Plusy i minusy tygodnia (23 – 30 października)

28 paź 2011

Czy obecnego sporu o Zbigniewa Ziobrę nie dało się uniknąć? Czy w 2009 roku trzeba było go wysyłać do Brukseli? Czy nie można było przewidzieć, że Parlament Europejski nie porwie pana Zbigniewa swoją tematyką i będzie go ciągnęło do krajowej polityki?

Czy jeśli kierownictwu PiS nie podobały się jego wizyty u kandydatów z dołu listy – nie można było mu ich wyraźnie zakazać?

Czy jeśli tego nie uczyniono, to po to, aby mieć na niego kij na okres powyborczy?

Czy każda dyskusja o przyczynach klęski wyborczej musi się zamieniać w konflikt na noże, gdzie za dowolną wypowiedź trafia się przed komisję dyscyplinarną PiS?

Czy Jarosław Kaczyński ma aż tak wielu ludzi, którzy równie brutalnie byli obrzucani błotem jak Ziobro za udział w jego rządzie?

Czy wyrazistych czterdziestolatków na polskiej prawicy jest naprawdę tak dużo, by można lekką ręką wskazywać drzwi Ziobrze?

Osiem pytań i na razie ani jednej odpowiedzi.

A co z Bartoszem Arłukowiczem?

Tak, wiem, wspaniale czuje się w Platformie, ma wielu nowych kolegów i aż się rwie, by objąć resort zdrowia po Ewie Kopacz.

Zastanówmy się chwilę. Gdyby lekarz ze Szczecina naprawdę marzył o budowaniu uczciwej lewicy, teraz byłby panem sytuacji. Grzegorz Napieralski zadeklarował już, że nie wystartuje na najbliższym kongresie SLD. Gdyby pan Bartek wystartował, miałby spore szanse wygrać z Leszkiem Millerem. No tak, ale wcześniej skusił go cieplarniany obóz Platformy.

Stary dylemat młodych ambitnych ludzi: ryzykować, ale grać na swoje konto, czy znaleźć niszę w sytym obozie władzy?

Arłukowicz wybrał konwencję PO w czerwcu, nie musi już więc wybierać w listopadzie.

A „Gazeta Wyborcza” jak zwykle sypie radami dla innych. Oto Marcin Wojciechowski ma dobrą, acz nieco cyniczną, radę dla biskupów: „Kościół ma do wyboru: zdystansować się od polityki i dogadywać z PO, by nie stracić wpływów bardziej niż dziś. Albo pod sztandarami ojca Rydzyka i PiS rozpocząć wojnę z antyklerykałami, Ruchem Palikota, PO i całym światem. Zobaczymy, co wybiorą polscy biskupi. Chciałbym wierzyć w ich zdrowy rozsądek” (23.10.2011, „Kto dobrze życzy Kościołowi?”). No cóż. Rozumiem, że jak biskupi będą dogadywać się z Platformą, to już nie będzie upolitycznienie Kościoła, tylko mądra postawa obywatelska.

A jak nie posłuchają?

Głupie pytanie! Wtedy Platforma postraszy hierarchów, acz dyskretnie, że jak nie będą ulegli, przestanie ich bronić w głosowaniach sejmowych przed Palikotem.

W czasie niedawnego spaceru po berlińskim Kreuzbergu rzuciły mi się w oczy wielkie plakaty reklamujące blokadę „Nazi-marschu” 11 listopada w Warszawie. O tym, jak silni są „naziole” nad Wisłą, opowiadał na początku października na specjalnej prelekcji w Berlinie Jacek Purski, aktywista ruchu Nigdy Więcej. Wcześniej, we wrześniu, odbył on całe tournée z podobnymi odczytami, jeżdżąc po RFN od Darmstadt po Poczdam.

Nie wiem, czy to na podstawie jego wykładów niemiecka strona antyfaszystowska Antifa.de głosi, że: „prawicowo-konserwatywny rząd i Kościół katolicki przyczyniają się od lat do rasistowskiej, antysemickiej i homofobicznej atmosfery w Polsce”.

Każdy, kto widział, z jaką brutalnością działają bojówki anarchistycznego Schwarzblocku z Kreuzbergu w czasie tradycyjnych berlińskich zadym na 1 maja, wie, że jeśli plakaty skłonią ich do wizyty w Warszawie, zapłonąć mogą samochody i będą groźne pobicia. Co wtedy powie ruch Nigdy Więcej?

A tak swoją drogą to niezły chichot historii. Niemcy wzywani są do pomocy przez lewacką Warszawę, aby zablokować tych, którzy chcą obchodzić Święto Niepodległości. A wszystko w dzień rocznicy rozbrojenia Niemców w 1918 roku przez tych lewicowców, którzy nie dostawali wysypki na widok biało-czerwonej flagi.

To moje ostatnie „Plusy i minusy tygodnia” na tych łamach. Dziękuję Państwu za życzliwość i uwagę, z jaką przyjmowaliście moje obserwacje o polityce w Polsce i na świecie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Plusy i minusy tygodnia (15 – 22 października)

21 paź 2011

Leszek Miller wygrał wybory na szefa Klubu SLD z Ryszardem Kaliszem. Od środy usłyszeliśmy całą plejadę osób wyrażających zdumienie akurat takim wyborem.

Mnie on bynajmniej nie zdziwił. Kalisz to warszawski hedonista ceniący dobre obiadki w stylu nouvelle cuisine i niemogący się obyć bez wypasionego jaguara. A Miller to człowiek, który objechał w ciągu ostatnich 20 lat każdy komitet postkomunistów – od Świnoujścia po Ustrzyki. To ktoś, kto ma cierpliwość siedzieć godzinami z lokalnymi szefami SLD i słuchać ich dywagacji przy kaszance i siwusze. Kogo zatem ma kochać SLD-owska brać?

Ach, ten zachwyt salonu nad młodzieńczą rewolucyjną przebojowością „oburzonych”.

Weterani środowiska komandosów rozczulają się na idealizmem wychowanków Wielokulturowego Liceum im. Jacka Kuronia. Gdy kto wypomni liderom „oburzonych”, że wywodzą się z dobrych, mainstreamowych rodzin, natychmiast znajdują się obrońcy, którzy przyrównują to do ataków propagandy PRL na „bananową młodzież” z marca 1968 roku.

No dobrze, ale co ma do powiedzenia obóz liberalizmu gospodarczego o dość naiwnym antykapitalizmie „oburzonych”? Gdzie wychowankowie Leszka Balcerowicza? Dlaczego milczy Ryszard Petru czy Adrian Furgalski? Przecież młodzi „oburzeni” bez oporów głoszą, że wszyscy politycy siedzą w kieszeniach bankierów! Gdy na początku lat 90. antykomuniści ostrzegali przed patologicznymi więzami między ludźmi z PZPR a nomenklaturowymi bankami, obrońcy kapitalizmu w III RP oburzali się do czerwoności. A teraz, gdy młodzi demonstranci wyszydzają kapitalizm, dzieci Miltona Friedmana milczą. Może onieśmiela ich fakt, że młodej fali rewolty podlizują się wszystkie autorytety w III RP? Tylko co będzie, jak te młode zuchy zaczną podpalać ich ulubione banki?

Znacie coś takiego jak syndrom rozwiedzionej osoby, która potrafi rozmawiać już tylko o wadach byłego partnera? Na podobny syndrom zapadł Michał Kamiński – zapraszany do mediów prawie wyłącznie po to, aby jak najgorzej mówił o swoim byłym szefie Jarosławie Kaczyńskim. Jednocześnie przesympatyczny Miś wzywa, aby nie „przywiązywać zbyt wielkiej wagi do opinii Jarosława Kaczyńskiego, gdyż opowiada on różne rzeczy”. Myślałem, że Michał oprzytomnieje po wyborach, ale nic z tego. Co włączę telewizor, nadaje na prezesa. A co z postulatem nieprzywiązywania zbyt wielkiej wagi do opinii Jarosława Kaczyńskiego?

Synod Kościoła ewangelicko-augsburskiego określił jako niezrozumiałą decyzję ogłoszenia przez Sejm roku 2012 Rokiem ks. Piotra Skargi. Luteranie podkreślili, że Sejm „przypomina osobę bardzo kontrowersyjną i idee, które powinny być obce nowoczesnemu społeczeństwu”. Chodzi o to, że ks. Skarga stanowczo opowiadał się za państwem jednowyznaniowym, co obecnie należy uznać za anachronizm. No dobrze, ale  w 2017 roku w Niemczech luteranie będą przy udziale przywódców państwa świętować 500. rocznicę przybicia tez Marcina Lutra do wrót kościoła w Wittenberdze. Czy Luter był ekumeniczny? A zasada Cuius regio eius religio – czyja władza tego wiara – chyba nie była zbyt tolerancyjna?

A teraz ukłon dla uporu i pryncypialności naszych czytelników. Dwa tygodnie temu w swoim blogu zwróciłem uwagę, że w kontekście dyskusji wokół słów prezesa PiS o kanclerz Niemiec na stronie Deutsche Welle (państwowego niemieckiego radia dla zagranicy) w blogu Michała Jaranowskiego, korespondenta tej stacji w Warszawie, padły słowa aroganckie i obrzydliwe: „To byłby chyba zbyt duży zaszczyt dla Kaczyńskiego, gdyby Angela Merkel zechciała poświęcić choćby parę słów takiej postaci. W końcu brzydzić się można nie tylko żab, robaków czy karaluchów”.

Postawiłem wówczas pytanie, czy kierownictwo rozgłośni taki język akceptuje. I oto jeden z czytelników wystosował w tej sprawie pismo do władz DW. W odpowiedzi otrzymał list podpisany w imieniu zarządu radia przez Michaela Muentza, w którym czytamy: „Dobór słów użyty przez Michała Jaranowskiego nie odpowiada standardom dziennikarskim Deutsche Welle. Ubolewamy, że tak niewłaściwe słownictwo znalazło się na naszej witrynie. Artykuł ten został wycofany i zostały wyciągnięte niezbędne wnioski z tego dziennikarskiego nadużycia. Przepraszamy za niewłaściwą ocenę tego materiału i zapewniamy, że taka sytuacja się nigdy więcej nie powtórzy”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Twarzą w twarz z Palikotem

19 paź 2011

Gdy 15 października w Warszawie demonstrowali „oburzeni”, przez Kraków przechodził pochód antyklerykałów. Marsz, który otwierał transparent: „Rzuć granat na tacę”, został skutecznie zablokowany przez około 50 chłopaków i dziewczyn. Młodzi ludzie stanęli na krakowskim Rynku, śpiewali oazowe pieśni i skandowali hasło: „Nie wstydzę się Jezusa”. Nie wygrażali przeciwnikom Kościoła ani ich nie obrażali, tylko śpiewali głośniej niż ateiści wykrzykujący swe slogany przez megafony. Wciskane im w ręce antykościelne ulotki przedzierali na pół bez czytania. Dołączyło do nich wielu turystów i przechodniów, którzy podjęli hasła katolików. Zaskoczeni i zdezorientowani ateiści opuścili Rynek żegnani słowami: „Idźcie z Bogiem”.

Ta udana demonstracja młodych katolików to sygnał, że każda akcja wytwarza kontrakcję. Że narastająca konfrontacja ze strony antyklerykałów wyzwala w ludziach wierzących potrzebę godnego zademonstrowania swojej tożsamości.

Wyzwaniem staje się sukces Ruchu Janusza Palikota. Trudno nie zadać sobie pytania: jak winna się zorganizować katolicka opinia publiczna i jak reagować na antykatolicką demagogię i agresję? Czy katolicy mają dać się sterroryzować ludziom Palikota nagłaśnianym przez mainstreamowe media i pozwalać się wypychać z przestrzeni publicznej?

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Eleganckie słówko „Raus!”

18 paź 2011

„Parytet Raus!” – w taki sposób Bartosz Wieliński tytułuje swój tekst o niemieckich koncernach, które nie palą się do wprowadzania w radach nadzorczych i zarządów – parytetu dla kobiet.

Spór nie jest tak jednoznaczny jak to przedstawia „Gazeta”, bo koncerny mają racjonalne argumenty broniąc się przed wprowadzaniem inżynierii społecznej do sfery, w której decydować powinny głównie umiejętności i wiedza, a nie płeć.

Tymczasem „Gazeta” z rewolucyjnym żarem popiera karanie grzywnami koncernów, które z parytetem są na bakier. W innej sytuacji dziennik z ulicy Czerskiej kpiłby, że to pomysł rodem z sowieckich czasów, ale gdy chodzi o parytety jest śmiertelnie poważny i pryncypialny.

Ale bardziej zwraca uwagę coś innego. „Gazeta”  jest zawsze pierwsza w oburzaniu się na jakiekolwiek granie niemieckimi stereotypami. Dokładnie tydzień temu, gdy redakcję na Czerskiej odwiedził Guido Westerwelle, szef niemieckiej dyplomacji, Adam Michnik zabawiał go wykpiwaniem antyniemieckich stereotypów.  Ale gdy „Gazeta” sama uzna za słuszne sięga po takie stereotypy bez żadnego problemu.

Określenie „Raus!” – brzmiące wraz z wykrzyknikiem w języku niemieckim niegrzecznie – w Polsce budzi dodatkowe złe okupacyjne skojarzenia, przywodząc wspomnienia o brutalności  żandarmów i gestapowców.

Ale wam drodzy koledzy z „Gazety” oczywiście wolno wszystko. Tak jak wtedy gdy nazywaliście konkurencyjny „Dziennik” koncernu Axela Springera „Der Dziennikiem”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Plusy i minusy tygodnia (8 – 14 października)

14 paź 2011

Czy ktoś w końcu przeglądał wyborczą książkę prezesa Jarosława Kaczyńskiego przed drukiem?

Przez ostatni tydzień na portalach konkurowały ze sobą dwie interpretacje. Według pierwszej autor spisywanego z taśmy tekstu wynurzeń prezesa tak długo pracował nad książką, że poszła do druku bez uważnego przejrzenia kartka po kartce. Według innej teorii sam prezes uznał, że pani kanclerz należy się jakiś enigmatyczny passusik.

Teraz broni się dość przewrotnie. Jak wyjaśnia, gdyby stwierdził, że pani Merkel została kanclerzem przez przypadek – byłoby się o co obrażać.

Ale przecież napisał, że Merkel została szefową rządu nie przez przypadek.

No to o co chodzi?

Prezes w ogóle w tym tygodniu był w łaskawym nastroju. Mógł Jacka Kurskiego i Zbigniewa Ziobrę wyrzucić z partii jako sprawców klęski wyborczej. A zostawił, nie wyrzucił. I w ogóle nie poruszył sprawy na komitecie politycznym! A Ziobro i Kurski jak polityczni łazarze mogli po komitecie politycznym dowcipkować z dziennikarzami. Ziobro zadawał np. głębokie i wieloznaczne pytanie: Kto zaczarował piękną polską jesień?

Zmiany, zmiany. Fatalnie skończyła się dla Grzegorza Schetyny randka z prezydentem Bronisławem Komorowskim wyprzedzająca spotkanie Donalda Tuska z gospodarzem Belwederu. Teraz za karę Schetyna musi oddać marszałkostwo Ewie Kopacz, wrócić do rządu,  ponoć na odcinek infrastruktury.

U Stalina ponoć zapowiedzią wypadnięcia z łask była nominacja na ludowego komisarza żeglugi śródlądowej. Ale jak sowiecki dyktator chciał kogoś tylko przeczołgać, kierował nieszczęśnika do skupu zboża, czyli tradycyjnie najbardziej kulejącej instytucji w ZSRR.

Na biedną głowę Schetyny zwalą się być może już niedługo skargi pasażerów uwięzionych w grudniowych śniegach.

To jego pytać będą złośliwi dziennikarze o zamarłe budowy autostrad. Ech, los straceńca.

A jak przekuć zrządzenie losu w sukces? Cztery lata temu Bogdan Zdrojewski, który liczył na objęcie resortu obrony, dostał kulturę. Nie demonstrował złości, tylko wykorzystał nową misję do zdobycia sporej popularności i wyrobienia sobie korzystnego wizerunku.

Jeszcze większym desperatem jest Włodzimierz Czarzasty, który na łamach „Super Expressu” dumnie ogłosił, że z dużą ilością rozumu i  „zapasową wątrobą” odbuduje struktury SLD.

I na dodatek będzie jak lew bronił Grzegorza Napieralskiego przed atakami po przegranych wyborach . Ta wola obrony to po prostu samoobrona. Czarzasty był jednym z głównych doradców Napieralskiego w wyborach, więc broniąc szefa SLD, broni też siebie.

Tylko skąd deklaracje, że do odbudowy Sojuszu trzeba zapasowej wątroby?

Czy to aluzja do rytualnych, zakrapianych kolacyjek w trakcie wizyt w regionalnych strukturach SLD? Wódko, daj żyć odrodzonemu Sojuszowi.

Każdy dzień w Rzeczypospolitej Miłości przynosi siłom postępu i modernizacji nowe zwycięstwa. Już w poniedziałek po wyborach rzecznik rządu Paweł Graś na Twitterze wskazywał paluszkiem prawicowych wichrzycieli, ironicznie  gratulując prawicowym publicystom (Karnowskiemu, Gmyzowi i Warzesze) rzekomego  pośredniego przyczynienia się od wygranej Platformy. A w środę Stefan Niesiołowski już ogłaszał, kogo należy  zwolnić z „Rzeczpospolitej”.  Co dalej? Kiedy listy hańby ukazywać się będą w Dzienniku Ustaw?

To To­masz Lis po­ko­nał Ka­czyń­skie­go – prze­ko­nu­je front (du­cho­wych) krew­nych i przy­ja­ciół na­czel­ne­go „Wprost”. Po upo­rze po­wta­rza­nia te­go no­we­go świec­kie­go do­gma­tu moż­na za­cząć po­dej­rze­wać, że pa­nu Tom­ko­wi naj­wy­raź­niej ktoś przy­znał sta­tus „AAA­-nie­omyl­ny”, któ­ry upraw­nia do or­wel­low­skich kam­pa­nii udo­wad­nia­ją­cych, że je­go pro­gram z pre­ze­sem PiS był wzo­rem obiek­ty­wi­zmu.

Aż boję się zapeszyć, ale chyba upór katolików sprawił, że Nergala z ekranów telewizyjnych Jedynki naprawdę diabli wezmą. Oby jak najdalej – już oni najlepiej wiedzą dokąd.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Paweł Graś wskazuje paluszkiem

10 paź 2011

Rzecznik rządu Paweł Graś na Twitterze postanowił w ironiczny sposób podziękować „wszystkim, którzy pomogli PO wygrać wybory”. Jak pisze: „A teraz medale za zasługi! Medal za mobilizacje naszego elektoratu dla @cezarygmyz @michalkarnowski @lkwarzecha. Polska jest wam wdzięczna!”

Osobno rzecznik rządu szyderczo dziękował Tomaszowi Sakiewiczowi i zespołom „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”, jak podkreślił – krytycznym wobec rządu. Graś zestawił te „podziękowania” z  „Medalem” należącym się także „#kibolom”, „szczególnie za generowanie ruchu na naszych portalach”.

Czy można takie demonstracje zbyć wzruszeniem ramiom? Moim zdaniem – nie.

Rzecznik rządu nie jest osobą prywatną, więc jego wpisy twitterowe można wiązać bezpośrednio z jego obowiązkami. A tym obowiązkiem jest współpraca z mediami, a nie jakieś klasyfikacje ubrane w pseudo żartobliwy kostium. Czy Paweł Graś określa w ten sposób, kto z dziennikarzy jest pod lupą rządu?

Tworzenie przez rzecznika rządu nawet rzekomo ironicznej listy dziennikarzy krytycznych jest niebezpiecznym precedensem. Dodatkowo kojarzenie dziennikarzy z „kibolami” pod którym to określeniem politycy PO rozumieją stadionowych chuliganów, jest demonstracją wrogości.

Rzecznik rządu dysponuje zbyt wieloma możliwościami ułatwiania lub utrudniania pracy dziennikarskiej, by można było takie demonstracje zostawić bez reakcji.

Taka praktyka wskazywania palcem – na dziennikarzy, którzy nie podobają się rzecznikowi rządu – na całym świecie wywołałaby oburzenie. I nikt by nie akceptowałby wyjaśnień, że to tylko żarty.

Zdecydowane zwycięstwo PO wywołało już obawy przed wzrostem arogancji urzędników premiera. Niepokojące, że te obawy sprawdzają się tak szybko.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ciekawa oferta dla nikogo

09 paź 2011

PJN rzucił wyzwanie hegemonowi prawicy Jarosławowi Kaczyńskiemu. To zasługuje na szacunek.

Już na starcie przygotowań do wyborów PJN otrzymał cios. Było nim demonstracyjne przejście Joanny Kluzik-Rostkowskiej do obozu Platformy. Następca Kluzik – Paweł Kowal – nie był politykiem szeroko rozpoznawalnym. Aby go wykreować, PJN potrzebowałby trochę czasu, którego zabrakło. Kowal zresztą niespecjalnie kojarzy się z typem lidera. Bardziej pasuje do świata dyplomacji i do brukselskich salonów, gdzie działa jako eurodeputowany.

Trzeba jednak przyznać, że robił, co mógł, aby rozruszać kampanię. PJN przygotował całkiem ciekawe projekty liberalizacji gospodarki i programy wspierania rodzin. Cóż z tego? Wyobraźnia prawicowych wyborców jest dziś zdominowana przez spór ideowy między PO a PiS, którego ważnymi elementami są IV RP, śledztwo smoleńskie, antyprawicowa arogancja salonu czy kwestia Nergala. Tymczasem PJN wypowiadał jedynie zaklęcia o potrzebie zakończenia wojny polsko-polskiej.

Partia Pawła Kowala zapomniała też, że bardzo wielu wyborców prawicy nie tyle kocha Kaczyńskiego, ile chce głosować przeciw obozowi PO, który niemal każdego dnia obraża lub lekceważy wartości, które są im drogie. Na tym tle doktryna PJN o dwóch niewiele od siebie różniących się przeciwnikach – PiS i PO – wyglądała dość egzotycznie.

PJN nie posłuchał rad Adama Bielana, który ostrzegał, że w sporach partia ta powinna być bliżej „ludu pisowskiego” niż PO. Oczywiście po odejściu Kluzik-Rostkowskiej Paweł Kowal odsunął od kampanii najostrzejszy nurt antypisowski, ale równocześnie PJN potrafił ostrzegać w równym stopniu zarówno przed Palikotem, jak przed ludźmi, którzy gromadzili się wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Marek Migalski zaś natychmiast podchwycił nieuczciwą tezę PO, iż Kaczyński kwestionuje polskość Ślązaków i ogłosił, że prezes PiS stał się na Śląsku persona non grata.

Politycy PJN z jednej strony mieli pretensje, że nikt nie wczytuje się w ich program społeczny i gospodarczy, z drugiej strony jednak z dumą ogłaszano, że na białostockiej liście tej partii zjawi się Jarosław Kaczyński – kandydat o takim samym nazwisku jak lider PiS. Za poważne argumenty polityczne trudno też uznać obiad Pawła Kowala z Dodą oraz jej ojcem startującym z list PJN czy ogłaszanie z dumą, że partię tę popiera Michał Wiśniewski.

Skrzydła kampanii PJN podcinały sondaże, od dawna niedające partii Kowala więcej niż 1 – 2 procent. Trudno w takiej sytuacji wymagać, by media emocjonowały się najlepszymi nawet rozwiązaniami gospodarczymi Pawła Poncyljusza.

Dziwić musi też, że PJN-owcy nie zauważyli głębokiego konfliktu cywilizacyjno-politycznego, jaki jest dziś pomiędzy elektoratem prawicy a Platformą Obywatelską i Ruchem Janusza Palikota. To niedopatrzenie skutkowało tym, że hasło zakończenia wojny polsko-polskiej i lansowanie politycznej łagodności, choć okazały się ciekawą propozycją, to były ofertą dla nikogo.

Polska Jest Najważniejsza była (obok ugrupowań Marka Jurka i Janusza Korwin-Mikkego, ale one nie zarejestrowały list w całej Polsce) jedyną partią, która rzuciła wyzwanie hegemonowi prawicy Jarosławowi Kaczyńskiemu. Podjęcie takiego politycznego ryzyka zasługuje na szacunek. Czy PJN przetrwa? Jeśli potwierdzi się, że uzyskał poniżej 3 proc. może być to trudne. Przy tak nikłym poparciu trudno oczekiwać, że partia Kowala wpłynie na geografię polskiej prawicy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Plusy i minusy tygodnia (1 – 7 października)

07 paź 2011

Oceniając Darskiego,  należy wziąć pod uwagę całość osoby. Był on ciężko chory, po czym zainicjował akcję zdobywania szpiku dla chorych, wyznał, że kiedy zobaczył dobroć, którą go otoczono w czasie choroby, płakał ze wzruszenia (…) Tymczasem my zrobiliśmy z niego potwora i satanistę”- stwierdził niedawno ksiądz Adam Boniecki.

Doprawdy?

Zachęcam redaktora – seniora „Tygodnika Powszechnego” do obejrzenia zdjęć z „Faktu”. W jednym z klubów w stolicy Nergal  ubrany w księżowską stułę parodiował uzdrawianie chorych. Mili koledzy  z zespołu Times New Roman przebrali się w piżamy udając chorych i usiedli dla zabawy na wózkach inwalidzkich. Przy skandowanym przez widownię haśle:  „szatan, szatan”  Nergal kładł ręce na głowach „pacjentów”, którzy udawali uzdrowienie. Ubaw po pachy. Szkoda tylko, że na klubowym show zabrakło prezesa Juliusza Brauna. Może odegrałby jakąś równie dowcipną scenkę?

Obejrzałem z zaciekawieniem film „Pogarda” Joanny Lichockiej i Marii Dłużewskiej. To opowieść o kilku przedstawicielach rodzin smoleńskich, którzy opowiadają, jak traktowane były przez rząd ich próby uczestnictwa w śledztwie i uzyskania od premiera Donalda Tuska jakichś informacji. Trzeba usłyszeć na nowo po wielu miesiącach  rozmaite aroganckie wypowiedzi rzecznika rządu Pawła Grasia czy Stefana Niesiołowskiego, by zrozumieć tytuł filmu.  Bez większego zdziwienia przyjąłem ataki na ten film. Jedni – jak Piotr Śmiłowicz z „Newsweeka” – oburzają się, że film jest nieobiektywny, bo przed kamerę zaproszono tylko część rodzin. Cóż w tym dziwnego? Lichocka i Dłużewska robią film o tych, których coś oburza, którzy mają coś do powiedzenia. Inni nie wyrażają rozgoryczenia i  uważają, że ze śledztwem wszystko jest w porządku. „Gazetę Wyborczą” bawi z kolei użycie w filmie nowej, rockowej wersji „Pieśni konfederatów barskich” Słowackiego. „Przeciw rodzinom smoleńskim – kpi „Gazeta” – tak jak w „Pieśni konfederatów” – „na smokach wojska latające” i „władza mocarzy”. W teledysku te siły uosabiane są głównie przez strażników miejskich sprzątających znicze i policjantów odgradzających kordonem Pałac Prezydencki w gorących dniach „obrony krzyża”.

Takie to śmieszne i absurdalne? Nikt strażników nie instruuje,  kiedy nie ingerować, a kiedy wyzbierać każdy tulipan? Nie sposób odczuć władzy żadnych mocarzy? To dlaczego wraku Tu-154 nie udaje się sprowadzić do Polski od półtora roku?

Wyszedł kolejny tom dzieł zebranych Stefana Kisielewskiego zawierający tzw. powieści warszawskie. Jedna z nich to zapomniana i  przemilczana powieść „Zanim nadejdzie śmierć” wydrukowana dotąd tylko raz w dziełach wybranych Kisiela z 1995 roku.

Akcja toczy się między jesienią 1989 roku, gdy powstaje rząd Tadeusza Mazowieckiego a jesienią 1990 roku gdy szefem MSW jest już Krzysztof Kozłowski. Akurat wtedy, gdy wszyscy wokół ogłaszają  wolną Polskę,  Kisiel – bo bohater sprawia wrażenie alter ego samego Stefana Kisielewskiego – jadąc na Powązki spotyka znajomą, ale  zawsze dlań tajemniczą postać – Jana Kazimierza Morleja.

Kisiela jako miłośnika tajemnic komuny i  uważnego obserwatora  warszawskiego światka zawsze intrygowała obecność Morleja na rautach dyplomatycznych. Szeptano o nim, że jest szychą PRL-owskiego wywiadu. Teraz, gdy komunizm nad Wisłą się rozsypuje, Kisiel uznaje, że ciekawie byłoby przyjąć zaproszenie od Morleja „na herbatkę”. Zaczyna szukać Morleja pod adresem na wręczonej mu wizytówce i po jakimś czasie  wpada po uszy w intrygę, w której pojawia się nawet trup.

Nagle wychodzi na jaw, po co Morlej wciągał go w swoje sieci. Potrzebuje wyjechać z Polski, a Kisiel zna od lat nowego szefa MSW Krzysztofa K. Morlej chce skorzystać z tej znajomości, bo chce, by wydano mu paszport, mimo że jest żywą encyklopedią wiedzy o tajnych służbach.

Polecam „Zanim nadejdzie śmierć”, bo to mistrzowski opis okresu mazowiecczyzny. Niby PRL się poddaje, ale dawni ubecy mają  mnóstwo atutów  w garści. A ludzi z nowej solidarnościowej ekipy rozgrywają jak dzieci. Sam fakt, że powieść została nieukończona i urywa się w połowie zdania,  jest niepokojącą puentą tej ostatniej, niezwykle  gorzkiej opowieści Kisiela.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Trzymajmy się dobrego obyczaju

Już można wyobrazić sobie polityczną komedię.  W razie wygranej PiS Tusk wzywa prezydenta,  by powierzył Kaczyńskiemu misję utworzenia rządu. Komorowski wychwala szlachetność Tuska, ale decyduje, że nowy rząd utworzy polityk PO.

Nie wiem, kto uzyska największą liczbę głosów w najbliższych wyborach. Realnie patrząc, w grę wchodzą tylko PiS i PO. Czy jednak to lider zwycięskiego ugrupowania otrzyma od prezydenta misję tworzenia rządu? Tej zasady trzymał się Aleksander Kwaśniewski w 2001 i w 2005 roku oraz Lech Kaczyński w 2007 roku. Jeszcze do niedawna taka kolej rzeczy wydawała się oczywista.

Ale w ciągu minionego roku parokrotnie Bronisław Komorowski zastrzegał, że nie jest pewne, iż to zwycięzcy wyborów zostanie powierzona misja tworzenia rządu. Obecny prezydent wbrew dotychczasowemu obyczajowi politycznemu uzależnił wybór kandydata na premiera od własnej oceny jego możliwości koalicyjnych.

Gdy rok temu Komorowski po raz pierwszy zaznaczył, że chce mieć wolną rękę w tej kwestii, zaskoczyło to wielu polityków i ludzi mediów. Liczni dziennikarze wertowali wówczas na gwałt egzemplarze konstytucji, aby odkryć, że istotnie nie ma automatu nakazującego głowie państwa uhonorowanie szefa zwycięskiej partii. W myśl Konstytucji RP obowiązującej od 1997 roku (art. 154 pkt 1) „prezydent Rzeczypospolitej desygnuje prezesa Rady Ministrów, który proponuje skład Rady Ministrów. Prezydent Rzeczypospolitej powołuje prezesa Rady Ministrów wraz z pozostałymi członkami Rady Ministrów w ciągu 14 dni od dnia pierwszego posiedzenia Sejmu lub przyjęcia dymisji poprzedniej Rady Ministrów i odbiera przysięgę od członków nowo powołanej Rady Ministrów”.

Więcej na rp.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na odlew

06 paź 2011
Niemiecki piątek Piotra Semki

Dokładnie tydzień temu pisałem w „Plusie Minusie” (02.10.2011 r.): „Tym, którzy głoszą, że Jarosław Kaczyński każdy swój krok w kampanii kalkuluje z makiawelistyczną perfidią, polecam wyborczą książkę lidera PiS „Polska naszych marzeń”. Toż tak dziwaczna mieszanka, jakiej świat nie widział! W jednym tomie program partii i prognozy polityczne mieszają się z aluzjami o tajemnicach z przeszłości Angeli Merkel (oczywiście w myśl zasady „wiem, ale nie powiem”), reminiscencjami filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie” i dywagacjami na temat średniowiecza – np. o religijnym charakterze Świętego Cesarstwa Narodu Niemieckiego. Do tego jako aneks „alfabet Jarosława Kaczyńskiego” z plotkami na temat znanych osób. Znajdźcie mi drugiego polityka w Europie, który tuż przed wyborami wydałby taką „silva rerum”.

Przedwczoraj mój kolega po piórze Michał Szułdrzyński w komentarzu nazwał cytaty na temat kanclerz RFN potężnym politycznym błędem. Pisał: „Miejscem na szczere wypowiedzi o innych politykach są książki wspomnieniowe pisane przez politycznych emerytów. Nie materiały bądź co bądź wyborcze, pisane przez czynnych aktorów sceny politycznej o ich kolegach, z którymi być może wkrótce przyjdzie im współpracować i negocjować na przykład kształt unijnego budżetu. Niejasne insynuacje co do prawdziwych mocodawców niemieckiej kanclerz nawet największemu przyjacielowi Niemiec musiałyby sprawić kłopot. A już szef PiS wiedząc, że przez przeciwników podejrzewany jest o silną niechęć do Niemców, powinien tego tematu po prostu unikać.”

Publicyści „Rzeczpospolitej” odnieśli się do sprawy ani jej nie przesadnie nie wyolbrzymiając, ani tez nie udając, że nic się nie stało.

Tym bardziej trudno milczeć, gdy w reakcji na wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego przekraczane są normy debaty dziennikarskiej.

Oto na stronie Deutsche welle – państwowego radia dla zagranicy, na blogu Michała Jaranowskiego, korespondenta tej stacji w Warszawie padły słowa aroganckie i obrzydliwe:

„To byłby chyba zbyt duży zaszczyt dla Kaczyńskiego, gdyby Angela Merkel zechciała poświęcić choćby parę słów takiej postaci. W końcu brzydzić się można nie tylko żab, robaków czy karaluchów”.

Czy taki język akceptuje kierownictwo Deutsche Welle? Czy pisząc o reakcjach na książkę Jarosław Kaczyńskiego można abstrahować od takich reakcji?

W związku z wyborami Sejmu i Senatu RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.
Publikacje komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(87 ustawy z dnia 12 kwietnia 2001 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej – t.j. Dz. U. 2007 nr 190 poz. 1360 z późn. zm.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop