Jak przyszpilić budyń do ściany

8 marca 2010 autor rp

Krytycy teatralni dobrze znają sytuację, w której dojrzały aktor staje wobec sytuacji, gdy traci wzięcie. Zaniepokojony na siłę szuka nowych sztuczek, aby odzyskać popularność. A im bardziej mu nie idzie, tym bardziej się szarpie. I wtedy zaczyna to dostrzegać publiczność. Jedni reagują ze współczuciem, inni pękają ze śmiechu.

Coś podobnego dzieje się z Prawem i Sprawiedliwością – partią, która od przegranych wyborów w 2007 roku próbuje coraz to nowych zwrotów, aby odzyskać utraconą inicjatywę.

Wymyślane na szczycie partii rozmaite nowe taktyki – aktywizacja młodych, otwarcie na inteligencję czy wysunięcie na czoło kobiet – okazują się wyłącznie medialnymi kreacjami rozpadającymi się w zderzeniu z rzeczywistością.

Potwierdził to niedzielny kongres PiS w Poznaniu. Zjazd, który w innej sytuacji można by nazwać poprawnym, a nawet udanym. Ale nie tym razem – parę miesięcy przed bojem o reelekcję Lecha Kaczyńskiego. W tej sytuacji zjazd, który nie zaskoczył komentatorów czymś nowym i rewelacyjnym, musiał być uznany za porażkę. Problemem nie są już jednak pojedyncze niedociągnięcia, ale zjawisko, które nazwać trzeba załamaniem się polityki medialnej PiS.

Przeczytaj cały tekst

Teoria Poznania

8 marca 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

Wszystkie gazety komentują dziś dwudniowy zjazd PiS w Poznaniu. “Gazeta Wyborcza” piórem Rafała Kalukina tytułuje poznański kongres mianem “wyreżyserowanego telezjazdu”

“W dawnych dobrych czasach, gdy o demokracji medialnej mówili tylko futurolodzy, a o postpolityce w ogóle nikt nie słyszał, kongresy partyjne bywały wielkimi wydarzeniami w życiu organizmów politycznych. Niemalże świętem, na które zjeżdżało po kilkuset delegatów pieczołowicie wyłanianych na zjazdach regionalnych, otrzaskanych w wyborczej walce, rozdyskutowanych. Spotykali się więc co cztery, pięć lat, aby wybrać kierownictwo, naładować intelektualne akumulatory, wyprostować ideologiczne azymuty, zintegrować się w politycznej wspólnocie, co wcale nie takie błahe, balując w kolektywie.

A w świat płynęły z tamtych kongresów polityczne treści, które służyły potem za podstawę kampanii wyborczych. Tu wykluwały się pomysły i idee, które wracały w formie projektów legislacyjnych, analiz politycznych, manifestów ideowych.”

Teraz jest zupełnie inaczej i Kalukin krytykuje zjazd PiS za bombastyczna formę.

Jak pisze: “Oglądamy spektakl, który ma się sprzedać w mediach, ale treści politycznych niesie już bardzo niewiele. (…) rozpasana fasada na tysiąc delegatów (po co aż tylu?) i jedno, dwa istotne wystąpienia prezesa Kaczyńskiego, które mają trafić do serwisów informacyjnych. Zresztą, nawet ową “istotność” należy wziąć w cudzysłów. Jutro odejdą przecież w niepamięć przykryte kolejnymi newsami. Być może sam Kaczyński o nich zapomni i ogłosi za chwilę coś diametralnie odmiennego. Są więc jego przemówienia kongresowe towarem jednorazowego użytku. Ważne tu i teraz. Cała reszta dwudniowego kongresu to bowiem wata, pełen nieistotnych słów wypełniacz. Panele tematyczne, które mogą być, ale gdyby ich nie było, to nikt by się nie zmartwił.

Wystarczyło już spojrzeć na program kongresu, by przewidzieć jego przebieg. Prezes wita delegatów, prezes wygłasza inauguracyjne przemówienie, prezes – jako jedyny kandydat na nowego prezesa – prezentuje się delegatom, prezes ustępujący i zarazem nowo wybrany dziękuje delegatom za poparcie.

Kalukin zauważa, że “szefowa klubu PiS Grażyna Gęsicka inteligentnie punktuje rząd Platformy, ale to rutyna z podręcznika opozycji”. Krzysztof Jurgiel usypia salę pustosłowiem o polskiej wsi. Ma być ekspercko i merytorycznie, ale nikogo na sali to przecież nie obchodzi. Sala czeka, aż ktoś powie coś o Mirze, Grzechu i Zbychu, by trochę się rozerwać.”

Gazeta za PiS-em nie przepada więc nikogo nie szokuje skłonność Kalukina do ostrych słów. Ale choćby w imię elementarnej uczciwości intelektualnej wypadałoby porównać poznański show do zjazdów PO gdzie sala czeka jedynie na to by ryczeć ze śmiechu z aluzji do strasznych kaczorów.

“Dziennik Gazeta Prawna” – na pierwszej stronie tytułuje swoją relację ze zjazdu – “Gospodarcze ględzenie PiS”. Gdyby dziennik używał takiego języka w stosunku do rozmaitych partii – nie kręciłbym głowa. Ale podejrzewam, że „Dziennik” uznał ,że akurat w tym wypadku można pozwolić sobie na więcej. Bądźcie może kiedyś jeszcze tacy obcesowi wobec Donalda Tuska drodzy koledzy z Okopowej. Na tym tle ze znacznie większą przyjemnością czyta się rzeczową analizę Piotr Zaremby z „Polski The Times”, który w wyborczym roku przestrzega PiS: „Kaczyńskiemu poprawność nie wystarczy”. Zaremba pisze: „To był całkiem sprawnie zorganizowany kongres. Z niezłym przemówieniem prezesa jako jego apogeum. Tego przemówienia można się czepiać. Nawet mniej tego, że wczasy w Egipcie kosztują nie więcej niż wypoczynek w Polsce, bo Jarosławowi Kaczyńskiemu najwyraźniej chodziło o to, aby Polacy w ogóle wyjeżdżali na wakacje. Bardziej już ataków na Donalda Tuska, że zadłuża kraj i nie poradzi sobie z deficytem, bo niedawno to PiS zachęcał rząd do zaciągania dużo większych długów i do grania deficytem w obliczu kryzysu.

Ale obie największe partie – PO i PiS – przyzwyczaiły nas do tego, że w obliczu zmieniającej się sytuacji dobierają sobie argumenty ze wszystkich możliwych szkół myślenia. Byle najcelniej uderzyć w przeciwnika. Sam fakt, że lider PiS mówił głównie o gospodarce, można uznać ze realizację scenariusza: jesteśmy partią spokojną i przewidywalną. Jak z podręcznika marketingu. (..) Udany kongres, a jednak trudno zachęcać jego uczestników do entuzjazmu. Bo choć Kaczyński ogłosił z trybuny, że znów chce być premierem, nie słyszało się żadnej nowej idei ani nie wyczuwało żadnego nowego impulsu, który ma w tym pomóc. A wyczuwało się go w roku 2005.” Komentatorowi PiS jawi się dziś, pomimo gromkich okrzyków, jako partia właściwie pogodzona z rolą trwałej mniejszości. Ciesząca się, że żyje.

“Z pewnością prowadziło do tego wiele błędów lidera. Ale nie tylko. To po części skutek jego przekonań i pasji. Pomimo dobierania konkretnych postulatów z różnych półek PiS jest dzisiaj partią raczej ludzi starszych, biedniejszych i przywiązanych do tradycyjnej obyczajowości. W kraju, gdzie większość maszeruje (czasem tylko we własnej imaginacji) ku klasie średniej, a popkultura coraz mocniej wyznacza myślenie, to wybór nie gwarantujący łatwego pozyskania większości społeczeństwa. Gdyby to był tylko problem upudrowania twarzy, sprawa byłaby łatwiejsza. A to kwestia tożsamości. Samowładnego prezesa i jego drużyny.

Nie mam w związku z tym rad, choć ciśnie się na usta pytanie, gdzie się podział PiS z 2005 r.: bardziej wielobarwny, odwołujący się do różnych środowisk, które dziś przyglądają się podobnym kongresom z pełnym poczuciem obcości? Powiem tylko, że gdy PO stosuje tak wyrafinowaną grę z wyborcą jak prezydenckie prawybory, średnio udany kongres nie wystarczy. Chyba że plan maksimum to wieczne pilotowanie wkurzających poczynań Platformy z ław opozycji.”

Zaremba widział środowisko Braci Kaczyńskich już i w czasie sukcesów początków lat 90. i w czasie bessy epoki Kwaśniewskiego. Zna wady i zalety obu braci jak mało kto.

Jeśli spin-doktorzy PiS-u chcą myśleć o partnerskiej rywalizacji z PO w roku prezydenckiej rozgrywki – każde zdanie tego komentarza powinni analizować z najwyższa uwagą.

Barwy kampanii

1 marca 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

Justyna Kowalczyk już jest królową.  A o tym, kto będzie królewiczem Platformy, toczył się w miniony weekend ostry bój. Gazety nie mogą zdecydować się, jak pisać o wystąpieniach kandydatów.

Na stronie internetowej “Dziennika” w niedzielę, pod tytułem “Sikorski naigrywa się z prezydenta” przeczytaliśmy wyrazisty reportaż z wizyty “kandydata na kandydata” w Bydgoszczy.

“Radosław Sikorski w amerykańskim stylu rozpoczął kampanię wyborczą na urząd prezydenta. Na swojej pierwszej konwencji – w Bydgoszczy – pojawił się w takt muzyki z filmu ‘Piraci z Karaibów’. Potem zaczął żartować z Lecha Kaczyńskiego, wytykając mu między innymi wyprawę do Gruzji.
- Prezydent powinien zachować trzeźwość oceny, a nie zgrywać zucha wałęsając się gdzieś po górach Kaukazu – powiedział Radosław Sikorski.

- Prezydent obejmując urząd powinien zapomnieć o przeszłych urazach i okazać lwie serce nawet zapiekłym krytykom. Prezydent wolnej Polski może być niski, ale nie powinien być mały – wyliczał szef MSZ.

- Wolę Sikorskiego z hakami niż Kaczyńskiego z bratem – żartował Radosław Sikorski. Jego wypowiedzi nagradzano śmiechem i brawami.

Szef MSZ podkreślił, że prezydent powinien szanować polską tradycję, ale nie ‘w duchu przebrzmiałych ideologii’. Skrytykował jednocześnie uwikłanie Lecha Kaczyńskiego w bieżącą politykę, nazywając go ‘rzecznikiem brata, szefa opozycji’.(…)

- Prezydentura nie musi wyglądać tak jak teraz. W miejsce nadęcia, tuzinów ochroniarzy, doradców od wszystkiego, obiecuję republikańską skromność: mniej etatów w kancelarii, mniej obiecanek, mniej szamotania się ze sprawami, za które ktoś inny odpowiada – mówił Sikorski.

Zapewnił też, że nie zamierza się ‘obrażać na Europę’, a zamiast tego chce prowadzić dialog z partnerami w Unii Europejskiej i tłumaczyć polskie racje w ‘języku, który Europa jest w stanie przyjąć, zarówno w sensie dosłownym, jak i w przenośni’. – Będę pokazywał nową twarz naszego kraju, twarz bez grymasów, kompleksów, twarz zwróconą ku przyszłości, ku temu, co niosą nowe czasy. Polskę bez haków, donosów, bez lęków wobec wyzwań współczesnego świata – zapewnił Sikorski.(…)

Swoje wystąpienie Radosław Sikorski zakończył przypomnieniem, że do końca kadencji obecnego prezydenta pozostało ‘tylko 297 dni’ i namawiał zebranych na widowni do skandowania: ‘Były prezydent Lech Kaczyński’.”

No – śmiechu z Lecha Kaczyńskiego było w Bydgoszczy co nie miara. Relacja ta jednak w ogóle nie trafiła do papierowego wydania “Dziennika”.

Zaglądam do warszawskiego wydania “Polski The Times” – i szukam barwnej relacji z grodu nad Brdą. Tytuł grzeczniutki: “Amerykańskie wejście szefa MSZ i szarża na Lecha Kaczyńskiego”. Szarża? Raczej walenie z grubej rury w kierunku nielubianej najwyraźniej przez Sikorskiego głowy państwa.

Zaglądam do “Gazety Wyborczej” i dowiaduję się , że “Bronisław Komorowski obiecywał w niedzielę modernizację, Radosław Sikorski – republikańską skromność”. Jak wygląda ta modernizacja?

“Komorowski w Białymstoku przekazał miastu 48 autobusów. Marszałek – który z ich kupnem nie miał nic wspólnego, miasto kupiło je dzięki unijnym funduszom – wraz z prezydentem Białegostoku przeciął wstęgę i zdobiące jeden z autobusów balony uleciały w niebo”. Obok zdjęcie: marszałek, scena, baloniki i tłumy na białostockim rynku.

Tylko tyle? Ani słowa pytania, z jakich pieniędzy urządzono fetę na białostockim rynku na które ściągnięto (w jaki sposób?) tłumy białostoczan?

Ale nic to. Czytamy dalej:

“Komorowski wykorzystał okazję, by wetknąć szpilę Sikorskiemu. – Zazdroszczę panu, że pan o te autobusy walczył od początku do końca – mówił prezydentowi Białegostoku Tadeuszowi Truskolaskiemu. I dodał: – Ja walczyłem o samoloty dla wojska. A potem reguły demokracji sprawiły, że kto inny robił sobie przy tych samolotach zdjęcia, kto inny nimi latał.
Komorowski był szefem MON w rządzie AWS, Sikorski – w rządzie PiS. I to Sikorski przekazywał amerykańskie F-16 polskiemu wojsku”.

A kolei show Sikorskiego w Bydgoszczy “Gazeta” opisuje tak:

“Niewielka sala konferencyjna Opery Nova ledwo pomieściła ponad 200 działaczy – z balonikami, chorągiewkami i transparentami w niebiesko-pomarańczowych barwach. Szefa dyplomacji zaprezentowali bydgoscy posłowie Teresa Piotrowska i Paweł Olszewski. 

Sikorski przykuśtykał na scenę (to efekt upadku na nartach) z żoną Anne Applebaum w rytm melodii z filmu ‘Piraci z Karaibów’. – Tak się cieszę, że są rodacy, którzy jeżdżą na nartach lepiej ode mnie. Pani Justyno, gratulujemy – rozpoczął Sikorski.
- W miejsce nadęcia, tuzinów ochroniarzy, doradców od wszystkiego obiecuję republikańską skromność – mówił. Do zadań prezydenta zaliczył dokończenie profesjonalizacji wojska, wycofanie kontyngentu z Afganistanu oraz powołanie profesjonalnej Rady Bezpieczeństwa Narodowego.
Sikorski zwrócił się do Komorowskiego. – Drogi Bronku, jestem dumny, że jest mi dane konkurować z tobą. Człowiekiem, którego cenię, szanuję i lubię – podkreślał.

Krytykował Lecha Kaczyńskiego. – Prezydent powinien zachować trzeźwość oceny, a nie zgrywać zucha, wałęsając się po górach Kaukazu. Prezydent powinien zapomnieć o urazach. Prezydent wolnej Polski może być niski, ale nie powinien być mały – skwitował.

Wystąpienie zakończył przypomnieniem, że do końca kadencji prezydenta pozostało 297 dni. Cała sala skandowała z nim: ‘Były prezydent Lech Kaczyński!’”.

Tyle “Gazeta”. Jak się okazuje, wypowiedzi o Kaczyńskim to jedynie krytyka. Ktoś się oburzył? Owszem – Bronisław Komorowski.

Tylko on w niedzielę wypowiadając się dla mediów wyraził zdziwienie, że szef dyplomacji naszego kraju w taki sposób wypowiada się o głowie państwa. Tak to konkurencja ratuje dobre obyczaje.

Teraz ruch należy do Sikorskiego. Niech to on zatroszczy się o podatników w Białymstoku i spyta, za jakie pieniądze urządzono białostocki show pana marszałka?

Biskupia telenowela

27 lutego 2010 autor rp

Ledwie cztery miesiące temu Margot Kaessmann wybrano na pierwszą kobietę przewodniczącą Rady Kościoła Ewangelickiego w Niemczech (EKD).

Kariera liderki niemieckich protestantów skończyła się w minioną sobotę w Hanowerze, gdy policja zatrzymała jej wóz. Pani biskup deklarowała, że wypiła jeden kieliszek, ale alkomat wykazał 1,5 promila alkoholu w krwi. Dziennikarze wyliczyli, że przy 55 kg wagi pani biskup oznaczało to wypicie co najmniej 0,7 litra wina, czyli całkiem sporo.

W poniedziałek EKD przyjęła jej wyrazy ubolewania, ale jeszcze nie wezwała swojej szefowej do dymisji. Jednak w środę po dwóch dniach medialnej wrzawy Kaessmann ustąpiła zarówno z funkcji szefowej rady, jak i biskupa Hanoweru. Zostanie szeregową panią pastor. Swoje odejście uwieńczyła chwytającym za serce komentarzem: „Nie można upaść niżej niż w ręce Boga”.

Ten upadek miał typowy dla dzisiejszych czasów tabloidowy charakter. Ale i sama pani biskup przypominała bardziej efektowną celebrytkę niż stateczną pastorkę z północnych Niemiec. Nie była pierwszą kobietą biskupem. Ale Marie Jepsen, wybrana w 1992 roku na biskupa północnego Połabia, jest dość szarą i stateczną postacią. Margot była zupełnie inna.

Już w chwili wyboru wzbudziła kontrowersje jako rozwódka. Protestanci uznają rozwody, ale jednak mimo wszystko przy wyborze na najwyższe stanowiska kościelne status rozwodnika bywał przeszkodą. Powołanie jej na szefową EKD to była radykalna decyzja. Swoim agresywnym image’em – zmierzwiona krucza fryzura – i progresywnymi poglądami sprawiała wrażenie raczej jakiejś działaczki SPD czy Zielonych niż ewangelickiej „papieżycy” – jak nazwali ją z lubością dziennikarze. Postępowcy uznali jej wybór za duchowe wyzwanie wobec „skostniałego” Benedykta XVI.

Wrażenie, że Margot Kaessmann płonie wolą działania i wypowiadania się na wszystkie ważne tematy – szybko się sprawdziło. Katolików uraziła opinią, że „w sprawie dialogu ekumenicznego od obecnego papieża niczego nie oczekuje”. Rosyjska Cerkiew Prawosławna z kolei zapowiedziała, że po wyborze kobiety zawiesza dialog z niemieckimi protestantami. Potem uwagę mediów przykuło jej noworoczne kazanie w Dreźnie, gdzie orzekła, że w „Afganistanie nie wszystko idzie dobrze” i „środki militarne nie dadzą pokoju w tym kraju”.

W RFN powiało duchem 1968, gdy tacy pastorzy jak Martin Niemoeller potępiali operacje USA w Wietnamie. Kaessmann sama otarła się o antywietnamskie protesty 40 lat temu. Ale tym razem to Bundeswehra walczy w Afganistanie i wielu niemieckich ewangelików nie zachwyciło deprecjonowanie służby ich mężów i synów.

„Cechuje ją irytująca, rozbrajająca otwartość, ale nie jest to oznaką kapitulacji. To sposób, by wyjść z opresji i na koniec zwyciężyć” – tak w styczniu br. chwaliła ją gazeta „Sueddeustche Zeitung”. Ta wyrazistość miała jednak swój warunek – nienaganne życie osobiste. Przyłapanie na jeździe na gazie podcięło Kaessmann nogi. Kościół katolicki, który znajduje się pod obstrzałem mediów oskarżany o tolerowanie pedofilii w zakładach wychowawczych, unika teraz najmniejszego wrażenia Schadenfrude.

„Frankfurter Allgemeine Zeitung” gorzko podsumowuje jej czteromiesięczne rządy. „Kościół (ewangelicki) wybrał ją na przewodniczącą rady nie dla kaprysu, lecz z poważnych względów: jedynie Margot Kaessmann zdobyła ogromną przewagę głosów tych, dla których autentyzm jest centralną kategorią religijną. Wraz z jej dymisją kościół traci swojego najbardziej fascynującego religijnego aktora”.

Ale czy tak chwalony przez „FAZ” autentyzm – nie był początkiem kłopotów? Czy może wypity alkohol nie był aby dowodem, jak wiele kosztowało ją utrzymanie się w roli religijnej celebrytki?

Kościół protestancki postawił na osobę, która szybko przykuła uwagę mediów. Ale ma to swoją cenę. Gdy Kaessmann powinęła się noga, te same media nagłośniły jej upadek do tego stopnia, że nie było sposobu, by utrzymać się na fali.

Teraz niemieccy protestanci wracają do danego dylematu. Co lepsze: szacowny, ale niezauważany lider czy ktoś wyrazisty, kto jednak szybko może spalić się w medialnym ogniu?

Tryumf elementarnej sprawiedliwości

24 lutego 2010 autor rp

Trybunał Konstytucyjny potwierdził werdyktem, że tzw. ustawa dezubekizacyjna jest zgodna z prawem.

Uznał tym samym prawo Sejmu do moralnego potępienia aparatu komunistycznej przemocy. Trybunał podkreślił też, że nie ma czegoś takiego jak okres przedawnienia, po którym należy zaprzestać wskazywania na naganność komunizmu. To ważny punkt oparcia dla tych wszystkich, którzy uważają, że politycy mają obowiązek przypominać, iż praca weteranów służb PRL prowadziła do zniewolenia obywateli.

„W różnych czasach stosowano terror, poniżanie, inwigilację, łamano prawa człowieka. A zawsze chodziło o podtrzymanie reżimu państwa komunistycznego” – podkreślał sędzia sprawozdawca Andrzej Rzepliński. Zwrócił on też uwagę, że Trybunał nie ocenia motywacji młodych ludzi, którzy dobrowolnie podejmowali pracę w organach bezpieczeństwa. “Ale wybór polegający na wstąpieniu do tajnej policji politycznej nie zasługuje na aprobatę. Zasługuje na nią wstąpienie do takich organów, aby nieść pomoc represjonowanym” – mówił.

Wydawać by się mogło, że wszystko to jest oczywiste. Tyle że w Polsce większość ludzi lewicy banalizuje zło epoki PRL. Czyż wciąż nie słyszymy, jak to służono w SB, bo “innej Polski wówczas nie było”? A ci, którzy niegdyś w bandycki sposób traktowali niewinne ofiary, dziś rozdzierają szaty nad “hańbą odpowiedzialności zbiorowej”. Trybunał pokazał, że elementarna sprawiedliwość nie musi się obawiać oskarżeń o łamanie demokracji.

Drugi werdykt Trybunału – orzeczenie mówiące, że członków WRON nie można pozbawić specjalnych generalskich emerytur – jest ukłonem wobec formalizmu prawnego. Przecież członkowie Rady ponoszą – z racji pełnienia funkcji kierowniczych – większą odpowiedzialność za bezprawie i terror stanu wojennego niż szeregowi esbecy, którzy mundurowe przywileje tracą. Ale – jak widać – logika prawa nie zawsze idzie w parze ze zdrowym rozsądkiem.

Choć wyrok Trybunału w części dotyczącej członków WRON rozczarowuje, to jednak daje satysfakcję. Potwierdza bowiem, że demokracja nie musi się kojarzyć z historyczną amnezją i bezsiłą.

Pochwała peerelowskiego konformizmu

23 lutego 2010 autor rp

Domosławski chce nam powiedzieć: odczepcie się od Kapuścińskiego agenta, bo agent socjalizmu na frontach wojny z imperializmem to do dziś brzmi dumnie!

Kapuściński non-fiction” – od paru tygodni trwa podniecenie wokół tej “obrazoburczej” książki. Zastanawiano się, czym zaskoczy nas autor biografii słynnego reportażysty Artur Domosławski. Sprawami lustracyjnymi, skandalami obyczajowymi? A może opowieściami o małżeństwie Ryszarda Kapuścińskiego i o jego relacjach z córką? Tajemniczo sugerowano, że niepokorna biografia nie spodoba się ani lustracyjnym inkwizytorom, ani apologetom “cesarza reportażu”.

Wydana przez Świat Książki publikacja to aż 560 stron, ale czyta się ją wartko. Autor objechał pół globu i włożył w książkę wiele pracy. Pozostawię moim kolegom, specjalistom od literaturoznawstwa, ocenę fragmentów o warsztacie pisarza, o związku jego reportaży z faktami czy o micie, jaki sam wokół siebie tworzył. Moją uwagę przykuły rozdziały poświęcone karierze Kapuścińskiego w PRL i jego związkom z komunistycznymi służbami specjalnymi. Zaskakują, ale nie surowością ocen. Na odwrót – są pochwałą konformizmu życia w PRL.

Lojalny członek partii

Zacznijmy od rozdziału “W korytarzach władzy”. Artur Domosławski z pytaniem o losy Ryszarda Kapuścińskiego zwraca się do ostatnich jeszcze żyjących dygnitarzy PRL. A ci pamiętają pisarza całkiem dobrze. Kapuściński pracował w “Polityce” u Mieczysława Rakowskiego – Domosławski tygodnik komunistycznych liberałów kreuje na pismo nieomal antysystemowe. Tyle tylko, że na początku lat 60. inna pezetpeerowska frakcja – “partyzantów” – zaczyna rosnąć w siłę. Kapuściński więc, jakby na złość Domosławskiemu, przepływa w jej orbitę. Zbliża się do moczarowców. Jego przyjacielem i mentorem jest partyjny aparatczyk Ryszard Frelek. Finałem będzie porzucenie “Polityki” i przejście do bliższej “partyzantom” “Kultury” w 1967 roku.

Domosławski wchodzi w skórę Kapuścińskiego z tamtych lat: “jest rozdarty między lojalnościami i przyjaźniami. Z Rakowskim pracował przez kilka lat w “Polityce”, lubili się i szanowali; lecz naczelny “Polityki” i jego tygodnik zaczynają być źle widziani na szczytach władzy. Co i rusz Rakowski dostaje burę od Gomułki; szturchają go także “partyzanci” i sekretarze sekretarzy (najbardziej otwarcie Frelek) – w końcu koledzy, przyjaciele. Za blisko z Rakowskim i “Polityką” niepolitycznie. Na dodatek z Frelkiem ma Kapuściński bliskie kontakty towarzyskie, wspólne przeżycia z Indii, kumpelską sztamę; Frelek może więcej: pomóc, załatwić, już zresztą załatwiał. I nie cierpi Rakowskiego, prowadzi z naczelnym wojny podjazdowe. Kogo się trzymać?”.

Marian Turski z “Polityki” wiele tłumaczy autorowi książki: “Rysiek potrafił się układać z politycznymi szefami. Nie narażał się przełożonym, dzięki czemu miał wolną rękę w wielu sprawach, mógł realizować swoje zamierzenia”. Domosławski puentuje te wspomnienia pytaniem: “Czy to oportunizm? Możliwe. A może umiejętny sposób bycia, osiąganie celów”. W tym, że ta druga ocena zachowania Kapuścińskiego jest prawidłowa, upewnia Artura Domosławskiego znawca tematu, inny dziennikarz “Polityki” Daniel Passent: “Takie czasy, tak się funkcjonuje, jeśli chce się pracować w tym zawodzie… Żeby coś pozytywnego zrobić, załatwić, popchnąć sprawy właściwym torem, trzeba mieć koneksje na górze. Zresztą dzisiejsze oceny są ahistoryczne; Kapuściński traktuje (wtedy) Polskę Ludową jako swój kraj; miejsce, w którym czuje się dobrze. Jest lojalnym członkiem partii. Dlaczego miałby uważać, że rozmawiając z kolegami w KC, robi cos niewłaściwego?”.

przeczytaj cały tekst

Berlin pozdrawia Archipelag Gstaad

22 lutego 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

“Berliński Srebrny Niedźwiedź dla Romana Polańskiego jako najlepszego reżysera zelektryzował polskie media” – pisze dziś Tadeusz Sobolewski w redakcyjnym komentarzu “Gazety Wyborczej”.

“Telewizyjne serwisy informacyjne, “Panorama” TVP, TVN 24 nie były szczególnie zainteresowane filmami Berlinale ani w ogóle kinem. W festiwalowych kuluarach pytały obserwatorów festiwalu tylko o “sprawę Polańskiego”, jakby można było w tym momencie jeszcze coś nowego skandalicznego z niej wykrzesać.

Z punktu widzenia uczestnika ciekawego z wielu powodów ważnego dla nas festiwalu ta histeria mediów wydawała się jakąś narodową obsesją, poszukiwaniem wszędzie politycznej intrygi, knucia, spisku.

Za Srebrnym Niedźwiedziem dla “Autora widma” nie kryje się jednak żadna intryga polityczna. Intencja tej nagrody jest jasna i zrozumiała: Polański naprawdę pokazał, że jest świetnym reżyserem (chociaż zrobił film komercyjny). Ponieważ przebywa wciąż w areszcie domowym w Szwajcarii, nagrodzenie go było jednocześnie gestem solidarności. W jego ewentualnym procesie ta nagroda będzie niczym dodatkowy głos świadka obrony. Międzynarodowe grono filmowców – w tym mieszkający w USA Werner Herzog, przewodniczący jury – powiedziało: Polański jest dla nas postacią wybitną. Tylko tyle. To właściwy gest, którego można było oczekiwać od początku festiwalu. Byłoby dziwne, gdyby tego nie zrobili.

W kinie światowym był już podobny precedens: Złota Palma w Cannes w 1982 dla kurdyjskiego reżysera Yilmaza Guneya – który co prawda był więźniem politycznym – mająca być dla niego wsparciem.

Reżyser “Autora widma” przesłał w sobotę za pośrednictwem producenta gorzkie podziękowanie: “Żałuję, że nie mogłem odebrać nagrody osobiście, ale nawet gdybym mógł przyjechać, to bym tego nie zrobił. Bo ostatnio, kiedy jechałem na festiwal, wsadzono mnie do więzienia”.”

Tyle Sobolewski. Uff – jeden komentarz i cała plątanina tez.

Po pierwsze – czy media niesłusznie uznały, że Srebrny Niedźwiedź dla Polańskiego to demonstracja solidarności z reżyserem zamkniętym w swojej willi w Gstaad? Chyba nie, skoro sam autor uznaje, że tak najpewniej było.

Po drugie – czy film na to zasługiwał? Dzieła nie widziałem, ale podejrzewam, że był na dobrym poziomie „Dziewiątych wrót” – dobrego thrillera, ale też i nie żadnego arcydzieła. Mógł dostać jedną z głównych nagród, a mógł też przejść bez nagrody. Rozumiem, że był na tyle dobry, by nominacja filmu do Srebrnego Niedźwiedzia nie była groteską. Koniec końców, mogła przeważyć jednak chęć wyrażenia solidarności z Polańskim.

Po trzecie – czy można tak solidarnościową nominację porównywać z nagrodą dla kurdyjskiego reżysera więzionego z przyczyn politycznych w tureckim więzieniu? Yilmaz Guneya to Kurd i lewicujący anarchista. To postać – by użyć ulubionego ostatnio określenia – „z nie mojej politycznej bajki”. Nie wiem ile prawdy jest w oskarżeniach jakie stawiły mu tureckie władze. Wiem, że Kurdowie nie mają w Turcji łatwo. Dorosłe życie Guneya było piekłem. Pierwszy raz siedział z przyczyn politycznych w 1961 roku, skazany na 18 miesięcy. W 1972 skazano go ponownie na dwa lata, ale wypuszczono w ramach amnestii. Rychło potem w kontrowersyjnych okolicznościach skazano go na 19 lat wiezienia i gdyby nie uciekł w 1981 roku, naprawdę zgniłby za kratami. A o tym jak traktowani są więźniowie polityczni w Turcji, można znaleźć naprawdę przerażające świadectwa. Wyniszczony więzieniem Guney zmarł w 1984 roku we Francji.

Zapytajmy raz jeszcze. Czy można porównywać Guneya z Polańskim?

Polański płaci za swoja ucieczkę sprzed oblicza sądu w USA i za kryminalny czyn sprzed lat. Jeśli ma pecha, to tylko dlatego, że amerykański system prawny traktuje drastyczne przestępstwa serio. Co znaczy dramatyczny cytat: „ostatnio, kiedy jechałem na festiwal, wsadzono mnie do więzienia”. Wsadzono, bo było za co. Ale stosunkowo szybko wypuszczono i skierowano do luksusowej rezydencji w szwajcarskim Gstaad. Sprawa się ślimaczy, ale pewnie skończy na jakiejś ugodzie.

Wniosek:

Jak się jest ściganym przez USA – w Europie w ciemno zyskuje się reputację męczennika. Jak jeszcze jest się z branży filmowej, to pomaga to bardziej niż szkodzi. A na dodatek jeszcze można z tego statusu męczennika skorzystać. I wykreować mit archipelagu Gstaad.

Demokraci z 21-dniowym stażem

17 lutego 2010 autor rp

Poseł Sławomir Nowak z PO tak oto zachwala w środowej „Polsce” procedurę prawyborów, które ma przeprowadzić jego partia: “Namawiam PiS, żeby zrobił to samo. Żeby członkowie tej partii mogli wybrać, czy chcą jako kandydata na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, czy Zbigniewa Ziobrę. To aktywizuje ludzi. Mają poczucie, że jest sens bycia w takim środowisku, w którym ma się wpływ na decyzję”

Platforma puszy się dziś wewnętrzną demokracją na tle innych – wodzowskich – partii. Wypadałoby pogratulować. Ale trudno zapomnieć, że pomysł na demokratyczny wybór kandydata PO liczy sobie zaledwie 21 dni. Właśnie trzy tygodnie temu Donald Tusk ogłosił, ze nie będzie kandydatem w wyborach prezydenckich. A wcześniej jakoś nie wspominał, że chciałby swoją kandydaturę poddać pod głosowanie wszystkich członków partii.

Mało tego. Jeszcze 19 dni temu lider Platformy w “Gazecie Wyborczej” niedwuznacznie sugerował, że sam wyznaczy kandydata swojej partii w prezydenckim wyścigu: “Będę proponował kandydata Platformie. Ale Platforma musi te propozycje zaakceptować. To znaczy czasami musi, ale wolę sytuację, kiedy chce. Kiedy to jest…” – “…Siła perswazji” – dokończyli dziennikarze. “Kilka razy narażałem Platformę na trudne doświadczenie, mówiłem: ‘Zaufajcie mi, wiem, że mam rację’”, choć wszyscy uważali inaczej” – dodał premier.

Dziś już oświecony absolutyzm Tuska należy do przeszłości. I wbrew jego zapowiedziom wybór nie będzie “kwestią dni raczej niż tygodni”, jak deklarował 1 lutego w programie Tomasza Lisa.

Skąd te zmiany? Może premier sam uznał, że prawybory będą mu na rękę, może musiał ulec naciskowi Grzegorza Schetyny. Ale z kultem demokracji w Platformie nie ma to nic wspólnego.

Mylę się? No dobrze, skoro PO tak kocha demokrację, to niech będzie konsekwentna. Dlaczego ma być tylko dwóch kandydatów? Nie krępujmy członkom partii swobody wyboru. Dajmy im szansę oddania głosu nie tylko na Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego, ale i na Janusza Palikota. A może też i na Andrzeja Olechowskiego?

Skoro i tak wygra najlepszy, to po co ograniczać listę kandydatów? Przecież to tylko szeroki wybór aktywizuje ludzi i daje poczucie, że jest sens bycia w takim środowisku, w którym ma się wpływ na decyzję…

Nawrót choroby “Wiem i nie powiem”

15 lutego 2010 autor rp

Wszystkie gazety niezwykle krytycznie oceniły napomknięcia Jarosława Kaczyńskiego o jakichś tajemnicach, które podobno wiążą się z postacią Radosława Sikorskiego.

Zajrzałem do „Newsweeka”, aby sprawdzić co prezes powiedział w oryginale. Kaczyński nie używa słowa „haki”, ale styl wypowiedzi jest dokładnie taki sam jak od dekad: „Jeśli Tusk postawi na Sikorskiego będzie miał się z pyszna. Tak, to byłoby bardzo zabawne”.

Dziennikarze „Newsweeka” pytają w dalszej części wywiadu: „Użyje pan tego w kampanii wyborczej?”. Odp. W kampanii będzie przestrzegane prawo.

I dalej: ”Nikt tego nie wie poza prezydentem, mną i premierem Tuskiem, który został o tym poinformowany”.

Odkładam „Newsweek”.

A więc nawrót choroby pod tytułem „Wiem i nie powiem”. Choroby, która niszczy wizerunek Kaczyńskiego od bardzo, bardzo dawna. Zaczęła się jeszcze za czasów szefowania kancelarią Lecha Wałęsy, gdy Pan Jarosław dawał do zrozumienia jaką to tajemną wiedzę poznawał z racji sprawowania tej funkcji.

W stylu zgryźliwej autoironii brzmi pierwsze pytanie i odpowiedź w tym wywiadzie:

„Newsweek: Krążyły plotki, że Jarosław Kaczyński zniknął, żeby nie szkodzić bratu w wyborach prezydenckich?

 Jarosław Kaczyński: Jak panowie widzą to nieprawda. Nie zniknąłem.”

 No właśnie.

Ale, ale… „Gazeta Wyborcza” rozdziera szaty w swoim komentarzu o hakach i – tradycyjnie – nie może powstrzymać się przed zaatakowaniem “Rzeczpospolitej”. Parę stronic dalej publikuje felieton Jacka Żakowskiego, który ujawnia prawdziwie zatrważające haki na szefa polskiej dyplomacji. Guru polskiej lewicy wyciąga Sikorskiemu udział w „najbardziej szkodliwych rządach III RP”, „legitymizowanie i obsesji swoich podwładnych oraz przełożonych”.

Są i inne myślo-zbrodnie: atakowanie gazociągu północnego, żądanie zburzenia Pałacu kultury, ustawienie tablicy „strefa zdekomunizowana”.

Werdykt: Sikorski może kandydować na prezydenta najwcześniej w 2020 roku. Teraz winien pokutować za swe antykomunistyczne grzechy i czekać jak hiob polskiej polityki na łaskę brodatego proroka. Niełatwy acz wzbogacający wewnętrznie czas pokuty radzę Radkowi spędzić na wykuciu na pamięć „Nauczki” Jacka Żakowskiego: perły w koronie antykaczystowskich dzieł tego autora.

A tak przy okazji. Jakie jeszcze uprawnienia będzie miał urząd prezydenta w 2020 roku?

Gorzka cena zwycięstwa nad Eriką Steinbach

11 lutego 2010 autor rp

Są zwycięstwa, które przychodzą po tak długotrwałych bojach, że końcowy sukces nie budzi specjalnej satysfakcji. Tak jest z ostateczną decyzją rządu RFN, że Erika Steinbach nie wejdzie do rady “Widocznego znaku”. Decyzją, którą w zamian za pewne ustępstwa gabinetu Angeli Merkel, zaakceptował także Związek Wypędzonych (BdV).

Gdy niemal dwa lata temu Władysław Bartoszewski i niemiecki minister kultury Bernd Neumann zawarli ciche porozumienie o wycofaniu przez polski rząd sprzeciwu wobec powołania berlińskiego muzeum wysiedleń – w zamian za gwarancję odsunięcia od jego władz Eriki Steinbach – politycy Platformy fetowali normalizację na linii Berlin – Warszawa. A jednak rok później Angela Merkel nie zapobiegła desygnowaniu pani Steinbach do rady “Widocznego znaku”. Trzeba było specjalnej, nagłej misji Bartoszewskiego, aby tę nominację wstrzymać.

Po niemieckich wyborach we wrześniu 2009 roku Steinbach z poparciem polityków chadecji ponownie domagała się powołania do rady. Zatrzymało ją jednak weto szefa niemieckiej dyplomacji Guido Westerwellego. Dziś mamy kompromis – tyle że po dwuletnim schlebianiu ziomkostwom przez chadeków i po dziesiątkach medialnych pytań w stylu “dlaczego Polacy tak nienawidzą tej kobiety”?

Jaką cenę zapłacono za kapitulację Eriki Steinbach? Ziomkostwa zwiększają swój udział w radzie “Widocznego znaku” z trzech do sześciu osób, ale jednocześnie radę powiększono z 13 do 21 członków.

Bardziej niepokoi inna zmiana. Teraz o obsadzie dodatkowych miejsc w radzie decydować będzie nie rząd federalny, ale Bundestag. Bezpośredni nadzór rządowy nad władzami akurat tego muzeum był wyrazem woli eliminowania wszelkich ekstremizmów. Nominacje parlamentu oznaczają, że rada będzie raczej odzwierciedlała układ sił w Bundestagu.

Miejmy nadzieję, że spór o Erikę Steinbach to już przeszłość. Teraz czekamy na to, jak będzie wyglądać wystawa poświęcona wysiedleniom.