Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Niepokojąca lekkość Platformy

26 wrz 2010

Wielki zjazd rządzącej partii po wygranych wyborach prezydenckich. Spotkanie zwycięzców, którym nareszcie nie zagraża weto głowy państwa. Triumfatorów, którzy – jak mówi Donald Tusk – „już nawet nie mają z kim przegrywać”.

Wydawałoby się, że to idealny moment na nowy początek. Na zarysowanie jakiejś oryginalnej wizji dla Polski na najbliższe parę lat.

Zamiast tego z ust Tuska usłyszeliśmy tradycyjną już umoralniającą mowę, przestrzegającą platformersów przed cwaniactwem, zajmowaniem się samym sobą i wzywającą do ciężkiej pracy. Skąd my to znamy? Czy nie podobnie brzmiały słowa premiera na konwencji tuż po wybuchu afery hazardowej, gdy ogłosił wojnę z PiS i wezwał tych, którzy nie chcą się dostosować do wysokich standardów jego partii, aby wyszli z sali? Są i inne podobieństwa: w sobotę Jarosław Kaczyński znów odegrał rolę dyżurnego straszydła, które utrzymywane jest z dala od władzy tylko dzięki heroicznej walce platformersów.

Czy tak wyglądają dziś największe problemy rządzącej partii? A co z długiem publicznym? Co z głosami zaniepokojonych ekspertów krytykujących teorię dobrobytu „tu i teraz”? Co z polityką zagraniczną, ze sporem z Niemcami o świnoujski gazoport? Co z umową gazową z Rosją i śledztwem smoleńskim?

Czy Donald Tusk sądzi, że jeśli o tych sprawach nie powie, to kłopoty przestaną istnieć? Polacy niestety nie dowiedzieli się od premiera, co w ich życiu zmienią ustawy z tak reklamowanej jesiennej ofensywy legislacyjnej. Tusk nie zechciał też wyjaśnić, dlaczego zamierza przenieść się ze swojej kancelarii do sejmowego gabinetu. Czyżby musiał osobiście pilnować przegłosowania przez koalicję paru ustaw? A może marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna jest na tyle nieprzewidywalny, że premier musi patrzeć mu non stop na ręce? Politycy PO oburzają się, gdy padają zarzuty, że zdobyli władzę dla samej władzy. Ale gdy czasem pojawia się okazja do publicznej prezentacji wizji rządów, kończy się na nadętej akademii z wystąpieniami ministrów przypominającymi piarowskie prezentacje i setkami delegatów w roli statystów.

Konwencja najsilniejszej polskiej partii to show jednego aktora. Niestety, zmęczonego i pozbawionego nowych pomysłów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Plusy i minusy tygodnia (19 – 25 września)

24 wrz 2010

Czesław Bielecki kandydatem na prezydenta Warszawy wspieranym przez PiS. Wszystkich zatkało. Żadnych komentarzy.
Może dlatego, że nijak ma się do stereotypu tej partii jako oblężonej twierdzy. Ale też nijak ma się do postaci Bieleckiego – krytyka polskiej prawicy jako ludzi, „którzy nie mają pojęcia o wyobrażeniu”. Bielecki i PiS – woda i ogień, czyli ciekawy alians.

Gdy piszę te słowa, minister Radziszewska drży, że każdy telefon może się okazać dymisją. Czy Donald Tusk rzuci głowę biednej pani minister, aby ubłagać awangardę postępu obyczajowego? Zobaczymy – to ciekawy test na jego poglądy. „Nie ma nawet z kim przegrać” – żalił się ostatnio znudzony premier tygodnikowi „Wprost”. A skąd przekonanie, że przegrać można tylko z politykami?

A jeśli nawet pani minister przetrwa, może to nie zakończyć sporu – o to, czy jawnie zdeklarowany homoseksualista może uczyć w katolickiej szkole. Nie wykluczam ze strony środowisk gejowskich rozpoznania bojem. Jak najlepiej sprawdzić czy homoseksualista może uczyć w szkole katolickiej? Można oto wysłać do takiej szkoły specjalnie wybranego ochotnika, który przyjmie pracę wychowawcy, odczeka ze trzy miesiące, a potem gdzieś – niekoniecznie na terenie szkoły, np. w telewizji – ujawni się publicznie jako gej. Oburzona szkoła zechce go wyrzucić, a wtedy precedensowy proces gotowy. Do akcji wkroczą zaprzyjaźnieni prawnicy, którzy będą odwoływać się aż do instancji Strasburga. Masz ty, Donaldzie, odwagę Cejrowskiego, by takim żywiołom się przeciwstawić?

Jakoś tak podejrzewałem, że po usunięciu krzyża kwestia pomnika dla ofiar 10 kwietnia zacznie znikać z uwagi polityków PO nawet w tej niejasnej formie, w jakiej dywagowano o nim choćby w umowie z kurią warszawską i harcerzami. I proszę, oto nagle wysyp antypomnikowych wypowiedzi. Donald Tusk we „Wprost” zachęca, aby zamiast dywagować o pomniku, wziąć przykład z Jana Pawła II, który nie lubił pomników i radził zbudować coś dla żywych. Marek Beylin ogłasza, ze demokracja w ogóle nie lubi pomników. Galeria Raster przekonuje, że najlepiej można pamiętać, w ogóle nie stawiając pomnika. A Hanna Gronkiewicz-Waltz niewinnie zachęca, aby z decyzją o pomniku poczekać na okres po wyborach. Wszystko wskazuje, że to ona wygra, więc mamy już kolejnego przeciwnika pomnika ofiar Smoleńska.

W odwodzie czekają jeszcze konserwator zabytków i architekt miejski, którzy prędzej dadzą się porąbać niż zgodzą się na pomnik w jakimkolwiek miejscu Krakowskiego Przedmieścia.

David Irving organizuje wycieczki do Polski. Czytałem jego książki i znam jego sprytny styl wybielania Hitlera. Nie widzę żadnych powodów, aby pozwalać takiemu kuglarzowi na odwiedziny obozu Auschwitz. Najtęższe autorytety głowią się od początku tygodnia, jak mu tego zabronić. Pamiętam, że kiedyś używano w takich sytuacjach pojęcia „persona non grata”. Jakoś nikt nie proponuje dziś takiego potraktowania Davida Irvinga. Czy taki przywilej państwa Unii już utraciły? Skoro przy lada burdzie piłkarskiej Francja czy Niemcy obsadzają dawne punkty graniczne strażnikami, którzy odprawiają z kwitkiem kogo chcą, to dlaczego nie można podobnie potraktować historyka skandalisty?

Jeden z czytelników „Gazety Wyborczej” chwycił za słowo Adama Michnika, który w kwietniu br. w szoku posmoleńskim obiecał przejrzeć swoje artykuły o Lechu Kaczyńskim i sprawdzić, czy w którymś go nie skrzywdził. Jakie wyniki tych badań? – spytał dociekliwy czytelnik w liście publikowanym w mało eksponowanym miejscu na łamach „GW”. Michnik odpowiedział, że wszystko sprawdził i niczego niesprawiedliwego nie napisał.

Jak się okazuje, nawet wielcy mężowie mają chwile słabości i niewiary w swoją sprawiedliwość. Ale na szczęście to szybko mija. Świat wrócił w swoje koleiny. Zaufanie jest dobre, ale kontrola jest lepsza. Szczególnie gdy kontrolujący ma do kontrolowanego pełne zaufanie. Tak trzymać!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Plusy i minusy tygodnia (12-19 września 2010)

17 wrz 2010

Czy istotnie było dla wszystkich jasne, że prędzej czy później krzyż będzie musiał zniknąć? Nie uważam, by można było łatwo rozstrzygać takie sprawy. Gdy wybucha fala emocji, krzyż jest ważny – tu i teraz – jako świadek zbiorowych uczuć tu i teraz. Gdy później dochodzimy do wniosku, że to, w czym uczestniczyliśmy, było wyjątkowe, mamy pokusę, aby tym samym krzyżem to wydarzenie uczcić.
W 1979 r. SB i milicja zadbały, by już nazajutrz po wizycie Jana Pawła II na pl. Zwycięstwa nie było po niej ani śladu. Gdyby nie to, miejsce, na którym stał krzyż papieski, byłoby zapewne od razu czczone świeczkami i kwiatami. Bo ludzie już w czasie mszy czuli, że dzieje się coś wyjątkowego.

Parę lat później, w 1982 r., właśnie w tym miejscu zaczęto układać krzyż z kwiatów. Symbolizm pewnych miejsc rodzi się sam. Nie wiadomo, czy upór i determinacja obrońców krzyża, którzy chcą układać kwiaty i zapalać świeczki na Krakowskim Przedmieściu, przetrwa próbę czasu. Było w tym konflikcie, owszem, sporo polityki, ale wiele zrobiono, by powstało wrażenie, że oprócz polityki niczego innego w nim nie było.

Kiedyś gazety z braku świeżych pomysłów pisały o potworze z Loch Ness. W polskiej polityce, gdy Platforma nie ma pomysłu, co robić, wyciąga starą płytę o okrojeniu obu izb parlamentu. I znów słyszymy, że posłów ma być tylko 300, a senatorów 50. Powracają nadęte dyskusje z posłem Adamem Szejnfeldem i riposty Ryszarda Kalisza. I znów nic z tego nie będzie, ale oszczędnościowe zamiary dobrze brzmią. Litości, który to już raz?

Polityczny sfinks Donald Tusk dopiero w środę ogłosił, że włóczonego po prokuraturach Jacka Karnowskiego z Sopotu popierać nie wolno. W chytrą pułapkę premiera wpadł Grzegorz Schetyna, który pozytywnie ocenił deklaracje poparcia pomorskiej PO dla niekoronowanego króla Sopotu. Inny sojusznik Karnowskiego – Rafał Grupiński – zadał nawet pytanie, czy aby sopocki prezydent nie stał się ofiarą prowokacji. Ciekawa teoria, ale nie do końca przemyślana.

Kiedyś komuniści w PRL głosili, że plaga stonki to skutek rozsiewania wstrętnego żuka nad polskimi polami przez amerykańskie samoloty. Teza efektowna, ale miała jedną wadę. Skłaniała do niewygodnych pytań: a dlaczego to nasze lotnictwo pozwala amerykańskim samolotom latać swobodnie nad polskimi polami?

To samo dotyczy sensacji Grupińskiego. Skoro Karnowski pada ofiarą prowokacji, to co robi premier – nadzorca tajnych służb? Dlaczego pozwala bezkarnie hulać prowokatorom? I co robi Tusk, aby tych prowokatorów powstrzymać?

Ledwo Elżbieta Jakubiak załagodziła konflikt z Jarosławem Kaczyńskim, a już okazuje się, że mimo wszystko uwielbia ciągnąć pisowskiego tygrysa za wąsy. Oto w „Fakcie” opowiada, jak jej córeczka przeraziła się, że mama wypadła z łask prezesa PiS. „Bardzo to przeżywali. I mąż, i moje dzieci – Tomek i Zuzia – bardzo lubią Jarosława Kaczyńskiego. Szef był przecież w tym roku na komunii Zuzi. Córka była taka dumna, że pan Jarek – taka ważna osoba – był u niej gościem na przyjęciu, że mają wspólne zdjęcia. Dlatego trudno mi było jej to wszystko wyjaśnić. W końcu córka zapytała mnie: »Mamo, co się stało? Pan Jarek już cię lubi? Dlaczego cię nie lubi?«. Tłumaczyłam, że to nieporozumienie, że to nie jest prawda, że będzie dobrze”. No, teraz już Jarosław Kaczyński nie będzie mógł zaprzeczyć, ze można nim straszyć dzieci.

Wyzionęła ducha z braku finansów produkcja dreszczowca „Tajemnice Westerplatte”. Jak zapowiadał scenariusz, żołnierze mieli kraść żywność z magazynów, „obleśnie lizać pornograficzne karty”, siusiać na portret Rydza-Śmigłego, szaleć i wreszcie buntować się ze strachu.

Bogusław Linda oburzony na zwłokę w wypłacaniu honorariów chce ponoć o filmie zapomnieć. Choć raz materializm poszedł na odsiecz idealizmowi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Po co odwiedzać show Centrum Wypędzeń?

17 wrz 2010

Niemiecki Piątek Piotra Semki

Od czwartku w Berlinie trwa 9. Sympozjum Międzynarodowego Stowarzyszenia Muzeów Historii. Nosi ono tytuł: „Ucieczki, wypędzenia, czystki etniczne”.

Z czymś to się już Państwu kojarzy? Centrum Przeciwko Wypędzeniom? Bingo! Istotnie, obok Niemieckiego Muzeum Historycznego współorganizatorem sesji jest „Widomy znak” czyli – używając formalnej nazwy – „Fundacja Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie”. Ta sama, do rady której aspirowała Erika Steinbach i do której wepchała w swoim zastępstwie doborową ekipę przedstawicieli ziomkostw.

W sobotę 18 września na sesji wystąpi dr hab. Piotr Maciej Majewski, wicedyrektor Muzeum II Wojny Światowej z referatem „Temat przymusowych wysiedleń w przyszłym Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku”.

Referat doktora Majewskiego przewidziany jest po wystąpieniu szefa „Widocznego znaku” profesora Manfreda Kittela. Wcześniej uczestnicy sesji wysłuchają Czeszki mgr Blanki Mouralovej z Collegium Bohemicum uniwersytetu z Usti nad Łabą – instytucji, która pomagała w tym mieście stworzyć stałą ekspozycję o losach i powojennej deportacji Niemców sudeckich – antyfaszystów w Usti nad Łabą, oraz wreszcie profesor Marity Krauss z Sudetendeutsche Museum z Monachium.

Dla prof. Kittela jutrzejszy dzień jest bardzo ważny – już w maju zapowiadał zaprezentowanie właśnie we wrześniu kształtu i idei ekspozycji swojego muzeum.

Występowanie obok naukowców z Polski i Czech jest dla Kittela bardzo wygodne. Osłabia wrażenie, że „Widoczny znak” jest obciążony groźbą partykularnego pisania przez Niemców historii na nowo. Z kolei zaproszenie naukowca z przygotowywanego dopiero Muzeum Niemców Sudeckich to ukłon Kittela w kierunku ziomkostw. A cała impreza wygląda jak ukłon międzynarodowego stowarzyszenia muzeów historii wobec niemieckiej tendencji do wykreowania „wypędzeń” do rangi ważnego tematu polityki historycznej Europy.

O ile Kittel ma interes w „opakowaniu” swojego expose – wystąpieniami gości z krajów będących ofiarami III Rzeszy – o tle można zapytać, jaki jest sens wizyty dr. Majewskiego?

„Będę polemizował z niemieckimi koncepcjami” – zapowiedział w środę na łamach „Rz” wiceszef gdańskiej placówki.

Jeśli tak, to dr Majewski będzie miał na to niewiele czasu. Prof. Kittel występuje tuż przez Majewskim.

Na dodatek Majewski sam przyznał, że jego referat skupić ma się na tym, jak Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku będzie prezentować kwestie przymusowych wysiedleń.

– Nie zamierzamy wyjmować sprawy przymusowej migracji Niemców z kontekstu II wojny światowej. To nie następstwo wcześniejszych wysiedleń Polaków, lecz efekt ogólnej koncepcji i międzynarodowych konsekwencji funkcjonowania państwa hitlerowskiego – opowiada dr Majewski. I zaznacza: – Na pewno będzie to wystąpienie polemizujące z niemieckimi koncepcjami.

Majewski przyznał, że nie wiedział, iż współorganizatorem sesji jest fundacja „Ucieczka, Wypędzenie i Pojednanie”.

„ Na wystawionym pod koniec kwietnia zaproszeniu napisano, że to inicjatywa fundacji Niemieckiego Muzeum Historycznego i Międzynarodowego Związku Muzeów Historycznych” – bronił się na łamach „Rz” dyrektor gdańskiego Muzeum II Wojny Światowej. „To organizacje, co do których absolutnie nie można mieć zastrzeżeń”.

Nie widziałem zaproszenia, jakie dotarło do Gdańska, ale na plakacie imprezy, który podziwiać można na stronie www.sfvv.de, nie sposób nie zauważyć logo fundacji.

Sobota to ostatni dzień trzydniowej konferencji. Po wystąpieniu dr. Majewskiego w Europejskim Muzeum w Schoengen w planie jest jeszcze wystąpienie o sposobie przedstawienia migracji ludnościowych w Afryce wywołanych nędzą i referat o nielegalnym handlu dziełami sztuki jako wyniku ucieczek i wypędzeń na Cyprze. Wreszcie konferencję zakończy przedstawiciel Stowarzyszenia Muzeów Historycznych Philippos Mazarakis-Ainian.

W programie nie ma żadnego punktu pod tytułem dyskusja.

Dr Majewski wyjaśnia, że gdy dowiedział się o udziale fundacji „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie” w organizacji spotkania, skonsultował się z polską ambasadą w Berlinie, czy powinien brać w nim udział. – Usłyszałem, że nie powinno tam zabraknąć polskiego stanowiska i przedstawienia spraw przymusowych migracji z naszej perspektywy – wyjaśnia „Rz” dyrektor Majewski.

Gdy ponad półtora roku temu doszło do wyboru prof. Kittela na stanowisko dyrektora fundacji, jako pierwszy poinformował o tym na swojej stronie pełnomocnik CDU do spraw wypędzonych. Jego wybór wywołał entuzjazm Związku Wypędzonych.

Niepokojące tendencje w kierowaniu przez Kittela radą naukową „Widocznego znaku” spowodowały, że w zeszłym roku zrezygnowali z udziału w tym gremium historycy: z Polski prof. Tomasz Szarota i z Czech prof. Kristina Kaiserova. W tym miesiącu z powodu „rewanżystowskich wypowiedzi powołanych do fundacji przedstawicieli Związku Wypędzonych” członkostwo w radzie zawiesili przedstawiciele Centralnej Rady Żydów.

Wokół „Widocznego znaku” i Eriki Steinach powstało tak dużo skandali, że można było przynajmniej wybrać lepszą okazję do takiej wizyty. Uwiarygodnienie tej imprezy akurat teraz jest mało roztropne. A jednak wszystko idzie swoim rytmem i nic nie jest w stanie tego zmienić. A mediów nad Wisłą takie sprawy najwyraźniej nie interesują.

 

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Plusy i minusy tygodnia (5 – 12 września)

10 wrz 2010

Jabłuszkowy tydzień

Pluralizm opinii w Polsce – próbka z początku drugiego tygodnia września 2010 roku: w programie Tomasza Lisa –Henryka Krzywonos jako honorowy gość. Tygodnik „Wprost” – Henryka Krzywonos na okładce: „w 1980 zatrzymała tramwaje, teraz – Jarosława Kaczyńskiego”. Tygodnik „Polska the Times” – Krzywonos na okładce: „Zatrzymała komunistów. Dziś twardo mówi stop Kaczyńskiemu. Tygodnik „Przekrój” – Krzywonos na okładce jako matka boska solidarnościowa. Tytuł: „Ikono uczciwości, czuwaj nad nami”. W „Polityce” laurka o „Heni hamulcowej”, „Newsweek” – drukuje zaś pean o tym, jak internauci zakochali się w Krzywonos.

Czuję się tak jak robaczek z wiersza Brzechwy, który nie ma ochoty jak inni jeść wyłącznie jabłek i woła: „A ja już nie mogę! Już dosyć! Już basta!”, po czym wybiera się do miasta, trafia do baru, dostaje od kelnera kartę –

A w karcie – okropność! – przyznacie to sami:

Jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami,

Duszone są jabłka, pieczone są jabłka

I z jabłek szarlotka, i kompot, i babka!

No, widzisz, robaczku! I gdzie twój befsztyczek?

A jakże, jest i befsztyczek. Ale w formie opowiastki dla maluczkich, że jedzenie befsztyczków zamienia ludzi w oszołomów, a być może i w potwory.

Jak się ma bohaterkę tygodnia, to warto i znaleźć szwarccharakter tygodnia. Ten demon nazywa się Mariusz Bulski, jest aktorem i został wykreowany na lidera obrońców krzyża.

We wtorkowej „Gazecie wyborczej” kąśliwy tekst o Bulskim jako „osobie, niestety publicznej”. W środę w„Polityce” równie złośliwy tekst o Bulskim pod nazwą „Życiowa rola”. Zacytujmy lead: „Na słowa o katastrofie smoleńskiej Mariusz Bulski, aktor, odruchowo się przeistacza”.

No, widzisz, robaczku! Jak byś zjadł ten twój wymarzony befsztyczek – też byś się pewnie przeistoczył. Zamieniłbyś się w odrażającego robala. Takiego jak Bulski.

A może takiego jak Pospieszalski? Oto dzwoni do mnie we wtorek pani Aleksandra Pawlicka – autorka niedawnego tekstu z „Wprost”

o „Janie spod Krzyża”, czyli paszkwilu o tym strasznym Pospieszalskim. Po przeczytaniu takiego tekstu-pałki nie interesuje mnie jakakolwiek rozmowa z autorką, więc proszę o odłożenie słuchawki i zakończenie rozmowy.

– Nie interesuje pana, jakie mam dla pana pytania? – dziwi się pani Pawlicka.

Cóż odrzec na takie dictum?

Już wiem! Jak to mawiał robaczek?

„A ja już nie mogę! Już dosyć!

Już basta!”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Biskupi przemawiają – dzienniki wybierają

6 wrz 2010

„Jeżeli modlitwa przy krzyżu wywołuje publiczne zdziwienie, a nawet agresję, to trzeba się zastanowić nad bezpieczeństwem Polski, nad bezpieczeństwem polskiego ducha”, przestrzegał w Częstochowie w trakcie dożynek jasnogórskich metropolita szczecińsko-kamieński ks. arcybiskup Andrzej Dzięga. Na drugim krańcu Polski, w Wąwolnicy , w trakcie uroczystości w sanktuarium Matki Boskiej Kębelskiej arcybiskup Józef Życiński wzywał: „Nie wolno w otoczeniu krzyża rozwijać rozpolitykowanych dyskusji o pomnikach” i wskazywał, że chrześcijanie nie mogą być „bractwem pomnikowym”.

Dość interesujące jest, jak w dzisiejszych gazetach rozkładają się informacje o jednym i drugim głosie czołowych przedstawicieli polskiego Kościoła.

„Polska the Times” w notatce “Komorowski na Jasnej Górze” informuje tylko o szczegółach wystąpienia prezydenta, ale słowem nie wspomina o homilii abp. Dzięgi. Obok w notce „arcybiskup Życiński o krzyżu” relacjonuje homilię metropolity lubelskiego i jego wskazanie, że krzyż nie może być podporządkowany żadnym, nawet najszlachetniejszym, celom.

- Chrześcijanie nie są bowiem bractwem pomnikowym, lecz wyznawcami Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Cel nie uświęca środków. Traktowanie krzyża jako środka do realizacji choćby najbardziej słusznych planów niesie niepokój, bo świadczy, że ktoś wyżej stawia swoje osobiste emocje niż prawdę o cierpieniu Chrystusa ukrzyżowanego.

„Nasz Dziennik” skupia się na jasnogórskiej homilii metropolity szczecińskiego w tekście na pierwszej stronie pod tytułem „dobry gospodarz szanuje krzyż”.

- Dopóki na polskich polach i przy polskich drogach krzyże są bezpieczne, dopóki każdy, kto szczerym sercem krzyż stawia albo się przy krzyżu zatrzymuje i może się bezpiecznie modlić – Polska jest bezpieczna – mówił ks. abp Andrzej Dzięga, który przewodniczył na jasnogórskim szczycie uroczystej Mszy św. połączonej z błogosławieństwem wieńców żniwnych. Podkreślił jednocześnie, że szacunek dla krzyża oznacza, że gospodarz pamięta, iż najważniejszym Gospodarzem jest sam Bóg.

- Jak pisze w swojej relacji „Nasz Dziennik” – „słowa te (abp. Dzięgi) stały się tym bardziej wymowne, że w dożynkach jasnogórskich uczestniczył prezydent Bronisław Komorowski, który, niestety, zaraz po wygranych wyborach zapowiedział usunięcie krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego. Konsekwencje tego odczuwamy do dziś, widzimy choćby narastającą agresję wobec obecności symboli religijnych w miejscach publicznych. W kontekście tego, co dzieje się przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, metropolita szczecińsko-kamieński zwrócił uwagę, że „miejsce, gdzie stoi krzyż, jest ważne nie dlatego, że tam stanął ten znak, ale dlatego krzyż tam stanął, że to miejsce stało się ważne”. (…) Metropolita szczecińsko-kamieński ks. abp Andrzej Dzięga w homilii zwrócił uwagę, że motywem przewodnim przyniesionych wieńców jest krzyż. Komentując próby sprowadzenia znaku męczeństwa Chrystusa do dwóch nic nieznaczących desek, wskazywał, że mamy do czynienia z symbolem zbawienia zawsze, ilekroć patrząc na niego, człowiek myśli o Bogu. Wzywał Polaków do zadbania o wszystkie krzyże na polskich drogach.

„Nasz Dziennik” informuje o homilii abp. Dzięgi, ale  pomija wąwolnicką homilię Abp Życińskiego.

„Gazeta wyborcza”  w artykule „Dożynki w cieniu polityki” wybija  informację, że „napisy „Katyń” i „Smoleńsk”, a także 96 białych krzyży znalazło się na dożynkowych wieńcach przyniesionych na Jasną Górę”.    „Gazeta” podkreśla, że prezydent Bronisław Komorowski witany był przez przeora Jasnej Góry jako gość „szczególny i miły”. – Chcielibyśmy, aby był ojcem całego naszego narodu – mówił o. Roman Majewski o prezydencie.

- Dożynki są okazją do wdzięczności, radości i poczucia dumy z efektów własnej pracy, własnego mądrego wysiłku, nawet w sytuacjach trudnych – mówił prezydent. Zachęcał, by Polacy byli dumni także z „plonów polskiej wolności”, która zaczęła się 30 lat temu, oraz z solidarności, nie tylko tej ze sztandarów, ale i tej międzyludzkiej, którą można było obserwować na terenach objętych powodzią.”

Aby nie było żadnych wątpliwości dziennikarze „GW” zaznaczają: „Jego (prezydenta) przemówienie zostało przyjęte uprzejmymi brawami, tak samo jak wystąpienie ministra rolnictwa Marka Sawickiego” .

Akapit dalej reporterzy „Gazety” jednak piszą:   ”Z prawdziwym aplauzem rolnicy witali za to słowa kazania abp. Andrzeja Dzięgi, metropolity szczecińsko-kamieńskiego”.

Czy pismo Adama Michnika sugeruje,  że oklaski dla Bronisława Komorowskiego były aplauzem „nieprawdziwym”? Według „Gazety”: (Abp Dzięga) mówił także o krzyżu, który jest częstym elementem dożynkowych wieńców. W tym roku na jednym z wieńców krzyży było 96, jak 96 ofiar smoleńskiej tragedii. – Dopóki na polskich polach i przy polskich drogach krzyże są bezpieczne, to Polska jest bezpieczna. Ale gdy modlitwa przy krzyżu wzbudza publiczne zdziwienie, a nawet agresję, trzeba sobie postawić pytanie o bezpieczeństwo polskiego ducha i o to, czy umiemy przy krzyżu stać – mówił abp Dzięga”.

O homilii abp. Życińskigo  – zaskoczę Państwa – „Wyborcza” w poniedziałkowym wydaniu warszawskim nie wspomina ani słowa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Plusy i minusy tygodnia (28 sierpnia – 5 września)

3 wrz 2010

Stare sowieckie powiedzonko głosiło, że tylko przyszłość jest pewna, bo już fakty z przeszłości co rusz się zmieniają. W Polsce przy okazji 30. rocznicy Sierpnia media zupełnie zapomniały o Annie Walentynowicz.

Nikt nie pytał platformerskiego prezydenta Gdańska, dlaczego w rocznicę Sierpnia nie odsłonięto tablicy na jej domu. Dlaczego jej imieniem nie nazwano żadnego skweru ani parku. Dlaczego odrzucono społeczne propozycje, aby jakiemuś fragmentowi długaśnej gdańskiej alei Zwycięstwa nadać imię Anny Walentynowicz.

Co dzień słyszeliśmy dywagacje, czy Lech Wałęsa zaszczyci rocznicowe obchody, ale żadne medium nie zainteresowało się losem małżeństwa Gwiazdów, które spędziło rocznicowy czas szpitalu w Krośnie. Joanna Gwiazda leżała tam po wylewie, a jej mąż czuwał przy jej łożu. Idealny, bo dramatyczny, materiał dla reporterów w rocznicę Sierpnia? Jakoś nikogo to nie zainteresowało.

Zresztą dotychczasowi czołowi bohaterowie musieli zostać zepchnięci na dalszy plan, aby zrobić miejsce nowej gwieździe Henryce Krzywonos. To ona teraz ma być głównym symbolem Sierpnia.

Owszem, była członkiem Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, ale nie należała do pierwszego szeregu przywódców strajku. Owszem, 15 sierpnia zatrzymała swój tramwaj, ale nie całą komunikację trójmiejską. Przed nią strajkowali już kierowcy autobusów z zajezdni WPK we Wrzeszczu.

No, ale teraz do tylnych rzędów historii Sierpnia zepchnięty zostaje Lech Kaczyński. Nie żyje, więc nie może się bronić, gdy kolejne tuzy z obozu Platformy i Lech Wałęsa zaczynają lekceważyć jego udział w sierpniowym strajku. Na koncercie 31 sierpnia na terenie stoczni Bogdanowi Borusewiczowi wymieniającemu postacie sierpniowego strajku nazwisko zmarłego Lecha Kaczyńskiego jakoś nie przeszło przez gardło.

A propos sporów o to, czy Lech Kaczyński był doradcą Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego czy nie. To fałszywie postawione pytanie. Pozycja Lecha Kaczyńskiego w strajku wynikała z faktu, że był w grupie założycieli Wolnych Związków Zawodowych. Stąd jego kontakt z WZZ-owcami na czele strajku – Borusewiczem, Gwiazdami i Wałęsą. Nowi bohaterowie Sierpnia, których wyniósł strajk, Kaczyńskiego dobrze nie znali, a i on sam nie wysuwał się na czoło, woląc doradzać zaufanym kolegom z WZZ. Dlatego trzymał się na dystans od doradców z Warszawy. Dziś ta powściągliwość jest wykorzystywana przeciw niemu bez żadnych skrupułów.

Przy okazji wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego w Brukseli padła ciekawa deklaracja szefa Komisji Europejskiej Jose Barroso. Mamy w końcu prezydenta Polski przywiązanego do projektu europejskiego – powiedział w środę Barroso. Prosimy jaśniej. Jak wygląda dokładnie kodeks poprawności projektu europejskiego? Co wolno, czego nie? Czy jest jeden model europejski? I czy nasz pan prezydent już zdał z niego egzamin?

Kolejny syn marnotrawny prawicy wypłakuje się na piersi Sławomira Sierakowskiego. Na kozetce w redakcji „Krytyki Politycznej” Wiesław Walendziak, byłe cudowne dziecko polskiej prawicy, opowiada o swoich prawicowych złudzeniach. Parę lat temu to spowiedź u pana Sławka pozwoliła się duchowo odrodzić dla lewicy Cezaremu Michalskiemu. Kto następny?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W krainie żyrandoli

5 sie 2010

Rozpoczynająca się właśnie kadencja Bronisława Komorowskiego pokaże, czy model silnej prezydentury w Polsce oprze się wewnątrzpartyjnej strategii Donalda Tuska. Co zwycięży? Respekt wobec przywództwa Tuska czy też chęć korzystania z wciąż silnych konstytucyjnych prerogatyw?

Można podejrzewać, że Komorowski będzie chciał budować prestiż swojego urzędu podobnie, jak czynił to Aleksander Kwaśniewski. Tak jak były lider lewicy spróbuje wykreować się na jednoczyciela narodu, przy okazji po cichu kopiąc prawicę po kostkach.

Niewykluczone, że w tym celu nowy prezydent będzie usiłował zbudować szeroki polityczny obóz partii od Platformy przez PSL do SLD, sojusz przeciwko wyizolowanemu i przedstawianemu jako niebezpieczne Prawu i Sprawiedliwości. A wszystkie te działania zapewne okraszone zostaną sarmackim stylem „pierwszego sołtysa III RP”.

Przypomnijmy, że wciąż obowiązuje konstytucja z 1997 roku, która kreuje prezydenta na silnego gracza, mogącego podejmować polityczną walkę z premierem. Większości polityków w Polsce wydawało się to oczywiste, aż do momentu, gdy zimna wojna polityczna Donalda Tuska z Lechem Kaczyńskim po 2005 roku zachęciła Platformę do skutecznego zdeprecjonowania głowy państwa i pokazania jej bezsilności wobec zdeterminowanego rządu.

Po dwóch latach osłabiania pozycji prezydenta Donald Tusk tym urzędem wzgardził. Jednak do zmian w konstytucji, formalnie osłabiających prezydenckie prerogatywy, nie doszło. Dlatego Bronisław Komorowski, który właśnie obejmuje urząd wciąż obdarzony bardzo sporymi uprawnieniami, stoi wobec wyboru: albo zaakceptować rolę młodszego brata Tuska, albo odbudować pozycję prezydenta. W pewien sposób zabawne jest, że przy tej okazji zażarty krytyk Lecha Kaczyńskiego będzie musiał rozstrzygnąć kwestię, czy kontynuować zabiegi swojego poprzednika o wpływ na politykę zagraniczną i obronną.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Moje ad vocem w sprawie próby przeniesienia krzyża

4 sie 2010

Ze smutkiem i goryczą obserwowałem procesję harcerzy z grupą księży na czele. Stanęła ona bezradnie przy obrońcach krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Nie ma co udawać, że nie ucierpiał na tym prestiż Kościoła.

Napisano już sporo na temat agresywnych, gorszących wyzwisk i złych emocji, jakie towarzyszyły próbie przeniesienia krzyża. Opisywano, jak obrażano księży.

Zastanawiano się, czy można było do tej misji wybrać kapłana cieszącego się dużym autorytetem, księży o większym doświadczeniu duszpasterskim?

Wśród analiz medialnych tego, co stało się we wtorkowe popołudnie, niezwykle rzadko stawia się inne pytania. Dlaczego misja księży wysłanych po krzyż została przez tylu wiernych przyjęta bez zaufania? Jakie obawy kryły się za ich błaganiami o pozostawienie krzyża?

Spróbujmy na te niełatwe pytania odpowiedzieć.

Po pierwsze, założono, że uroczystość przeniesienia krzyża została zaakceptowana siłą porozumienia zawartego 20 lipca przez przedstawicieli kurii metropolitalnej warszawskiej, organizacji harcerskich i przedstawicieli kancelarii prezydenta RP.

Tymczasem umowa skupia się raczej na sposobie godnego usunięcia krzyża, a nie na postanowieniu, czy i kiedy na jego miejscu a powstanie inny znak pamięci.

Zwolennicy krzyża żywili i żywią obawę, że Kancelaria Prezydenta nie chce przed pałacem żadnej pamiątki po kwietniowych dniach. Dlatego byli oni w stanie zaakceptować usunięcie krzyża tylko wtedy, gdy zastąpi je znak pamięci w postaci pomnika czy tablicy pamiątkowej.

Tymczasem umowa żyrowana przez kurię proponowała szybkie usunięcie krzyża już teraz, w zamian za dość ogólnikowe obietnice.

Odpowiedni fragment oświadczenia brzmiał bardzo niejasno: „Jednocześnie organizacje harcerskie zwróciły się z prośbą do Kancelarii Prezydenta RP, Kurii Metropolitalnej Warszawskiej, a także władz miasta stołecznego Warszawy o godne upamiętnienie ofiar katastrofy smoleńskiej oraz żałoby wyrażanej przez Polaków – w formie adekwatnej do rangi tego tragicznego wydarzenia i atmosfery tamtych dni. Kościół Warszawski w osobie Metropolity Warszawskiego abpa Kazimierza Nycza oraz Kancelaria Prezydenta RP reprezentowana przez jej szefa, ministra Jacka Michałowskiego w odpowiedzi na tę prośbę zobowiązały się do niezwłocznego podjęcia działań, zmierzających do godnego upamiętnienia ofiar katastrofy, jak również wspólnej służby harcerskiej”.

Jak widać, w dokumencie nie uściślono, jak owo „upamiętnienie” ma wyglądać, w jakim miejscu nastąpi i kiedy należy się go spodziewać. Słowo „upamiętnienie” i „niezwłocznie” może być rozumiane na wiele sposobów.

Owszem, pojawiały się na łamach prasy jakieś anonimowe opinie z okolic Kancelarii Prezydenckiej na ten temat. Przykładowo w „GW” z 13 lipca pisano: „Kancelaria przedstawi też projekt upamiętniania ofiar katastrofy smoleńskiej, zwłaszcza Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki. Prawdopodobnie będzie to tablica na ścianie pałacu albo w miejscu, gdzie stał krzyż”. A jednak żadnego oficjalnego komunikatu ludzie Komorowskiego nie wydali.

Na dodatek wiarygodność porozumienia natychmiast postawiły w wątpliwość niezwykle skwapliwie cytowane przez „Gazetę Wyborczą” wypowiedzi miejskiego konserwatora zabytków, który deklarował, że nie widzi możliwości postawienia na placu przed pałacem prezydenckim żadnych nowych obiektów. Podobne deklaracje składało Biuro Ochrony Rządu, które głosiło, że żaden znak pamięci nie może powstać w tzw. strefie zero. Oliwy do ognia dolała Hanna Gronkiewicz-Waltz. Prezydent Warszawy wskazywała, że miasto i tak ponosi koszty pomnika ofiar tragedii smoleńskiej na Powązkach i nie przewiduje znalezienia w budżecie dodatkowych sum na ewentualny pomnik na Krakowskim Przedmieściu.

Skoro takie sygnały wysyłało miasto, a urzędnicy prezydenta nie doprowadzili w tym czasie do jakiegoś spotkania partnerów umowy z konserwatorem zabytków i architektem miejskim – to jak można było wierzyć w dobre chęci kancelarii Komorowskiego?

Na domiar złego, wydane po wtorkowym incydencie oświadczenie – obok słusznych wyrazów ubolewania z powodu okoliczności wtorkowych wydarzeń – nadal nie zawiera w sobie żadnej wskazówki, gdzie i w jakim terminie „upamiętnienie” nastąpi. Znów zacytujmy odpowiedni fragment:

„Nadal uważamy, że tylko w drodze dialogu może zostać wypracowane trwałe rozwiązanie, będące godnym upamiętnieniem ofiar katastrofy smoleńskiej, na którym nam wszystkim zależy. Ogrom tej tragedii i duchowy wymiar tamtych dni zasługują na takie upamiętnienie.” Znów bez wskazania miejsca i czasu, w jakim ma dojść do „godnego upamiętnienia”.

Jedynym pozytywnym akcentem dla osób troszczących się o znak pamięci w miejscu krzyża była wtorkowa wypowiedź abpa Nycza na portalu tvn24.pl: „Trzeba znaleźć kompromis i zagwarantować, że przed Pałacem Prezydenckim znajdzie się tablica upamiętniająca ofiary katastrofy smoleńskiej. Inaczej będziemy skazani na taką improwizację – dodał.”

Co charakterystyczne, wypowiedzi tej nie sposób znaleźć w numerze „Gazety Wyborczej” z następnego dnia, gdzie cytowane są tylko słowa abpa Nycza „o zmarnowanej szansie na uroczyste przeniesienie krzyża i zaprzestanie jego instrumentalizacji” („Abp Nycz: będzie jeszcze jedna szansa”).

Ale ogólnikowe porozumienie w sprawie krzyża to nie wszystko.

Czy kuria warszawska zadała sobie trud, aby doprowadzić do spotkania z przedstawicielami grupy protestujących wiernych? Taką osobą mógł być Edward Mizikowski, który dyżurował przy krzyżu, czy aktor Mariusz Bulski, który we wtorek wypowiadał się dla mediów w imieniu protestujących. Do mediacji można było wciągnąć np. Jana Pospieszalskiego, który jest dla ludzi „spod krzyża” kimś, kto szanuje ich wrażliwość.

Co zamiast tego usłyszeliśmy? Gniewne tyrady biskupa Tadeusza Pieronka o „sekcie”, której „nie chodzi o krzyż, ale o władzę”. Rewelacje ks. Adama Bonieckiego, który epatował w TVN24 informacjami, że obrońcy krzyża „odprawiali egzorcyzmy, traktując księży jak satanistów”.

Wielu księży zapraszanych w ostatnich dniach do stacji telewizyjnej, z ogromną łatwością i absolutna pewnością formułuje opinie, że wszystkim – bez wyjątku – zgromadzonym przed pałacem chodziło o politykę, a za nic mają krzyż. Bez trudu przychodzi publicystom mówienie o tych ludziach jako o psychicznie chorych, z którymi nie ma i nie może być dyskusji.

Do takich akcji jak straż przy krzyżu lgną ludzi egzaltowani, bardzo ideowi, a czasami rozedrgani emocjonalnie. Ale tacy sami ludzie angażują się w „manify feministek”, walkę o klub Le Madame, obronę Doliny Rospudy i homoparady. Nieco ponad trzy miesiące temu widzieliśmy równie rozemocjonowanych ludzi na demonstracjach przeciw pochówkowi Lecha Kaczyńskiego na Wawelu.

Ale tylko obrońców krzyża opisuje się jako groźną bandę szaleńców, którym nie przysługują jakiekolwiek względy.

Zacytujmy Piotra Zarembę, który na łamach „Polski” pisał: „Bez wątpienia idea upamiętnienia smoleńskich ofiar w miejscu, gdzie schodziły się tysiące ludzi z całej Polski, aby to robić bez niczyjej zachęty, bezsensowna nie jest. Nawet jeśli część dzisiejszych „obrońców krzyża” to ludzie o radykalnych przekonaniach przywiązani do spiskowych teorii, o czym przypomina nam nieustannie część mediów. Proponowałbym zresztą, aby te media wykrzesały z siebie wobec nich przynajmniej tyle tolerancji, ile ofiarują rozmaitym grupkom antyglobalistycznej czy po prostu zbuntowanej młodzieży, której często wręcz się kibicuje, gdy bierze sprawy w swoje ręce.” Tym bardziej, że wbrew wielu insynuacjom publicystów, „ludzie z Krakowskiego Przedmieścia” nie domagali i nie domagają się pomnika w formie krzyża, ale akceptowali w jego miejscu np. tablicę pamiątkową.

Bardzo złe wrażenie na wielu wiernych wywołało bezrefleksyjne powtarzanie przez księży i publicystów tezy, że „jedynym godnym miejscem dla krzyża jest budynek kościoła”.

Sformułowania takie będą przypominać z lubością zwolennicy laicyzacji w wypadku kolejnych sporów o krzyże. A doświadczenia z krajów zachodnich i nowa, agresywnie laicyzacyjna retoryka SLD, pokazują, że za chwile możemy mieć spory o krzyż na Giewoncie czy na dziedzińcu jakiegoś gimnazjum.

Przecież lewica i liberalni publicyści już domagają się usunięcia krzyża z Krakowskiego Przedmieścia jako wymogu zachowania neutralności światopoglądowej miejsca urzędu państwowego.

Czy kościół odpowiedział na takie tyrady?

I jeszcze jedno – czemu nikt nie pyta szefa kancelarii Jacka Michałowskiego, dlaczego nie przedstawia jasnych deklaracji co do miejsca i kalendarza wykreowania symbolu upamiętnienia ofiar?

Taki pomnik-tablica – gdyby prezydent-elekt porozumiał się z marszałkiem Grzegorzem Schetyną – mógłby powstać w parę dni. Ekspresowo zwołane spotkanie z konserwatorem zabytków i plastykami pozwoliłoby szybko wybrać kompromisowy projekt tablicy, np. w kształcie orła z nazwiskami 96 ofiar. Od decyzji rodzin mogłoby zależeć, czy przy nazwisku byłby znak krzyża, jakiś inny symbol. Sarkofag wawelski dla Lecha i Marii Kaczyńskich powstał w trzy dni. Dlaczego wykonanie tablicy miałoby trwać dłużej?

Ale, jak widać, lepiej utrzymywać napiętą atmosferę i jątrzyć nastroje.

Konflikt zaczął się od nonszalanckiego komunikatu nowego prezydenta, który, podpuszczony przez dziennikarzy, zapowiedział usunięcie krzyża. Ten spór można było do początku rozładować starając się ograniczyć emocje. Ale te ostatnie wzięły nie tylko z wypowiedzi polityków opozycji, ale i się z niejasnej gry kancelarii prezydenta i braku wyobraźni stron deklaracji o usunięciu krzyża. Mówmy i o tym, a nie tylko o wtorkowych wydarzeniach.

***

Tym zapisem blogowym żegnam się na trzy tygodnie. I ja mam prawo do urlopu, więc do zobaczenia, drodzy czytelnicy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie rób drugiemu co tobie niemiłe

2 sie 2010

Jutro harcerze mają przenieść krzyż z Krakowskiego Przedmieścia i zanieść go w pielgrzymce do Częstochowy. Jak zareagują na to ludzie deklarujący wolę obrony krzyża?

Na łamach „Polski” Michał Karnowski zastanawia się czy musiało dojść do tak ostrej polaryzacji w tej kwestii: „Wszystko zawarte jest w nazwie. Przenosiny czy zabieranie krzyża? Powiedz mi, jakiego słowa używasz, a powiem ci, co o tym myślisz. Dla archidiecezji warszawskiej to „przeniesienie”. Dla większości obserwatorów, jak można wywnioskować z tonu dyskusji medialnej, również. Ale dla ludzi, którzy pełnią pod Pałacem Prezydenckim samorzutne warty, to, co ma się stać, jest „krzyża zabraniem”. Apelują więc w liście do biskupów warszawskich, żeby tego nie robili. Jak widać, choć hucznie ogłoszony, kompromis nie istnieje. Można dziś kreślić różne scenariusze, co stanie się za kilkadziesiąt godzin na Krakowskim Przedmieściu, ale wydaje się pewne, że spokojnie nie będzie.

Czy metropolita warszawski abp Kazimierz Nycz stanie naprzeciw zbuntowanych, nie akceptujących porozumienia wiernych? A jeśli tak, to czy stawią oni czynny opór? Będą krzyczeli? Czy wyrażą swój protest milcząco? Czy zjawią się tam też grupki uważające, że to dobra okazja do wykrzyczenia swoich antykościelnych haseł? I czy wtedy księża nie znajdą się między młotem, a kowadłem?

Jakkolwiek by patrzeć, sytuacja nie jawi się w jasnych barwach. Szkoda, bo na szali leży przecież nie kawałek zbitego pod kątem 90 stopni drewna, ale podwójny symbol. Raz – symbol wiary chrześcijańskiej. Dwa – znak pamięci po ofiarach tragedii 10 kwietnia. (…).

Zastanawiam się, kto zawinił? Prezydent elekt Bronisław Komorowski, w pierwszym wywiadzie bezrefleksyjnie zapowiadając przeniesienie krzyża, dając do zrozumienia, że w tym miejscu taki znak po poprzedniku nieco go krępuje? Kościół i harcerze, którzy negocjując w tej sprawie, chyba trochę zapomnieli o wrażliwości ludzi stojących przed Pałacem Prezydenckim, dla których istotą tego trwania jest także uzyskanie zapewnienia, że w przyszłości stanie tam znak pamięci o zmarłych, znak z wpisanym krzyżem? Lewica tak chętnie wykorzystująca spór do szermowania hasłami świeckości państwa, rzucająca od razu żądania usunięcia także krzyża z Placu Piłsudskiego? A może Prawo i Sprawiedliwość, gdzieś po drodze gubiące, zdaniem niektórych, granicę między pamięcią o tragedii a polityką budowaną na tragedii? (…) Co dalej? Wyjście widzę jedno: jasne stwierdzenie, co znajdzie się przed Pałacem w zamian. I że będzie to krzyż, bo nie wydaje mi się, by dla partii chadeckiej, jaką jest PO, było to nie do przejścia. Z drugiej strony – nie bardzo w to wierzę. I PO, i prezydent Komorowski widzą chyba w całej sytuacji próbę sił, którą chcą wygrać. Jak wszyscy trochę się pogubili. Takiej wojny nie da się wygrać. Można się tylko mądrze porozumieć. Nie w tym kawałku drewna problem. Zabiorą? Postawią nowy. Zobaczycie.”

Tyle Karnowski. To chyba jeden z niewielu tekstów jaki w dyskusji o krzyż – nie dzieli zwolenników krzyża oraz tych, co chcą jego przeniesienia na obóz prymitywnych „katoli” i światłych chrześcijan. Wielu księżom z ogromną łatwością zdarzało się określać ludzi jacy gromadzili się wokół krzyża jako partyjniackich nienawistników.

Kompromis, jaki zawarto między przedstawicielami kancelarii prezydenta, harcerzami i Kurią – bardziej korzystny jest dla tych, którym smoleński krzyż zawadzał niż dla tych, dla których jest to pamiątka po kwietniowych dniach żałoby. Porozumienie nie mówi bowiem wyraźnie, że na miejscu krzyża powstanie jakiś pomnik. Owszem są deklaracje ludzi prezydenta o uczczeniu pamięci ofiar tragedii, ale gdzie – konkretnie nie uściślono. Kancelaria prezydenta nie komentuje też zaklęć konserwatora zabytków, że na żaden znak pamięci nie wyda zgody.

Skoro kompromis jest pełen znaków zapytania – to dlaczego ludzie, którzy modlili się pod tym krzyżem maja być z jego zabrania szczęśliwi? Tak jak Karnowski mam nadzieję, że nie dojdzie od gorszących scen i zachowana zostanie powaga sytuacji godna chrześcijan. Ale obawiam się sytuacji, w której krzyż zniknie, a pałac prezydencki będzie miesiącami bezsilnie rozkładał ręce powołując się na opór konserwatora zabytków. Przesadzam? To niech ludzie prezydenta przekonają mnie, że mają konkretna wolę uczcić tablicą lub pomnikiem kwietniowe wydarzenia. Niech dowiem się, że szef prezydenckiej kancelarii szuka z konserwatorem zabytków jakiegoś mądrego rozwiązania. Niech dowiem się, że znak pamięci będzie ustawiony na Krakowskim Przedmieściu, a nie np. przed Belwederem. Póki co, pałac prezydencki milczy. Jak długo?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop