Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Więcej słońca, mniej ciśnienia

28 paź 2010

Autorski przegląd prasy

Ministerstwo Edukacji Narodowej chce by dwulatki poszły do przedszkoli. Warunek – dwulatki muszą być samodzielne. „Jakie to przypadki? Kryteriów jest wiele, ale jak mówią dyrektorzy przedszkoli – podstawowe to kontrola potrzeb fizjologicznych” – donosi „Gazeta Wyborcza”. Dla dwulatków może się to okazać zbyt wysoko postawiona poprzeczka. Ale z pedagogicznego punktu widzenia, chyba zbyt niska.

Biorąc pod uwagę, że do wielu przedszkoli trzeba zapisywać dziecko, zanim jeszcze przyjdzie na świat lub płacić czesne w granicach płacy minimalnej netto (co z natury zwiększa rozwarstwienie społeczne), przedszkole należy w Polsce uznać za luksus. Jeśli tak jest nie dziwią badania Szkoły Głównej Handlowej, z którego wynika, że towarem luksusowym jest w Polsce but marki Adidas czy meble z biłgorajską marką Black Red White. Wśród odzieży Adidas przegrywa tylko z Armanim (co ma już jakiś sens). „Jeżeli marka nie ma w Poslce sklepów i nie prowadzi kampanii promocyjnych, nie staje się przedmiotem marzeń konsumentów” – podkreślają badacze z SGH. Wydaje mi się, że odpowiedź jest prosta – luksus zawsze i wszędzie mierzony jest zawartością portfela. Gdy nie stać na buty adidasa za kilkaset złotych, trudno marzyć o parze od Jimmy’ego Choo.

Cienkie portfele to pół biedy. Gorzej, że jak śpiewał Kazik Staszewski: ”Polacy mają depresję totalną, dlatego, że nie ma słońca przez 7 miesięcy w roku, a lato bywa czasem nie gorące”.

W zupełnie innym stanie emocjonalnym są Amerykanie. Ich prezydent nie wdaje się w słowne pyskówki z liderem partii opozycyjnej, które podnoszą wszystkim adrenalinę. A lider partii opozycyjnej za przyczynę niepowodzeń nie uznaje lekko-satyrycznego programu w telewizji prywatnej na T. Za oceanem prezydent najsilniejszej gospodarki świata Barack Obama, jako pierwsza głowa państwa w dziejach Stanów Zjednoczonych, wystąpił wczoraj gościnnie w stacji Comedy Central. Może gdyby brak słońca doprowadził go do depresji byłoby mu trudniej.

Możliwe, że ten luz to zasługa faktu, że nagrodę Nobla dostał zanim zrobił to, co obiecał zrobić. Mogło to znacząco zmniejszyć ciśnienie wewnętrzne i zwiększyć produkcję endorfin w mózgu. W Polsce nagroda Nobla ciśnienia nie zmniejsza. Jest wręcz przeciwnie.



***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Słodkie pożegnanie z prezesami

30 wrz 2010

Bankowcy lecą ze stołków jak przejrzałe jabłka

Z włoskim UniCreditem żegna się właśnie po 12 latach u sterów Alessandro Profumo, odchodzi szef HSBC Michael Geoghan, prezes Barclays John Varley, kilka dni temu ogłoszono odejście szefa Lloyds Banking Group, a Credit Suisse żegna się z wiceprezesem ds. finansowych. To tylko ofiary września. A zmiany dotknęły banków, które całkiem nieźle poradziły sobie z kryzysem finansowym.

Bankierzy narzekają, że coraz gorsze wyniki finansowe banków oraz spadający szacunek społeczny dla bankowców, których się obwinia za doprowadzenie do kryzysu, utrudniają znalezienie godnych następców zwalnianych prezesów.

Sięgają więc po pobudzające wyobraźnię bodźce finansowe. Profumo na odchodne otrzyma 38 mln euro odprawy – najwięcej w historii włoskiego biznesu.

Co nie oznacza, że znalezienie nowego prezesa będzie proste. Bo bycie szefem banku to już nie to samo co kiedyś. Doszła konieczność zawiązywania dodatkowych rezerw, grubsze portfele złych długów, ograniczenia inwestycyjne (kaganiec na krótką sprzedaż w Niemczech), widmo nowych podatków i czujny wzrok nadzorów finansowych oraz prasy na rękach.

Cóż, frajda może mniejsza. Ale za to jakie odprawy. A te od lat wzbudzają kontrowersje. W końcu niewiele jest rzeczy, które interesują zwykłego zjadacza chleba bardziej niż pieniądze – i do tego cudze. Na dodatek portfele niechcianych prezesów napełniane są pieniędzmi, które pochodzą wprost lub pośrednio z pomnażania oszczędności klientów. Stąd niechęć do bankowych odpraw jest niewspółmiernie wyższa niż do wypłat dla szefów firm spożywczych czy motoryzacyjnych.

I na niewiele zda się powtarzanie, że na pożegnanie prezesi otrzymują mniej, niż dostawali przed kryzysem. Nawet mniej zawsze będzie wyglądało na zbyt wiele.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kosmicznie szczery prawnik

30 wrz 2010

Jeśli uderzyć to tylko mocno – taką zasadę wyznaje dzisiejsza „Polska The Times”. Wczorajszym zmianom w „Polityce energetycznej państwa”, które otwierają drogę do przejęcia Energii przez PGE poświęca swoją czołówkę z tytułem mocnym, acz niezbyt adekwatnym do rzeczywistości: „Bunt ekonomistów przeciwko rządowi”. A przecież wiadomo, że buntować można się przeciwko komuś, kto ma nad nami władzę lub czemuś, co jest dla nas bezpośrednim przymusem.

A jaką władzę ma PO ma nad ekonomistami? Pewnie taką samą jak nad kucharzami czy oceanografami. Zwłaszcza, że: „W rządzie Tuska za gospodarkę odpowiadają historyk, inżynier i kulturoznawca – ironizuje były wiceminister finansów Stanisław Gomułka”. Szkoda tylko, że to nieprawda. Rostowski i jego zastępcy Kotecki, Kapica, Grabowski i Majszczyk to ekonomiści z wykształcenia, a Parafianowicz i Radziwiłł choć prawnicy, to przez lata pracowali w bankowości. Zawiść bywa potężną bronią, ale chyba nie wolno jej nadużywać w dziennikarskich tekstach.

Żadnego buntu ekonomistów nie ma. Jest za to różnica zdań. I to dość poważna. Bo po co państwo wpierw dzieli i sprzedaje spółki, by je później skupować? W tym przypadku: dla pieniędzy. Tyle, że nie wszystko, co robi się dla pieniędzy jest logiczne i sensowne. Nawet w ekonomii – królestwie, gdzie rządzi zasada maksymalizacji zysku.

I jeszcze o pieniądzach. „Gazeta Wyborcza” dogrzebała się do interesującej statystyki. Po 91 latach I wojna światowa dobiega końca. W niedzielę Bundesbank przeleje na konta rządów Francji i Belgii prawie 70 mln euro ostatniej transzy reparacji wojennych, wypełniając tym samym postanowienia Traktatu Wersalskiego. Wiadomo, wojna kosztuje, ale żeby płacić raty 91 lat trzeba wyjątkowo złego rozeznania w ryzyku finansowym podejmowanych decyzji.

„Gazeta” pokazała dziś także, co się dzieje, gdy prawnik mówi prawdę lub przynajmniej to co myśli. Prokuratoria Generalna w oficjalnym piśmie ustosunkowała się do zarzutów więźniów o „nieludzkie traktowanie”. „Powód wszelkie pretensje powinien mieć do siebie i co najwyżej do kompanów z więziennej celi” oraz „(recydywiści?) ciągną w to samo miejsce niczym trutnie do rodzinnego ula, by spędzać tam wolny czas na błogim lenistwie, mając zapewniony darmowy wikt, opierunek, a nawet rozrywki kulturalne…”. Teraz wszyscy pracownicy służby więziennej i Prokuratorii odżegnują się od nieszczęsnego wytworu nadmiernej szczerości ich kolegi. Choć gotów jestem się założyć, że wielu z nich myśli o sprawie podobnie. Tyle, że w przypadku prawników szczerość może mieć miejsce w domu albo co najwyżej przy wódce, ale i tak w zamkniętym gronie.

Co na to Prokuratoria? „Ktoś pękł” – mówi jej prezes dr Marcin Dziurda. I to z hukiem.

Rozwiązanie problemu przepełnienia wiezień (niestety długookresowe i oddalone w czasie) przynosi dzisiejsza „Rzeczpospolita”. Amerykanie odkryli zaledwie 20 lat świetlnych od nas glob podobny do Ziemi. Planeta jest niewiele większa od Matki Ziemi, dzięki czemu ma podobną grawitację. Najprawdopodobniej nadaje się do zamieszkania. „Na razie” nazywa się Gliese 581. Nie ma potrzeby nawet zmieniać nazwy. Idealna na więzienia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wysiłek ważniejszy od zaspokojenia

23 sie 2010

GDDKiA ujawniła swoje zapotrzebowanie na najbardziej pilne remonty – ok. 5 mld zł i dodatkowe 4 mld zł na utrzymanie dróg. Urzędnicy przekonują, że jeśli nie będzie środków, cofniemy się w czasie o siedem lat. Obecnie w dobrym stanie (cokolwiek to znaczy) jest 60 proc. dróg, w 2003 r. było to 40 proc.

Wydawałoby się, że idea powstawania nowej drogi jest prosta. Buduje się ją po to, by przez długie lata po niej wygodnie jeździć. W Polsce idea ulega jednak zwykle znaczącej deformacji, a wraz z nią deformują się polskie szosy.

Nad Wisłą drogi na 20 lat użytkowania buduje się tylko na etapie teorii i projektu. Praktyka wykazuje w tym przypadku znaczące luki. Pierwszy przykład z brzegu Bugu – obwodnica Wyszkowa i most jej towarzyszący. W rok po oddaniu do użytku okazało się, że jej jakość odbiega od założonej normy o 28 proc. Oczywiście odbiega w dół, bo przypadki zawyżania norm skończyły się u nas w czasach Pstrowskiego i Birkuta. W efekcie trasie grozi przyspieszone pękanie. I to od zaraz. Pięknie obrazuje to wpis z Wikipedii: „Nieprawidłowości dotyczyły tego, że przy budowie drogi użyto zbyt mało asfaltu, co może skutkować znacznie szybszą amortyzacją inwestycji”.

Znam pewną lokalną inwestycję na Lubelszczyźnie, gdzie oddany pół roku wcześniej odcinek drogi wyłonił się po zimie dziwnie spękany. Szosą da się jeszcze jechać, ale za dwa lata potrzebny będzie kolejny remont.

Logika takiego postępowania jest oczywista – po co wdrażać w życie rozwiązania idealne i doskonałe? Cała frajda w tym, by do ideału dochodzić latami w pocie czoła i na rachunek milionów Polaków. W ten sposób i gospodarka rośnie i zarabiają tysiące budowlańców. Tylko szkoda, że sami się oszukujemy. I jeszcze do tej przyjemności dopłacamy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Trzymanie poziomu

19 sie 2010

Ugryzła mnie dziś zajadle pretensjonalność. „Seksowne wampiry ukąsiły współczesną popkulturę” – stręczy tytuł artykułu w „Polsce”. Jeśli jest coś, co odrzuca bardziej to przebieranki. Po co „Polska” udaję gazetę opiniotwórczą, gdy faktycznie operuje środkami z zupełnie innej, brukowej stylistyki. W ten sposób „Polska” nie tylko ukąsiła, ale nawet bezpardonowo weszła w samo (najciemniejsze) jądro popkultury.

A można inaczej. Nawet prozą ocierającą się o wiersz.

„U mnie stres też jest,

Też mnie zjada

Ale jak nie ma stresu,

Nie ma adrenaliny,

Jak nie ma adrenaliny, nie ma wyniku,

A jak nie ma wyniku….

Więc też jest u mnie

Ciśnionko lekuchne”

To słowa Piotra Małachowskiego, polskiego dyskobola, z wywiadu dla „Gazety Wyborczej”. Kazimierz Przerwa-Tetmajer napisał wiersz o dyskobolu, dziś dyskobole mówią tak, jakby pisali wiersze. Herbert to nie jest, ale Małachowski nikogo nie ukąsił, nie zaklął, nie znienawidził, nie obarczył winą itd. Czyli zachował się całkowicie odmiennie niż wielu polskich sportowców. Innymi słowy – zawyżył poziom (w końcu to mistrz Europy). Niestety nie ten sam, który tytuł w „Polsce” obniżył.

Obniżanie poziomu jest też ogólnym wnioskiem płynącym z „Wojny o Krzyż”. Nic się co prawda w tej sprawie przełomowego wczoraj nie wydarzyło, ale stały poziom chaosu wciąż obowiązuje. Pod pałacem prezydenckim mieliśmy już anarchistów, socjalistów, liberałów, katolików, antyklerykałów, konserwatystów, moherowców, wykluczonych, policjantów, zakonnice, księży itp. Nic dziwnego, że zachodnie media absolutnie się w tej sprawie pogubiły.

Dostrzegła to „Polska”: „Protestujący przeciwko krzyżowi to narkomani i sataniści – taką opinię jednej z uczestniczek demonstracji w obronie symbolu usłyszał świat za pośrednictwem agencji informacyjnej AP. Międzynarodowe media próbują nadać sens takim właśnie emocjom, które gołym okiem widać na Krakowskim Przedmieściu, twierdząc, że to oznaka głębokich podziałów kulturowych w Polsce, bądź symbol napięć na linii państwo – Kościół”.

Ależ od miesięcy wszystkie media – łącznie z polskimi – starają się nadać sens temu, co dzieje się pod krzyżem. Tym trudniej, że z emocjami już tak jest, że często je sensownie wytłumaczyć. A jak już się zbierze taki przekrój kulturowy i światopoglądowy, jak ma to miejsce na Krakowskim Przedmieściu, to mamy emocjonalną wieżę Babel. Przynajmniej wreszcie widać jak na dłoni, jak wygląda w Polsce oddolne pojmowanie demokracji. Niewiele się po tym względem zmieniło przez 300 lat, od czasów XVIII wiecznych Sejmów. Tylko trudniej zebrać armię pod jednym sztandarem. Teraz jest za to armia sztandarów w nielicznych rękach. Jedyna pociecha, że tak jest bardziej demokratycznie. A jak kolorowo!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Krzyż jednoczy publicystów

4 sie 2010

Polska stoi krzyżem. Oby tylko nie oznaczałoby to, że jeśli krzyż stoi tam, gdzie stoi, to i stoi Polska, a inaczej upadnie. Wszystkie dzisiejsze gazety ogólnopolskie zgodnym tonem opisują wczorajszą batalię o przeniesienie symbolu.

Trudno tylko określić, czego w ogóle symbolem jest ten, konkretny krzyż. Polski, która nie załapała się do pociągu z napisem „Dobrobyt”, wykluczonych, pokrzywdzonych, dewotów, czy po prostu, jak chciałoby wielu innych – symbolem zamachu i oszustwa? Ten jeden, konkretny krzyż na pewno przestał być religijnym symbolem. Jak pisze w komentarzu Adam Leszczyński z „Gazety Wyborczej”: „Księża, którzy musieli poprowadzić uroczystość, musieli słuchać wiernych wołających – do kapłanów! – „Precz z komuną”. Owieczki ostentacyjnie zlekceważyły pasterzy. To porażka biskupów…”. Prof. Marcin Król w „Polsce” wysnuwa z całej sytuacji inne wnioski: „Kościół całkowicie porzucił sprawy społeczne czy moralne na rzecz – po pierwsze – uprawiania polityki, co uważam za rzecz zupełnie niepotrzebną.”.

Protest zjednoczył publicystów, bez względów na poglądy polityczne.

Igor Janke w „ Rzeczpospolitej”: „Nie rozumiem, czemu miała służyć ich demonstracja. Upamiętnieniu ofiar katastrofy? Wyjaśnieniu jej przyczyn? Zamanifestowaniu wiary? Trudno pojąć, bo skutki tego działania już są i będą opłakane”.

Katarzyna Kozłowska w „Polsce”: Potok zaklęć, które płynęły z ust „obrońców krzyża” zebranych pod Pałacem Prezydenckim oraz ich ostrzeżenia o gotowości do „aktywnego oporu” spowodowały (…), że mam dziś psychiczne trudności w byciu polską patriotką”. Bo oto okazuje się, że choć ochrzczono nas 1044 latatemu, wciąż z lubością odprawiamy dziady”..

Tomasz Wróblewski w „Dzienniku Gazecie Polskiej”: „Wczorajsza batalia o krzyż jest wspaniałą wizualizacją zdezelowania polskiej polityki. Partie nie mają wartości, nie mają programów, a jedynie mętne hasła, których bronią jak ideologii. Trudno racjonalnie wyjaśnić, dlaczego krzyż musi stać przed pałacem, tylko tam i nigdzie indziej.”

Innymi słowy farsa w dobrym stylu

W cieniu krzyża, rząd podniósł podatki. I choć będę tu w zdecydowanej i pogardzanej mniejszości, zgadzam się z Michałem Bonim, że jest to jednak mniejsze zło. Trudno sobie wyobrazić, by rząd kraju, w którym tylko co drugi Polak w wieku produkcyjnym, pracuje, zaczął ciąć wydatki socjalne, w tym chroniące tych najsłabszych i najbiedniejszych. Naraziłby się na jeszcze większy gniew narodu niż „Akcja pod Krzyżem”. Gdyby jednak rząd zaczął zabierać zamożniejszym, to musiałby sięgnąć po pieniądze własnych wyborców. A co innego popierać, a co innego płacić tym, których się popiera.

A, że dziura budżetowa jest przeogromna, coś z tym trzeba było zrobić, to VAT jako najbardziej neutralny podatek jest mniejszym złem. Może rozumieją to przynajmniej ci, którzy śledzili to, co działo się w państwach nadbałtyckich, gdzie problemy finansowe państwa doprowadziły do likwidacji części szkół, sądów i drastycznych obniżek pensji wszystkich, którzy pobierali je z budżetu (urzędnicy, sędziowie, nauczyciele, lekarze, policjanci itd.). Polskie rozwiązanie nie boli – jedynie budzi kontrowersje. A to budzi w Polsce nawet powołanie szerokiej kadry na mecz piłkarski czy wygląda pomnika pod aquaparkiem w Zielonej Górze.

Oczywiście oznacza to też, że decyzja finansowa rządu jest też decyzją polityczną. Ale to polityków a nie finansistów wybieramy w wyborach, a zawodowym politykom zależy, by utrzymać zawód. Podobnie jak znaczącej większości ludzi. I nie jesteśmy jedynym krajem, który z tego powodu idzie ścieżką mniejszego zła.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bankowe podchody

1 lip 2010

Kryzys dotknął Polaków, atakując tylnymi drzwiami. Przynajmniej tych, którzy mają kredyty we frankach

Kraje strefy euro są tak zadłużone, że frank stał się bezpieczniejszą inwestycją od euro. A że w czasach kryzysów bezpieczeństwo jest towarem poszukiwanym – frank się umacnia, a złoty do niego traci – w sumie niemal 17 proc. w nieco ponad dwa miesiące.

To potężna przecena, bardzo ważna z punktu widzenia tysięcy Polaków, którzy zaciągnęli kredyty we frankach. W sumie, przynajmniej na papierze, będą musieli zapłacić nawet po kilkadziesiąt tysięcy złotych więcej, niż im się do niedawna wydawało.

A że grupa tych, którzy mogą sobie pozwolić na kupno mieszkań za własne pieniądze, jest w Polsce znikoma – bez kredytu się nie obejdzie. Nie obejdzie się więc też bez uzależnienia od franka (90 proc. zaciągniętych w Polsce kredytów walutowych jest właśnie w tej walucie). Powraca odwieczne pytanie. Czy Polacy nie powinni spłacać kredytów w rodzimej walucie, co uniezależni ich od ryzyka kursowego? Bezpieczniej (przynajmniej nieco) będą się czuli zarówno kredytobiorcy, jak i banki, zmniejszając groźbę powstania złych długów.

Tyle że ta logika (niewątpliwie bankowa) jednym oferuje więcej, a innym mniej. Bo jednak istnieje różnica między kredytem LIBOR (0,1 proc.) plus marża (ok. 4 proc.), a WIBOR (3,87 proc.) plus marża (3 proc.) Oczywiście bank zawsze powie, że LIBOR/WIBOR to obiektywny koszt pieniądza. Ale koniec końców, gdy bank nie musi pożyczać środków, marża i LIBOR/WIBOR to dla niego czysty zysk. A patrząc na oferty lokat, które po odliczeniu podatku Belki i inflacji oferują realną stopę zwrotu bliską zera, wiele polskich banków nie ma powodów, by walczyć o pieniądze.

Przy różnicach kosztów obu kredytów sięgających kilkudziesięciu tysięcy złotych (dla 20-, 30-letnich pożyczek) trudno, by Polacy chcieli zadłużać się w złotych. Zabranie im możliwości korzystania z franków na pewno polepszy wyniki bankom, ale bilansów gospodarstw domowych raczej nie. A polskie banki nie wyglądają wcale tak źle jak wielu ich dłużników.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bez matmy ani rusz

19 cze 2010

Autorski przegląd prasy

„Gazeta Wyborcza” kontynuuje krucjatę przeciw SKOK-om. Z raportu kontroli skarbowej wynika, że w ubiegłym roku SKOK Stefczyka miał za niski poziom kapitałów. W praktyce miała zaledwie jedną trzydziestą tego, co zdeponowali w niej klienci. Dwukrotnie mniej niż powinna. To oznacza, że gdyby klienci zaczęli (i to nawet nie masowo) wypłacać swoje pieniądze, SKOK Stefczyka mógłby mieć problemy z ich oddaniem. Podobnie było z tzw. rezerwą płynności, innym instrumentem zabezpieczającym przed eksodusem klientów.

Wojna o objęcie SKOK-ów nadzorem bankowym toczy się od dawna. I trudno się nie zgodzić z logiką „Gazety”. Nie ma żadnego logicznego powodu (bo nie są nim zaszłości historyczne), by KNF nie objął kontroli nad spółdzielczymi kasami. Z ich usług korzystają dwa miliony Polaków. Jeśli (odpukać) przyjdzie kolejny finansowy kryzys, nikt im nie odda nawet części ze straconych miliardów, bo nie mają one gwarancji Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Nie mają, bo nie są zainteresowane spełnieniem wymogów jej otrzymania.

Chronienie przez polityków tego układu jest chronieniem uprzywilejowanej grupy finansowej, a nie dbaniem o obywateli. Ciekawe, jak z tego wybrną, gdy ten system, nie daj Boże, się zawali.

Centralna Komisja Egzaminacyjna podała w piątek wyniki tegorocznego egzaminu gimnazjalnego. Średni wynik z testu matematyczno-przyrodniczego wyniósł 47,8 proc. Od lat intryguje mnie, w jaki sposób miliony młodych Polaków chcą wchodzić na rynek pracy, robić kariery, być bankowcami, marketingowcami, informatykami, inżynierami, menedżerami czy lekarzami, nie znając podstaw matematyki.

Oczywiście są też setki innych zawodów. Ale patrząc na wynagrodzenia w poszczególnych branżach trudno się oprzeć wrażeniu, że bez umiejętności przeprowadzenia analizy danych i ich ilościowej syntezy trudno załapać się do grona tych lepiej zarabiających. Przespać szansę już w gimnazjum? Jak widać można. Tylko nie dziwmy się za dwadzieścia lat, jak to się stało, że w naszej gospodarce usługowej nie pojawiają się inwestorzy, a ci, którzy szukają wykwalifikowanych kadr, wybierają Słowację, Albanię i Macedonię. Wysokie bezrobocie murowane.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Machanie szabelką

17 cze 2010

W Polsce zapanował szał łupkowy. Informacje o gigantycznych złożach gazu uderzyły jak woda sodowa zwłaszcza do głów polityków.

Kanadyjska firma Lane Energy wykonała dziś pierwszy odwiert w poszukiwaniu tego typu gazu.

Politycy już widzą Polskę jako kraj, który złamie potęgę Gazpromu. Czujemy się tak silni, że premier Tusk chce nawet zmieniać negocjowaną z dużym trudem wieloletnią umowę z Gazpromem, bo przecież już wkrótce staniemy się potęgą.

Wszystko to tyko machanie szabelką i prężenie muskułów. Rozumiem, że Polska na siłę potrzebuje sukcesu. Czy jednak nie przesadzamy z efektem substytucji? Posiadanie nieznanej ilości trudnego do wydobycia (jeśli w ogóle możliwego na skalę przemysłową) gazu łupkowego sukcesem nie jest. Sukcesem byłoby dopiero rozpoczęcie jego wydobycia i udowodnienie, że można na tym zarobić.

Już teraz marzy nam się zostanie drugą Norwegią, która na ropie i gazie zarabia na tyle dobrze, że jej obywatele nie muszą się martwić o emerytury. Tylko czy my Norwegią w ogóle zostaniemy? Tam rządzi Statoil, a kontrolę nad koncernem sprawuje rząd w Oslo.

I tu pojawia się rola państwa – nie werbalna, ale realna. Z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego Polski lepiej, by większość wydobycia realizowało PGNiG czy PKN Orlen. Niewątpliwie nie będzie to możliwe bez udziału zagranicznych koncernów – bo to one mają niezbędny know-how. Tylko czy to możliwe? Czy nie będzie tak, że dla krótkoterminowych korzyści nie wypuścimy ze swoich rąk kontroli nad zasobami, pozwalając by w wydobywczych konsorcjach nie znalazło się miejsce dla polskich firm? Innymi słowy, czy naprawdę potrafimy na tym zarobić?

Czy nie będzie tak jak z bankami, gdy nagle, po wielu latach kolejne rządy zaczynają dochodzić do wniosku, że kapitał zachodni może jest OK, ale warto jednak, by niektóre banki dla finansowego bezpieczeństwa były jednak polskie (kazus obecnych podchodów do odkupienia BZ WBK).

Na szczęście mamy jeszcze czas, by zarobić na łupkach. Ale do tego, jak do wszystkiego w życiu, potrzeba odwagi i działania. A nie słów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rambo był Polakiem?

17 cze 2010

Autorski przegląd prasy

Nowy John Rambo nazywa się Gary Brooks Faulkner. Ma 50 lat, zwyczajowo się nie goli, a zamiast mścić się na sadystycznych stróżach prawa, chce się zemścić na Osamie Bin Ladenie.

Chciał, bo – jak można przeczytać w „Rzeczpospolitej” – został zatrzymany na granicy afgańsko-pakistańskiej z: pistoletem, noktowizorem, metrowym mieczem i oczywiście Biblią.

Kto to nakręci? Ridley Scott, Oliver Stone czy Darren Aronofsky? A może nie warto?

„Gazeta Wyborcza” powraca do pomysłu resortu kultury, który zakłada wpisanie do ustawy obowiązku puszczania przez polskie stacje radiowe określonej liczby polskich utworów. Średnio między 6 a 23 co czwarta minuta z muzyką musi być zaśpiewana po polsku. Powód? Brak promocji polskiej muzyki.

Pomysł dość zaskakujący. I nie uważam tak, bo np. wolę U2 niż Kult, czy idąc w dół Celine Dion niż Ewelinę Flintę (w tych dwóch przypadkach zdecydowanie wybieram U2 i Kult), ale dlatego, że to odgórne regulowanie praw, którymi ma się rządzić czyjś biznes; a niestety (z czego chyba wciąż w Polsce nie wszyscy zdają sobie sprawę) biznes jest po to, by zarabiać. No i jest to kaganiec na zasadę wolności wyboru.

Radio, tak jak i gazeta, ma prawo wybierać, o czym napisze więcej, a o czym mniej, właśnie dlatego, że coś uważa za ciekawsze. Pomysł trochę przypomina PRL. Ale jeśli resort kultury nalega, to ma przecież trzy państwowe stacje radiowe – niech robi tam, co mu się żywnie podoba. A słuchacze wybiorą, co im odpowiada.

Od tego tylko jeden krok, by ustalić, że co czwarty film w każdej stacji telewizyjnej jest produkcji polskiej, a co czwarta wydana książka ma być polskiego autora. Gdyby takie prawo obowiązywało, moglibyśmy nigdy się nie dowiedzieć o Johnie Rambo. Chyba, że byłby Polakiem.

Nie mogę nie wspomnieć o wczorajszym koncercie metalowej czwórki – Metalliki, Anthraxu, Megadeth i Slayera. Nie byłem, nie widziałem, ale choć moje miejsce zamieszkania od lotniska na Bemowie dzieli ok. 5,5 km, to i tak słyszałem. Tyle, że ja przynajmniej lubię „Enter Sandman” czy „One”, ale dziesiątki (a może setki tysięcy?) Warszawiaków niekoniecznie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop