Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Orban gra o wszystko

4 sty 2011

Premier Węgier Viktor Orban uważa, że ma prawo wyciągnąć wnioski z wyborczej wygranej swojej partii i posiadania większości w parlamencie. Chce zmienić Węgry, kierując się ideałami konserwatywnymi. Lider Fideszu zapowiada, że jego kraj dostanie nową konstytucję, w której znajdą się zapisy o szacunku dla chrześcijańskiego dziedzictwa kraju i zostanie podkreślona wartość ludzkiego życia.

Wcześniej Orban patronował nowej, kontrowersyjnej ustawie medialnej, która według opozycji oraz wielu dziennikarzy, nawet sprzyjających Fideszowi, zagraża wolności słowa. Ale już w opinii prawicy przełamuje ona jedynie dominację lewicy w mediach, trzymając się wszystkich unijnych standardów.

Podobne działania podejmuje socjalistyczny premier Hiszpanii Jose Luis Zapatero, który uważa, że mocna legitymacja wyborców daje mu prawo do przeprowadzenia obyczajowej rewolucji. Zapateryzm jednak Europa uznaje za wewnętrzną sprawę Hiszpanii, ale już konserwatywna rewolucja Orbana wprowadza zachodnią lewicę w stan drżenia. Wielkie dzienniki europejskie publikują emocjonalne reportaże, które przedstawiają Węgry jako kraj u progu faszyzacji.

Budapesztowi już grozi się sankcjami.

Z polskiej perspektywy postępowanie Orbana wygląda znajomo – przypomina nieco Jarosława Kaczyńskiego z jego projektem IV RP. A i chór krytyków jest tak samo wybiórczy w swoim oburzeniu. Jakoś nie było go słychać, gdy kolejne ekipy węgierskich postkomunistów zawłaszczały tamtejsze media. Podobnie jak zachodnich intelektualistów nie martwiło zwasalizowanie przez SLD polskich mediów publicznych za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego.

Jakie stąd płyną wnioski? Czy politycy prawicy mają jedynie administrować, nie wchodząc w spory światopoglądowe i nie naruszając przewagi lewicy w biznesie i mediach? Oczywiście nie. Viktor Orban powinien jednak pamiętać, że – choć to niesprawiedliwe – prawicy Europa uważniej patrzy na ręce.

Wyznawanie zasady „teraz albo nigdy” rzadko kończy się sukcesem.

Czy Orban wyciągnął wnioski z doświadczeń IV RP?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

To hołd dla Okrągłego Stołu

12 lis 2010

Takie wrażenie sprawiają pierwsze nominacje prezydenta do Orderu Orła Białego.

Polityka orderowa Bronisława Komorowskiego w naturalny sposób jest porównywana z epokami trzech jego poprzedników: Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Kaczyńskiego. Prezydentura Wałęsy była w tej mierze pionierska. Objęciu urzędu w 1990 r. towarzyszyło przekazanie nowej głowie państwa insygniów Orderu Orła Białego z rąk ostatniego prezydenta na wychodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego. Podstawowym zadaniem tamtej kadencji było odrabianie zaległości 40 lat PRL. Pierwszy Order Orła Białego po reaktywacji otrzymał Jan Paweł II, a potem m.in. pośmiertnie gen. Stanisław Maczek i prymas Stefan Wyszyński. W wypadku „autorytetów” trzymano się przekonania, że orderami należy obdarzać osoby wiekowe o zasługach „profesorskich” lub zasłużonych artystów.

Jeśli zaś chodzi o zasługi solidarnościowe, to wydawały się one stosunkowo niedawne. Na dodatek byli dysydenci w tak dużym stopniu wypełniali życie polityczne, że wszelkie ordery wywołałyby zarzuty o polityczne łapówkarstwo.

A jednak już wtedy odzywały się głosy, że prezydent Wałęsa mógłby odznaczać osoby z antykomunistycznego podziemia, które straciły zdrowie w katowniach UB i wskutek chorób „stały nad grobem”. Wałęsa nie wykazywał jednak żadnej wrażliwości w tej mierze. Jego ministrowie postrzegali w nominacjach orderowych na czele z Orderem Orła Białego raczej szansę na przerzucanie mostów między Wałęsą a środowiskami inteligencji zbliżonej do Unii Wolności. Choć jednocześnie odznaczani byli ludźmi o oczywistych zasługach z szeroko rozumianych kręgów partii Tadeusza Mazowieckiego. To przypadek takich kawalerów Orderu Orła Białego jak Aleksander Gieysztor, Jan Nowak-Jeziorański, Jerzy Giedroyc (odznaczenia nie przyjął), Jerzy Turowicz czy Stanisław Stomma. Ale już Wiesław Chrzanowski nie otrzymał tego orderu, choć np. w 1993 r. zakończył marszałkowanie Sejmowi, a 70. urodziny, jakie wtedy obchodził były dobrą okazją do odznaczenia go.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niebezpieczny antyklerykalizm

7 lis 2010

Słowa Benedykta XVI o powrocie ducha antyklerykalizmu w Hiszpanii przypominającego lata 30. ubiegłego stulecia spora część europejskich mediów przedstawiła jako atak papieża na rząd Jose Zapatero. „Publico”, jeden z dzienników hiszpańskiej lewicy, nazwał tę wypowiedź „nową wyprawą krzyżową przeciwko laicyzmowi”.

Można powiedzieć – taka reakcja to nic nowego. Obóz lewicowo-liberalny zawsze postrzegał Kościół jako agresora i wroga wolności. Choć przecież w Hiszpanii właśnie ludzie wierzący mają od sześciu lat powody, by czuć się jako obywatele spychani do narożnika.

Europejska opinia publiczna jest niezwykle mocno wyczulona na polityczne skręty w prawo. To dlatego dyskutowano o wprowadzeniu unijnych sankcji wobec Austrii, gdy władzę zdobyła tam partia Jörga Haidera. Ale gdy socjaliści Zapatero realizują plan radykalnej laicyzacji ograniczającej prawa katolików, nie budzi to zaniepokojenia nawet europejskich partii chadeckich – wywodzących wszak swoje korzenie z chrześcijaństwa. A skoro politycy milczą, trudno się dziwić, że głos musiała zabrać głowa Kościoła katolickiego.

W latach 30., w czasie wojny domowej w Hiszpanii, ofiary były po wszystkich stronach. Ale nie wolno zapominać, że wśród 200 tys. poległych było 7 tys. bestialsko zamordowanych kapłanów, zakonników i zakonnic. A także wielu zwykłych wiernych, którzy zginęli tylko dlatego, że byli katolikami. Ponad 500 spośród nich Kościół wyniósł na ołtarze jako męczenników. Także setki spalonych kościołów i sprofanowanych sanktuariów to ponure dziedzictwo lewicowego antyklerykalizmu.

Nie przypadkiem Hiszpania jest jedynym krajem – oprócz rodzinnych Niemiec – do którego Benedykt XVI podróżuje już po raz drugi w czasie swego pontyfikatu. Trudno rzecz jasna zestawiać wojnę hiszpańską w latach 30. XX wieku z politycznym antyklerykalizmem rozpętanym przez Zapatero. Ale podobnie jak jesteśmy wrażliwi na wszelkie przejawy prawicowych radykalizmów, powinniśmy z niepokojem przyglądać się lewicy, gdy sięga do skrajnych poglądów.

Tym bardziej że polityczny antyklerykalizm przestaje być czymś egzotycznym także w Polsce. Tu znany demagog bez większych protestów w czasie demonstracji przed kuriami biskupimi profanował krzyże – raz przybijając do nich konstytucję, innym razem wieszając serdelki. A na demonstracjach polskiej lewicy niebezpiecznie pobrzmiewają okrzyki o „drugiej Hiszpanii”, którą antyklerykałowie chcieliby zgotować polskiemu Kościołowi.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.

Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zaduszkowa lista nieobecności

30 paź 2010

W jednej z powieści Agathy Christie Herkules Poirot zostaje zaproszony do angielskiego dworu w wigilię Wszystkich Świętych.

Detektyw poirytowany halloweenowymi wygłupami dzieci wybucha w końcu:

– My, Belgowie, zamiast wygłupiać się, palimy w ten dzień świeczki na grobach bliskich i modlimy za naszych zmarłych!

Mój Boże, a więc jeszcze 70 lat temu potrzeba refleksji nad tymi, co odeszli, była oczywista tak samo w Belgii, jak i nad Wisłą. Dziś w Brukseli znicze na grobach 1 listopada to rzadkość. Tym bardziej się cieszmy, że w Polsce na cmentarze walą tłumy. Szanujmy nasz kult śmierci, bo jego halloweenowy erzac to kicz nad kicze. Sporządzając listę nieobecności, pierwszy raz poczułem – co jest znakiem wchodzenia w drugą połówkę życia – że znikają ludzie ważni w wyborze mojej drogi życiowej.

Oczywiście w wyniku tragedii pod Smoleńskiem to poczucie w tym roku jest wyjątkowo dotkliwe. Wraz z katastrofą Tu-154 znikli ludzie tworzący elitę odrodzonej RP – najwięcej było ich z prawicy. W tym żałobnym szeregu status primus inter pares posiadł na zawsze Lech Kaczyński. Bezbronność jego pamięci uderzyła mnie jednak nie od razu po katastrofie, gdy lansowano tezę o alkoholu we krwi lub kreowano legendę o prezydencie wdzierającym się do kabiny pilota. Łatwość odzierania z godności Lecha Kaczyńskiego zaszokowała mnie raptem dwa miesiące temu. Wtedy to polityczni wrogowie zarzucili Kaczyńskiemu, że w sierpniu 1980 roku w gdańskiej stoczni po prostu go nie było. Utytułowani profesorowie historii chytrze ubierali zaś to w słowa typu: ja nic nie wiem o jego udziale w strajku. W obronie jego czci wystąpili oprócz brata tylko koledzy z wolnych związków – Krzysztof Wyszkowski i Andrzej Gwiazda, notabene sam mający na głowie opiekę nad ciężko chorą żoną. Inni milczeli lub odwracali kota ogonem.

Z ofiar smoleńskich najwyraziściej odczułem śmierć gdańszczan – Anny Walentynowicz, Macieja Płażyńskiego i Arkadiusza Rybickiego. „Arama” poznałem najwcześniej, w 1981 roku. Gdy opowiadałem o ludziach Ruchu Młodej Polski Piotrowi Zarembie, który pisał ich historie – mówiłem, że dla mnie, ówczesnego licealisty, młodopolacy byli jak książęta. Mówiłem to, mając na myśli właśni Arkadiusza. Człowieka, który w moich oczach w jakiś niesamowity sposób łączył wtedy elegancję i odwagę. Stonowanie, ale i pewność swoich racji. Gdy w połowie lat 80. „Aram” wpuścił mnie do swojego pokoju biblioteki na ulicy Sienkiewicza – jakiś dobry kwadrans po prostu stałem i gapiłem się, chłonąc tytuły, o jakich przeczytaniu dopiero marzyłem.

A jakieś 200 metrów dalej mieszkała na gdańskiej al. Grunwaldzkiej Anna Walentynowicz. To był inny polityczny świat. Skromne, ale schludne mieszkanie Anny Walentynowicz poznałem dopiero w 2000 roku, gdy robiłem z nią telewizyjne wywiady. Poznałem wtedy jej wiarę i zrozumiałem, ile musiała przejść zawodów. W tym roku do wielkich zmarłych gdańszczan doszli także ks. Henryk Jankowski i twórca podziemnej telewizji Marian Terlecki. Obaj – słynny solidarnościowy duszpasterz oraz pionier podziemnych mediów elektronicznych wywarli ogromny wpływ na moje myślenie o świecie w latach 80. Bez nich nie byłoby solidarnościowej legendy.

A teraz czas na pokłon cieniom trzech emigracyjnych postaci. 96-letnia Zofia Korbońska – wielka dama Polski podziemnej – do ostatnich lat życia broniła IPN. Dalej 87-letnia Zofia Romanowiczowa – więźniarka obozu w Ravensbrück i założycielka emigracyjnej paryskiej Libelli – i wreszcie 106-letnia Zofia Morawska – też emigrantka, tyle że wewnętrzna. Ignorując po wojnie istnienie PRL, oddała większość swego życia ociemniałym w podwarszawskich Laskach. Wszystkie trzy dumne, majestatyczne, ale i niezwykle ludzkie. Żywe symbole wychowania w II Rzeczypospolitej.

I wreszcie ktoś, kogo pamiętają z lat sławy już nieliczni. Andrzeja Kozerę przystojnego spikera głównego wydania „Dziennika Telewizyjnego” w epoce Gierka spotkałem w gmachu TVP na placu Powstańców w 1991 roku. W międzyczasie Kozera przeżył wypadek samochodowy, po którym stał się zupełnie innym człowiekiem. Stał się głęboko wierzący i nie znosił komuny. Zapuścił brodę i wyglądał jak pustelnik. Uchował się w magazynie z archiwalnymi taśmami. Dla nas młodych gniewnych, którzy przyszli wraz z Walendziakiem do TVP, był cudownym pomocnikiem. Coś jak dobry duch Skarbek w plątaninie kopalnianych korytarzy. Gdy wmawiano nam, że np. taśmy z konferencji Urbana już nie ma, Kozera z łobuzerskim uśmieszkiem radził zajrzeć do jakichś kartonów na szafie. To dla Andrzeja, który tak odkupywał swe gierkowskie lata, zapalam ostatnią zaduszkową świeczkę.

***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Przeprosiny bez przeprosin

26 paź 2010

Popuśćmy wodze fantazji i wyobraźmy sobie, że Platforma Obywatelska po morderstwie w Łodzi na serio szuka porozumienia z PiS. I że spotyka się  z podobną postawą z drugiej strony… – polityczny scenariusz szkicuje publicysta „Rzeczpospolitej”

Polska polityka ma nową konkurencję: jak przepraszać, aby nie przeprosić. A to głowa państwa przeprasza opozycję w taki sposób, że wygląda to na wyrafinowaną kpinę. A to liderzy partii rządzącej składają kwiaty pod biurem PiS w sobotni poranek, w asyście tłumu borowców, gdy nikogo z opozycyjnej partii nie ma na miejscu.

Z drugiej strony: lider opozycji zgłasza gotowość do rozmów z rządzącymi, ale stawia warunek, aby przedstawiciele władzy najpierw podpisali dokument wymieniający przykłady użycia mowy nienawiści wyłącznie wobec jego partii. A liberalny publicysta nawołuje, aby nie dać się zaszantażować – bo nikt nikomu nie jest winien żadnych przeprosin.

Jak na razie nie grozi nam więc żaden kicz pojednania. Raczej jednostronny piarowski spektakl Platformy z cyklu “my chcieliśmy jak najlepiej, ale oni – no sami popatrzcie…”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Imigrancki slalom Angeli Merkel

21 paź 2010
Niemiecki piątek Piotra Semki

W polityce nigdy nie można  niczego być pewnym.  Gdy dwa tygodnie temu biuro prasowe kanclerz Angeli Merkel upubliczniło wykonane 8 października zdjęcie, na którym Pani kanclerz podczas wizyty w piłkarskiej szatni gratuluje piłkarzowi kadry RFN, z pewnością  zakładano, że pomoże to ocieplić jej wizerunek i pomóc w zdobyciu kilku punktów propagandowych.

Na zdjęciu Pani Merkel gratuluje wygranej 3:0 nad Turcją w meczu eliminacyjnym do Euro 2012 piłkarzowi Mesutowi Ozilowi.

Czy był  to przypadkowy wybór? Raczej nie. Mesut Ozil, Turek urodzony w 1988 roku w Gelsenkirchen, jest symbolem udanej asymilacji. Na dodatek gest Merkel był pośrednim komentarzem do obraźliwych dla Ozila transparentów, jakie rozwinęli niektórzy tureccy kibice uznający go za zdrajcę tureckości.

Tureccy szowiniści trafili w czuły punkt. „Kolorową drużynę” RFN, w której jest sporo imigrantów, Angela Merkel chętnie przedstawiała w trakcie piłkarskich mistrzostw w Południowej Afryce jako przykład udanej integracji.

Ale oto z pewnym opóźnieniem głos zabrał Theo Zwanziger, szef  Deutscher Fussball-Bund (DFB) – niemieckiego związku piłki nożnej. Odnosząc się do wizyty Pani kanclerz w szatni, Zwanziger wyraził zaniepokojenie możliwością mieszania piłki z polityką. Doszło do telefonicznej rozmowy „na szczycie” i biuro prasowe Pani kanclerz ogłosiło oczyszczenie atmosfery między rządem a DSB.

„Bild” ogłosił wręcz, że Pani kanclerze miała ponoć przeprosić za niestosowne składanie wizyt w szatni w towarzystwie nadwornego fotografa.

Najwyraźniej Pani kanclerz zabrakło wyczucia i jej pozowanie na tle półnagich piłkarzy rozdrażniło nawet szefa DFB. Ale cała sprawa ma znacznie szersze tło.

Czy Pani kanclerz istotnie chciała zdobyć tylko wyborcze punkty fotografując się wśród piłkarzy?

Na pewno tak, ale chodziło raczej o spór wokół imigrantów – i to głównie tureckich, i muzułmańskich, którzy od chwili wydania książki Thilo Sarrazina nie przestają być tematem nr 1 niemieckiej debaty.

A linia szefowej CDU w sporze o imigrantów biegnie ostatnio zygzakami.

Gdy Theo Sarrazin zaszokował Niemców otwartym stawianiem tezy, że imigranci, szczególnie ci islamscy, są kulą u nogi dla RFN, kanclerz Merkel ostro skrytykowała autora kontrowersyjnej książki. Media przypominały jej słowa, że jest też kanclerzem tureckich imigrantów.

Ale gdy okazało się, że książka Sarrazina bije rekordy sprzedaży – jak zawsze pilnie wsłuchana w nastroje  – Pani Merkel uznała, że warto z kolei dać jakiś znak, iż  zauważa problem imigracji.

Szefowa CDU  wykonała gest pod adresem jednego z nieformalnych liderów chadeckiej prawicy Rolanda Kocha, który wydał niedawno swoją książkę ”Konservativ”.  Koch zasłynął czas jakiś temu  propozycją dyskusji nad ograniczeniem i zróżnicowaniem imigracji. Tezy Kocha rozwinął niedawno CSU Horst Seehoefer, który wskazał, że Turcy i muzułmanie  mają największe kłopoty z asymilacja i trzeba o tym pamiętać przy prowadzeniu polityki imigracyjnej.

I wtedy dopiero rozległo się wielkie bum. Na spotkaniu Merkel z młodymi chadekami w Poczdamie, Pani kanclerz ogłosiła, że marzenia o społeczeństwie multi-kultu były iluzją.

Przyznała też, że pomoc socjalna dla imigrantów znacznie obciąża system opieki socjalnej, ale jednocześnie poparła dalsze sprowadzanie wysokiej jakości fachowców jako warunek konkurencyjności niemieckiej gospodarki.

Teraz oburzyła się dla odmiany niemiecka lewica, oskarżając Merkel o basowanie Seehoferowi.

A emocje wzbudzają kolejne informacje o zderzaniu się islamskiej mentalności z życiem Niemców. Od awantury w jednej z szkół w sprawie tureckiego chłopca, który w opinii jego rodziców „z winy szkoły” zjadł kotlet wieprzowy, po islamskiego właściciela biurowca przy berlińskim Ernst-Reuter-Platz który ogłosił, że wynajmować biura będzie tylko tym firmom, które nie zajmują się niczym, co byłoby sprzeczne z zasadami Koranu.

Angela Merkel zbyt szybko przechodziła ostatnio od roli Pani kanclerz dla  wszystkich do roli lidera prawicy, który postanowił zalegalizować  pewien poziom obaw przed brakiem asymilacji  imigrantów z krajów muzułmańskich.

Na dodatek Pani Merkel blado wypada  na tle nowego prezydenta Christiana Wulffa, który w październiku dwa razy „ukradł jej show” w kwestii imigracyjnej.

Pierwszy raz, gdy w dzień 20. rocznicy zjednoczenia ogłosił, że islam też należy do tożsamości Niemiec. Drugi raz, gdy w tym tygodniu odwiedził Turcję. Tam dla odmiany wypomniał gospodarzom, że chrześcijaństwo przynależy to dziedzictwa Turcji. Oboma wystąpieniami niedoceniany wcześniej Wulff zdyskredytował Angelę Merkel.

A Pani kanclerz nie może sobie pozwolić na dalsze błędy. Media już spekulują czy aby nie czas już na zmianę w obozie chadecji. Wschodząca gwiazda jest Karl-Theodor zu Guttenberg, minister obrony z CSU, który w sondażach popularności bije na głowę blednącą ostatnio Merkel.

Guttenberg jest zręczny i trudno go nie zauważać. Niedawno na łamach FAZ zamieścił tekst, wyrażający nadzieje na pozytywny przebieg integracji i przestrzegający przed przemocą, która zawsze rodzi się ze słów. Można to było odebrać jako ostrzeżenie przed książką Sarazzina.

Arystokrata Guttenberg wie, jak ukłonić się poprawności politycznej, nie tracąc jednocześnie poparcia prawicowych wyborców.  A Merkel próbując tonu szczerości o „multi-kulti” wypada z roli  i ściąga na siebie gromy lewicy.

Tak wyglądać mogą pierwsze objawy utraty politycznej zręczności.

„Buergerkoenig” – obywatelski król, jak nazywa Guttenberga „Spiegel”, ma coś co imponuje wyjątkowo wielu Niemcom. Jeśli CDU słabo wypadnie w landowych wyborach w Badenii-Wirttenbergii, spór o sukcesję po Pani kanclerz wybuchnie z całą siłą. Czy mistrzyni przetrwania z dawnej NRD wytrzyma i tę próbę?

Póki co „Stern” – wyczuwając  przejęcie się Niemców  dyskusją o imigrantach – używa wizerunku Pani kanclerz do swoich reklam. Napis brzmi: „Informujemy z tych miejsc,  gdzie kobiety nie mają nic do gadania i z tych, gdzie to kobiety nadają ton”. Czyżby „Sternowi” chodziło o jeden i ten sam kraj – Niemcy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Plusy i minusy tygodnia (9-15 października)

15 paź 2010

Z okresu PRL, a konkretnie z lat późnego Jaruzelskiego, utkwiła mi opowieść o grupie entuzjastów bóstw słowiańskich, którzy próbowali zarejestrować się w komunistycznym urzędzie do spraw wyznań.

Gdy zdumieni urzędnicy odprawili neopogan z kwitkiem, najwyższy kapłan ubrany w lniane giezło miał stanąć na schodach urzędu i zagrzmieć: – Niech was Świętowit pokarze! Teraz podobną klątwę rzucił na Donalda Tuska sam Kazimierz Kutz. Odchodząc z PO w ramach sympatii dla ruchu Palikota, Kutz – kapłan postępowej inteligencji – rzucił anatemę na swoich dotychczasowych ulubieńców, ogłaszając: – Platforma nie robi nic dla Śląska! Która to już taka klątwa? Kutz objeżdżał już w podobny sposób rządy solidarnościowe z początku lat 90., potem AWS, a teraz Platformę. Co ciekawe, wszyscy to biorą ze śmiertelną powagą.

Ale są i inne, jeszcze straszniejsze klątwy. Na przykład klątwa „prawdziwego Polaka”, którą Tomasz Wołek rzucił na łamach „Gazety Wyborczej” na zwolenników PiS. Nic to, że – jak się okazało – Jarosław Kaczyński nigdy nie wypowiedział podobnych słów pod Pałacem Prezydenckim.

Wołek zręcznie omija kwestię, czy takie słowa w ogóle padły, ale za to ogłasza, że pod wodzą prezesa PiS „prawdziwi Polacy triumfalnie wracają”. Publicyście warto przypomnieć, że kryteria ustalania, kto jest „prawdziwym Polakiem”, są bardzo niejasne i elastyczne. Sam pamiętam, jak w latach 90. krytyczne wobec lewicy laickiej teksty Wołka pisane pod pseudonimem Józef Wierny przyjaciele Adama Michnika zaliczali do typowej twórczości prawdziwych Polaków. A co się działo, gdy w 1990 roku swoją prezydencką kampanię prowadził dzisiejszy ulubieniec Tomasza Wołka Lech Wałęsa? Wołek wtedy kibicował Mazowieckiemu, więc zapewne pamięta, jak w obozie pana premiera wiece Wałęsy komentowano jako kipiące od złych emocji seanse nienawiści – kogo? – tak, tak, właśnie „prawdziwych Polaków”.

Dziś Wałęsa ma status świętego za życia, więc nikt nie przypomina, jak w 1990 roku przyklejano mu etykietki wodza „prawdziwych Polaków” i polskiego Duce.

Ależ się przez te 20 lat świat nie zmienił.

Gdy piszę te słowa – Janusz Palikot wzywa do pierwszego wiecu swojego bezkompromisowego ruchu poparcia. Miejsce dość kameralne – bo u grobu Miłosza w krypcie w kościele na Skałce. Pierwszy wiec partii antykościelnej w kościele. Co na to tamtejsi ojcowie paulini? Niech spróbują się skrzywić. Usłyszą szybko, że narodowy panteon trzeba upaństwowić. Tłusta łapa kleru spoczywać ma nad grobem Miłosza? Nigdy!!!

Ale w wolnych chwilach od happeningów i fetowania Miłosza Januszem Palikotem szarpią lęki. Jakie? Czy na wieść o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym, które zdobywało billingi gwiazd mediów, nurtują go lęki przed powrotem epoki „Jarosława Straszliwego”? A guzik prawda! Palikot dicit: „Skoro byli podsłuchiwani dziennikarze, to jest pytanie, czy byli podsłuchiwani politycy, a zwłaszcza opozycji. Jeśli byli podsłuchiwani politycy – to czy nie są wciąż podsłuchiwani? Władza się zmienia, a metody nie”. Proszę, jeszcze pan Janusz formalnie nie opuścił PO, a już obwieszcza, że rząd Tuska może łamać prawo jak słone paluszki. Szybko to poszło.

A teraz z innej beczki – co z wycofaniem polskich wojsk z Afganistanu? Rozumiem, że temat był atrakcyjny dla Bronisława Komorowskiego tylko w czasie kampanii prezydenckiej. Pałac został zdobyty, więc po co jeszcze interesować się tym niełatwym problemem?

A wracając do klątwy PRL-owskiego kapłana Świętowita na schodach urzędu do spraw wyznań – to, fakt faktem, parę lat potem komunę istotnie szlag trafił. Czy tym razem klątwa Kutza będzie równie skuteczna?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Frankfurt kłania się imigrantce

8 paź 2010
Niemiecki piątek Piotra Semki

„Nie, Thilo Sarazzin nie przemawiał na otwarciu targów książki we Frankfurcie nad Menem. Ale i tak był tam jakoś obecny” – pisze dziennik FAZ.

„Bo jak inaczej wytłumaczyć nagrodę Deutscher Buchpreis dla Melindy Nadj Abonji – nieznanej szerzej w Niemczech szwajcarskiej pisarki o imigranckich doświadczeniach?” – zastanawia się dziennik.

Zwolennicy tegorocznego werdyktu jury DBP już twierdzą, że „Gołębie zrywają się” – nagrodzona książka Melindy Nadj Abonji – to rodzaj polemiki wobec „Niemiec w samolikwidacji”, głośnej książki Thilo Sarrazina zadającej obcesowe pytania dotyczące tego, w jakim stopniu nadmiar imigrantów w RFN cofnie poziom cywilizacyjny Niemiec. Krytycy werdyktu narzekają, że nagroda zaczyna być uzależniona od aktualnego kontekstu politycznego.

Deutscher Buchpreis, tłumaczona w Polsce jako Niemiecka Nagroda Literacka, przyznawana jest od 2005 roku przez dwie czołowe niemieckie organizacje księgarzy i nagradza autorów najlepszej powieści napisanej w języku Goethego.

Dotąd nagrodę dostał jeden Austriak i po dwoje Niemców z dawnej NRD oraz urodzonych w dawnych Niemczech zachodnich. Ale w tym roku wiele znaków wskazywało, że nagrodę otrzyma ktoś spod znaku „multi-kulti”. Już w sześcioosobowej grupie nominatów było aż troje imigrantów. Obok Melindy Nadj Abonji, urodzonej w jugosłowiańskim mieście Beczej, wśród finalistów był Doron Rabinovici, urodzony w Tel-Awiwie i prażanin Jan Faktor.

Nazwisko Melindy Nadj Abonji brzmi dość egzotycznie, choć pisarka jest urodzoną w 1968 roku Węgierką. Ale Węgierką specyficzną, bo wywodzącą się z południowej Baczki – części dawnej Jugosławii zamieszkałej w sporym procencie przez ludność węgierską, a do II wojny także przez znaczącą mniejszość niemiecką.

W 1973 roku, korzystając ze zgody Tito na wyjazdy gastarbeiterskie, jej rodzice wyjechali do Szwajcarii. W oryginale jej nazwisko brzmiało Nagy Abonyi, ale szwajcarscy urzędnicy imigracyjni błednie je zapisali. Mała Melinda przed przyjazdem do kraju Helwetów nie znała ani słowa po niemiecku. Jednak już jako dziecko nauczyła się płynnej niemczyzny znacznie szybciej niż rodzice. Szybko zaczęła pełnić w domu rolę tłumacza. Rodzice ciężko harowali, odkładając z roku na rok powrót do ojczyzny. W 1991 roku, gdy Melinda miała 23 lata, rozpoczął się rozpad Jugosławii i wybuchła wojna domowa. Wraz z całą rodziną ciężko przeżywała tragedie kraju narodzin, choć akurat w Baczce nie doszło do większych walk. Na tle skali nienawiści między Chorwatami a Serbami czy Bośniakami, Węgrzy z Baczki uniknęli konfrontacji z Serbami. Młoda imigrantka kosztem wyrzeczeń rodziny dostała się na wyższe studia. W 1997 roku zdobyła licencjat na uniwersytecie w Zurychu, gdzie żyje i tworzy do dziś.

„Gołębie zrywają się” to powieść mogąca sprawiać wrażenie autobiografii, jest to jednak fikcja. Bohaterka imieniem Ildiko opisuje dzieciństwo spędzone w Jugosławii, by potem odtworzyć rozpad kraju marszałka Tito i ucieczkę wraz z rodzicami do Szwajcarii.

Rozdarta między bałkańskie korzenie a nowe realia Zachodu, mozolnie buduje swoją nową tożsamość. Szarpie się miedzy szacunkiem i sprzeciwem dla kultury rodziców. A jednocześnie wsiąka w nowy kraj. Jej rodzice pracują na samym dole drabiny społecznej – w pralni a potem w knajpie nad Jeziorem Zuryskim.

Książkowa Ildiko chce akceptacji ze strony nowego obcego świata, i musi nauczyć się żyć z przekonaniem Szwajcarów – raz wyrażanym wrogo a raz z irytującym pseudożyczliwym paternalizmem – że bałkański świat, skąd przybyła, jest światem gorszym.

Ale autorka cytuje też gorzką ale prawdziwą maksymę powtarzaną jej na zuryskim bruku przez rodziców. „My tu nie mamy jeszcze życia godnego człowieka. Musimy je sobie dopiero ciężko wypracować”.

Cały życiorys i sukces imigranckiej pisarki poświadcza mądrość życiową pary węgierskich przybyszów z Baczki.

Dla Niemiec dyskutujących od niedzieli nad słowami prezydenta Christiana Wulffa „Islam też przynależy do Niemiec” i przeżuwających myślowo książkę Thilo Sarrazina, ta książka może zdawać się głosem w dyskusji na temat wartości imigrantów. Melinda Nadj Abonji przybliżyła Niemcom, Austriakom i Szwajcarom traumę imigrantki, która dotarła do elit z absolutnych nizin. Ale czy do końca przykład jest adekwatny? W jakim stopniu można porównywać skalę trudności w asymilacji imigrantów z Jugosławii z przybyszami z krajów islamskich? Tak czy inaczej szwajcarsko-węgierska pisarka rodem z Baczki jest już murowanym gościem niemieckich talk-show o asymilacji imigrantów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

20 lat temu pod Reichstagiem

1 paź 2010

To już 20 lat. Już za dwa dni, w najbliższą niedzielę 3 października Niemcy fetować będą dwie dekady zjednoczenia.

Dobrze pamiętam ten dzień w Berlinie – 20 lat temu była to środa. Nad Szprewę przybyłem jako reporter zapomnianego już solidarnościowego „Tygodnika Gdańskiego”.

Nocowaliśmy w jakimś groszowym tureckim pensjonacie przy „Witti”, czyli Wittenbergerplatz. Muru już prawie nie było – dzielni enerdowscy Grenschutze rozbierali jego ostatnie, najbardziej oddalone do centrum fragmenty z takim samym zapałem, jak wcześniej go strzegli. Otrzymaną wtedy w biurze prasowym mapę Berlina (duży reklamowy napis – „pierwsza mapa zjednoczonego miasta”!) trzymam do dziś – dzięki niej wiem, którędy przebiegał mur.

Wraz z koleżanka po piórze Joanną Jarzymowską docieraliśmy do skromnych mieszkań postaci z enerdowskiej opozycji – Baerbel Bohley czy Wolfganga Templina – aby odkryć, że nie mają ochoty na komentowanie zjednoczenia. Niewielu ludzi z dawnej opozycji odnalazło się w nowej niemieckiej polityce. Ale wieczorem tłum pod Reichstagiem oczekujący na wciągnięcie flag nowych landów był tak zbity, ze tylko dotarcie do „wzwyżki” dla prasy pozwoliło nam cokolwiek zobaczyć. Wszelkie niewygody łagodziła świadomość, że oglądamy, jak tworzy się historia.

Poniżej możecie państwo przeczytać reporterski efekt naszej wyprawy, jaki ukazał się w „Tygodniku Gdańskim” 14 października 1990 roku. Mieliśmy wtedy z Joanną po 25 lat, więc wybaczcie nam nieznośny styl odkrywania z emfazą prawd dziś już banalnych. A garnirowanie tekstu cytatem z Kaczmarskiego – to jeszcze jeden znak tamtejszych czasów.

„Niebo nad Berlinem”

Wschodni Berlin podniecony i wyflagowany chorągwiami i proporcami nowych landów. Wszyscy krzątają się wokół przygotowań do zjednoczeniowej nocy. Ponad milion gości. Na ulicach przybysze z prowincji – w saksońskich czy turyńskich strojach. Ale podekscytowanie czuć właściwie tylko we wschodniej części miasta. Berlin Zachodni żyje swoim życiem. Dawno odzwyczaili się od patriotycznych uniesień, za to w ciągu roku poznali smród trabantów i nieokrzesanie wschodnich braci.

Centralny punkt to oczywiście Brama Brandenburska. Koło bramy na dźwigu w powietrzu wisi właśnie gustowny trabancik, owinięty flagą z młotem i cyrklem.

Tłumy gęstnieją, szerokim strumieniem leje się piwo. Na uroczystej, wieczornej akademii w Teatrze Schauspielhaus dyrygent Kurt Mazur dyryguje „Odę do radości” Beethovena. I Niemcy czują radość. Prawdziwy koniec drugiej wojny światowej. Kończy się pokuta NRD – „taką przebili ich ojczyzną”, śpiewał Kaczmarski. Dziś powstaje IV Rzesza. Kohl dorównał Bismarckowi, ale bez krwi i żelaza. Musimy uznać ich sukces, nauczyć się ich rozumieć, jeśli nie lubić. Ale w rozradowanym tłumie są też

smutne dzieci rewolucji

To bohaterowie antytotalitarnej opozycji z lat rządów Honeckera. Byli idealistyczni, pacyfistyczni, a nade wszystko bardzo lewicowi. To ich dosięgały największe represje. W październiku i listopadzie 1989 r. stanęli na czele protestów. Ale nie umieli skorzystać z władzy. Ich idealizm przelicytowały wielkie partie z RFN. Gdy naiwnie rezygnując z walki o władzę ogólnokrajową postawili na wybory komunalne, macherzy z CDU i SPD w zgodnym sojuszu wykosili ich w wyborach do władz miasta. Dziś wciąż lansują ideę „Bürgerbewegung” – ruchu obywatelskiego, mając jednak przeciw sobie potężne aparaty partyjne, dysponujące nieporównywalnymi funduszami.

Są osamotnieni. Ich walki o zachowanie odrębności NRD nie podzielili wschodni Niemcy, którzy parli na skróty do dobrodziejstw silnej marki. 28 września (1990 r.) ruchy obywatelskie zakończyły bez sukcesu okupację dawnej siedziby Stasi. Protestowali przeciw amnestii dla byłych funkcjonariuszy oraz przeciw wywiezieniu akt NRD-owskiej bezpieki do archiwum federalnego w Koblencji. Mimo, iż starają się być sumieniem narodu, coraz mniej ten naród rozumieją. Ale zyskali ostatnio sukces: decyzję Sądu Najwyższego RFN, który … znów podzielił Niemcy. Dawne NRD, to oddzielny okręg wyborczy, co daje szansę dawnym desydentom z NRD na wejście do Bundestagu.

W dzień zjednoczenia o 19 przed ambasadami czterech mocarstw oraz Węgier, Czech i Polski organizują demonstrację na rzecz dobrego sąsiedztwa Niemiec w Europie. Grupa około 15 smutnych brodaczy stoi przed polską ambasadą ze świecami. Tłumy mijają ich obojętni. Wszyscy spieszą się na wielki piknik. Jeszcze rok temu „brodacze” prowadzili tłumy za sobą. Dziś Niemcy idą pod Reichstag sami skandować:

Helmut, Helmut

Tam właśnie zbierają się największe rzesze, czekając na historyczną godzinę „zero”. Morze flag, reflektory tną niebo. Na trybunie wszyscy wielcy RFN-owskiej sceny politycznej. Weizsäcker, Brandt, Weigel, Genscher. Z polityków NRD-owskich tylko Lothar de Maiziére. Wśród symfonicznej muzyki wszyscy oni czekają na dwanaście uderzeń zegara. Wreszcie stało się, jedność jest faktem! W powietrzu wybuchają tysiące fajerwerków.

Wszyscy liczą, że Kohl powie parę słów do tysięcznych tłumów. Ale wtedy pękają kordony i zdyscyplinowani zwykle Niemcy biegną tuż pod trybunę, na schody Reichstagu. Nie zatrzymują się jednak pod nią, lecz wdrapują się na lożę. Przez chwilę Kohl staje oko w oko z tłumem, a politycy pośpiesznie rejterują wyżej. Oficer ochrony rządu oddaje trzy strzały w powietrze, by powstrzymać napór. Po chwili policja w kaskach i z tarczami wypcha tłuszczę z trybuny.

Kohl w tym czasie jest już w gmachu. Tłum szaleje, w rękach sztuczne ognie. Chóralne „Deutschland, Deutschland, über alles”. Strzelają korki szampanów. Na masz wciągnięta zostaje flaga całego państwa.

W oficjalnych uroczystościach uderza to, iż Bonn nie dzieli się sukcesem.

To RFN przyłącza NRD. To Republika Federalna kupiła za miliony marek wolność u Gorbaczowa. To talent Genschera przełamał opory Rosjan. Kohlowi, kanclerzowi zjednoczenia winni być wdzięczni byli NRD-owcy. To jego święto.

Akredytacje prasowe na uroczystości zjednoczenia załatwiało Biuro Prasowe Bundesrepubliki. Na trybunę przed Reichstagiem zaproszono korpus dyplomatyczny z Bonn, ambasadorów z byłej stolicy NRD nie przewidziano. Z polityków NRD-owskich na stopniach Reichstagu ostał się jedynie de Maiziére. Zabrakło bohaterów dawnej opozycji. Nie zjawił się też Bush ani Gorbaczow. Nie przybyli politycy z zachodnich stolic, nie mówiąc już o Havlu, węgierskim Antalu czy Mazowieckim. Zabrakło międzynarodowego kontekstu uroczystości połączenia – choćby odczytania życzeń sąsiednich narodów na nową historyczną drogę Niemiec. Gdzieś zapodział się Mitterrand, kreowany na osobistego przyjaciela Kohla. Zapomniano o podziękowaniu Węgrom za ich zgodę na masowy „nielegalny” transfer uciekinierów z NRD na Zachód (wydarzenie bezpośrednio wpłynęło przecież na rozpad „czerwonych Prus”).

To nie unia z zachodnim bratem, to zwykły „Anschluss” na warunkach dyktowanych z Bonn.

Liczne rządowe materiały prasowe i kalendaria zjednoczenia na margines spychają doświadczenia „Solidarności”, „Karty 77”, czy lipskich demonstracji zeszłej jesieni. Połykająca „enerdówek” Republika Federalna Niemiec jawi się jako dynamiczna siła, która bez większych trudności potrafi sfinansować wchłonięcie nowych prowincji.

Zapełnienia pustego rynku NRD ożywiło gospodarkę. W ramach unifikacji trzeba zmienić wszystko: szosy, pocztę, bankowość. Tym zadaniem zajmą się firmy z RFN. Ruch w interesie zmniejszy bezrobocie w RFN. Wschodni Niemcy już dziś kupują głównie żywność z Zachodu. Menedżerowie i urzędnicy federalni przejmą nowe stanowiska kierownicze. Przyjemnie być „Kulturträgerem” – nosicielem cywilizacji.

Nie wszystkim to odpowiada. Najbardziej ostro reagują młodzi, czy to wykpiwając narodową fetę happeningiem typu – proklamowanie Autonomicznej Republiki Utopii na wschodnioberlińskim Kollwitzplatz, czy też agresją. W noc zjednoczenia grupy młodzieży zbierają się na Friedrichstrasse skandując

Wir lieben Ostland!

(„Kochamy wschodni kraj!”). Gdy dostrzegają kolumnę rządowych mercedesów z „ludźmi w dobrze skrojonych garniturach”, na szyby lecą pomidory, zaś karoserie dosięgają kopniaki. Policji jest sporo. Dla młodych to koronny dowód, że tworzy się znów państwo policyjne. Mają gdzieś argumenty o demokracji zachodnioniemieckiej. Luźne grupy zbierają się, dmuchając w gwizdki. W tłumie są zwolennicy dawnej NRD, ale i neofaszyści skandujący „Niemcy są Niemcami, wszyscy inni precz”. Obie siły solidarnie wdają się w przepychanki z ciężkozbrojną policją z Zachodniego Berlina.

Manifestacja przeciwników zjednoczenia, która następnego dnia wyruszyła spod Bramy Brandenburskiej w kierunku Reichstagu miała charakter pokojowy. To, w co przekształciła się w drodze powrotnej, na Alexanderplatz obserwatorzy nazwali „zabawą w kotka i myszkę”. Tyle, że w tym wypadku agresorem okazała się uzbrojona w kamienie i „koktajle Mołotowa” myszka. „Kotek” chronił się za pleksiglasem tarcz; osłaniając swoje pozycje strugami z armatek wodnych.

Uczestnicy imprezy, choć stworzyli jednolity front, pochodzili z obu stron muru. Frustracja „dzieci z dworca Lichtenberg” przywiodła ich ku ekstermizmowi. W rozsypujących się kamienicach dzielnicy Pankow mają do wyboru: czerwoną chustkę lewicy albo skinheadowską „szwedkę”. Ramię w ramię z nimi stanęli ich maoistowscy i anarchistyczni przyjaciele z Kreuzberga. Pierwsi, zdesperowani „gniewem klasowym”, z rozkoszą demolowali luksusowe limuzyny przed hotelem Stadt Berlin, drugich nurtował niemiecki kompleks – podświadomy lęk przed samym sobą („ nigdy więcej wielkich Niemiec”, znany choćby z twórczości Güntera Grassa.

Nie wybuchła na szczęście żadna z zapowiadanych dzień wcześniej przez radykałów bomb.

Ostatnie fajerwerki

Wypogadza się. Noc ustępuje świtowi. Narodowa feta stała się okazją do wystąpień rewizjonistów, którzy — jak mówią w Polsce — mogą znaleźć w byłej NRD lepszy klimat niż na Zachodzie. Co prawda w czasie uroczystości pod Reichstagiem koło trybuny wykwitł 10 metrowy napis „Danzig”, ale zniknął po paru minutach. Także koło Bramy, grupa „wypędzonych” rozdawała odwetowe ulotki. Trzeba jednak jasno zaznaczyć, iż był to jedynie polityczny folklor. Większość nie zwracała na nich uwagi a znaleźli się i tacy, którzy zawzięcie kłócili się z „obrońcami niemieckiego wschodu”.

Świt nad Bramą Brandenburską rozpoczął się pod hasłem „Ordnung muss sein”. Miejsce tłumów i policji zajęli śmieciarze w schludnych kombinezonach. Uniknięto w ten sposób taniej poetyki zdeptanych chorągiewek i baloników, tak często w dzień po zabawie utożsamianych z utraconymi złudzeniami. Część wschodnich Niemiec wracających ze wspaniałej zabawy miała jednak niemiłe przeczucie, że to już ostatnie fajerwerki.

Późno złożone złamanie zrasta się źle. Niemcy ze Wschodu pytają ze smutkiem: „a więc nic nie wnosimy do nowych Niemiec? Ostatnie czterdzieści lat było tylko żartem historii?”. Oficjalne zjednoczenie w wielu dziedzinach będzie jeszcze przez długi czas teorią. Tak jak telefony — mimo, iż zdemontowano mur, łatwiej jest przejść na piechotę przez Bramę Brandenburską, niż dodzwonić się z enerdowskich automatów do zachodniej części miasta…

Gdy opuszczamy Berlin, po dworcu snują się jeszcze grupki wstawionych i otulonych w czarno-czerwono-żółte flagi Niemców. Przypominają naszych rezerwistów.”

Gdy przeczytałem ten tekst sprzed 20 lat, przypomniałem sobie jeszcze scenkę z S-Bahnu, którym około trzeciej w nocy jechaliśmy spod Reichstagu na nocleg. W naszym wagonie wracała z jakiegoś zjednoczeniowego balu para sześćdziesięciolatków. On w niemodnym fraku, ona w sukni balowej przypominającej filmy z lat 50.

Pamiętam, że widząc ich zniszczone wiekiem twarze uświadomiłem sobie, że jeśli urodzili się około 1930 roku, a po wojnie żyli w NRD, to niemal całe życie przeżyli wpierw pod brunatną, a potem pod czerwoną dyktaturą. Byli godni współczucia, ale też jakoś przerażali swoim enerdowskim zastygnięciem we czasie. A jednak tamta noc 3 października to był ich moment wejścia do życia w godności. Lepiej późno, niż wcale – pomyślałem wtedy, wysiadając z kolejki.

Od moderatorów:

Z przykrością informujemy, że ze względu na prace techniczne prowadzone w serwisie rp.pl, część komentarzy na poszczególnych blogach jest chwilowo niewidoczna dla naszych czytelników.
Za utrudnienia w korzystaniu z serwisu – przepraszamy!

Równocześnie dołożymy wszelkich starań, by przywrócenie wszystkich komentarzy sprzed godziny 18:00 odbyło się w terminie jak najszybszym.
moderatorzy@rp.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Radziszewska: trafiona, niezatopiona

28 wrz 2010

Minister Elżbieta Radziszewska, głosząc, że szkoła katolicka ma prawo odmówić pracy zdeklarowanej lesbijce, ściągnęła na siebie polityczną i medialną kanonadę. Zaatakowano ją, choć pani pełnomocnik ds. równego traktowania zaprezentowała jedynie stanowisko rządu, ustalenia wynikające z projektu ustawy o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania.

Rząd Donalda Tuska przyjął ten projekt miesiąc temu. A jednak, gdy media spekulowały, czy złamano normy unijne, premier do projektu własnego rządu nawet słowem nie nawiązał.

To osamotnienie Radziszewskiej w czasie medialnej nagonki pokazuje, jak skuteczne dziś są kampanie obyczajowe lewicy. Upór obozu postępu w kwestii zatrudniania homoseksualistów w szkołach wyznaniowych pokazuje zaś, że lewicowcy potrafią dowolnie interpretować prawo i usiłują narzucać swoje interpretacje innym.

Donald Tusk, póki co, nie uległ nagonce. Jednak awantura o Elżbietę Radziszewską była dobrym testem układu sił w polskich sporach światopoglądowych. Fakt, że pani minister pozostała na razie na swoim stanowisku, pokazuje, że lobby „równościowe” nie jest jeszcze wszechmocne. Ale jej przeciwnicy byli bardzo bliscy celu.

Obóz zmian obyczajowych szybko zwietrzył świetną okazję do „odstrzelenia” Elżbiety Radziszewskiej. Wykorzystano efekt synergii – połączono bardzo istotny spór o to, czy szkoły religijne mogą nie zatrudniać osób jawnie okazujących swój homoseksualizm, z potknięciem pani minister, która w ferworze dyskusji wypomniała adwersarzowi, że jako gej występuje w obronie także i swoich interesów. Natychmiast głos zabrał Komitet Helsiński.

Niezwykle szybko zebrano pod żądaniem zdymisjonowania Radziszewskiej podpisy celebrytów ze świata mediów i popkultury. Złożono skargi do rzecznika praw obywatelskich. Lewica doskonale wie, że w chwili gdy wybucha medialny skandal i trzeba narzucić opinię publiczną, liczy się każda godzina. Tym bardziej że pamięta, jak łatwo ulegał w przeszłości premier Tusk medialnej wrzawie, dymisjonując bez zwłoki swoich podwładnych – choćby ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego. A dla lewicy obyczajowej odstrzelenie polityka, który nie zgina karku przed wyznaczanymi przez nią standardami, to sprawa wyjątkowo ważna – bo w ten sposób wysyłany jest sygnał do kolejnych urzędników.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop