Lekcja zaspokajania

17 marca 2010 autor rp

Najłatwiej zaspokajać potrzeby, których nie ma. Brzmi bez sensu? Jak dowodził w wydanej dwa lata temu w Polsce książce “Skonsumowani” znany amerykański socjolog Benjamin Barber, współczesne rozwinięte gospodarki i wielkie korporacje opierają się nie na zaspokajaniu potrzeb, ale na ich tworzeniu. Oczywiście odpowiednio wcześniej mają już produkt, który zaspokaja tak wykreowany popyt.

Gdy rynek lub moda przemija, nadchodzi czas na wymyślenie nowej potrzeby lub nowej mody. Do stworzenia mody wystarczy marketing. Do stworzenia rynku – często technologiczny przełom. Ale rynek też ma swój cykl życia. Po ponad 30 latach od stworzenia pierwszego mikroprocesora komputery są w domach częściej spotykane niż żelazka i równie powszechne jak lodówki.

Co się stanie, gdy potrzeby zostaną już zaspokojone, a rynki się nasycą? Rynki się kurczą, a rozdające na nich karty potęgi upadają. Czasami mogą to być wręcz lokalne ryneczki.

Podobna przyszłość czeka polską branżę informatyczną. Informatyzację zaczęliśmy od zera. Od kilkunastu lat firmy żyją nadzieją na zlecenia państwa. I państwo płaci, rozbudowuje, inwestuje, choć nie zawsze zgodnie z planem. Prezesi nawet największych polskich spółek informatycznych, rok w rok, pytani o wyniki, powtarzają jak mantrę: “wiele zależy od zleceń administracji publicznej”.

A co się stanie, gdy państwo zbuduje i zamówi już wszystko, co niezbędne? Oczywiście wiele lat można żyć z obsługi systemów. Ale już nie tak wykwintnie i nie z takim rozmachem, jak z portfelem rządowych kontraktów. Państwowa mamka nie wykarmi wszystkich dzieci. Może oprócz nadziei warto mieć pomysł na firmę za dziesięć lat, gdy państwo przykręci kurek? Już czas wykreować nową potrzebę. I produkt, który ją zaspokoi.


Księgowi władcy postępu

4 marca 2010 autor rp

Ostatnie dziesiątki lat przyniosły konsumpcyjny wyścig zbrojeń. Wraz z narastającą globalizacją, powstawaniem transnarodowych korporacji trwają poszukiwania masowego klienta, który będzie miał masowy gust i masowe potrzeby. Dzięki temu będzie mu można zaoferować jeden standaryzowany produkt, i to niższym kosztem.

Technologie, które przebijają się do sklepów, to zatem rozwiązania, które można zaprząc do konsumpcyjnego wozu. Nie zawsze najlepsze, nie zawsze najbardziej zaawansowane, ale takie, które szybko się zwrócą, bo dają nadzieję, że kupią je miliony.

W tym kontekście rewolucja 3D nie jest żadną rewolucją. Wprowadzanie znanej od dziesiątków lat technologii pod strzechy jest możliwe dzięki temu, że gdzieś na horyzoncie tym, którzy mogą zarobić, przecięła się linia przyszłych zysków z poniesionymi nakładami.

Równocześnie im bardziej realna staje się rozrywka, tym mniej realny jej odbiorca.

Problemem, nad którym powinni się pochylić socjologowie, pozostaje to, jak technologie w służbie rozrywki niszczą więzi społeczne, alienują i atomizują. Na pewno nie są w stanie tego rozstrzygnąć ci, którzy z nich nałogowo korzystają.

Koniec końców może się okazać, że najbardziej efektywnym stanem dla poważnych odkryć technologicznych jest konflikt. Nie żebym mitologizował wyścig zbrojeń, który w rezultacie przyczynił się do powstania komputerów i pełnego romantyzmu postawienia przez człowieka stopy na Księżycu.

Ale nie ma co – osiągnięcia te bardziej doceniłby Einstein czy nawet Goethe niż choćby najlepszy księgowy. Tymczasem ostatecznie postęp determinują księgowi. Ostatnio nieco bardziej.

Flirt z tabloidem

4 marca 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

„35 kobiet Komorowskiego” – grzmi tytuł artykułu upchniętego w kącie pierwszej strony „Polski”. Na szczęście dziennik tylko flirtuje ze stylem tabloidu.

Nie ma mowy o żadnym skandalu czy moralnej wpadce pretendenta do prezydentury. Ot, platformerki postawiły na Komorowskiego, a nie na Sikorskiego.

Tyle, że flirt z tabloidem jest dość niebezpieczny. „Wczoraj w Europie wybuchła wojna czteroletnia. Pierwszy strzał oddał Jose Manuel Barroso…” – to pierwsze zdania czołówki dziennika z Domaniewskiej w Warszawie. Literacki sznyt? Nawet gdyby, to nie jest literatura wysokich lotów.

Ale nie płaczmy nad „Polską”. Bo jak piszą dziennikarze „Dziennika” znad Wisły wieje optymizmem. „Polacy cieszą się z tego co już mają” – obwieszcza tytuł głównego tekstu w gazecie. Jeśli fakt, że obecnie 72,5 proc., a nie 64,5 proc. Polaków uważa, że ich sytuacja materialna ani nie poprawi się, ani się nie pogorszy, oznacza zadowolenie ze swojej stanu posiadania, to do interpretacji danych zatrudniono chyba jeszcze dodatkowo wróżkę i zespół badawczy Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. A jeśli tak się stało, to nie poinformowano o tym czytelników.

Poinformowano ich natomiast, że dwie wspomniane liczby „to najlepszy dowód, iż kryzys nauczył nas zdroworozsądkowego podejścia do życia”.

„Gazeta Wyborcza” bulwersuje nie interpretacją, ale tematyką. „Szokująca kampania przeciw przerywaniu ciąży” składa się na razie z jednego bilbordu w Poznaniu, na którym widać twarz Hitlera i zdjęcia usuniętych płodów oraz hasło „Aborcja dla Polek. Wprowadzona przez Hitlera”. Cała akcja to znak czasów, pełnych prymitywnego przekonania, że tylko mocniejsze uderzenie w czyjąś głowę, spowoduje, że wzbudzi się jego zainteresowanie. Ale kiedy środki tak przytłaczają cele, te ostatnie schodzą na drugi plan.

Lecz „Gazeta” wybrała podobną drogę. Dotychczas bilbord był jeden. Teraz doszło 374 tys. jego zdjęć na pierwszej stronie „GW” w całej Polsce. Może w piętnowaniu głupoty i barbarzyństwa nie warto epatować tym samym?

Słowo też o czołówce „Rzeczpospolitej” – „Dla klientów ważna jest cena, a nie etyka”. Z badań Gfk Polonia wynika, że etyczne czy prospołeczne działania firm nie wpływają na sprzedaż ich usług i produktów. Jednak samo myślenie o tym, że etyka ma się przełożyć na sprzedaż, oznacza, że wcale o etykę nie chodzi. To pułapka, w którą złapały się nie tylko polskie firmy. Potraktowały działania prospołeczne, jako element public relations. A jeśli łożą na coś pieniądze, to spodziewają się efektu. Tyle, że nie można być etycznym po to, by sprzedać więcej. Bo to tylko etyka sprzedaży.

Wyjść za linię Dniepru

25 lutego 2010 autor Hubert Salik



Rosjanie chcą przejąć rafinerię w Możejkach na Litwie. I to bardzo. Jest jednak problem – Możejki są własnością polskiego PKN Orlen. I to własnością zdobytą po ciężkim boju z rosyjskim Łukoilem i Kazmunaigazem podczas wyprzedaży majątku Jukosu. Kreml musi boleć nad tym, że choć imperium Chodorkowskiego i jego samego udało się spacyfikować, to część majątku trafiła do małych sąsiadów z dawnego „Bloku”.



Jak twierdzą rosyjskie media Moskwa rozważa wymianę. W zamian za Możejki Orlen mógłby otrzymać 21,2 proc. udziałów w węgierskim MOL-u.



Dla płockiej rafinerii to propozycja marzenie. Gdyby oczywiście istniała, bo na razie nikt, oprócz rosyjskiego dziennika „RBK Daily”, o niej nie słyszał. A tym bardziej jej nie złożył.



W zamian za coraz mniej rentowny, tracący na wartości i nękany surowcowym sabotażem (odnoga „Przyjaźni”, która pompowała ropę do Możejek zepsuła się niespodziewanie zaraz po transakcji i dotąd nie działa) zakład, Orlen wszedłby w partnerstwo z drugim, obleganym przez rosyjskie spółki regionalnym koncernem. Dzięki temu, krok po kroku, mogłoby się spełnić marzenie o stworzeniu paneuropejskiego potentata w Europie Środkowej. Jak dotąd nie udało się to w żadnej branży – od bankowości, przez motoryzacje po handel detaliczny.



Ale nawet, gdyby do transakcji doszło, nie można zapomnieć, że dyktującymi warunki wciąż byliby Rosjanie. Czy na pewno tak łatwo zrezygnowaliby z MOL-a? Po determinacji w walce o białoruskie i ukraińskie gazociągi jakoś nie widać, by surowcowa ekspansja na Zachód od Dniepru ich nie interesowała. Dniepr to po prostu pierwsza linia oporu. 



Warto pamiętać, że ten kto rozdaje karty, czasami wie więcej, niż wszyscy, którzy biorą udział w grze.


Hubert Salik: Finanse grzechu

11 lutego 2010 autor rp

Doczekaliśmy się. Najważniejszym tematem debat ekonomistów w całej Unii Europejskiej są teraz finanse publiczne. Już nie tylko Włochy czy Węgry, ale też Grecja, Portugalia, Irlandia mają kłopoty z finansowaniem działania państwa. I marne to pocieszenie, że u nas jest lepiej. Bo to ciągle tylko nieco lepiej.

Powinniśmy czym prędzej schować się w ciemnym kącie i uciec przed światłami jupiterów. My też mamy swoje grzechy zaniechań, zaniedbań czy księgowych machinacji. Z ostatnich przewin to choćby wysunięcie poza budżet Krajowego Funduszu Drogowego, a z przeszłych finansowanie pieniędzmi z prywatyzacji Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, co pozostało do dziś. Koniec końców największą z przewin jest jednak ciągły, permanentny deficyt budżetowy i stale rosnący deficyt sektora finansów publicznych, mimo łatania go wyprzedażą majątku. Innymi słowy – grzechem jest życie ponad stan. A grzech to strukturalny.

Ponad stan żyją dziś wszyscy – Amerykanie, Grecy czy Niemcy. W końcu żyć tak jest przyjemniej niż zaciskać pasa. I choć kolejne rządy – od AWS przez SLD, PIS i PO – uparcie twierdzą, że zaciskanie w Polsce ma miejsce, to obwód w pasie jakby nam przyrósł – i to aż dwukrotnie. Wydatki budżetu wzrosły ze 156 mld zł w 2000 r. do 301 mld zł w 2010 r.

Przykład rządów w Dublinie, Atenach, Lizbonie, Madrycie, Budapeszcie powinien być dla rządzących w Polsce lekcją. To ostatni dzwonek dla reformy finansów. Można mieć nadzieję, że plan Tuska to więcej niż tylko próba leczenia grzechu nadmiaru.

Ale nadzieja nie daje pewności. W końcu wszystkie rządy mają to do siebie, że grają pod publiczkę. Bo to ona decyduje, kto ma władze. A wielu Polaków wciąż zdaje się myśleć, że nie po to pokolenia cierpiały biedę socjalizmu i walczyły o dobrobyt w kapitalistycznej dżungli, by nagle im to poczucie dobrobytu odebrano. Tym bardziej tym, którzy takiego poczucia nie mają. A tych w Polsce wciąż jest sporo. Warto jednak zaryzykować, bo za dziesięć lat może być za późno.

Pawlak mówi

11 lutego 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

“Platforma zmienia front i nie wyrzuci palaczy z restauracji” – można przeczytać w „Polsce”. Jako wrogowi palenia nie w smak mi ta informacja. Ale w tym przypadku, jak w wielu innych, zachowanie determinuje postawę. Dziwi co innego: „Ustawa (…) słabo rokuje” – mówi posłanka PO Joanna Mucha. Wydaje mi się, że jak już się wymyśliło ustawę, to powinno się być do niej przekonanym. Przynajmniej w myśl zasady: „wiemy co robimy”. I wszelkie rokowania są tu zbędne. Zwłaszcza, że w przypadku tej ustawy, problemów z poparciem prezydenta być nie powinno, a więc i z rokowaniami nie najgorzej. „Jeśli przyjmiemy tę ustawę w obecnym kształcie wyborcy nam nie wybaczą” – dorzuca inny (anonimowy) polityk PO. Jak widać rak płuc przegrał starcie z obrotami restauratorów.

Jak pisze w „Gazecie Wyborczej” Wojciech Szacki – „Bez Tuska wybory będą ciekawsze”. I trudno się z tym nie zgodzić. Dotychczas z gazet wiało sondażową nudą. Czyli odwrotnie niż ze stron sportowych „Gazety”, gdzie „Sikora, chudzina, a jednak faworyt”. Co jak co, ale nudnym tego tytułu nazwać nie można.

„Dziennik Gazeta Prawna” kontynuuje poczytny i dający nadzieję na wiele, pełnych zaskoczeń i zmian akcji odcinków cykl – „Pawlak mówi”. Wicepremier powiedział, że deficyt budżetowy AD 2010 będzie mniejszy o 10-15 mld zł od założonego w ustawie. Najsilniejszą bronią Waldemara Pawlaka jest, jak zawsze, brak szczegółowego uzasadnienia, tylko pozorne. Najsilniejszą, bo nic tak trudno obalić, jak liczby nie poparte wyliczeniami. Bo do czego tu się przyczepić?

„DGP” zresztą stara się „kontratakować” na innych, zaskakujących polach. Po tym, gdy kilka tygodni temu w środowisku dziennikarskim zrobiło się głośno o zwolnieniu z pracy dziennikarza „DGP” Tomasza Świderka, można znaleźć w gazecie interesujący tekst telekomunikacyjny. Świderka podobno, bo dowodów poza oświadczeniami stron i anonimowych wypowiedzi kolegów brak, zwolniono za psucie relacji z Telekomunikacją Polską.

Tymczasem w „DGP”: „Telekomunikacyjni przedstawiciele handlowi podszywają się pod konkurencję, a nawet fałszują podpisy”. A w tekście o tym, jak to Telekomunikacja Polska ma kłopoty z konkurentami, którzy oszukują jej klientów. I zdanie chroniące tzw. tyły: „Ale nieuczciwi handlowcy szkodzą nie tylko Telekomunikacji”. Tylko proporcje tekstu jakby w kierunku jednej spółki.

W kategorii „naprawianie relacji” „DGP” zasługuje na medal. Na razie brązowy, bo reklam TP w „Dzienniku” dziś nie znalazłem.

Orzeł Jaruzelski

4 lutego 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

Szef Telewizji Polskiej Romuald Orzeł  spotka się dziś ze związkowcami, którzy grożą strajkiem – donosi „Polska”. Jak sugeruje gazeta, w ekstremalnym przypadku program TVP może zniknąć na jeden dzień ekranów z telewizorów. Choć to raczej mało prawdopodobne, byłoby malowniczym podsumowaniem ponad 20 lat państwowej telewizji w rynkowych realiach. Po raz ostatni obraz TVP zniknął wszak podczas stanu wojennego. Nowy prezes, choćby nie wiem co robił, jak się starał i jakie intencje by mu przyświecały, zapamiętany zostałby dość jednoznacznie – jako autor powtórki z historii.

Prezesom TVP trzeba jednak współczuć. Telewizja Polska jest w sytuacji fatalnej. Spółka, która ma największe w kraju przychody z reklam, nie potrafi związać końca z końcem. PRL wisi jej kamieniem u szyi – przerost zatrudnienia w stosunku do konkurentów jest tematem poruszanym od lat. Także w anegdotach, o kierownikach, którzy po miesiącach pracy potrafią spotkać na korytarzu nieznajomego, który okazuje się ich podwładnym.

Nagły spadek wpływu z abonamentu, który znacząco obniżył rentowność spółki, pokazał jak bardzo jest ona państwowa i utrzymywana przez wszystkich Polaków. Kolejni prezesi, którzy nią rządzą przychodzą głównie po to by zrealizować partyjne (a czasami po prostu ideowe) cele, nie widząc w niej firmy, która powinna łączyć rentowność z misją. Ba! Pewnie, że to niełatwe. Ale kto kazał obsadzać na fotelu prezesów politycznych nominatów?

Paradoks polega na tym, że najmniej predestynowany do pełnienia tej funkcji, nie znający się ani na telewizji, ani na dziennikarstwie polityczny nominat o poglądach skrajnie prawicowych, okazał się jedynym, który odważył się zabrać do czyszczenia stajni Augiasza. Pomógł mu brak koneksji w branży, a co za tym idzie brak oddolnych nacisków i „konieczności” rozumienia racji innych. Dostało mu się od wszystkich – od polityków za polityczność, od artystów za niezrozumienie wagi misji, od pracowników za niezrozumienie wagi TVP, a sam jeszcze dołożył sobie problemów zatrudniając znajomych. I to niezbyt kompetentnych.

Przysłużył się jednak następcom, którzy tak jak Romuald Orzeł mogą teraz odcinać się od jego planów, przekornie mówiąc, że nie chcą zwolnić pół tysiąca osób jak poprzednik. Co najwyżej dwustu.

I jeśli nawet Polsce potrzebna jest już telewizja publiczna (w co nie wątpię tylko, gdy oglądam TVP Kultura), to na pewno nie taka jak obecnie.

Każdy może wszystko

14 stycznia 2010 autor rp

Zarówno cały świat, jak i polskie gazety żyją dziś tragedią Haiti.

Zgodnie otwierają z niej dzisiejsze wydania „Rzeczpospolita”, „Gazeta Wyborcza”, „Dziennik GP” i „Polska”. Wstępne szacunki dotyczące zniszczeń i liczby ofiar mogą oznaczać, że to największa tego typu katastrofa na naszej planecie od 33 lat. Jak w przypadku każdej tragedii można tylko współczuć i próbować pomóc. Ewentualnej zbiórki pieniędzy nie organizują jeszcze ani PCK, ani Polska Akcja Humanitarna, choć to pewnie kwestia czasu. Lekarze bez Granic ruszyli już z pomocą, ale wsparcie przekazuje się tam za pośrednictwem biur organizacji, których w Polsce nie ma. Dla wszystkich zainteresowanych: WWW.pah.org.pl, WWW.pck.pl i WWW.msf.org.

W porównaniu z Haiti, reszta to proza życia. Bo za co innego uznać nieśmiałą wypowiedź prawnika internetowego giganta Google, że jego firma po czterech latach blokowania możliwości wyszukiwania stron dotyczących Tybetu czy dalajlamy, nie chce już dłużej cenzurować chińskich stron. O sprawie piszą szerzej „Rzeczpospolita” i „Gazeta Wyborcza”.

Z życiorysów ludzi (przynajmniej w Polsce) nie znikają lata pracy w SB. Czy z życiorysów firm sprzedawanie się znika bezpowrotnie? Przekonamy się, ale spółka, która ma sztandarach hasło „Nie czyń zła”, i tak zdążyła już swój slogan mocno sponiewierać. A głos rozwagi i etyki może jej szefom zagłuszyć Wall Street, gdzie wczoraj kurs akcji Google spadł o 1,5 proc., a kurs jego chińskiego konkurenta Baidu skoczył w Szanghaju o 13 proc. Biznes nie zna sentymentów, nawet gdy udaje, że jest etyczny.

We wszystkich gazetach jak jeden mąż pojawia się też scenka rodzajowa. Kilka dni temu można było przeczytać historie o tym, jak to wiejski gang ukradł osławiony napis z obozu w Auschwitz. Tym razem policja załapała złodzieja, który przywłaszczył sobie w 2000 r. obraz Moneta, wiszący w poznańskim Muzeum Narodowym. Jego poszukiwanie zajęło ponad 9 lat, a sprawcą okazał się technik budowlany z Olkusza, któremu Monet wyjątkowo się spodobał, więc przez ostatnie 9 lat przechowywał obraz na własny użytek w szafie u rodziców. Żeby dopełnić scenę rodzajową należy dodać, że wyniósł go w biały dzień z muzeum, odcinając kawałek po kawałku płótno od ramy podczas czterogodzinnej wizyty.

To kolejny dowód na to, że w Polsce można ukraść wszystko i na dodatek może to zrobić niemal każdy. Myślę, że „sokiści” powinni uważniej pilnować w tym roku torów i trakcji. Zima jakby mroźniejsza, więc również zapotrzebowanie na stal w narodzie ma szansę wzrosnąć.

Torba Big Maców i widok na Pałac Kultury to nie wszystko

14 stycznia 2010 autor rp

Gdzie najlepiej mieszkać? Zwykle tam, gdzie najlepiej płacą. Innymi słowy tam, gdzie za pensję można zjeść najwięcej Big Maców. Jak wyliczył w ubiegłym roku bank UBS, by kupić jedną taką kanapkę, statystyczny warszawiak pracuje 31 minut. Dwukrotnie krócej niż mieszkaniec Budapesztu czy Bratysławy i o 7 minut krócej niż przeciętny prażanin.

Jak wynika z najnowszych danych GUS o wynagrodzeniach, inne duże polskie miasta systematycznie gonią stolicę w wyścigu o to, kto może sobie pozwolić na częstsze wizyty w lokalach z logo McDonald’s. Aż w 13 z 18 badanych miast w ciągu ostatnich czterech lat wynagrodzenia rosły szybciej niż w Warszawie.

Wynikałoby z tego, że nożyce płacowe w Polsce – wbrew odczuciu wielu Polaków – wcale się nie rozwierają. Choć w Big Macach różnica wciąż jest jednak spora: od 31 minut pracy w Katowicach i Warszawie do 48 minut w Lublinie, Bydgoszczy, Kielcach i 53 minut w Gorzowie.

Gdy jednak nasyci się głód ciężko wypracowanymi kanapkami, to okazuje się, że Warszawa niekoniecznie jest tak atrakcyjna. Z badań firmy Reas wynika, że na zakup mieszkania w stolicy trzeba przeznaczyć 6,6 rocznych pensji brutto. Marzenia mieszkaniowe dużo łatwiej zaspokoić w Katowicach (4,1 rocznych pensji) czy w Lublinie (5,3 pensji). Dwa lata różnicy to dość długo.

Ale najważniejszym kosztem jest stracony czas. W tej dziedzinie badań nie ma. Statystyczny warszawiak, którego w godzinach porannego szczytu ogarnęłaby irracjonalna chęć zobaczenia Pałacu Kultury, miałby spory problem z dotarciem do niego, dajmy na to w pół godziny. Z Big Makiem byłoby szybciej. Ale tylko dlatego, że więcej jest miejsc, gdzie można go kupić.

Średnie pensje nie kłamią. Ale nie mówią wszystkiego o komforcie i jakości życia. Stolica się więc bogaci, ale za to dużym kosztem – mieszkań, czasu pracy. Pozostałe miasta ją gonią. Dla dobra ich mieszkańców dobrze byłoby, żeby tylko w pościgu za większą liczbą Big Maków.

* – dla potrzeb porównania przyjąłem, że wyliczenia banku UBS odnoszą się do ostatnich danych GUS, co pozwoliło pokazać ile trzeba pracować na jednego Big Maca w innych miastach. UBS liczył to według paryteu siły nabywczej. GUS podał suche dane o wynagrodzeniach brutto za pierwsze półrocze 2009 r..

Szpiedzy pilnie poszukiwani

7 stycznia 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

Rzadko się zdarza, by polscy naukowcy odkryli coś przełomowego. Pewnie głównie dlatego, że Polska nie jest krajem dla naukowców.

Marne stypendia, marne laboratoria stoją w opozycji do alternatywy dla tych najbardziej bystrych – korporacyjnej kariery za dużo większe pieniądze. Tym bardziej cieszy, że tym razem udało się tę niemoc przełamać.

Polski paleontolog Grzegorz Niedźwiedzki odkrył ślady, że żywe organizmy na naszej planecie wyszły z wody o kilkadziesiąt milionów lat wcześniej, niż dotychczas podejrzewano. I to wyszły z wody pod dzisiejszymi Kielcami. Choć raz wydarzenia polityczne, sportowe i gospodarcze przyćmiło wydarzenie z dziedziny, której celem samym w sobie jest zaskakiwanie – nauki.

Dziennikarze „Gazety Wyborczej” prześledzili historię kradzieży napisu znad oświęcimskiej bramy. Wniosek: ukradł go wiejski gang. Powstał reportaż kolorowy z polskiej prowincji, która nie załapała się na pociąg z napisem dobrobyt, więc nie akceptuje jego reguł. Wiejski gang, okazał się może niezbyt sprytny, ale wyjątkowo obrazoburczy i poniekąd skuteczny.

„Polska” idzie tropem „Dziennika” , który doniósł dzień wcześniej o złapaniu przez ABW rosyjskiego szpiega. Janusz Pałubicki pozbawia czytelnika złudzeń – „Rosja szpieguje Polskę na potęgę, w związku z tym (aresztowanie szpiega) to zaledwie tknięcie masy szpiegowskiej”. Pewnie szpieguje, jak złapano szpiega, ale obsesyjne ich poszukiwanie też ma swoje granice. Tym bardziej, że w Polsce coraz mniej jest do szpiegowania.

Fatum służb specjalnych powraca też w rozmowie ze Zbigniewem Romaszewskim, który sugeruje, że próba zdyskredytowania byłego senatora PO Krzysztofa Piesiewicza to dzieło WSI. Tropem tej wypowiedzi „Polska” za wszelką cenę udowadnia, że tak było. „Ci ludzie wiedzą, jak kłamać, oszukiwać, wymuszać i szantażować. (…) To często socjopaci, żądni pieniędzy, władzy, uważają, że prawo ich nie obowiązuje” – mówi prof. Mariusz Jędrzejka.

Nie dość więc, że trzeba uważać na rosyjskich szpiegów, bo roi się od nich w kraju i nigdy nie wiadomo, kto zagląda nam do koszyka z zakupami, to na dodatek może być jeszcze gorzej. Może to być rodzimy socjopata. Pozostaje mieć nadzieję, że pochodzi z miasta, bo jak wiadomo wiejski, polski socjopata, nie waha się nawet okraść muzeum w Oświęcimiu.