Deszcz, zdrady i szczekające psy

28 lip 2011

Na dobrej pogodzie trudno zarobić – przynajmniej w Internecie. Za to stosunkowe zimne i deszczowe lato, takie jak tegoroczne, to dla portali internetowych żyjących z reklam nie lada gratka. Z danych Google, do których dotarł „Dziennik Gazeta Prawna” wynika, że zła pogoda idzie w parze ze wzrostem wydatków na reklamy w sieci.

Takie działanie reklamodawców wydawałoby się całkiem logiczne – trudno oczekiwać by w wakacje, gdy zimno i pada poświęcać czas na aktywność fizyczną na świeżym powietrzu, ale co z tymi, którzy przykładnie powiększają PKB kraju spędzając czas w pracy? Czy piekarze, urzędnicy, mechanicy i sprzedawcy też siedzą w Internecie, gdy za oknem szaro i mokro? Jeśli tak, to nasza pogoń za dobrobytem Zachodniej Europy z góry jest skazana na porażkę. W kategorii dni słoneczne Warszawa przegrywa z Paryżem o 59 godzin rocznie, a z Monachium o 137 godziny. W opadach jest jeszcze gorzej – pada u nas o 47,5 dni dłużej niż nad Sekwaną i mamy prawie 30 dni deszczowych więcej niż Monachijczycy. Czy warto walczyć więc z naturą?

Jeśli nawet trudno, to jednak warto – ostatnie wydarzenia gospodarcze wskazuje, że nadmierne ciepło rozleniwia. W Atenach godzin słonecznych jest o 1207 więcej niż w Polsce, a dni deszczowych o 72 mniej. Pozostaje nam nadzieja, że pogoda umiarkowana gwarantuje więcej bezpieczeństwa. Nie wiadomo tylko jak długo.

Praca, pracą, ale trzeba jeszcze nie tylko za coś żyć, ale też czymś żyć – np. miłością. Niestety całkiem sporo Polaków żyje też tą pozamałżeńską. Jak donosi „Gazeta Wyborcza” – „Co czwarty Polak zdradza, ale za to przelotnie”. Z badania CBOS wynika, że do małżeńskich zdrad przyznaje się 14 proc. badanych. Uwzględniając pozytywne odpowiedzi na pytania dodatkowe – wskaźnik skacze do 25 proc.

„Najczęściej zdradzają ludzie zamożni i dobrze wykształceni, a zdecydowana większość romansów trwa krótko”. Liderami niewierności są mieszkańcy Opolszczyzny, Pomorza i Górnego Śląska, gdzie zdradza prawie co trzecia osoba.

Czy ma to jakiś związek z pogodą? Niestety nie wiadomo.

Dla reklamodawców badania o polskich zdradach są raczej mało przydatne. Tylko 5 proc. Polaków poznaje kochanki/kochanków w sieci. Chyba, żeby obkleić reklamami serwisów randkowych billboardy w Opolu, Katowicach i Gdańsku. Zawsze to wizualnie ciekawsze niż przedwyborcze hasła polityków.

Z kolei w „Rzeczpospolitej” przykład jak rządzić silną ręką tymi, którzy nie zdają sobie sprawy, że ktoś nimi rządzi. W ukraińskich Chersoniu wprowadzono zakaz szczekania, miauczenia i beczenia zwierząt domowych w godzinach od 22 do 8. Zgodnie z rozporządzeniem (co prawda tylko osiedlowym, ale sytuacja jest rozwojowa) zwierzęta mają w tych godzinach spać. To się nazywa tresura.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Winni zawsze są inni

07 lip 2011
Autorski przegląd prasy

Zaraza długu się rozprzestrzenia. Do finansowego czyśćca, w którym jest już Grecja, zgodnie z obawami dołączają kolejne kraje.

„Moody’s sieje popłoch” donosi „Gazeta Wyborcza”. Agencja ratingowa znacząco obniżyła przedwczoraj ocenę wiarygodności kredytowej Portugalii. Innymi słowy boi się, czy rząd w Lizbonie będzie w stanie spłacać zaciągnięte i zaciągane w przyszłości długi.

Obawy Moody’s rozlały się po Europie, docierając nawet do Warszawy. W efekcie zamiast spektakularnego debiutu, największy na Starym Kontynencie producent węgla koksowniczego JSW, zamiast dać sowicie zarobić inwestorom, dał im tylko nadzieję, że kiedyś może tak się stanie.

Jak można dowiedzieć się z „Rzeczpospolitej”, działania agencji ratingowych, zostały ostro skrytykowane przez Komisję Europejską, o rządzie w Lizbonie nie wspominając. Między oboma tymi ośrodkami władzy powinowactwo jest zresztą mocne, bo na czele KE stoi Portugalczyk – Jose Manuel Barroso. Niezadowolenia nie kryli też inni.

– Dosyć już tych samospełniających się proroctw, które tylko komplikują sytuację krajów starających się ratować gospodarkę – grzmiał niemiecki minister finansów Wolfgang Schaeuble.

Rozumiem, że decyzja Moody’s jest bolesna. Ale w ostrych reakcjach polityków jest dużo hipokryzji. Te same agencje ratingowe, które teraz ostrzegają przed ryzykiem, które może zaowocować eskalacją kryzysu finansowego, jeszcze dwa lata temu, odżegnywane były od czci i wiary za to, że przed poprzednim kryzysem niedoszacowały ryzyko bankowych spekulacji.

Wygląda na to, że bez względu co agencje zrobią i tak to one będą winne. A nie bankowcy sprzedający klientom długi nie do odzyskania, czy politycy, którzy walcząc o władzę obiecują wyborcom więcej, niż na to stać gospodarki ich krajów.

A że dostało się przy okazji JSW – no cóż tak już w życiu bywa. Czasami dostaje się za nic. Wystarczy pojawić się w złym miejscu o złej godzinie.

Jest taki brzydki wyraz – konwergencja. Brzydki, ale jeśli chodzi o elektronikę konwergencja odbywa się od lat na naszych oczach i to w szybkim tempie. I tak Internet przejmuje powoli funkcję telewizji (usługi video on demand czy streaming live), a komórki funkcje komputerów (gry, dostęp do sieci). Docelowo, jak wymarzyło sobie już przed laty wiele firm technologicznych, statystyczny obywatel świata będzie potrzebował tylko dwóch urządzeń, by cieszyć się rozrywką – stacjonarnego i przenośnego. Może kiedyś wystarczy mu tylko jedno z nich – mobilne?

Na razie „Smartfony i tablety przypuściły szturm na sieć” – donosi „Rzeczpospolita”. Co dwudziesta odsłona wszystkich stron internetowych na świecie odbywa się już za pomocą komórek z funkcjonalnościami zbliżonymi do komputerów. I choć na razie to głównie wizyty na portalach, to analitycy wieszczą, że już za 4 lata przez komórki będziemy już regularnie oglądać filmy z Internetu.

Ciekawe, co by powiedzieli na to nasi przodkowie – dajmy na to sprzed stu lat? Technologii, by pewnie nie zrozumieli, ale niewątpliwie byliby w szoku kulturowym. W końcu zobaczyliby społeczeństwo, dla którego najwyższą wartością jest rozrywka. Wystarczy sięgnąć do kieszeni.

Szok byłby tym większy, że dla nich rozrywką były książki czy opera. Dla nas to już kultura wyższa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pętla się zaciska

22 cze 2011

Kryzys finansowy dopiero teraz zaczął zbierać prawdziwe żniwo. Wcześniej ofiarami padały płotki – teraz grube ryby. Grecja jest pierwszą z nich

Ateńskie kłopoty wynikają bowiem z tej samej logiki, która przyświecała łagodzeniu kryzysu finansowego. Nie likwidowano skutków, a jedynie objawy. A choroby nieleczone – jak wiadomo – zwykły powracać ze zdwojoną siłą.

Kłopoty Grecji wynikają z chęci życia ponad stan. Do bankructwa wiedzie bowiem zwykle (pomijając zdarzenia losowe) zaciąganie długów powyżej możliwości ich spłaty. Można też bagatelizować czynniki ryzyka i zadłużać się do granicy możliwości. Wzrost gospodarczy czy inflacja – jako zmienne – są właśnie takimi czynnikami.

Ludziom, którzy wpadają w takie pętle mało kto pomaga. Firmy po prostu bankrutują. Ostatnie lata pokazują jednak, że sprawiedliwość nie jest… sprawiedliwa. Wyjątkiem są bowiem państwa i banki. Powód – ich upadek może być bardziej dotkliwy dla społeczeństwa niż problemy finansowe obywateli i firm. Kapitalizm, jak wiadomo, jest bezduszny. Tyle, czy leczenie objawów rzeczywiście prowadzi do wyleczenia?

Metoda zasypywania dziur bilionami dolarów została przetestowana w latach 2008-10 na bankach. Banki i inne instytucje finansowe dostały darmowy lunch. Po tym, gdy już zjadły, sektor finansowy działa dalej tak, jak działał. Dowód? Spekulacyjne wzrosty cen żywności, to po prostu przykład, że zamiast pchać się w trudne instrumenty finansowe zabezpieczane długiem, zarządzający pieniędzmi z bogatych rynków (w końcu trzeba jakoś pomnażać gotówkę) szukają, gdzie indziej sposobów na szybki zarobek. Wybuch inflacji, z którym mamy do czynienia to zasługa nadpodaży pieniędzy kierowanej przez instytucje finansowe, które wyciągnęły mylne wnioski z kryzysu. Doszły do wniosku, że DARMOWE LUNCHE SIĘ ZDARZAJĄ.

Dobrze byłoby, gdyby ani Grecy, ani kolejne kraje, którym grożą podobne kłopoty nie doszły do podobnych wniosków. Bo Grecja nie jest niestety odosobniona. We wszystkich krajach obywatele chcą żyć lepiej niż żyją. W krajach rozwiniętych nie wyobrażają sobie nawet, że ich poziom życia może spaść. Jeśli więc życie ponad stan uznać za przyczynę, trudno znaleźć w Europie kraje, których rządy kierują się inną logiką. Nawet jeśli deklarują inne wartości, ich deficyty budżetowe, rosnące zadłużenie tym słowom przeczą.

Czy trzeba więc Grecji pomagać? Tak. Bo Polskę może kiedyś spotkać to samo. Trzeba jednak pamiętać, że lekcje są po to, by czegoś się z nich nauczyć.

Z wydarzeń ostatnich lat wynika, że wzrost gospodarczy tak, ale nie za wszelką cenę. Coraz częściej wzrost jest definiowany jako zdolność danego państwa do zwiększania długu w kolejnych latach (wraz z kosztami jego obsługi). To logika dłużnika, który wpada w morderczą pętlę. Czas by takie myślenie zrewidować.

Czasami warto bowiem zwolnić, zacisnąć pasa, by nie wyłożyć się kompletnie. Irlandia, Łotwa, Estonia – to pierwsze przykłady z brzegu. Tyle, że tam wyborów dokonywano już pod ścianą. Sztuka polega, by ścianę wyminąć, a nie uderzyć w nią na pełnej prędkości.

Dlatego właśnie Grecy muszą zacisnąć pasa. Jeśli nie będzie po ich stronie wyrzeczeń, nie ma sensu im pomagać. Bo tak jak zrobiły niedawno bankowcy, po prostu przejedzą darmowy lunch. A im bardziej świat zrekompensuje marzenia bankowców i społeczeństw chcących żyć ponad stan, tym większa szansa, że po darmowe lunche przyjdą kolejni. A wtedy bar trzeba będzie zamknąć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kara ma krótkie nogi

16 cze 2011
Autorski przegląd prasy

Podobno nic tak nie kręci jak kasa – a jak kasa to ceny. Im niższe tym lepiej. Ale i wysokie robią wrażenie. Nic więc dziwnego, że najwyższa inflacja od 10 lat to temat przewodni dzisiejszych gazet codziennych – z „Dziennikiem”, „Gazetą Wyborczą” i „Rzeczpospolitą” na czele. A przypadłością inflacji, jak wiadomo, jest pożeranie. Pożera płace, oszczędności, a pod pozorem marnych kilku procent wyżera też zawartość portfeli.

Odrzucając przytłaczający ciężar dumy i honoru narodowego trzeba przyznać, że w skali społecznej inflacja to problem dużo ważniejszy niż to, czy autostrada z Łodzi do Warszawy będzie przejezdna w 2012 czy 2013 r. Wstyd wstydem, ale jeśli jedna czwarta wydatków Polaków pochłania żywność, która napędza inflację – mamy problem raczej natury egzystencjonalnej. Tym bardziej, że z zatrudnieniem też u nas nie najlepiej. Nawet jeśli bezrobocie mamy dęte przez osoby starające się jedynie o to, by pracując na czarno miały opłacane składki zdrowotne, to wciąż w Polsce na jednego pracującego przypada jedna osoba w wieku produkcyjnym, która nie pracuje.

Na wysoką inflację niewiele poradzimy. Czynniki, które ją wywindowały są zewnętrzne. Większość państw, które mają otwartą gospodarkę i uwolniony kurs walutowy boryka się z tym samym problemem. Jeśli mamy więc tylko arsenał półśrodków w walce z inflacją, priorytetem powinna być więc aktywizacja „fałszywych” bezrobotnych. Paradoksalnie przez pobudzanie wzrostu może to też pomóc w walce ze skutkami inflacji – poprzez szybszy wzrost płac czy choćby niwelowanie efektów podnoszenia stóp procentowych.

Wiele patologii polskiego rynku pracy doskonale widać z raportu „Bilans kapitału ludzkiego w Polsce”, którego analizą zajęła się „Rzeczpospolita” w tekście – „Mądrze zwalczać bezrobocie”.

Wynika z niego, że pomimo 12 proc. stopy bezrobocia, aż 75 proc. polskich firm ma kłopoty ze znalezieniem pracowników, a za bezrobotnych uważa się o połowę mniej osób niż są zarejestrowani w urzędach pracy. Są województwa, w których 15 proc. „oficjalnych” bezrobotnych pracowało na czarno.

Upraszczając, wydaje się, że są dwie podstawowe drogi – zaostrzenie systemu sprawi, że trudniej będzie stać się „oficjalnym” bezrobotnym, a firmom pod groźbą kar nie będzie się opłacało zatrudniać na czarno. Albo wręcz odwrotnie – sprawi to jego liberalizacja. Znając skłonność do budowy aparatu kontroli łatwiej przyjdzie wymyślić jak bardziej karać. Tyle, że karanie i restrykcje nie są środkami pobudzającymi przedsiębiorczość. A polska gospodarka i kolejne rządy od lat starają się bezskutecznie wciągnąć na sztandary hasło „Polski innowacyjnej”. Może więc zachęty będą lepsze niż kary?
Kłopot w tym, że zachęty kosztują na pierwszy rzut oka więcej – bo trzeba na nie przeznaczyć konkretne miliony. Koszty kar widać dużo później i dużo trudniej je przeanalizować. Rozsiane po jednostkach samorządowych koszty utrzymywania urzędników, którzy nadzorują system kontroli i inne wydatki z tym związane to koszty ukryte. Dużo łatwiej tnie się wydatki. Ale koniec końców systemy restrykcyjne odbiją się na wzroście PKB, aktywności zawodowej czy migracjach. Tylko kto to policzy? I czy ktoś z tego wyciągnie wnioski?

Choć w zamyśle jest to przegląd prasy dzisiejszej – sięgnę po wczorajszą, za to niecodzienną. I w temacie poniekąd budowy dróg.

Zapewne słyszeli Państwo zamieszanie jakie swoimi wypowiedziami na temat rzecznika Inspekcji Transportu Drogowego Alvina Gajadhura wywołali naczelni skandaliści polskiego radia – Jakub Władysław Wojewódzki lat 47 i Michał Figurski lat 38. „Gazeta Wyborcza” przeprowadziła nawet z pierwszym z rzeczonych wywiad, w którym udało mu się dowieść swoich racji sięgając nawet po dowcipy o Żydach najbardziej dowcipnego z nich Allana Stewarta Konigsberga (znanego pod imieniem Woody). Najtrafniej całe zamieszanie podsumował jednak tygodnik „Polityka” kreską Jana Kozy. Chciałbym w tym miejscu wkleić link do rzeczonego rysunku. Ale niestety na stronach „Polityki” go brak – polecam więc wizytę w kiosku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nos został utarty

09 cze 2011

PRZEGLĄD PRASY. „Komisja grozi europodatkiem” – donosi na pierwszej stronie „Dziennik Gazeta Prawna”. Bruksela sugeruje, że nie ma wielkich szans, by kolejny budżet Unii Europejskiej był podobnej wielkości, co obecny, chyba, że kraje członkowskie zaczną płacić unijny podatek.

Naiwnością, byłoby sądzić, że w obecnej sytuacji gospodarczej strefy euro, której stabilności finansowej zagrażają kłopoty Grecji, Hiszpanii czy Portugalii, Polska dostanie z unijnego budżetu tyle samo, co dotychczas. Wyborcy w Niemczech czy Francji raczej nie będą skłonni akceptować dodatkowych wydatków na rzecz krajów, które mają (często z własnej winy) kłopoty gospodarcze. Mogą nie pomóc wczorajsze deklaracje unijnych Parlamentarzystów, że kolejny budżet UE na lata 2014-20 musi być większy.

Jeśli nawet, nie odbędzie się to bez wyższych wpłat w do wspólnego budżetu. Niestety wciąż wierzą w to polscy politycy. Mam nadzieję, że wiara ta nie znajdzie odzwierciedlenia w długoterminowych prognozach wzrostu gospodarczego i przychodów budżetu naszego kraju. Obecny model wydaje się być nie do utrzymania. Albo dostaniemy mniej, albo zapłacimy więcej, by dostać tyle samo.
Warszawa nie jest pępkiem świata. A nawet Polski. Wbrew fizjologii pępek przesuwa się na południe. Zdaniem analityków, cytowanych przez „Rzeczpospolitą” największy potencjał do wzrostu zarobków we Polsce mają Katowice. Potwierdzają to już dane GUS. W ubiegłym roku średnie płace pracowników przedsiębiorstw w Katowicach były najwyższe w Polsce (4703 zł) – o 220 zł wyższe niż w Warszawie i o prawie 1700 zł niż np. w Toruniu. – Jedynym potencjałem Warszawy jest bycie stolicą Polski. A tak naprawdę to wyspa otoczona biednym Mazowszem – podkreśla Mateusz Walewski z PwC. Nie ma to, jak mocno utrzeć nosa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lekcja pokory dla ambitnych

08 cze 2011

Raport NIK o przygotowaniach infrastrukturalnych do mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 r. nie pozostawia złudzeń – nie zbudujemy wszystkich zaplanowanych dróg, dworców czy lotnisk (choć z tym jest najlepiej). Złudzenia to jedyne, co raport mógł odebrać. Powiedzmy szczerze – NIK niczym nie zaskoczyła. Informacje o opóźnieniach, inwestycjach, które miną się z terminem i kibicami piłkarskimi, niedoróbkach, przekrętach i fuszerkach napływają od kilku miesięcy

Może, a nawet powinien boleć komentarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” mówiący o tym, że ironią historii jest to, że posądzani o zaniżanie płac w innych krajach Polacy dowiedli, że najtańsza oferta nie jest najkorzystniejsza. Przepis na bubel zawdzięczamy sobie sami.

Teraz zgodnie z regułami gry rozpocznie się szukanie winnych. Na pierwszej linii ognia jest minister Cezary Grabarczyk. Czy powinien zapłacić głową za opóźnienia? Oprócz politycznej symboliki gestu nie ma to żadnego znaczenia. Czy wymienilibyśmy ministra Pola, Polaczka czy Grabarczyka – schemat od lat jest ten sam: tanie musi zwyciężyć. Na dodatek polskie prawo przetargowe jest rodzajem zgniłego kompromisu – od decyzji można się odwoływać latami. W efekcie mamy rozpadające się drogi, budowane wyjątkowo długo, które na dodatek są wyjątkowo drogie, bo trzeba je łatać znacznie częściej niż w krajach na zachód od Odry.

Ofiara z ministra Grabarczyka nic nie zmieni. Potrzebne są zmiany systemowe. To trochę tak jak z wymienianiem trenerów piłkarskiej reprezentacji. Ambicje mamy bowiem większe niż możliwości. A te mamy marne, bo chcemy mieć efekty szybko i tanio.

W budowie od podstaw idzie nam znacznie gorzej.

Niespodziewanie się okazało, że piłkarska reprezentacja naszego kraju jest w pewien sposób obrazem zbiorowej mądrości narodu. Nasi piłkarze przyzwyczaili do grania meczów ostatniej szansy lub wręcz pojedynków o honor. Teraz cały naród (przykro mi, ale dla gości z zagranicy to Polacy nie wyrobili się na czas, a nie chińskie firmy) zagra mecz o honor, walcząc o cud w doliczonym czasie gry. Ale tym razem mamy małe szanse choćby na tytuł moralnych zwycięzców.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Informacja rządzi

04 cze 2011

Sklepy bez własnych witryn internetowych strzeżcie się. Obywatele bez opamiętania i wbrew statystyce robią zakupy w Internecie. Pod względem wydatków na internetowe transakcje jesteśmy już na piątym miejscu w Europie.

Czy powinniśmy być dumni? Jeśli tak, to Hiszpanie powinni płakać. Statystyczny Hiszpan zarabia ponad dwa razy więcej od Polaka, a na zakupy przez Internet wydaje dwa razy mniej. Jesteśmy bardziej wyrachowanymi konsumentami? A może to Hiszpanie wolą dotknąć, powąchać, sprawdzić i pogadać? Zakupy to często rytuał. A nie tylko sprawa kilku kliknięć.

Jedno jest pewne. Internet wyrównuje szanse. Bez względu na to, czy działasz w Nowej Soli, Rzeszowie, Białymstoku, Wrocławiu czy Warszawie, masz równy dostęp do rynku zbytu. Jest to jednak równanie w dół. Im niższa cena, tym większe szanse. A wojny cenowe nie są grą dla słabych psychicznie. Dlatego też wyrównując szanse, handel internetowy bezlitośnie wykańcza słabszych – dając szanse, odbiera je spokojnym sklepom, które wiązały koniec z końcem dzięki brakowi informacji ich klientów. Dziś w epoce porównywarek cen trudno już przekonać klienta, że nie można kupić taniej. Informacja jest w zasięgu ręki.

Chyba że ma się produkt wyjątkowy, jedyny i niepowtarzalny – wtedy cena schodzi na drugi plan. Patrząc na liczbę chętnych starających się o pieniądze w ramach programu „Innowacyjna gospodarka” (działanie 8.1), w przedsiębiorczym społeczeństwie znad Wisły przekonanie o unikalności jest dość zaawansowane. W kraju optymistów dostęp do informacji widocznie nie musi być wyłącznie przeszkodą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Misja niezakończona powodzeniem

01 cze 2011

Abonament powinien służyć finansowaniu wyłącznie misji TVP – uznała Komisja Europejska. Wydawałoby się to oczywiste, bo właśnie taka jest idea tego podatku. Ale widocznie nie jest.

W sprawozdaniu za ubiegły rok TVP wyliczyła koszty realizacji misji na 978 mln zł – to 55 proc. całych przychodów spółki. A ponieważ wykazała ona zysk, śmiało można powiedzieć, że TVP uważa, iż misją jest ponad 55 proc. tego, co nadaje. W to jednak – nawet podkreślając różnice w definicji pojęcia „misja” – wyjątkowo trudno uwierzyć.

A nawet wyjątkowo trudno zobaczyć.

Gdyby bowiem TVP puszczała przez 55 proc. czasu publicystykę, programy o książkach, opery i spektakle teatralne, to w pozostałych 10 godzinach i 40 minutach dość trudno byłoby pomieścić np. teleturniej „Jaka to melodia?” oraz telenowele: „Moda na sukces” i „Ludzkie sprawy”, filmy „Terminator” i „Dom, w którym mieszkało zło”, oraz parę innych pozycji (wszystkie przykłady z wczorajszej ramówki TVP 1). Pewnie dałoby się przemycić te treści pod osłoną nocy. Tyle że jest dokładnie odwrotnie – to misję realizuje się wtedy, gdy trudno znaleźć w Polsce włączony telewizor.

Trwająca (z przeszkodami) cyfryzacja telewizji naziemnej to wyjątkowa okazja, by to, co jest misją, wyraźnie oddzielić od tego, co nią nie jest. Tylko wpierw trzeba to ustalić – jak pragnie Komisja Europejska. Dzięki cyfryzacji do wszystkich domów w Polsce mogłaby trafić np. TVP Kultura – z natury mało dochodowa, ale misyjna. Lecz żeby misję realizować, musiałaby z 221 mln zł abonamentu dostawać połowę, a nie 14 mln zł rocznie.

Wyniki finansowe powinny dać TVP do myślenia. Im więcej bowiem uda się wydusić spółce z rynku reklamowego (a jest tam graczem nr 2), tym bardziej będzie musiała przypominać konkurencję. A im bardziej będzie przypominać konkurencję, tym widz będzie mniej skłonny płacić na jej rzecz podatek. Fikcję może przerwać dotacja z budżetu, a nie uzależnienie od wolnego rynku – czyli widzimisię obywatela. Rząd już kiedyś zapowiadał wprowadzenie Funduszu Misji Publicznej. Ciekawe, co się z tym pomysłem stało?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Inwazja pierogów i bigosu

12 maj 2011

PRZEGLĄD PRASY. „Symbolem strachu Europy przed tanią polską siłą roboczą był hydraulik, tymczasem Polacy dokonali o wiele większej inwazji na rynku spożywczym. Czeskie sklepy obok niemieckich są pierwszym celem” – cytuje „Dziennik Gazeta Prawna” czeski portal Aktualne.cz. Do Czech trafiła w ubiegłym roku z Polski żywność warta 5,7 mld euro. W sumie miło dowiedzieć się, że w jakiejś dziedzinie gospodarczej Polska jest w stanie dokonać „inwazji”. Niestety trudno za to uznać odpływ siły roboczej bo to raczej próba ucieczki z gorszego do lepszego świata niż dowód na wyjątkowo przemyślność narodową. Nurtuje mnie jednak pytanie, co się stanie z produkcją żywności w Polsce, gdy w kolejnej perspektywie finansowej UE na lata 2014-20, pieniądze ze Wspólnej Polityki Rolnej skurczą się kilkakrotnie. A na to się niestety zanosi. Ale nie ma co narzekać – w końcu cechą inwazji jest to, że są krótkie i zwykle spektakularne. Może więc warto poszukać obszaru do ekspansji?

Ku lepszego mogą za to podążyć rzesze polskich pielęgniarek. Jak donosi „Dziennik Gazeta Prawna”. Brytyjczycy złagodzili reguły przyjmowania do pracy białego personelu z tzw. nowych krajów unijnych – zamiast półrocznego kursu adapcyjnego, wystarczy zdać dwudniowy test umiejętności. Już teraz brakuje ich podobno 50 tys. W czasie exodusu sprzed kilku lat opuściło Polskę ponad 10 tys. pielęgniarek. „Gazeta Wyborcza” ruszyła już z cyklem, gdzie, jak i kto może znaleźć pracę w Niemczech.
Nie zazdroszczę jakimkolwiek politykom, którejkolwiek partii, których ambicje popchnęły (lub niedługo popchną) do rządzenia naszym krajem. Władza musi się uporać z tykającą bombą. Bo jak rozwijać gospodarkę, w kraju z którego masowo wyjeżdżają za pracą Ci, którzy mogą kreować wzrost PKB. Do tego dochodzą czynniki demograficzne, działające na niekorzyść polskiej gospodarki. Trudno gonić Europę, gdy peleton stopniowo się kurczy. Jeszcze trudniej będzie wypłacić w przyszłości należne emerytury tym, którzy zostali. W tym kontekście wyliczanie rosnących transferów od emigrantów brzmi jak ponury żart. W końcu na tym opierają się gospodarki np. Sudanu.
Gdy nie starcza pieniędzy, to z jakiej się jest opcji politycznej lewicowej, liberalnej czy prawicowo-konserwatywnej nie ma znaczenia. Wszystkim politykom, bez spójnej, gospodarczej wizji rozwoju Polski, odradzałbym walkę o władzę. Bycie w opozycji jest zdecydowanie prostsze. W końcu do krytyki nie potrzeba tyle odpowiedzialności, co do rządzenia.

Szukając pozytywów warto zajrzeć za granice. „Brazylijski rząd liczy na to, że dzięki wielkiej akcji zachęcania rodaków do oddawania broni odzyska i zniszczy co najmniej 100 tys. pistoletów, rewolwerów i karabinów posiadanych nielegalnie przez Brazylijczyków” – donosi „Gazeta Wyborcza”. Za oddaną broń rząd będzie płacił. Organizacja Viva Rio szacuje, że w Brazylii jest w obiegu 8 mln nielegalnej broni. Miesiąc temu w jednej ze szkół szaleniec zabił 12 osób. Przypomina to amerykańską doktrynę self-defence i jej opłakane skutki. I stąd, choć problemów w Polsce mamy sporo, są też takie które nas ominęły. Może dlatego warto zostać?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Węgry jak Kuba gorące

05 maj 2011

PRZEGLĄD PRASY
W Poznaniu koziołki miękną. Koziołek główny – prezydent Ryszard Grobelny – musi ciąć wydatki, bo miasto jest mocno zadłużone. Gigantyczne pieniądze pochłonął stadion na Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Na dodatek NIK nie znalazł faktur na stadionowe prace warte 15 mln zł.

Grobelny wydał, uszczęśliwił Poznaniaków, a teraz chce coś w zamian. Jak donosi „Gazeta Wyborcza” postanowił, że zorganizuje konsultacje społeczne z losowo wybraną grupą 140 mieszkańców stolicy Wielkopolski. – Dzięki (temu) dowiemy się, jakie cięcia zaakceptują mieszkańcy – mówi „GW” Grobelny. Sondaż ma trwać kilka dni, a badani otrzymają do wglądu pełny komplet danych finansowych Poznania. Koszt – 150 tys. zł.

Nasuwa się pytanie – dlaczego jeśli prezydent miasta z pełną odpowiedzialnością wydaje, nie chce przyjąć pełnej odpowiedzialności za oszczędności? Bo, że łatwiej dawać niż zabierać wiadomo od dawna.
Ryszard Grobelny dając sobie za 150 tys. zł argument z cyklu „Przecież się na to zgodziliście” minimalizuje poważne ryzyko osobiste związane z utrzymaniem ciągłości przychodów. A te, jak donosi „Rzeczpospolita” są całkiem pokaźne. W 2010 r. zarobił ok. 275 tys. zł, czyli więcej niż Hanna Gronkiewicz-Waltz (też ma na koncie stadionowe dziecko, drugie w drodze). Wygląda na to, że za takie pieniądze może zrobić prawie dwa sondaże. Niech więc Grobelny się nie krępuje.

Nie tylko prezydent Poznania lubi pytać. „Orban pyta lud” – donosi „Gazeta Wyborcza”. Pyta, jak przystało na silnorękiego przywódcę z charakterem o modernizację kraju. Na usta cisną się słowa z polskiego referendum sprzed lat 30-stu: „Czy jesteś za pełną realizacją programu radykalnego uzdrowienia gospodarki, zmierzającego do wyraźnej poprawy warunków życia społeczeństwa?”

Aż trudno uwierzyć, że o zdanie narodu pyta ten sam Orban, który chciał zakładać kaganiec na media, zrywał kontakty z MFW i rozmontował węgierską reformę emerytalną. Rozmach iście królewski – nie 140 osób, ale 8 milionów. Motywy jednak jakby te same – pozostanie u władzy. Tylko, że Orban gra w innej lidze, w której zasady ustala sam. „Czy należy się rozprawić się z lobby farmaceutycznym, które zawyża ceny lekarstw?” – pyta władza. Naturalnie, że trzeba! W końcu prawdziwy przywódca, prawdziwego narodu musi mieć się z kim rozprawiać. Historia pokazuje, że nic tak nie jednoczy narodu jak wspólny wróg. Tylko trzeba wpierw go znaleźć. Orban wytrwale szuka. Można podejrzewać, gdzie go to zaprowadzi. Ale gdzie doprowadzi to 8 milionów respondentów?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop