Najłatwiej zaspokajać potrzeby, których nie ma. Brzmi bez sensu? Jak dowodził w wydanej dwa lata temu w Polsce książce “Skonsumowani” znany amerykański socjolog Benjamin Barber, współczesne rozwinięte gospodarki i wielkie korporacje opierają się nie na zaspokajaniu potrzeb, ale na ich tworzeniu. Oczywiście odpowiednio wcześniej mają już produkt, który zaspokaja tak wykreowany popyt.
Gdy rynek lub moda przemija, nadchodzi czas na wymyślenie nowej potrzeby lub nowej mody. Do stworzenia mody wystarczy marketing. Do stworzenia rynku – często technologiczny przełom. Ale rynek też ma swój cykl życia. Po ponad 30 latach od stworzenia pierwszego mikroprocesora komputery są w domach częściej spotykane niż żelazka i równie powszechne jak lodówki.
Co się stanie, gdy potrzeby zostaną już zaspokojone, a rynki się nasycą? Rynki się kurczą, a rozdające na nich karty potęgi upadają. Czasami mogą to być wręcz lokalne ryneczki.
Podobna przyszłość czeka polską branżę informatyczną. Informatyzację zaczęliśmy od zera. Od kilkunastu lat firmy żyją nadzieją na zlecenia państwa. I państwo płaci, rozbudowuje, inwestuje, choć nie zawsze zgodnie z planem. Prezesi nawet największych polskich spółek informatycznych, rok w rok, pytani o wyniki, powtarzają jak mantrę: “wiele zależy od zleceń administracji publicznej”.
A co się stanie, gdy państwo zbuduje i zamówi już wszystko, co niezbędne? Oczywiście wiele lat można żyć z obsługi systemów. Ale już nie tak wykwintnie i nie z takim rozmachem, jak z portfelem rządowych kontraktów. Państwowa mamka nie wykarmi wszystkich dzieci. Może oprócz nadziei warto mieć pomysł na firmę za dziesięć lat, gdy państwo przykręci kurek? Już czas wykreować nową potrzebę. I produkt, który ją zaspokoi.









E tam. Jeszcze o tylu sprawach dotyczących obywateli państwo nie wie, a jak pokombinować z elektroniką i informatyką, to się będzie mogło dowiedzieć – oczywiście po to, by żyło im się lepiej (któż śmie wątpić?) – że jeszcze długo będzie mu można wciskać nowe produkty.
Z całym szacunkiem, nie ma Pan zielonego pojęcia o branży IT.
Po pierwsze: zapotrzebowanie na informatyzację administracji publicznej jest ogromne i do zaspokojenia tych potrzeb jeszcze nam bardzo daleko. Porównując Polskę do krajów UE – jesteśmy ładnych kilkanaście lat do tyłu. Co najmniej. Przykładowo: słyszał Pan może o portalach służących do zamówień publicznych? Na zachodzie jest to normalne, że każde miasteczko dysponuje takim narzędziem, gdzie miejscowe urzędy lub jednostki budżetowe (np. szkoła, szpital, policja) zakupują wszystko co tylko możliwe – od materiałów eksploatacyjnych po usługi itp. I nie jest to wykreowana przez rynek potrzeba, bo realnie obniża koszty zakupów.
Po drugie: utrzymanie systemów jest niejednokrotnie znacznie bardziej lukratywne niż samo wdrożenie. Nie jest to tajemnicą dla nikogo, kto pracował w IT, że sprytny sprzedawca firmy IT stara się tak skonstruować umowę, aby cenę sprzedaży zmniejszyć, powiększając np. roczną cenę utrzymania.
Po trzecie: “wiele zależy od zleceń administracji publicznej” – to skutek tego, że celem informatyzacji administracji publicznej jest informatyzowanie (ciągły i bardzo kosztowny proces, który nigdy się nie skończy) przez Wybrane Firmy. Z czym się Panu kojarzy informatyzacja ZUS, Poczty Polskiej, urzędów, szpitali, NFZ?
pozdrawiam
HUBERT SALIK: Między tym, co napisałem, a tym o czym Pan pisze (co jest swoja drogą oczywiste) nie ma sprzeczności. A branżą IT zajmuje się od dziesięciu lat i moim zdaniem pisanie o rzeczach oczywistych (zwłaszcza w felietonach) mija się z celem.
.. no ale so chodzi ?
Redaktor oszadział, czy jak?
postę pw technologi jest wykładniczy. To co dobre dla użytkownika (w tym administracji) dziś, już w dniu implementacji/ instalacji jest przestarzałe.
Firmy informatyczne maja przyszłość do dnia kiedy będzie prąd , serwery i sieć.
@czesiek
„A branżą IT zajmuje się od dziesięciu lat i moim zdaniem pisanie o rzeczach oczywistych (zwłaszcza w felietonach) mija się z celem.”
Szanowny Panie, gdyby Autor napisał to w specjalistycznym piśmie informatycznym, Pański zarzut byłby słuszny. Pisze jednak w dzienniku, który czytają też nieinformatycy, dla których nie są to rzeczy tak oczywiste jak dla Pana. Świat nie składa się z samych informatyków, proszę o tym pamiętać.
Panie redaktorze,
proszę wybaczyć pierwsze zdanie mojej wypowiedzi, przyznam, że było ono lekko zaczepne.
Skomentowałem felieton, gdyż po przeczytaniu wyłonił mi się obraz Polski zinformatyzowanej, w której administracja publiczna jest wyposażona we wszelkie dostępne narzędzia pozwalające w możliwie najbardziej sprawnie wypełniać jej ustawowe obowiązki. A (kontynuując) największe firmy IT biją się w morderczej walce o każdą złotówkę podatnika.
Obraz piękny, jak szklane domy Żeromskiego.
Na razie jednak do takiego nasycenia chyba dość daleko. Podobnie jest zresztą w sektorze prywatnym, w którym istnieją dla branży ogromne możliwości.
dziękuję za odpowiedź, pozdrawiam.
@snaut
Może faktycznie wymagam zbyt wiele od felietonu. Natomiast dyskutuję bardziej o kwestiach ekonomicznych, a nie technicznych!
PS. Snaut? Bohater Solaris Lema?
Pocóż „kreować nowe potrzeby”? Może lepiej popatrzeć, czego naprawdę ludziom potrzeba. Zmienne mody owszem nakręcają koniunkturę, ale uleganie im nie ma nic wspólnego z rozsądkiem a raczej oznacza marnotrawstwo.
Zanim polska administracja wyposazy sie w polowie w komputery, pierwsza partia bedzie dawno przestarzala. Elektronika amortyzuje sie 3 lata.
Ale panie Salik, po co psuc iluzje wolnego rynku?
Milo bylo udawac, ze Polska to spoleczenstwo dobrobytu, ktore musi sztucznie wymyslac potrzeby. A Pan prawie wygadal sie, ze polski kapitalizm polityczny to w polowie zamowienia od panstwa. I system koneksji i lapowek, zeby zamowienia trafily do wlasciwych osob. Sprawa oczywista. I przemilczana w obiegu oficjalnym.
„Komputer na biurko” to nie jest informatyzacja.
Informatyzacja to jest wspomaganie procesów biznesowych, administracyjnych przez systemy komputerowe i tutaj chyba nigdy nie skończy się rozwój.
Natomiast mało która prywatna firma (a już na pewno żadna ze skoncentrowanym akcjonariatem) jest tak rozrzutna przy wdrażaniu systemów komputerowych jak państwowe jednostki. Ciekawe, że tylko niektóre firmy mają nadzieję na kontrakty państwowe. Jeśli ktoś się przez przypadek dostanie spoza układu i zrobi coś dobrze i tanio to trzeba go wykopać, bo się zrobił precedens (systemy dla administracji celnej).
Artykuł bez sensu. Przepraszam redaktorze że piszę bezpośrednio ale nasze państwo tonie w bagnie biurokracji i dlatego potrzebuje coraz nowszych rozwiązań informatycznych. Zamówienia skończą się jak skończy się biurokracja, w co nikt chyba nie wierzy.
HUBERT SALIK: Tyle, że ja odnoszę się do zmiany skali zjawiska, a nie do jego kompletnego zaniku.
Jak wynika z artykułu w dzisiejszej Rzeczypospolitej, W Polsce nie ma obaw że potrzeby ludzi zostaną szybko zaspokojone. Otóż, 36 Pułk posłał proźbę do Moskwy i do Ministerstwa Spraw Zagranicznych żeby Rosjanie dali nawigatora do polskich samolotów lądujących w Smoleńsku. Nawigator się nie zjawił, dlaczego?, ‘Być może to Rosjanie nie chcieli dać nawigatora. Mógł zaspać polski resort dyplomacji, pytaliśmy o to rzecznika MSZ ale od tygodnia nie dostaliśmy odpowiedzi.’ No bo przecież w biednej Polsce nie ma telefonów a gołębie, to czasem, jedzą rosyjskie koty. Więc W Polsce jest długa droga do zaspokojenia potrzeb komunikacji.
tadeusz