
Od tysięcy lat człowiek marzył o lataniu. Od lat dwudziestych XX wieku człowiek marzył, by przyczepić sobie do pleców silnik rakietowy i posłać się w powietrze. W latach sześćdziesiątych zaczęło mu się to udawać, ale nie było to ani bezpieczne, ani praktyczne. Aż do teraz.
Firma Martin Aircraft zaprezentowała pierwszy komercyjny jetpack. Marzenie każdego gadżeciarza zasadniczo zrywa z dominującą koncepcją. Konstruktorzy zamiast wziąć plecak i przytroczyć do niego niewielkie silniczki, wzięli dwa bynajmniej nie małe silniczki od samolotu i przytroczyli do nich uprząż dla pilota.
Jest zrobiony z włókna węglowego i kewlaru i generuje 270kg ciągu. Ponieważ środek ciężkości jest poniżej „środka ciągu”, pojazd praktycznie sam leci: jeśli pilot puści kontrolery – samoczynnie zawisa w miejscu. Jest napędzany – uwaga, uwaga – benzyną. Pali sporo, bo 38l na godzinę, a bak o pojemności około 20l zapewnia półgodzinny lot. Akurat, żeby dostać się do centrum miasta. W razie, gdyby paliwo skończyło się w trakcie lotu, automatycznie otworzy się spadochron.
Żeby go zdobyć potrzeba zasobnego portfela i sporo cierpliwości. Cacko kosztuje 90 tys. dolarów, a realizacja zamówienia trwa 12 miesięcy. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – tego nie przebije nawet najbardziej bajerancka bryka.














