości, większej odpowiedzialności państwa. Za PO natomiast wlecze się egoistyczny neoliberał. Łatwo jest nie lubić motłochu, trudniej pomyśleć o tym, skąd się wziął. I czy naprawdę panie z Rodzin Radia Maryja są równie groźne jak kolesie z nieograniczonym apetytem na kasę i brakiem skrupułów? Zamiast rozpoznać mechanizmy, skupiono się na wyobrażeniach i symbolach. Dziś Jarosław Kurski ostrzega Platformę- musicie się zmienić, żeby spełnić nasze oczekiwania. Może trochę za późno? Hrabia Henryk z kolegami (i koleżankami) oddali swoje głosy za darmo. Napieralski nic nie utargował. Ciekawe, co by było, gdyby Platforma nie mogła liczyć na negatywny elektorat Kaczyńskiego? Gdyby od początku usłyszała: nie zagłosujemy na nikogo, jeśli  Komorowski nic nam nie da w zamian? Czego Komorowski nie obiecał przed wyborami, na pewno nie zrobi po. Okazało się, że polskie liberalne elity wystarczy postraszyć strachem na wróble w moherowym berecie. Inne opinie, które słyszałam, to pełne przerażenia opisy wsi głosujących na Kaczyńskiego pod dyktando Kościoła. Dziki zaścianek. PO to co innego- nie słucha proboszczów, tylko biskupów. I tak się z tym nie obnosi. A nawet może wypracować kompromis. Znamy już takie kompromisy-np. w sprawie aborcji.

Nie głosowałam na Kaczyńskiego, nie zagłosowałam też przeciwko niemu. I oczywiście nic się nie stało, poza zwycięstwem estetyki. Lepszej od żałoby, antynacjonalistycznej, tolerancyjnej, proeuropejskiej, dzięki której będzie rządziła nami zadowolona z siebie konserwa. A co było do wyboru? To samo lub prawie to samo, ale bez naszej zgody.”

Ciekawe czy tytan myśli i czynu z Czerskiej wczyta się w słowa swojej zadziornej koleżanki? A może wzruszy tylko ramionami ze słowami: Zachciewa się narwanej babie wydziwiać nad Kaczką! Źle jej w felietonowej niszy w „Wysokich obcasach?”.

Pani Kingo, ja już nie proszę, ja błagam: niech Pani tak nie ryzykuje!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop