Cienie wielkiej fuzji

20 gru 2011

Telewizja TVN oraz platformy cyfrowe n i Cyfra + znalazły się pod jednym dachem. Dość konkurencyjny rynek telewizyjnej oferty satelitarnej stopnieje w ten sposób z trzech do dwóch rywali.

Czy dla klientów to lepiej? Fani piłki nożnej z pewnością nie będą mieli powodów do narzekania, gdy kupując jeden abonament i jeden dekoder będą mogli obejrzeć zarówno Premier League i Primera Division, jak i rozgrywki Ligi Mistrzów. Ale może się okazać, że dla klientów łączących się telewizji będzie to jedyna zaleta.

Dotychczas trzy platformy – Cyfra+, Cyfrowy Polsat i „n” mocno ze sobą rywalizowały, doprowadzając promocje do poziomu, gdy potencjalny nabywca mógł liczyć na kilka miesięcy oglądania telewizji za darmo, nowy telewizor LCD czy konsolę do gier w zamian za dwuletnią umowę. Jeden konkurent mniej to o 33 proc. powodów mniej do zażartej walki cenowej. I jeśli nawet, w co wątpię, ceny abonamentów mogą spaść, to ich realne koszty wzrosną, przez powolne odchodzenie od superatrakcyjnych promocji.

Nie ma co zresztą ukrywać – nie po to wydaje się miliardy(choć przy konstrukcji transakcji między ITI i Canal Plus ustalenie jej rzeczywistej wartości sprawia pewien kłopot), żeby uszczęśliwić klientów. Zdecydowanie ważniejsze jest, by włożone pieniądze zwróciły się po pewnym czasie dzięki skali działalności. A to kolejny argument za tym, by za bardzo nie ciąć cen i nie szaleć z promocjami.

Zwrot z inwestycji da się osiągnąć też tnąc koszty. Klientom „n” i C+ tego nie życzę. Wtedy może dojść do wniosku, że szeroka oferta programowa jest zbyt droga. A wówczas widzowie otrzymają mniej więcej to samo, co dotychczas.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Spóźnione pomysły

08 gru 2011

Autorski przegląd prasy

W sobotę PiS przedstawi własną wizję wyjścia Europy z kryzysu – donosi „Rzeczpospolita”. Ciekawe czy prezes PiS liczy, że ktoś, kto ma głos decydujący np. kanclerz Merkel to przeczyta i weźmie pod uwagę. Po tym, jak napsuł jej krwi swoimi niektórymi wypowiedziami, jest to nader wątpliwe.

Jakby nie patrzeć pachnie megalomanią. I to spóźnioną. Bo żeby być branym pod uwagę potrzebna jest nie tylko jakaś pozycja w polityce międzynarodowej (a tej PiS sam się przez lata pozbawiał), ale i szybkość reakcji na wydarzenia. Ogłoszenie recepty na przyszłość UE po jej najważniejszym szczycie to trochę tak, jakby spóźnić się na rozmowę o pracę. Zważywszy, że PiS reprezentuje miliony wyborców można to uznać za spóźnienie grupowe.

Zadziwiające jest też to, że opozycja zaczyna działać dopiero wtedy, gdy „podpuści ją” szef MSZ z wrażego obozu. Wcześniej nie było pomysłu czy może motywacji? PiS zachowuje się jak uczeń wezwany do tablicy. Ciekawe, czy jest przygotowany do lekcji.

„Gazeta Wyborcza” dotarła do projektu podatku od transakcji finansowych.   „Podatek ma dotyczyć wszystkich instytucji finansowych, a więc funduszy inwestycyjnych, firm ubezpieczeniowych, leasingowych, funduszy emerytalnych, biur maklerskich itp.” W skrócie podatek, proponowany od dawna przez polskiego komisarza Janusza Lewandowskiego, ma objąć transakcje wszystkimi papierami wartościowymi ze szczególnym uwzględnieniem akcji, obligacji (ale tylko obrotu wtórnego), kontraktów terminowych (bez powiązanej fizycznej dostawy towaru). Nie dotknie on kredytów, lokat, czy transakcji ubezpieczeniowych.

Taki podatek to dobry pomysł . Niewielka skala opodatkowania (nieoficjalnie mówi się o 0,1 proc.) spowoduje, że będzie on dotkliwy dla wszystkich zarabiających na wielu, szybkich transakcjach z małym zyskiem (czyli ma uderzyć w spekulację na rynkach finansowych), a nie powinien być dotkliwy dla tych, którzy np. kupują akcje traktując je jako inwestycję w firmę. Co de facto jest podstawą powołania do życia giełd.

Ma tylko jedną ważną wadę, która może spowodować, że nigdy nie wejdzie w życie. Będzie skuteczny tylko wtedy, gdy podobne regulacje wprowadzą kraje będące centrami finansowymi świata. Pozwoliłoby to ograniczyć skalę ucieczki kapitału na rynki, które dzięki istnieniu takiego prawa stałyby się rodzajem rajów podatkowych. I tu jest problem, bo nie tylko nic nie wskazuje na to, że Stany Zjednoczone czy Japonia byłyby zainteresowane wprowadzeniem podobnego podatku, ale także w Unii Europejskiej istnieje silna opozycja wobec tego pomysłu. Brytyjczycy szacują, że obroty City stanowią od 30 do 50 proc. PKB tego kraju. Ucieczka bankierów za ocean oznaczałaby w Wielkiej Brytanii recesję, z której trudno byłoby Wyspiarzom wyjść.

Polska nie powinna się wahać. Historie z opcjami i CDS-ami sprzed paru lat pokazują, że spekulacyjne działania niektórych firm przynoszą szkodę nie tylko podejmującym w nich decyzje prezesom, ale tysiącom zatrudnionych, drobnym inwestorom, a poprzez wpływ na giełdę i system walutowy także polskiej gospodarce. Zawsze to jeden, nawet niewielki czynnik wpływu na inflację, bezrobocie i niestabilność kursu zostanie wyeliminowany.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Śmiertelna choroba przenoszona drogą ideową

28 lis 2011

Jeszcze trzy lata temu wydawało się, że Stany Zjednoczone są źródłem wszelkiego gospodarczego zła. Symbolem chciwości bankierów, których błędy i żądze rozlały się po świecie za pośrednictwem rozdętych rynków kapitałowych, doprowadzając do globalnego kryzysu.

Teraz Barack Obama przybywa na szczyt USA-Unia Europejska, jak dobry wujek z Ameryki, który nie tylko ma pieniądze, ale i moralne prawo do wytykania błędów swoim europejskim kolegom. Tylko, czy aby na pewno tak jest?

Ameryka załatała swoje problemy pompując w system finansowy setki miliardów dolarów. Nie szukano ich w skarbcach Rezerwy Federalnej. Większość po prostu dodrukowano. Trudno nazwać zasypywanie dziury workami z pieniędzmi reformą. Tym bardziej, że polityka ta oznaczała zerwanie z logiką stojącą u podstaw systemu rynkowego  – za biznesowe błędy muszą płacić ci którzy je popełnili.

Europa poszła tym samym śladem. Zaadaptowała amerykańską ideę maszyny drukarskiej, ratując banki, które kupowały „trefne” amerykańskie papiery zabezpieczone niespłacalnymi długami. Dzięki tej akcji na Starym Kontynencie wciąż są takie banki jak brytyjski Northern Rock, które dawno powinny upaść.

Zarówno Waszyngton, jak i kraje Unii Europejskiej działały w ostatnich, kryzysowych latach stosując te same metody – zwiększając zadłużenie lub drukując pieniądze – w końcu skąd państwa, z permanentnym deficytem mogą znaleźć pieniądze na dokapitalizowanie banków? Problem, gdy chętnych do pożyczania ubywa.

Na razie Ameryka jest górą. Ale ta sytuacja może się w każdej chwili odwrócić. Wzajemne połajanki na niewiele się zdadzą. A moralna przewaga USA jest tylko chwilową ułudą. W końcu nie bez powodu podstawy obecnego systemu gospodarki światowej, który uległ w ostatnich latach znacznemu osłabieniu, nazywają się konsensusem waszyngtońskim.

Stojące u jego podstaw połączenie dwóch, jak pokazuje historia, dość sprzecznych pomysłów – dyscypliny fiskalnej i stopniowego obniżania podatków, może w założeniach było logiczne. Teraz sprawia wrażenie rozwiązania morderczego. Zwłaszcza wzmocnione zbytnią liberalizacją rynków kapitałowych, które odbiło się światowej gospodarce czkawką choćby trzy lata temu. Stany Zjednoczone mają w tym swój duży udział.

Wygląda na to, że sumienie gospodarcze Ameryki nie jest wcale czystsze niż Europy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ekologiczna bańka

17 lis 2011

Rachunek ekonomiczny nie powinien być co do zasady przedkładany nad dobro społeczeństwa. Chyba że w dłuższym okresie może to zaszkodzić jego obywatelom.
A zmniejszenie emisji CO2, ograniczenie tempa spalania paliw kopalnych czy znalezienie sposobów, by je trwale zastąpić jako źródła energii, to niewątpliwe aspekty, które są celami społecznymi. To przejaw troski nie tylko o planetę, ale także o jakość życia przyszłych pokoleń.

Są jednak takie momenty, gdy teraźniejszość ma prawo być przedkładana ponad przyszłość. Spowolnienie gospodarcze, które lada chwila może stać się paneuropejskim kryzysem, każe szukać oszczędności tam, gdzie cięcia kosztów w najmniejszym stopniu uderzą w obywateli. Najostrzejsze przejawy kryzysów ? wysokie bezrobocie, bankructwa, pożerająca oszczędności inflacja ? to zjawiska, których występowanie przez dłuższy czas odciska się piętnem nie tylko na bieżącym dobrobycie społeczeństw, ale też na ich przyszłej kondycji.

Skala dotowania projektów energetycznych z odnawialnych źródeł może budzić wątpliwości. W końcu kwota 66 mld dol. rocznie, które państwa na całym świecie wydają na dotowanie tego typu projektów, stanowi 60 proc. wartości zastrzyku kapitałowego potrzebnego europejskim bankom, które kupiły greckie obligacje. Jesteśmy w momencie, gdy gospodarkę trzeba ratować, a nie skupiać się na wyrównywaniu szans. To drugie ma sens, gdy system funkcjonuje prawidłowo.

Dla pobudzenia gospodarki potrzebna jest tania energia. A nie energia, która tylko wydaje się tania, bo jest centralnie dotowana. Taki system ekonomiczny przetestowaliśmy już za PRL.
W takich sytuacjach obcięcie dotacji na zieloną energię to mniejsze zło. Zwłaszcza że odbudowanie kulejącej gospodarki daje szansę na powrót do systemu dotacji, gdy tylko warunki finansowe na to pozwolą. I w skali, która będzie ekonomicznie uzasadniona. Inaczej czeka nas kolejna bańka inwestycyjna.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kabanos odzyskany

20 paź 2011

Autorski przegląd prasy

Stosunki polsko-niemieckie do łatwych nie należą. Zwłaszcza dla nas, Polaków. Meczu piłkarskiego z RFN wygrać nie potrafimy, w biznesie trudno znaleźć firmę, która przyćmiłaby dokonania koncernów z nad Renu, siła Warszawy w europejskiej polityce też nieco słabsza niż Berlina. W takiej sytuacji trzeba się cieszyć z mniejszych sukcesów. A takim jest niewątpliwie zwycięski wyścig po kiełbasę.

Mimo protestów naszych zachodnich sąsiadów polskie lobby kiełbasiane okazało się górą i Komisja Europejska podjęła wczoraj decyzję o wpisaniu kabanosa na listę tradycyjnych produktów regionalnych UE. Innymi słowy kabanos, jako produkt według regionalnej polskiej receptury, będzie na terenie Wspólnoty chroniony.

Dla Niemców cios tym dotkliwszy, że przegrali w październiku. Oktoberfest z polską kiełbasą to nie brzmi najlepiej.

Oczywiście nie sądzę, by popsuło to Niemcom humor. Jeśli nawet miliardy euro utopione w obligacjach Grecji i w pomocy dla tego kraju nie potrafiły wyprowadzić sąsiadów z nad Renu z równowagi. Greków wyprowadził sam fakt, że ktoś, kto im pomaga, ma jeszcze jakieś oczekiwania i śmie stawiać warunki.

Jak donoszą „Rzeczpospolita” i „Gazeta Wyborcza” Grecy są tak wściekli, że 70 tys. z nich wyszło wczoraj na ulice Aten z koktajlami Mołotowa. Pozostali nie wyszli z domów w ogóle. W związku z czym nie pracują sklepy, urzędy, poczty, szpitale, banki i komunikacja miejska. To protest przeciwko rządowym programom oszczędnościowym, wymuszonych przez kraje, które utopiły w Grecji miliardy i boją się teraz, że euro, jak wirus zależy ich gospodarki grecką chorobą.

Myślę, że odebranie Atenom praw do produkcji fety, nie wyciągnęłoby z domów nawet tysiąca protestantów. Żywnością z Grekami nie pogramy.

Polskie firmy mają do siedzenia w domu zupełnie inne podejście niż greckie. Z badania firmy Sedlak & Sedlak, którym zajęli się dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej”, wynika, że nad Wisłą siedzenie w domu nie wchodzi w grę.

Stoi to oczywiście w sprzeczności z potrzebami (a raczej marzeniami) pracowników, z których 40 proc. marzy o elastycznym czasie pracy, a co czwarty najchętniej pracowałby z domu.

Co czwarta polska firma zgadza się jednak, aby pracownicy przychodzili do pracy w porach, które najbardziej im odpowiadają. Nawet jeśli wciąż oznacza to konieczność spędzania w pracy minimum ośmiu godzin, to i tak wskazuje na elastyczność (a wręcz empatię), o którą polskich firm bym nie podejrzewał.

Zdaniem przepytanych przez „DGP” specjalistów – firmy nie wierzą, że takie podejście do pracownika im się opłaci. Albo najzwyczajniej boją się ich niedojrzałości. Z badania Euler Hermes wynika, że 90 proc. polskich firm złapało swoich pracowników na kradzież, oszustwie lub załatwianiu prywatnych spraw w godzinach pracy. Faktycznie można się obawiać, że spełnianie marzeń pracowników tylko im może wyjść na dobre. Ale może, nawet pomimo niebezpieczeństw, warto spróbować?

Jak donoszą gazety francuskiej parze prezydenckiej spędzanie czasu w domu się opłaciło. Wczoraj Carla Bruni powiła córeczkę. Nicolas Sarkozy to pierwszy prezydent w historii Francji, któremu urodziło się dziecko podczas sprawowania urzędu. Wniosek dla Greków: pracę z przyjemnościami można pogodzić.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Podatek, który powinien zniknąć

29 wrz 2011

Polacy masowo omijają podatek od zysków kapitałowych (tzw. podatek Belki) – wynika z informacji zebranych przez „Rzeczpospolitą”. W wielu bankach oferujących tzw. lokaty antybelkowe, ulokowano na nich więcej pieniędzy niż na klasycznych lokatach, z których część zysków odprowadza się do budżetu państwa.

Po co podatek, który można tak łatwo ominąć? Jeśli podatkowa luka jest tak banalnie oczywista to albo trzeba ją szczelnie zamknąć, albo zlikwidować podatek. Zdecydowanie popieram to drugie rozwiązanie. I to z kilku powodów.

Miliony Polaków płacą podatek dochodowy. Nałożenie na nich podatku od ich oszczędności jest rodzajem podwójnego opodatkowania. Realna siła nabywcza tych pieniędzy spada (przede wszystkim z powodu inflacji) – najprostszym sposobem uchronienia się od strat jest więc włożenie środków na lokatę. Tyle, że dzięki podatkowi od zysków kapitałowych mieliśmy w tym roku do czynienia z sytuacją, że większość klasycznych lokat przed inflacją nie uchroniło. Nadwyżkę zabierało państwo, realnie pomniejszając oszczędności własnych obywateli.

Taki podatek może wręcz do oszczędzania zniechęcać. Konsekwencje nie oszczędzania dla przyszłości polskich rodzin będą też bolesne dla państwa. Zarówno pod względem społecznym (stabilność finansowa rodzin), jak i ekonomicznym (emerytury).

Istnieje więc spory dysonans informacyjny między przekazem – „oszczędzajcie, bo to przyszłość Waszych emerytur”, a utrzymywaniem podatku od oszczędności. Państwo zachęca bowiem do działania, które w pewien sposób penalizuje.

Na dodatek w społeczeństwie na dorobku, takim jak polskie, podatek od oszczędności utrudnia bogacenie się, a więc doganianie poziomu zamożności krajów zachodnich.

Politycy w wielu krajach nawołują od pewnego czasu do zwiększenia obciążeń najbogatszych obywateli. Takie pomysły są też „trendy” w obecnym okresie przedwyborczym w Polsce. Podatek Belki nie ma z tym nic wspólnego. Wręcz przeciwnie – zabierając wszystkim po równo, najbardziej dotyka tych, którzy mają najmniej oszczędności. Dla nich odebranie 19 proc. zysków od ich oszczędności jest bardziej bolesne, niż dla tych, których i tak stać na więcej.

Dużo bliżej idei jest zaproponowany przez Brukselę mikropodatek od niektórych transakcji na rynku kapitałowym. Może więc warto zastąpić Belkę takim rozwiązaniem?

Pewnie trafi dzięki niemu do budżetu znacznie mniej pieniędzy. Ale przynajmniej będzie bardziej sprawiedliwy społecznie. A na tym każdemu rządowi powinno zależeć najbardziej. W końcu wybiera go społeczeństwo i dla jego korzyści ma działać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Europa kontra reszta świata

Komisja Europejska przebudziła się z letargu i wreszcie spostrzegła, że rosyjski sposób robienia biznesu nie ma wiele wspólnego z wolnym rynkiem

Gazprom idzie drogą wydeptaną wcześniej m.in. przez Microsoft. Niestety nie jest to powód do dumy. Jak donosi „Gazeta Wyborcza” biura koncernu oraz spółki z nim współpracujące w kilku europejskich krajach najechał wczoraj tłum unijnych urzędników. Bruksela podejrzewa Gazprom o utrudnianie konkurencji dostępu do gazociągów i narzucanie zawyżonych cen. Jest w tym ważny wątek polski – cena, jaką za rosyjski gaz płacą Polska i kraje nadbałtyckie jest o ponad 20 proc. Wyższa od tej, którą płacą Niemcy – najbliżsi partnerzy rosyjskich firm w projektach energetycznych.

Może to próba znalezienia odpowiedzi na pytanie czemu gaz, gdy już przepłynie przez polskie terytorium (a nie długo pewnie tylko pod Bałtykiem) nagle tanieje?

Akcja Komisji przeciw Gazpromowi daje podstawy by myśleć, że jest coś na rzeczy w cytowanych przez WikiLeaks wypowiedziach polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, że Niemcy są koniem trojańskim Rosji w Europie. Daje też nadzieję (nawet wątłą), że brukselscy decydenci wykażą trochę solidarności z nowymi państwami członkowskimi (wciąż drugiej kategorii), przeciw którym używa się presji gospodarczej do realizacji politycznych celów.

Próby znalezienia remedium na choroby gospodarczo-polityczne to nie jedyna w „Gazecie” informacja dająca nadzieję na zmianę na lepsze. W Barcelonie zakończyły się sukcesem badania kliniczne szczepionki na HIV. Pracowano nad nią 12 lat. U 85 proc. pacjentów rozwinęła się dzięki niej pełna odpowiedź odpornościowa na HIV, utrzymując się przez rok.

Jeśli doniesienia o skuteczności szczepionki się potwierdzą, będzie to nie tylko sukces nauki w walce z jedną z najbardziej morderczych współczesnych chorób, ale też mały sukces europejskiej myśli naukowej nad amerykańską. Tym ważniejszy, że w amerykańskie firmy biotechnologiczne oraz instytuty naukowe pompowane są miliardy dolarów. Biedniejsi też potrafią być innowacyjni.

Jak donosi „Rzeczpospolita” w Rosji nadchodzi koniec morderczej legendy. Rosyjska armia nie zamówi więcej kałasznikowów. Produkowany od 64 lat karabin straci w ten sposób głównego odbiorcę. To chyba jedyny model broni, który znalazła się na flagach kilku państw walczących o niepodległość – Mozambiku, Zimbabwe, Burkina Faso i Timoru Wschodniego.

„W największej chyba mierze kałasznikowa wylansowały dwa amerykańskie filmy poświęcone wojnie wietnamskiej – „Łowca jeleni” i „Rambo”" – można przeczytać w „Rz”.

Nikt tak jak Amerykanie nie potrafi reklamować produktów (według wielu to mistrzostwo we wciskaniu kitu odbiorcy). Ale żeby promować rosyjską broń? Chyba, że był to radziecki product placement. Ale o tym wiedzą tylko byli włodarze Kremla i emerytowani producenci hollywoodzkich przebojów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pieniądz destabilizuje świat

01 wrz 2011

Od ponad 20 lat rynkami kapitałowymi w większym stopniu rządzą napływy i odpływy pieniądza niż rzeczywista sytuacja gospodarcza firm notowanych na giełdach. Oderwane od rzeczywistości rynki finansowe destabilizują całą gospodarkę. Ułatwiając przy okazji najbogatszym pomnażanie ich majątków, prowadzą do powstawania nierówności, a te do coraz ostrzejszych napięć społecznych o podłożu ekonomicznym.

Każdy Amerykanin, który w latach 1946 – 1969 podjąłby decyzję o zainwestowaniu na 30 lat 500 dolarów swoich oszczędności we wszystkie spółki indeksu S&P500 (powiedzmy po dolarze w każdą), sprzedając akcje w latach 1979 – 1999, zarobiłby na tym średniorocznie mniej, niż wynosił w tym czasie średni nominalny wzrost gospodarczy Stanów Zjednoczonych (wzrost PKB + inflacja + dywidendy spółek [>] stopa zwrotu ze spółek S&P500). Innymi słowy, jeśli firmy radziły sobie doskonale, to ich akcje radziły sobie nieco gorzej. Głównym motorem napędzającym wzrost wartości spółek był więc rozwój gospodarki.

Sytuacja ta zmieniła się o 180 stopni. Inwestorzy, którzy po 30 latach zdecydowaliby się na sprzedaż wspomnianego pakietu akcji w latach 2000 – 2001, zarobiliby na nim więcej, niż wynosił wzrost PKB USA powiększony o inflację, a nawet o dywidendy, które przez 30 lat spółki wypłacały.

Innymi słowy rynki kapitałowe oderwały się od gospodarki. Inwestycje w spółki, a zatem ich giełdowe wyceny, przestały mieć podłoże w rzeczywistej sytuacji gospodarczej amerykańskich firm. Inwestorzy – indywidualni oraz instytucje finansowe zarządzające oszczędnościami innych ludzi – pompowali w giełdę więcej pieniędzy, niż była w stanie wykreować rzeczywista gospodarka.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nagrody ponurych czwartków

25 sie 2011

Autorski przegląd prasy

PSL stawia na wiarę, mieszkańcy Miami na życie pośmiertne na dnie oceanu, a obywatelom Ałtaju pozostaje najbardziej kosmicznie zaawansowane uroczysko w Azji

Choć na pierwszy rzut oka tegoroczne lato kończy się w dość spokojnej atmosferze (pomijając giełdy i pierwsze pohukiwania przedwyborczych jeleni), kilka wydarzeń dnia wczorajszego zasługuje na nagrody, we własnych, choć dość wąskich, kategoriach.  Oto subiektywne wyróżnienia w trzech konkurencjach dnia.

W kategorii „Pomysł na biznes” wysokie noty otrzymuje firma Eternal Reefs. Firma zajmuje się mieszaniem skremowanych zwłok z betonem, a następnie wrzucaniem tak stworzonego grobu (?) do oceanu. Pomysł nieco mafijny.

- Nasze uroczystości dostarczają pozytywnych, a nie smutnych wzruszeń. Nie nazwałbym ich pogrzebami – powiedział „Gazecie Wyborczej” szef firmy George Frankel. – Kiedyś sam też zamienię się w kulę.

Idąc śladem TVN24, zamiast komentarza obszerny cytat z „Gazety Wyborczej”:

„Zwykle cała rodzina uczestniczy w mieszaniu betonu ze skremowanymi prochami zmarłego. Lepienie, wytaczanie i dziurawienie kuli staje się okazją do rodzinnych wspomnień. Wnuczki zostawiają odcisk rączki na ukochanym dziadku. Albo malują palcem serduszko. Albo dosypują płatki kwiatów do betoniarki. Wdowy wrzucają tam obrączkę ukochanego męża. Albo medale czy inne niewielkie przedmioty, które cenił za życia. Niektórzy np. dosypują do betoniarki z dziadkiem prochy jego ulubionego pudelka. Klienci Eternal Reefs są ludźmi nowoczesnymi, więc nie uważają tego za coś niestosownego.”

W kategorii „Walka na głosy” warto wyróżnić PSL. Za obszerną penetrację rynku muzyki folkowej piosenką z następującą linią liryczną „A więc podajmy sobie ręce, trzeba uwierzyć, że ten kraj to raj, powiedzmy wspólnie stop wojence, dla Polski wstaje nowy dzień” – cytuje fragment „Rzeczpospolita”.

Wśród wykonawców m.in. sopran Jolanta Fedak i tenor Waldemar Pawlak.

Wyróżnienie może na wyrost, zważywszy na wspominane przez „Rz” dzieła innych artystów z lat poprzednich, takie jak „Wystarczą cztery Ziobra, żeby Polska była dobra (Andrzej Rosiewicz dla PiS, AD 2007) czy „A wszystko to, bo Leszka kocham” (Michał Wiśniewski dla SLD, AD 2001).

I na koniec nagroda dramatyczna, za największy upadek. Tym razem nie dla indeksów giełdowych, nie dla Dominique’a Strauss-Kahna, ale dla rakiety Progress M-12M, która po raz pierwszy w swojej 33-letniej historii (trwała technologia!) spadła na ziemię, zamiast z niej porządnie odlecieć. Szczątki rakiety można znaleźć na uroczysku Dieżyr-Gik w Republice Ałtaju, o której więcej można poczytać tutaj: http://www.altai-republic.com

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kraj niezdecydowanych

11 sie 2011

Autorski przegląd prasy

Aż 28 proc. Polaków nie wie na kogo zagłosować w przyszłych wyborach – wynika z sondażu TNS OBOP opublikowanego przez „Gazetę Wyborczą”. To zaledwie 3 pkt. proc. mniej od poparcia udzielonego przez ankietowanych liderowi rankingu – Platformę Obywatelską.

Jeśli liczba Polaków identyfikujących się z najbardziej popularną Polsce partią jest zbliżona do liczby tych, którzy z nikim się nie identyfikują i nikogo nie popierają (przynajmniej jeszcze),teoretycznie wybory w Polsce może wygrać każdy z czterech głównych pretendentów. Nawet PSL ma szanse (iluzoryczne, ale jednak).

Ta dość kuriozalna sytuacja może wynikać z wielu przyczyn. Dwie moim zdaniem najbardziej prawdopodobne to: brak zainteresowania rozgrywkami polityków i kompletny brak zrozumienia różnic między partiami. Dla wyborców zlewają się one w jedną scenę polityczną z kilkunastoma aktorami pierwszoplanowymi i tłumem drugoplanowych. Bez względu na orientację polityczną odgrywane role są podobne, więc trudne do odróżnienia. Jedno w tej telenoweli jest pewne: kto kogo nie lubi, kto się z kim nie zgadza, a kto jest na tyle barwny, że warto go obejrzeć w telewizji, bo przynajmniej będzie zabawnie. To, co myśli lub chce przekazać nie jest istotne. Często więc etatowi telewizyjni politycy zamiast mówić o tym co myślą, mówią o tym, z czym się nie zgadzają. Różnica może niewielka, ale koniec końców dość istotna. Konflikt jest bardziej interesujący niż rzeczywiste poglądy.

Stąd wygląda to tak, jakby przekaz dla jednej trzeciej Polaków nie miał znaczenia. Liczył się show.

Z tego też powodu droga na szczyty władze będzie w Polsce najprawdopodobniej sztampowa – kto obieca więcej, dostanie więcej z niezagospodarowanych 28 proc. Bo jeśli nie rozumie się, że obietnica 300 zł podwyżki dla wszystkich oznacza, że wszyscy będziemy musieli za te 300 zł zapłacić (bo przecież Państwo będzie musiało się zadłużyć, by zdobyć te pieniądze, a ponieważ deficyt jest u nas permanentny, trzeba będzie jakoś obywateli obciążyć, żeby za bardzo „nie popłynąć”). Chyba, że problem zostawi się następcom lub wmówi własnym wyborcom, że sytuacja uległa zmianie i musimy ponieść kolejne wyrzeczenia (z tym się akurat zgadzam w czasach ciągłych deficytów), a wszystkiemu winien jest polityczny oponent, który zaniedbał – i tu występuje litania błędów, którą każdy rządzący bez trudu może przedstawić swojemu poprzednikowi. Bo nie ma ludzi, którzy błędów nie popełnili.

Chyba, że Ci co nie wiedzą, czego oczekują i co sami myślą, i tak do wyborów nie pójdą. Choć „300 zł dla każdego” może ich skusić. Ciekawe, kto pierwszy (poza Solidarnością) rzuci takie hasło. Parę punktów procentowych na tym na pewno zarobi.

Trudno nie wspomnieć o trwającym od prawie tygodnia załamaniu rynków kapitałowych – dzisiejsze otwierają wydania z tego tematu zarówno „Dziennik Gazeta Prawna”, jak i „Gazeta Wyborcza”. Gwałtowny zjazd indeksów i niepewność, co do przyszłości gospodarki wywindowała kurs franka do rekordowych poziomów. Problem mają wszyscy, którzy wzięli kredyty we frankach szwajcarskich – pożyczki, których koszty były niższe niż np. tych w złotych. W ciągu pół roku wartość franka liczona w złotych wzrosła o jedną trzecią – podobnie raty płacone przez kredytobiorców.

Pożyczki we frankach to głównie kredyty hipoteczne. Tyle, że 20-30 letnich długów nie powinno zaciągać się licząc na ślepy traf. Bo ślepy traf to nic innego jak ryzyko, że najgorsze nigdy się nie zdarzy. Nie wiem dlaczego państwo miałoby pomagać dorosłym ludziom (patrz ustawa antyspreadowa), którzy chcąc płacić mniej, sami, z nieprzymuszonej woli podjęli decyzję o akceptacji niewspółmiernie wyższego ryzyka od tych, którzy zaciągnęli kredyty w złotych. Cechą decyzji finansowych (czy to kredytów czy giełdowych inwestycji) zawsze jest zależność, że wyższemu zyskowi towarzyszy wyższe ryzyko i na odwrót – niższe ryzyko uzyskuje się przy niższym zysku. Nie powinno się udawać skrzywdzonych własnymi decyzjami.

Z punktu widzenia naszej gospodarki, dużo gorsze jest osłabianie się złotego w stosunku do euro – w końcu w tej walucie nasze firmy dokonują większości transakcji handlowych z partnerami zagranicznymi. A od tego, jakie przedsiębiorstwa będą miały przychody i ile zarobią, koniec końców zależy to, czy zatrudnią lub zwolnią pracowników. I dotyczy to dużo większej liczy Polaków niż tylko posiadaczy kredytów frankowych, jak i złotowych. Dlatego też pomóc Polakom, najlepiej wesprzeć firmy, które ich zatrudniają. Jest szansa, że niewypłacalnych obywateli nie będzie przybywać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop