Wpisy w kategorii „Maciej Rybiński”

Dwupartyjność manichejska

8 cze 2009

Polska polityka to okadzanie Świętowida Tuska i jego kapłanów oraz wleczenie ubranego w czapkę błazeńską Kaczyńskiego na stos ofiarny. Albo przeciwnie, wynoszenie Kaczyńskiego na ołtarze i hańbienie Tuska

Wśród fragmentów, strzępów pieśni mojego dzieciństwa kołacze mi się po głowie także urywek z powojennej wersji „Roty”. Szło to jakoś mniej więcej tak: „Nie rzucim ziemi, skąd nasz brud, rozkoszne nam pomyje. My PPR-u wierny lud, potężne mamy ryje. Twierdzą nam będzie każdy żłób, tak nam dopomóż wróg, tak nam dopomóż wróg”.

Do rozmaitych wersji tego, co się właściwie stało 4 czerwca 1989 – czy obaliliśmy komunizm, czy też obalił go osobiście Kiszczak, albo czy w ogóle (wersja generała Jaruzelskiego) niczego nie obalono, bo komunizm nie istniał – dorzucam jeszcze jedną, ludową czy ludyczną: wierny lud PPR został odsunięty od żłoba, a wróg nie przyszedł ryjom z pomocą.

W każdym razie nastąpiły zmiany i niemal natychmiast rozpoczęła się w nowej Polsce dyskusja o idealnym systemie politycznym, stosownym dla demokracji. Ideałem większości dyskutantów był system dwupartyjny, wzorowany na dwupolówce rolnej. Zachwalano żywotność i skuteczność demokracji brytyjskiej i sprawność dwupartyjnego systemu amerykańskiego.

Duchowy podział

uż się wydawało, że da się taki system zrealizować na łatwym podziale – postkomuniści kontra postantykomuniści. Niestety, życie bywa brutalne wobec prostych, a raczej prostackich idei. Owszem, stosunek do przeszłości w PRL rozstrzygał często o konstrukcji sceny politycznej, ale w nieustannym chaosie i zmiennych sojuszach.

Podział na lustratorów i antylustratorów nie pokrywał się z uprzednią przynależnością do obozu władzy i opozycji. Zagorzali antykomuniści chcieli budować nową Polskę z zachowaniem zdobyczy świata pracy uzyskanych w warunkach realnego socjalizmu, podczas gdy postkomuniści staczali się na pozycję neoliberalizmu ekonomicznego. Podobnie wyglądało to w przypadku utrzymania państwowej własności środków produkcji.

Jednym słowem, był chaos i tylko duch niezgody unosił się nad mętnymi wodami. Wydawało się, że zmierzamy w stronę mnogopartyjnej i do tego stale zmiennej konstrukcji systemu politycznego. Stąd brała się moja na przykład wstrzemięźliwość wobec skądinąd logicznej idei jednomandatowych okręgów wyborczych.

Obawiałem się, że obudzimy się któregoś dnia z Sejmem, w którym będzie 460 jednoosobowych frakcji partyjnych i wobec niemożności stworzenia koalicyjnej większości trzeba będzie powołać rząd złożony z komisarza z UE i syndyka masy upadłości.

Ależ nic podobnego. Z satysfakcją spieszę donieść, że ten trudny etap transformacji mamy za sobą. Polska jest dziś państwem o systemie dwupartyjnym. Nie formalnie wprawdzie, konstytucyjnie, ani nawet praktycznie, ale duchowo.

Aż dziwne, że nikt tego nie zauważył, że nie otrąbiliśmy sukcesu wejścia do wąskiej rodziny światowej demokratów dwupartyjnych, że nadal nas uważają i sami siebie też postrzegamy jako swarliwych indywidualistów niezdolnych do konstruktywnej współpracy. A gdzież tam! Potrafimy się samoorganizować, byle tylko w słusznej sprawie.

Haman i Ahaswer

Polską dwupartyjność zauważyłem, serfując w Internecie. Nigdy przedtem tego nie robiłem, wolę poczytać książkę, ale przy okazji perturbacji z gazetą „Dziennik”, wiedziony ciekawością, co też Polacy o tym sądzą, przejrzałem wszystkie fora dyskusyjne polskiego Internetu.

A tam dwupartyjność widać jak na dłoni. Co tam dwupartyjność – manicheizm polityczny. Mamy dwupartyjny podział na dobro absolutne i zło wszechogarniające. Nie są to cechy przypisane na stałe konkretnym ugrupowaniom – PO i PiS (bo tylko one naprawdę się liczą). Są to cechy zmienne, w zależności od afiliacji wypowiadających się publicznie internautów. Czyli piśmiennych komputerowo Polaków.

Nikt nie ma czasu na głupstwa, na ocenę poszczególnych działań, wypowiedzi, projektów i programów, skoro bierze udział w walce Dobra ze Złem. Dobro jest absolutne, Zło również. Ludzie, którzy w ocenie rycerzy wojny moralnej na górze znaleźli się po ciemnej stronie mocy, są wrogami Dobra, muszą więc być pozbawieni jakichkolwiek cech ludzkich. Odczłowieczeni i wdeptani w ziemię. Z wzajemnością z drugiej strony. Argumenty rzeczowe są zbyteczne, skoro PiSiak z jednej a POmiot z drugiej są odrażający, podli, źli.

Nigdzie tak jaskrawie nie widać naszej dwupartyjności jak w Internecie. Ale dostrzeżenie tego faktu pozwala widzieć, że podobnie jest w publicystyce gazetowej, a także w języku i manierze, którymi posługują się politycy z pierwszych stron gazet. Haman i Ahaswer. Ahaswer i Haman. Biblijny wymiar nieustającej kampanii wyborczej w państwie dwupartyjnym.

Taka walka na moralnie zmeliorowanym polu bitwy wymaga nie rozumu, ale wiary. Ludzie małowierni, za to rozumni, boją się odezwać, aby ich głos, w który wkładają wysiłek przyzwoitości i rozsądku, nie został zakwalifikowany mocą odruchu jako świadectwo przynależności do świata ciemności, zaprzedania duszy diabłu. Jako wołanie kloaczne i defekacja świętości.

Wszyscy przeciw

Nie wiem, co było początkiem naszej dwupartyjności polegającej na konflikcie między okadzaniem Świętowida Tuska i jego kapłanów a wleczeniem ubranego w czapkę błazeńską Kaczyńskiego na stos ofiarny. Albo przeciwnie, na wynoszeniu Kaczyńskiego na ołtarze i hańbieniu Tuska.

Nie wiem, kto to zaczął, kto zainicjował, ale dość dziwne, kulturowo i cywilizacyjnie, wydaje mi się, że tak wielu światłych, niegłupich ludzi tak gorliwie w tym przedstawieniu, upozowanym na politykę, uczestniczy. Być może zasada jedynej słuszności, absolutyzmu nieoświeconego kagankiem rozumu jest dziedzictwem PRL.

Niewykluczone, że dwupartyjność dla nas, sierot po PZPR, to też za dużo. Potrzebujemy do życia, do swobodnego oddychania, do poczucia racji systemu jednopartyjnego, gdzie wszyscy mogliby, jak wtedy, być przeciw.

Jeśli o mnie chodzi, ja się nie nadaję. Ale niewykluczone, że jestem osamotniony.

Autor jest publicystą i felietonistą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Znaj proporcję, mocium panie

2 cze 2009

Polski sukces – to znaczy te 0,8 procent sukcesu – ma jedną piękną stronę. Obalił propagandową tezę, że przynależność do strefy euro jest najlepszym sposobem uchronienia się od kryzysu. To zrozumiałe, kraje euro zostały bardziej dotknięte kryzysem niż kraje walut narodowych

Propaganda to jest trudna, godna podziwu sztuka. Coś jak wyciąganie królika z kapelusza, pod warunkiem wszakże, że się tam tego królika uprzednio nie włożyło. Słowem, propaganda to nie jest wyciąganie z cylindra realnego, żywego królika, który może chrupać marchewkę i rozmnażać się jak królik, a na końcu można go obedrzeć ze skóry na czapkę, upiec w maderze i zjeść, tylko samej idei królika, pozoru królika, fantomu sterczących uszu i pompona z tyłu.

Złudzenie za 2 biliony euro

Najdziwniejsze, że propaganda czasami bywa skuteczna. Nawet w gospodarce. 20 lat temu, w Roku Pańskim 1989, nikt ani w Polsce, ani nigdzie indziej na świecie nie wierzył, że PRL – jak to głoszono jeszcze w czasach Gierka, przed wybuchem „Solidarności” – należy do dziesięciu najbardziej rozwiniętych krajów świata. Żadna propaganda tu nie pomagała. Niepotrzebna była statystyka, ani prawdziwa, ani nieco podrasowana. Poziom gospodarczy, jaki jest, każdy widział gołym okiem. Dlatego doszło do oddania władzy przez komunistów. Oni też widzieli.

Natomiast w Republice Federalnej Niemiec elity polityczne, łącznie z rządem i kanclerzem Helmutem Kohlem, były przekonane, że propagandowa wizja NRD jako siódmego mocarstwa gospodarczego świata wykrzykiwana z Berlina Wschodniego jest prawdziwa. Na podstawie propagandy, a nie na podstawie znajomości rzeczy, w Bonn wykalkulowano sobie wtedy, że zjednoczenie Niemiec zostanie sfinansowane gładko dzięki wysoko rozwiniętej, produktywnej i dochodowej gospodarce NRD.

To złudzenie kosztowało do tej pory zjednoczone państwo niemieckie około 2 bilionów euro. Nie mówiąc o funduszach unijnych. I nadal różnice między obu częściami Niemiec nie są wyrównane.

Piękny był wyczyn propagandowy rządu Meksyku, który przez ostatnie dwa lata przed hiperkryzysem, który omal nie starł państwa meksykańskiego z powierzchni ziemi, chełpił się, że ma najlepszy bilans handlu zagranicznego. Gigantyczną nadwyżkę. A to po prostu inwestorzy zagraniczni wywozili wszystko, co się dało, aby ratować choć część własnych pieniędzy. Znajomy biznesmen amerykański powiedział mi potem, że gdyby się opłacało, wywoziłby także kaktusy i grzechotniki.

Polska – mocarstwo ekonomiczne

Z ekonomią nie ma żartów. To dziedzina, w której propaganda, nawet pozornie skuteczna, wielce jest niebezpieczna. Wzięta za dobrą monetę rozbudza nadzieje, których spełnienie nie zależy ani od propagandzistów, ani od ich mocodawców. Zachłyśnięcie się sukcesem gospodarczym statystyk z I kwartału tego roku jest cokolwiek za głębokie. Telewizja TVN 24 ogłosiła nawet po wystąpieniu premiera Donalda Tuska i ministra Jacka Rostowskiego na wspólnej konferencji prasowej, że jesteśmy mocarstwem ekonomicznym. Jak kiedyś NRD.

Wszystko dlatego, że zanotowaliśmy wzrost PKB, podczas gdy większość krajów europejskich jest na solidnym minusie. Pięknie – ale, znaj proporcję, mocium panie, jak powiadał stary Fredro.

„Nawoływanie do dumy narodowej z tego, że – na razie przynajmniej – uniknęliśmy recesji, jest trochę przesadzone”

Niemcy, dla przykładu, mają dramatyczny spadek PKB rzędu 6,9 proc. My wzrost rzędu 0,8 proc. Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego PKB Niemiec per capita wynosił w ubiegłym roku 44 660 dolarów. Polski – 13 799. Gdyby, co bardzo mało prawdopodobne, ta tendencja się utrzymała i Niemcom spadałoby o prawie 7 procent rocznie, a Polakom rosło o 1 procent, to zrównalibyśmy się z RFN już za lat dziesięć. Co nie znaczy, że zostalibyśmy mocarstwem. To Niemcy przestaliby nim być.

Kryzys na miarę naszych możliwości

W kryzysie bardzo liczy się punkt wyjścia. Poziom, od jakiego się zaczyna i spadać, i bronić przed spadkiem. Nawoływanie do dumy narodowej z tego, że – na razie przynajmniej – uniknęliśmy recesji, jest trochę przesadzone. To tak jak radość i duma właściciela warsztatu wypalającego świszczące kogutki z gliny, podczas gdy sąsiedni koncern elektroniczny przeżywa trudności.

W czasie poprzedniego kryzysu z lat 30. Antoni Słonimski napisał ironicznie o II RP, że w czasach, w których upadają wielkie międzynarodowe firmy, mały sklepik chrześcijański może się jeszcze długo utrzymać na powierzchni.

Polski rząd obecny byłby godny pochwały za jedno – że nie uległ pokusie wspierania pieniędzmi publicznymi zagrożonych kryzysem przedsiębiorstw. Byłby, gdyby miał kogo (poza stoczniami) wspierać. Ale nie mamy polskich banków, które się przespekulowały, ani polskich koncernów o światowym znaczeniu, którym grozi upadłość z powodu stagnacji. Nasza gospodarka jest skromna, więc i kryzys mamy skromny. Nie na miarę potrzeb, ale możliwości.

Polski sukces, to znaczy te 0,8 procent sukcesu, ma jedną piękną stronę. Obalił inną propagandową tezę, że przynależność do strefy euro jest najlepszym sposobem uchronienia się od kryzysu. Już jakoś nikt o tym nie mówi, co zrozumiałe, skoro kraje euro zostały dotkliwiej dotknięte kryzysem niż kraje walut narodowych.

Świetnie by było, gdyby oddzielić ekonomię od propagandy w interesie rozsądku. Ale to się nie uda. Rozsądek ma znacznie mniejszy interes niż politycy.

Autor jest felietonistą i publicystą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Przegląd wiadomości koniecznych

25 maj 2009

Z drugiej Irlandii została nam tylko resztówka – Declan Ganley. Trwa spór, czy Wałęsa jest drugim Ganleyem, czy Ganley drugim Wałęsą

Strasznie się u nas w Polsce zrobiło smutno, ponuro i nerwowo. Zwłaszcza nerwowo. Nigdzie indziej w Europie życie publiczne nie jest tak emocjonalne jak nad Wisłą. Znajomi dzwonią do siebie, pytając, czy już się dziś wzburzyłeś… Nie zawracaj mi głowy, bo jestem skrajnie wstrząśnięty… Ludziom pocą się ręce i pachy z emocji. Każdy dzień przynosi nowe wzruszenia. Burza uczuć co chwila, co kwadrans wstrząsa społeczeństwem. Nikt nie ma czasu na myślenie, bo zajmuje go oburzenie albo wzruszenie, albo cierpienie.

Prawdziwy romantyzm polski. Nie mędrca szkiełko i oko, ale łzy czyste, rzęsiste. Chmurnie i górnie, co dzień powtórnie. Rzewne uczucie i sercem szczucie. Łzawe tęsknice i nocne wycie. Ocean złości, a w perspektywie chrzęst łamanych kości. Tak sobie żyjemy jak na oddziale maniaków szpitala psychiatrycznego. Wszystko przez to, że wszelka informacja publiczna, wszelkie wystąpienia polityczne, przemówienia i wywiady osobistości wszelkich adresowane są nie do umysłów, tylko do emocji. Każdy komentator czuje się w obowiązku określić uczuciowo, żeby nie odstawać.

Któregoś dnia wypalimy się emocjonalnie i zostanie z nas pusta pałuba, Golem gliniany, który myśleć się nigdy nie nauczył, a kochać nie może, bo się wyczerpał w strachu i nienawiści. Być może o to właśnie chodzi w tej burzy uczuć przetaczającej się nad Polską.

Zróbcie sobie przerwę, Polacy. Można na to wszystko patrzeć inaczej.

Przeczytaj cały artykuł

Autor jest felietonistą i publicystą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Manifest kuchenny

18 maj 2009

Kuchnia, a nie Parlament, będzie nadzieją Europy. Jeżeli oczywiście brukselskie urzędasy w swoim pędzie do regulacji wszystkiego nie stworzą jednej centralnej receptury na mielonego

Pan Bóg pokazał Adamowi Ewę i rzekł: wybierz sobie żonę. Skończyło się wygnaniem z raju. Potem Pan Bóg wybrał Żydów. Do dziś nie mogą się pozbierać. Parys musiał wybrać, której bogini ofiarować jabłko Hesperyd. Wybrał Wenus i Troja padła. Cezar wybierał, czy przekroczyć Rubikon, czy nie. Przekroczył i został zamordowany przez Brutusa. Kolumb wybrał się do Indii, a trafił do Ameryki, czego skutki świat odczuwa do dziś. Niemcy w 1933 roku wybrali Hitlera, a nie komunistów. Dlatego zamiast łagrów powstały obozy koncentracyjne.

Wybory zazwyczaj kończą się fatalnie, jeśli mają w ogóle jakieś następstwa i znaczenie. Czego nie można powiedzieć o wyborach do Parlamentu Europejskiego. Przeglądam codziennie sporą porcję prasy europejskiej, w tym i polskiej. I nadziwić się nie mogę, ponieważ mam wrażenie, że albo te wybory odbywają się wyłącznie w Polsce, albo że tylko Polacy przywiązują do ich rezultatów jakiekolwiek znaczenie.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Romans tysiąclecia, czyli od Homera do premiera

11 maj 2009

Dziś o miłości nie decydują celne strzały Amora, a o zdradzie – podszepty i namowy centaurów. Z całego boskiego areopagu pozostała przy życiu i cieszy się dobrym zdrowiem jedna jedyna tylko bogini: pomsty dziejowej, Nemezis

Rozgrywa się przed naszymi oczyma istna historia trojańska. Piękna Katarzyna Hejke, dziennikarka „Gazety Polskiej” (księżniczki na ogół lądują teraz w mediach), poślubiła Krzysztofa Hejkego, który za czasów Homera byłby niewątpliwie następcą tronu w Sparcie albo i gdzie indziej. Ale w sielankę wtrąciły się trzy boginie i obiecały Katarzynę księciu IPN Januszowi Kurtyce. Książę uwiódł piękną Katarzynę teczkami i porwał ją do archiwów IPN, ku podziwowi i oburzeniu świata cywilizowanego.

Takie akty gwałtu są dobre między barbarzyńcami, nic dziwnego, że nawet Niebianie z wysokości Olimpu Wyborczego zatrzęśli się z oburzenia.

No dobrze, ale co dalej? Za czasów przedhomeryckich mąż zdradzony zorganizowałby był huf zbrojny i przystąpił do oblężenia IPN. Po dziesięciu latach szturmów na mury, po krwawych starciach i hekatombie kwiatu rycerstwa antylustracyjnego (niewykluczone, że poległby nawet najdzielniejszy z dzielnych, Wojciech Czuchnowski, trafiony strzałą w piętę), oblegającym udałoby się było wprowadzić za mury profesora Andrzeja Friszke, przebranego za konia, mimo kasandrycznych ostrzeżeń Piotra Gontarczyka. IPN byłby padł i rozsypał się w gruzy, spoczywając przez kilka następnych tysięcy lat w oczekiwaniu na swego Schliemanna.

Donos prozą

Ale dziś nikt nie ma tyle czasu. Dziś, do rozstrzygania losów ludzkich nie są potrzebni bogowie olimpijscy, jabłka Hesperyd, Parki przędące nici życia i cały ten mitologiczny i bajkowy kram. Dziś o miłości nie decydują celne strzały Amora, a o zdradzie podszepty i namowy centaurów. Z całego boskiego areopagu pozostała przy życiu i cieszy się dobrym zdrowiem jedna tylko, jedyna bogini – Nemezis, bogini pomsty dziejowej, córka Nocy, nieubłagana w karaniu butnych i zuchwałych.

Jedna bogini, gdyby nawet była sprawna, to za mało, by powstawały homeryckie poematy o miłości, zdradzie i zemście. Toteż zamiast poematu epickiego, jak u Homera, pan profesor Krzysztof Hejke, świadomy przemian cywilizacyjnych, jakie dokonały się od czasów Heleny i Parysa, usiadł i napisał zwykły donos prozą do prokuratury, że prezes IPN Janusz Kurtyka uwiódł mu żonę mamiąc ją, jak dawniej mamiło się klejnotami, dostępem do teczek stanowiących tajemnicę państwową, a słaba kobieta uległa.

W poszukiwaniu rogów

I teraz mamy następującą sytuację prawną: prokuratura prowadzi śledztwo przeciwko uwodzicielowi, we wtorek romansem ma się zająć Kolegium IPN, a całej sprawie gorliwie kibicują wcale nie tabloidy – co byłoby nawet normalne – tylko najpoważniejsze gazety, niosące na swych spracowanych barkach już od 20 lat losy ojczyzny, oraz telewizje informacyjne, oglądane także przez nieletnich.

Prokuratura będzie musiała najpierw ustalić stan faktyczny, to znaczy stwierdzić, czy miał miejsce akt zdrady. Nie wiem, jak się to robi dziś. Z opowieści z czasów stalinowskich wiem, że kiedy para dziennikarzy (para składała się w tych czasach z dwojga osobników różnej płci) gazety „Głos Pracy” pojechała do Łodzi opisać wytężony trud tamtejszych włókniarek przy budowie lepszego jutra, powstało podejrzenie, że być może złamała przy okazji moralność socjalistyczną za pomocą stosunków pozamałżeńskich.

W całej tej zabawie polityków w IPN o to tylko chodzi, że z kolejną zmianą rządu zmienia się hierarchia teczek

Wydelegowano do Łodzi speckomisję, która miała ustalić fakty. Śledczy tej komisji powrócili z wypiekami na twarzy, przywożąc poważne poszlaki – podejrzani wprawdzie mieli w hotelu osobne pokoje, ale wedle zeznań pokojówek w jednym z nich pościel była nienaruszona. Egzekutywa już miała orzec karę partyjną, kiedy sprowadził ją na ziemię zalany w pestkę uczestnik narady pytaniem: czy komisja wąchała prześcieradło z tego drugiego pokoju.

Nie wiem, co będzie wąchać i gdzie węszyć prokuratura i Kolegium IPN. Być może ograniczy się do obejrzenia – w poszukiwaniu rogów – głowy prof. Hejkego, który przy tej okazji mógłby zacytować Wergiliusza: „Oby z kości naszych powstał mściciel”, na co mógłby mu odpowiedzieć Kurtyka Juwenalem: „Zemsta jest zawsze rozkoszą miernych, słabych i małostkowych umysłów”.

Mógłby z tego wyniknąć całkiem ładny turniej poetycki, ale pewnie wyniknie akt oskarżenia – Kurtyka pójdzie siedzieć za niemoralność, a na jego miejsce przyjdzie ktoś mniej jurny, za to bardziej spolegliwy. Taki, który wie, czyje teczki należy ujawniać, a czyje utajniać. W końcu w całej zabawie polityków w IPN o to tylko chodzi, że z kolejną zmianą rządu zmienia się hierarchia teczek.

Prawo szarijatu nad Wisłą

Być może ta idiotyczna historia jest tylko grą operacyjną jakichś służb specjalnych, które nie mają nic lepszego do roboty, jak tylko rozprowadzać IPN przy pomocy narzędzia tak elastycznego, jak ego prof. Hejke. Każdy facet to ma. Dwie wódki, trochę perswazji i każdy rogacz zapłacze, choć nie każdy napisze list ze skargą na kochanka żony do prezydenta państwa.

Jesteśmy poważnym krajem, toteż intrygi polityczne są u nas również poważne, tyle tylko, że ludzie są nieuważni i często tego nie dostrzegają, pukając się w czoło.

Oczywiście, najlepiej by było, gdyby obowiązywało u nas prawo szarijatu. Wtedy zamiast bawić się w prokuratorskie śledztwa i kolegialne narady, wyprowadzono by oboje winowajców, Katarzynę Hejke i Janusza Kurtykę, za rogatki w towarzystwie wrzeszczącego i podnieconego tłumu dziennikarzy i tam ukamienowano.

Ciekaw jestem tylko, kto miałby prawo rzucić pierwszy kamieniem – zdradzony mąż czy premier rządu, który to wszystko w końcu, z własną wiedzą lub bez, firmuje.

Autor jest publicystą i felietonistą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polacy, niewielki wysiłek, a zostaniecie snobami

3 maj 2009

Anglicy wiedzą cokolwiek o tym, o czym chcą wiedzieć, a na ogół nie jest to potrzeba rozległa

Zbulwersowała mnie krótka notatka w „Polityce” o jakimś idiocie, który na łamach dziennika „The Guardian” nawypisywał głupstw na temat Polski, takich przekraczających zwykłą miarę. Ale nie sam „Guardian” mnie zdziwił – w końcu ta gazeta wyspecjalizowała się w wypisywaniu głupot na każdy temat – tylko objaśnienie powodów ignorancji brytyjskiej tym, że Anglicy więcej wiedzą o Indiach niż o Polsce.

To nie jest prawda. Anglicy wiedzą cokolwiek o tym, o czym chcą wiedzieć, a na ogół nie jest to potrzeba rozległa. Niewiedza na temat świata zewnętrznego jest nie tylko wyrazem obojętności, co potwierdza moja rozmowa z sąsiadem, skądinąd kulturalnym facetem, który na moją informację, że właśnie rozpadł się amerykański prom kosmiczny Challenger i pokazują to w telewizji, odparł, wzruszając ramionami: – Nigdy nie włączam telewizora przed 17. I dodał: – A co cię to w ogóle obchodzi?

Jest ona także, jak wynika z moich doświadczeń angielskich, elementem snobizmu. Po prostu człowiekowi z towarzystwa nie wypada wiedzieć różnych rzeczy, które nam, Polakom, wydają się konieczne z przyczyn cywilizacyjnych. U Anglików jest odwrotnie. Mają inną hierarchię oglądu świata niż my, skierowaną do wewnątrz, a nie na zewnątrz, co potwierdza piękny, zapamiętany przeze mnie rysunek z 1984 roku: spiker w telewizorze mówi: „Przed chwilą wybuchła III wojna światowa i rakiety sowieckie za pięć minut uderzą w Londyn. Ale na razie podamy wyniki gonitw z Ascot”.


Jak się ta wyspa nazywa?

Snobizm angielski polega nie tylko na tym, aby nie wiedzieć, ale aby się tym szczycić. Jako szczególną cnotą, dezynwolturą wobec świata. Na potwierdzenie tego mam świadectwo tak piękne, że nie mogę się powstrzymać od jego zaprezentowania. To fragment wydanej po raz pierwszy w 1946 roku uroczej i zabawnej (w stylu zwanym u nas humorem brytyjskim) książki „Jak być Brytyjczykiem” („How to be a British”) autorstwa węgierskiego emigranta Georga Mikesa. Pozwalam sobie przytoczyć fragment:

„Niedawno, pewnego wieczoru jadłem obiad z grupą osób. Jedna z nich – mężczyzna nazywany Trevorem – nagle przerwała swoje rozważania i zapytała głosem pełnym zastanowienia:

– Och, mam na myśli tę wielką wyspę u wybrzeży Afryki… Wiecie, w pobliżu Tanganiki… Jak ona się nazywa?

Nasza gospodyni zaćwierkała: – Obawiam się, że nie mam pojęcia. To nie jest dobry pomysł pytać mnie, mój drogi. Spojrzała w stronę gości: – Myślę, że Evelyn mogłaby…

Evelyn urodziła się i wychowała w Tanganice, ale potrząsnęła gwałtownie głową: – Nie mogę sobie przypomnieć w tym momencie. Może sir Robert…

Sir Robert był brytyjskim rezydentem w Zanzibarze – miejscu, o które chodziło – przez 27 lat, ale on także potrząsnął głową z determinacją.

- Umknęło mi również. Te pospolite afrykańskie nazwy. Wiem, że to się jakoś nazywa, albo inaczej.

Pan Trevor, który postawił ten problem, okazywał rosnącą irytację. – To przeklęte miejsce jest dość blisko Dar es Salaam. Nazywają je… Poczekajcie minutkę…

Widziałem, że ma nazwę na końcu języka. Chciałem być pomocny. – Czy to nie nazywa się Zan…

Jeden lub dwa zabójcze spojrzenia nakazały mi się zamknąć. Słowo utknęło mi w gardle. Kontynuowałem w tym samym zadumanym tonie. – Sądzę… to, co myślę, czy to nie jest Czechosłowacja?

Wiceprezydent jednego z naszych towarzystw geograficznych smutno potrząsnął głową. – Nie wydaje mi się… nie mogę być naturalnie pewnym… ale nie myślałbym tego.

Pan Trevor był absolutnie zdesperowany. – Na południe od równika. Brzmi jakoś tak…

Ale nie mógł wymówić słowa. A wtedy szlachetnie wyglądający starszy dżentelmen, z białą kozią bródką, uśmiechnął się przyjaźnie do Trevora i rzekł konfidencjonalnym, gardłowym głosem. – Ta wispa jezt nazziwana Zsangtsibar, tak?

W pomieszczeniu zapadła śmiertelna, porażająca cisza. A wtedy emerytowany pułkownik po mojej lewej stronie pochylił się, szepnął mi do ucha. – Raz Niemiec, zawsze Niemiec.

A biskup po mojej prawej dodał z irytacją. – I jeszcze są zaskoczeni, kiedy mamy wobec nich uprzedzenia”.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Moje życie z kosmitą

27 kwi 2009

W moim ogródku, na trawniku, pojawił się tajemniczy krąg. Tyle tylko, że inaczej niż w Anglii albo w Wylatowie, gdzie kręgi są wydeptywane w zbożu, u mnie w ciągu jednej nocy trawa w okręgu o średnicy mniej więcej dwóch metrów puściła się bujnie. Do pasa. Mało tego, powyrastały w niej chabry, kąkole, koniczyny i jeszcze jakieś kwiatki. Dzięcielina pała też.

Dookoła wystrzyżony na krótko trawnik w stylu wimbledońskim, a pośrodku dzikie kółko. Po prostu puszcza trawiasta. Zachodziliśmy w głowę, jakie siły mogły tu zadziałać. Powstało parę teorii – w naszym ogródku jest czakram, przecięcie linii geomagnetycznych, źródło wyjątkowej energii, które spowodowało lokalne przyspieszenie ewolucji. Jeden z sąsiadów, kantysta, przewidywał, że przy tym tempie przemian za rok wyrośnie tu trzcina myśląca, jeśli tylko niebo będzie rozgwieżdżone. Fideiści dostrzegli w trawie palec boży. Racjonaliści przypuszczali, że ogrodnikowi rozsypał się nawóz.

Ja chciałem wezwać uczonych z Polskiej Akademii Nauk, ale żona się sprzeciwiła. Bała się, że w dążeniu do prawdy zadepczą rabaty z różami. Gubilibyśmy się w domysłach do dziś, gdyby nie to, że wieczorem ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłem. Stał w nich mały, zielony ludzik. Przedstawił się, że jest z Marsa, i wyjaśnił, że został przysłany do naszego ogródka, aby za pomocą wygniecionego kółka przekazać nam znak kosmicznego pokoju.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jubileusz pamięci narodowej

20 kwi 2009

Niedługo będę obchodzić, przecież nie jako jedyny w Polsce, jubileusz 20-lecia pisania o tajnych współpracownikach, ich oficerach prowadzących, donosach, teczkach, konfidentach, esbekach, lustracji i dekomunizacji. Chociaż nie jestem jedyny – przeciwnie, każdy, kto umie pisać (a także wielu z tych, którzy nie potrafią), wypowiadał się wielokrotnie na te tematy – to nie spodziewam się jakichś obchodów narodowych rocznicy inicjacji największej i najbardziej emocjonalnej dyskusji w ponadtysiącletnich dziejach Polski.

Ani chrzest Polski, ani unia polsko-litewska, ani nawet rozbiory nie wzbudziły tak żywych emocji i tak rozległych dysput, jak zdawałoby się prosta sprawa: jak postępować ze spuścizną urzędową po byłej SB.

Usiłowałem obliczyć, ile napisałem na ten temat tekstów. Wystukałem w komputerze hasła „teczki” i „IPN” i wyskoczyła mi taka ilość artykułów, że przekroczyła moje kompetencje arytmetyczne. To znaczy, było ich tyle, że nie chciało mi się liczyć. Mnożąc to przez liczbę piśmiennych zwolenników i przeciwników lustracji, uzyskalibyśmy z pewnością rezultat zwany (przez takich leni jak ja, którym nie chce się liczyć) astronomicznym.

Można by opisywać tę liczbę poetycko, że do wyprodukowania papieru zużytego na te artykuły i notatki trzeba by wyciąć Puszczę Białowieską razem z Piską. Albo że gdyby egzemplarze gazet, w których zostały wydrukowane, ułożyć jeden za drugim płasko na ziemi, powstałaby autostrada opasująca równik trzy razy. Za honoraria pobrane za te teksty można by zlikwidować głód w Afryce i postawić na nogi gospodarkę Bangladeszu i jeszcze by starczyło na urządzenie pikniku z grillem i piwem dla wszystkich Polaków. Energia zużyta na spory lustracyjne wystarczyłaby natomiast do uniezależnienia Polski od dostaw gazu i ropy z Rosji. To by dopiero była prawdziwa dywersyfikacja.

A przecież to jeszcze nie koniec. To dopiero początek.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Apokalipsa tuż–tuż

5 kwi 2009

Najgorsze jest to, że gniew Boga można było przebłagać żalem za grzechy i modlitwą. Apokalipsy wieszczonej przez uczonych odwrócić się nie da

Przez całe tysiąclecia ludzie wierzyli, że koniec świata jest blisko. Apokalipsa jest tuż-tuż, za chwilę nastąpi Armagedon, zagłada, upadek, zniszczenie i pustka. Znany był nawet scenariusz. Miały się rozstąpić niebiosa, zagrzmieć trąby i Bóg z tronu niebieskiego, zagniewany grzechami i występkami ludzkości, miał położyć kres nieprawościom i światu samemu. Kapłani wszelkich wyznań podtrzymywali tę wiarę, aby wymusić na swoich wiernych przestrzeganie zasad moralnych i pożądane zachowania. Opium dla ludu było podszyte strachem przed kresem stworzenia.

Bóg przestał nam być potrzebny, boskość się zdemokratyzowała i sami jesteśmy dziś sobie bogami. Także w sprawie końca świata jesteśmy samowystarczalni. Możemy go sobie zafundować sami, bez boskiej pomocy. Ale zasada pedagogiki społecznej i wymuszania lękiem postaw i zachowań uważanych za słuszne, wypracowana przez religie, pozostała bez zmian. Jedynie kapłani się zmienili. Dziś prorokami i kapłanami apokalipsy są uczeni, naukowcy tworzący wizję oraz politycy potrafiący je wykorzystać dla sprawowania władzy i rządów dusz.

Koniec świata zacznie się od strusi

Przykazanie dawnych, ciemnych wierzeń głosiło: nie zabijaj – i wielu go przestrzegało nie tylko dlatego, że wierzyli, iż zabijanie jest złe, ale także mając w duszy lęk, że kolejne, właśnie to zabójstwo może przelać czarę boskiej cierpliwości i Bóg w gniewie popędzi wszystkich do doliny Jozafata na Sąd Ostateczny. Dziś mamy nowe, światłe (dosłownie i w przenośni) przykazania, o gaszeniu żarówek na przykład. Gasząc żarówkę, postępujesz nie tylko moralnie, ale być może zapobiegasz ostatecznej katastrofie, bo nigdy nie wiadomo, czy to aby twoja lampa nie będzie tą, która niewyłączona ostatecznie zniszczy życie na ziemi.

Najgorsze jest to, że gniew Boga w końcu można było przebłagać żalem za grzechy i modlitwą. Apokalipsy uczonej odwrócić się nie da. Tak czy inaczej koniec jest blisko. Scenariuszy jest kilka, ale żaden nie daje powodów do nadziei. Nic. Albo nastąpi globalne ocieplenie klimatu. Najpierw wymrą polarne niedźwiedzie i pingwiny. Potem Eskimosi. Następnie biała rasa umiarkowanej dotąd strefy klimatycznej. Na końcu ugotują się Murzyni.

Albo będzie odwrotnie i nastanie nowa epoka lodowcowa. Wtedy koniec świata zacznie się od strusi i Murzynów, a skończy na Eskimosach i morsach. Gdybyśmy zgasili wszystkie żarówki, przestali wydychać dwutlenek węgla i wydzielać metan, to i tak nic nie pomoże. Wybuchnie superwulkan, w ziemię uderzy planetoida lub kometa. I koniec. Po wszystkim.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mój serwis – wydanie na prymaaprylus

29 mar 2009

Generał Jaruzelski odmówił Platformie kandydowania w wyborach do europarlamentu z pierwszego miejsca listy. Rozmowy z generałem Kiszczakiem jeszcze trwają

Już za dwa dni prima aprilis. Trzeba się przygotować. Wyostrzyć zmysły, natężyć intelekt, aby odróżnić bezbłędnie informację od dezinformacji. To, co jest dla jaj, od tego, co na poważnie.

Z biegiem czasu takie rozróżnienie jest coraz trudniejsze. Ludzkość wyzwala się coraz szybciej z niewoli faktów, w której jęczała przez tysiąclecia, i wybija się na kreatywną niezależność. Ambicją mediów nie jest opisywać i komentować to, co jest, ale tworzyć to, czego wprawdzie nie ma, ale być powinno. Wznoszenie gmachów ze słów jest popularniejsze od tradycyjnego budownictwa kamienno- betonowego. Gmachy ułudy wznosi się szybciej i skuteczniej, co widać choćby na przykładzie naszych autostrad.

Wolterowski Kandyd, prostaczek XXI wieku, rozróżnia prawdę od zmyślenia po dacie publikacji. 1 kwietnia jest zarezerwowany dla kłamstwa, pozostałe 364 dni w roku dla prawdy. Ale kto wie, czy już za chwilę nie będziemy mieli prymaaprylusa trwającego cały rok, a tylko 1 kwietnia politycy i komentatorzy, dla zabawy, dla hecy, całkiem wyjątkowo nie przemycą nam, tym samym tonem, tą samą czcionką, prawdy o czasach i ludziach. Wszystko zmierza w tym kierunku. Trzeba być przygotowanym na wstrząs pierwszokwietniowy.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop