Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Więcej nie znaczy lepiej

12 cze 2010

Ministerstwo Rozwoju Regionalnego postanowiło praktycznie podwoić środki dostępne w ostatnim tegorocznym konkursie na tzw. e-dotacje – w lutym miało to być 162 mln zł, teraz 300 mln zł.

To jeden z najpopularniejszych konkursów na unijne dotacje. W październiku ubiegłego roku o 135 mln zł ubiegały się projekty, których wartość była trzykrotnie wyższa od dostępnych środków. Nie wiedząc, jak sprawiedliwie przyznać pieniądze, PARP zaczął akceptować projekty według kolejności zgłoszeń. Wygrywali nie najlepsi, ale najszybsi. Przedsiębiorców to wzburzyło, urzędników przestraszyło, więc lutowy konkurs został odwołany, a żeby uniknąć powtórki z października, opracowali oni nowe kryteria.

Pomysł zwiększenia puli chwalą zarówno przedsiębiorcy, jak i byli i obecni wiceministrowie rozwoju regionalnego. Tyle że pomysł to kiepski. I to z kilku powodów.

Im więcej pieniędzy w jednym konkursie, tym słabsze będą projekty zamykające listę zwycięzców. Lepiej wyrównać środki we wszystkich konkursach, wtedy przez sito będą przechodzić naprawdę najlepsi. Nawet dodając jeszcze jeden konkurs z krótszym czasem realizacji niż dwa lata.

Tym bardziej że dotychczasowe doświadczenia pokazują, że wiele osób uważa działanie 8.1 za skok na kasę, gdzie dostaje się dwa lata finansowania z UE, łącznie z pokryciem wszystkich kosztów stałych (przedsiębiorcy sami sobie ustalają pensje). A później – zobaczymy. Przykłady? Z pięciu projektów z maksymalnym dofinansowaniem po dwóch latach od jego przyznania działa zaledwie… jeden (dwa lata to okres wdrożenia projektu, a maksymalna dotacja wynosiła wówczas ok. 800 tys. zł).

Co ciekawe, w wielu zgłaszanych internetowych projektach głównym źródłem przyszłych przychodów mają być reklamy. Tyle że w momencie składania wniosku ich szacowanie to wróżenie z fusów, bo reklamy są zależne od odwiedzalności, a tę uzyskuje się po uruchomieniu projektu, czyli nawet ponad dwa lata po złożeniu wniosku.

Na szczęście w nowych kryteriach uwzględniono ten problem. Co tylko oznacza, że walka o kasę będzie nieco trudniejsza, a nie – że należy rozdać więcej pieniędzy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Powódź banałów

10 cze 2010

Autorski przegląd prasy

Czy Chiny będą miały wreszcie swoją Solidarność? Na razie, pod względem praw obywatelskich mają mieszankę ostrego kapitalizmu z odpowiednikiem polskich lat 70., oczywiście podaną słodko-kwaśnym azjatyckim sosem

Ale ruch się zaczyna. Po tym, gdy po serii samobójstw z powodu przepracowania w chińskich zakładach firmy Foxconn (jeden z największych producentów elektroniki dla innych marek na świecie) podniesiono płace o 68 proc., o podwyżki walczą kolejne zakłady. (Swoją drogą jak musiały to być skandalicznie niskie płace, by bez problemu podnieść je o ponad dwie trzecie?).

Jak donosi „Gazeta Wyborcza”, strajkują też w chińskich zakładach Hondy i KOK Machinery. Robotnicy domagają się podwyżek i ubezpieczeń. W tym drugim zakładzie doszło do starć z policją, która postanowiła spacyfikować robotników.

Inne czasy, inny kontynent, inna kultura, ale żądania podobne – godziwej płacy za godziwą pracę. A w Chinach nie ma zwykle ani jednego, ani drugiego. Może to społeczne żądania bytowe wyniosą na swoich ramionach prawdziwą demokrację. Tak było w Polsce. Tyle, że Polska na tle dzisiejszych Chin nie była ani tak rozwarstwiona, ani tak gospodarczo silna. W końcu mamy do czynienia z kapitalistyczno-komunistycznym melanżem jakiego świat jeszcze nie widział.

O kampanii prezydenckiej można przeczytać we wszystkich dzisiejszych gazetach ogólnopolskich. Kaczyński śmieje się z wpadek Komorowskiego (Patrz Norwegia w Unii), Palikot naśmiewa się z Kaczyńskiego (Jarek Podróbka), drugi szereg kandydatów też pracuje w terenie.

Wizja, która z niej się wyłania, nie jest zbyt budująca: kampania jest schematyczna, pełna powtarzanych od lat przez poszczególne strony argumentów i obietnic. Nie ma zwrotów akcji, zaskoczeń czy choćby błyskotliwych spotów czy ciekawych kampanii na billboardach. Kandydatom nawet nie przybyło pomysłów i rozwiązań, co dalej z tą Polską robić. Idę wyżłobionym od paru lat torem, choć sytuacja Polski jest diametralnie różna – po boomie został wspomnienie, emigracja wróciła, bezrobocie skoczyło, wyższe studia niczego już nie ułatwiają, a ceny podstawowych dóbr wzrosły (energii, czynszów). Tu gdzie trzeba reform walczy grupa polityków, którzy (bez wyjątku) sprawiają, że zależy im tylko na własnym sukcesie, a nie na rozwiązywaniu problemów kraju. Nawet jeśli zawsze tak było, tym razem widać to wyjątkowo wyraźnie.

Na dziesięć dni przed wyborami kampania prezydencka w Polsce jest po prostu nudna. Nawet obietnic cudów i złotych gór jakby mniej. W tym przypadku to nawet dobrze, bo przy tak fatalnym, pokryzysowym stanie finansów publicznych nie ma z czego pokryć obietnic. Choć politykom to dotychczas nie przeszkadzało.

Może to i dobrze, bo dla setek tysięcy Polaków dużo ważniejsza niż wybory jest powódź. Na nią politycy i publicyści nie mają recept innych niż: „trzeba było”, „musimy stworzyć”, „nie można przed powodzią przesuwać pieniędzy” itd. Receptą na powódź jest więc zalew banałów. A prawdziwą robotę w terenie robią władze samorządowe.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W obronie przewag

1 cze 2010

Polska nie jest krajem biednym. Nawet w Unii Europejskiej łatwo znaleźć przykłady społeczeństw mniej zamożnych. Ale niewątpliwie nie jest też krajem tak bogatym jak nasi zachodni sąsiedzi.

Pomimo to obywatele mają jasne i dość nierealne oczekiwania: dogonić pod względem zamożności i standardów życia Europę Zachodnią.

Podtrzymanie tych marzeń gwarantuje wzrost gospodarczy, a jego z kolei eksport i silny popyt wewnętrzny. Eksport jest możliwy tylko wtedy, gdy możemy innym zaoferować lepsze lub tańsze produkty z polskich fabryk.  Co jest więc w naszym interesie? Przyciągać inwestorów – którzy zagwarantują miejsca pracy – lub tworzyć je samemu. Albo da to kopa eksportowi, albo (lub jednocześnie) zwiększy popyt. Najlepiej przyciągać wysokimi kwalifikacjami i technologiami. Tyle że w tym nie jesteśmy dobrzy – pogarszające się standardy edukacyjne (30 proc. poprawnych odpowiedzi pozwala zdać maturę z matematyki), niewiele patentów i jeszcze mniej tych, które wdrożono do produkcji. To, co eksportujemy, to głównie wyroby cudzej myśli technicznej, które my tanim kosztem wykonujemy.

I tu dochodzimy do jedynej przewagi, która nam jeszcze pozostała. Te niskie koszty to nie tylko tania siła robocza, ale też atrakcyjne podatki czy tania energia. Z ostatnich danych Eurostatu wynika, że licząc według parytetu siły nabywczej, już teraz za energię płacimy prawie najwięcej w całej Unii Europejskiej (gorzej mają tylko Węgrzy). Mimo to przegrywamy kolejną batalię w UE o emisje gazów, co w efekcie nieuchronnie doprowadzi do jeszcze wyższych cen energii.

Trudno w takiej sytuacji marzyć o niemieckiej zamożności, jeśli wszystko to, co dla firm u nas atrakcyjne, to niskopłatni pracownicy i wielki rynek zbytu. Ale będąc świadomym tej strukturalnej ułomności, warto, żeby każdy polski rząd do upadłego walczył o to, aby nie zaprzepaścić tej resztki inwestycyjnej przewagi. Niskie koszty energii to jeden z jej elementów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ciemność przegrywa z potopem

27 maj 2010

Autorski przegląd prasy

Wszystkich posiadaczy aut czeka nowy podatek – pisze „Rzeczpospolita”.

Kolejny nazwany ekologicznym, bo przypomnijmy, że ekologiczne uzasadnienie miało też: podniesienie akcyzy na używane auta z silnikami powyżej 2 litrów (nie tylko śmierdzą bardziej, ale i zatruwają bardziej środowisko), jak i opłata recyklingowa. Ten był nieunikniony, bo wymyślono go w biurach Komisji Europejskiej.

Im starszy samochód, a więc zwykle emitujący więcej spalin, tym większa opłata. Tylko kto jeździ starymi, 10-20 letnimi samochodami? Zwykle ci, których nie stać na nowsze auta. Innymi słowy Komisja, a wraz z nią polski rząd wprowadza podatek dla biednych (o osobach nie posiadających aut z przyczyn materialnych nie wspomnę, bo dla ich relatywnie gorszej sytuacji, brak dodatkowych podatków to żadna ulga).

Logikę Szanownej Komisji mogę zrozumieć – w końcu z punktu widzenia kilkunastu najbogatszych państw Europy samochód to dobro powszechne, pracować na niego obywatele „bogatszej” Unii długo nie muszą, a więc poruszanie się starymi gratami może się wydawać tylko skąpstwem, bezmyślnością lub stylem życia. A styl życia jak wiadomo musi kosztować. Szkoda tylko, że ta logika nijak się ma do reszty Europy.

Za powódź ma zapłacić energetyka – postanowił rząd. Rozumiem, że energetyka dlatego, bo na ten cel przeznaczono gigantyczne pieniądze, więc łatwiej przesunąć środki z gigantycznej górki na mniejszą niż z 30 przeciętnie wielkich sejfów do jednego.

Problem w tym, że energetyka jest równie istotna, co pomoc powodzianom. Bo wyobraźmy sobie kilkudniowy blackout – dajmy na to obszarze jednej piątej kraju. Tydzień bez pracy, bez światła, bez lodówek, odkurzaczy, telewizorów, komputerów, tramwajów no i sklepów. W końcu kasy fiskalne nie są na korbki.

A co zrobią ludzie, którzy będą już wtedy mieli elektryczne samochody. Oni będą w najgorszej sytuacji. Tyle, że nie będą płacić podatku.

Niewątpliwie jednak – problem bieżący jest bardziej palący niż wydumane black outy. Póki się oczywiście nie wydarzą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polacy potrzebują bogatej opiekunki

26 kwi 2010

Z najnowszej ankiety „Rzeczpospolitej” przeprowadzonej przez GfK Polonia wynika, że Polacy uważają, iż rząd powinien się przede wszystkim zatroszczyć o ich wyższe emerytury, pracę dla młodych i niższe podatki. Na samym końcu listy priorytetów znalazł się wzrost gospodarczy. Równie mało znacząca jest ekologia.

Nie po raz pierwszy widać, że obywateli interesują w pierwszej kolejności oni sami. W sumie nic dziwnego, że oczekują od wybranych przez siebie polityków realizacji własnych interesów.

Problem w tym, że oczekiwania te są pełne paradoksów i utopijnych marzeń o tanim państwie opiekuńczym.

W końcu to, czego chcą obywatele – wyższe emerytury i praca dla wszystkich – jest pochodną wzrostu gospodarczego. Jego tempo wpływa na to, czy jest praca i ile średnio zarabiamy. A z kolei to, jaką troską otoczy nas państwo, zależy od tego, ile z podatków wpłynie do jego kasy. I tu znów kłania się wzrost PKB.

Jeśli tego wzrostu nie będzie, a rząd dodatkowo obniży podatki, szanse na godne emerytury są żadne. Chyba że samemu się na nie zacznie oszczędzać. I to już teraz.

Nie jest to wcale wina polityków czy nieudolności kolejnych rządów. Systemy emerytalne zależą wprost od przyrostu naturalnego. A ten w Polsce spada – jak we wszystkich państwach, w których podwyższa się standard życia. W 2008 r. wyniósł nad Wisłą symboliczne zero – po raz pierwszy od drugiej wojny światowej.

Pewne jest więc, że spełnienia pragnień Polaków nikt nie zagwarantuje. Mogą to zrobić tylko oni sami. Tyle że zawsze jest to coś za coś. Jeśli niższe podatki, to świadomość konieczności oszczędzania na przyszłość czy pogodzenia się z odpłatną służbą zdrowia. Przy czym to ostatnie byłoby już dziś niczym więcej niż akceptacją rzeczywistości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Warto pobudzać przedsiębiorczość

23 kwi 2010

Jak to możliwe, że z 4,5 mld zł do rozdania dla małych wiejskich firm, wypłacono zaledwie 12 mln zł? Zdaniem ubiegających się o wsparcie wymagania są zbyt wyśrubowane. Zdaniem urzędników, gdyby były dużo niższe za łatwo byłoby dostać pieniądze. W efekcie prawie nikt ich nie widzi. Z 5 tysięcy ubiegających się o wsparcie odrzucono 2 tysiące z powodu błędów.

Przedsiębiorcy już dawno zrozumieli, że środki unijne to szansa na zarobek. A szansa ta oznacza też więcej miejsc pracy. A im ich więcej, tym większe szanse na dobrobyt mieszkańców wsi, a co za tym idzie choćby na lepsze wykształcenie ich dzieci. No i oczywiście na wzrost gospodarczy. Urzędnicy muszą więc wychodzić naprzeciw firmom, a nie traktować je jak drobnych cwaniaków, którzy chcą tylko dorwać się do kasy.

Z moich obserwacji – głównie południowej części województwa lubelskiego, gdzie często przebywam – wynika, że polska wieś cierpi na brak możliwości rozwoju. Całe wsie wyjeżdżają za pracą tymczasową na Zachód. Ci, którzy pozostają na miejscu, to głównie beneficjenci różnego typu unijnych dopłat, którzy, gdy ich zabraknie, zwiększą bezrobocie strukturalne. Prawdziwych rolników jest niewielu. Bo produkcja nie zawsze się im opłaca.

Pobudzanie przedsiębiorczości jest jednym z wyjść z tej sytuacji. Nawet jeśli ostateczne efekty zobaczymy za wiele lat, warto skorzystać z szansy. Kiedy bowiem fundusze na „klasyczne” rolnictwo się skończą, co jest tylko kwestią czasu, pozostanie problem bezrobotnych i wykluczonych milionów Polaków.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dobrze się ogrzać przy niedźwiedziu

22 kwi 2010

Autorski przegląd prasy

Ukraina w zamian za tańszy gaz oddała Rosji kontrolę nad siecią gazociągów i przedłużyła o 25 lat dzierżawę bazy na Krymie.

I choć wszystko odbyło się zgodnie z przewidywaniami – nowy prezydent Wiktor Janukowycz jest co najmniej prorosyjski – trudno wyjść z zaskoczenia jak łatwo Ukraina zaprzepaściła ostatnie kilka lat starań, by być bliżej zachodu Europy i wyjść z cienia oraz strefy wpływów rosyjskiego niedźwiedzia.

Bo co właściwie oznacza rosyjska baza na Krymie? Przede wszystkim to, że Ukraina ma nikłe szanse na wejście do NATO. Trudno wyobrazić sobie, by sojusz był tolerancyjny dla faktu stacjonowania do 2042 roku (sic!) obcych wojsk na terytorium państwa członkowskiego.

Po podpisaniu wczorajszego porozumienia, prezydenci obu krajów – Janukowycz i Miedwiediew – podkreślali gospodarczy aspekt porozumienia. Na tańszym gazie Ukraina „ma” zaoszczędzić 40 mld dol. Innymi słowy Kijów „przehandlował” swoją polityczną przyszłość. Nawet jeśli cena wydaje się komuś przyzwoita.

Niespodziewanie Kościół odwołał zgodę na pochowania szefa IPN Janusza Kurtyki w tzw. Panteonie Narodowym w kościele Świętych Piotr i Pawła. Pogrzeb miał odbyć się w piątek. Jak można przeczytać w „Gazecie Wyborczej” za anonimowym rozmówcą: „Fundacja Panteonu przekonała kardynała, że mają tam być pochowani ludzie, którzy swoją działalnością rozsławili Polskę na świecie. Bez względu na zasługi Janusza Kurtyki, nie wpisuje się on w ten nurt”.

Nawet jeśli argument jest trafny, trzeba było go jednak uwzględnić przy podejmowaniu decyzji. Stwierdzenie, że zmarły nie zasługuje na pochówek tam, gdzie uznano, że powinien spocząć, jest skandaliczne.

Z kolei w „Polsce” można przeczytać, że „Bruksela chce wprowadzić specjalny program dofinansowania podróży zagranicznych dla obywateli Unii Europejskiej”. – Podróże turystyczne są naszym podstawowym prawem. Sposób, w jaki spędzamy wolny czas, jest niczym innym jak wskaźnikiem jakości naszego życia” – podkreśla pomysłodawca projektu unijny komisarz ds. transportu Antonio Tajani. Oczywiście bardzo miło usłyszeć, że jest szansa na tańsze wakacje, ale mimo to ma się wrażenie, że „bogatemu się w głowie przewraca”. Zamiast pobudzać gospodarkę, zmniejszać bezrobocie, inwestować w edukację, Unia Europejska będzie dofinansowywać wycieczki. A przecież ta sama Unia wymyśliła dokument o nazwie Strategia Lizbońska – o zwiększaniu innowacyjności, wydajności i konkurencyjności unijnej gospodarki. Teraz można go tylko oprawić w ramki. Będzie atrakcją turystyczną Lizbony.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Chiński trop

15 kwi 2010

Autorski przegląd prasy

Dziś nie o tragedii, nie o żałobie, ale o gospodarce.

„Dziennik Gazeta Prawna” donosi, że dilerzy samochodów zaczynają wyprzedawać salony i wychodzić z biznesu, bo Polacy nie chcą kupować nowych aut. Problem w tym, że… nic na to nie wskazuje. – Kilkudziesięciu właścicieli punktów dilerskich w całym kraju jest zainteresowanych ich sprzedażą – mówi „DGP” jeden z rozmówców. W Polsce jest ich prawie tysiąc. To oznacza, że rotacja jest, ale wcale nie porażająca – rzędu kilku, a kto wie, może nawet niewiele ponad procenta. To dość niewielka skala.

Poparciem tezy jest też ankieta wśród dilerów, którzy narzekają na rentowność swojego biznesu. Niewiele jest branż, które w ostatnich latach, w okresie spowolnienia, na swoją rentowność nie narzeka. Tym bardziej w kraju, w którym narzekanie jest narodową specjalnością.

Jeśli nie będzie wyboru samochodów, pozostają pociągi. Ale i tu też nie jest wesoło. Jeszcze w tym roku Ministerstwo Infrastruktury chce wprowadzić tzw. opłatę dworcową, doliczaną do cen biletów, z której wpływy miałyby pójść na remonty dworców – przypomina „DGP”. Mówiąc prosto z mostu – to głupi pomysł.

Ludzie jeżdżą pociągami bo są tanie lub nie mają innego wyboru. Kiedy nie są tanie nimi nie jeżdżą, a wyboru jest coraz więcej. Odkąd w ciągu ostatnich kilkunastu lat PKP zlikwidowała setki połączeń, w całej Polsce zastąpiły je setki prywatnych połączeń niedużymi busami. Samochodów też znacząco przybyło. Co da podwyższanie ceny? Odchodzenie klientów. A ich odejście to niższe przychody, które można było przeznaczyć na… remonty dworców.

Nawet jeśli przyjąć, że przy PKP pozostali już tylko ci wierni z najwierniejszych, którzy chcą jeździć pociągami, bo je kochają i cena nie gra dla nich roli, to oznacza tylko, że PKP wykończyło sobie biznes i niedługo może zwijać interes.

Pozostaje jeszcze sama idea opłaty. Wprowadzenie przed laty opłaty w paliwie na remonty dróg, pokazało, że problemem nie jest samo jej nałożenie czy ściągnięcie, ale późniejsza redystrybucja. Ze słynnej opłaty drogowej niewiele trafiało na drogi, a wiele na inne rzeczy, na które państwo nie miało pieniędzy. I dotąd tak jest. Z opłatą dworcową po pewnym czasie może być podobnie.

Pozostając w tematach komunikacyjnych. Przychodzi taka pora roku, gdy wszystkie gazety z pewną powtarzalnością piszą ten sam tekst. Jego immanentną częścią jest zdanie: „W wakacje za 1 litr benzyny możemy płacić 5 zł”. To akurat pochodzi z dzisiejszej „Gazety Wyborczej”. I tu znów natykamy się na znany problem. Gdyby nie podatki olej napędowy byłby tańszy. W tym roku podniesiono trzykrotnie opłatę paliwową – z 9 do 25 gr na litrze. Ten podatek do akurat efekt dyrektywy unijnej. Ale ani Bruksela, ani nasz rodzimy rząd nie obronią nas przed drogą benzyną. Pomóc mogą tylko Chińczycy. To szybki rozwój ich gospodarki, która zasysa surowce z całego świata, zwiększa nasze rachunki za paliwo. Z psychologicznego punktu widzenia to bardzo dobrze, gdy winowajca jest daleko, jest poza naszym zasięgiem i ma przewagę liczebną. Łatwiej o spokój przy dystrybutorze.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pogoń za zyskiem

11 kwi 2010

Podstawową zasadą mikroekonomii jest maksymalizacja zysku – wpaja się studentom kierunków ekonomicznych na całym świecie. Z punktu widzenia menedżera – jesteś tak dobry, jak wysoką marżę udaje ci się osiągnąć. Drugą, mniej akademicką, ale równie ważną zasadą jest – jeśli twoje przychody nie rosną, twój biznes skazany jest na porażkę.

Oba te wymogi najmocniej odczuwają spółki giełdowe. W końcu inwestorów interesuje tylko, by ich pieniądze na siebie zarabiały. W ten sposób rodzą się giełdowe aberracje, gdzie np. firma obsługująca myjnie samochodowe nagle zostaje deweloperom albo na odwrót. Można stworzyć zasadę niemal jak z podręcznika sukcesu – idź tam, gdzie jest zysk. Rokrocznie dotyka to firm na całym świecie. Co pewien czas potentatów niektórych branż. Zwykle dzieje się to wtedy, gdy ich marże zaczynają topnieć. Innymi słowy – na tym biznesie nie da się zarobić tyle, ile dotychczas.

Wydaje mi się, że powoli nadchodzi czas umierania kilku takich gwiazd biznesowego firmamentu. Jedną jest np. fińska Nokia – która przeszła drogę podobną do koncernu IBM w latach 90. Marże na produkcji sprzętu spadały wówczas proporcjonalnie do wzrostu marż z produkcji oprogramowania i usług z nim związanych. Pałeczkę IBM przejął Microsoft – przez wiele lat najbardziej zyskowny koncern świata. Jego rentowność od pewnego czasu podgryza Google, wprowadzając na rynek darmowe produkty, za które Microsoft dotychczas brał pieniądze (pakiety biurowe) lub traktował je jako element przewagi konkurencyjnej (przeglądarka Internet Explorer). Do tego dochodzi nasycenie rynku tym, na czym głównie zarabia koncern z Redmond.

Microsoft ma dwie drogi. Może patrzeć, jak stopniowo odchodzą od niego klienci do darmowej konkurencji zarabiającej na reklamach albo podjąć rękawicę. Wprowadzając darmową, internetową wersję Worda i Excela, wybrał ten drugi wariant. Prędzej czy później będzie musiał jednak znaleźć inny pomysł na biznes. Albo zgasnąć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rada rządzi, Skrzypek krzyczy

2 kwi 2010

Autorski przegląd prasy

„Ten konflikt może zaszkodzić Polsce” – grzmi „Polska The Times”, „Tracimy reputację na wojnie w Radzie Polityki Pieniężnej”- przestrzega „Dziennik Gazeta Prawna”. O sprawie rozpisują się dziś wszystkie, ogólnopolskie gazety codzienne – z „Rzeczpospolitą” i „Gazetą Wyborczą” na czele.

I od dawna nie są tak zgodne – problem wygląda na wyjątkowo trudny do rozwiązania i szarga wizerunek Polski, jako kraju stabilnego politycznie i gospodarczo. Dla przypomnienia – konflikt dotyczy tego, jaki zysk miał w ubiegłym roku NBP i ile z niego ma trafić (zgodnie z ustawą) do budżetu – 4 czy 8 mld zł.

Konsekwencje przedłużającego się konfliktu między NBP, a RPP i rządem, w najbardziej pesymistycznym scenariuszu, mogą mieć fatalne skutki – z odpływem inwestorów z giełdy, mniejszym zainteresowaniem obligacjami, po osłabienie złotego, a co za tym idzie presję inflacyjną. To wyjątkowo czarny scenariusz, ale wcale nie wykluczony. Choćby dlatego, że bijącą ostatnio rekord za rekordem warszawską giełdę niewiele dzieli od silnej korekty. Głupio byłoby, gdyby szalę przechyliła nie gospodarka, a konflikt paru polityków dbających o interes własny lub własnych instytucji. Nawet jeśli są świecie przekonani, że działają w interesie Wszystkich Polaków.

„Polska” w pełni wchodzi już w świąteczny nastrój. Oprócz, jak zawsze kontrowersyjnego, zdjęcia z misterium Męki Pańskiej (w Sydney) twierdzi, że już w październiku Jan Paweł II może zostać beatyfikowany. Najpóźniej ma to nastąpić wiosną 2011 roku. Przesłanką ma być uwaga na środowej audiencji generalnej, na której Benedykt XVI powiedział, że papież Polak jest wzorem świętości.

„Dziennik Gazeta Prawna” wystrzelił z gigantycznym jajem z naniesioną mapą świata. A do życzeń świątecznych dołączone są dane o wskaźniku PMI w przemyśle. Trochę ni przypiął, ni przyłatał. Ani to dobre życzenia, ani wiekopomne wydarzenie gospodarcze. Do końca roku pozostało nam bowiem jeszcze dziesięć odczytów wskaźnika PMI.

„Gazeta Wyborcza” idzie tropem reporterskim za historią człowieka, który zadłużył się na śmierć. Dosłownie. Kiedy brakowało mu pieniędzy, szedł do banku i brał kredyt na dowód. Za każdym razem do innego banku. W efekcie co miesiąc musiał spłacać więcej, niż zarabiał. Bohater popełnił samobójstwo, zostawiając z problemem żonę.

Ma się wrażenie, że „Gazeta” z chęcią obwiniłaby za całą tragedię banki, bo niedokładnie sprawdziły osobę, której udzielały kredytu. Na tym straciły akurat tylko one. Co prawda zaledwie pieniądze, ale trudno obwiniać je za błędy i brak rozsądku klienta. W końcu to on, świadom ryzyka i niebezpieczeństw zaciągał kolejne, mordercze kredyty.

Może wyjściem jest doskonalsza ustawa o upadłości konsumenckiej? Bo ta obecna nie sprawia wrażenia skutecznej. Ci, którzy wpadli w pułapkę zadłużenia mieliby szansę na wyjście z kłopotów. Co prawda tylko jedną, ale przynajmniej nie myśleliby o targaniu się na własne życie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop