Wpisy w kategorii „Maciej Rybiński”

Kwestia sumienia

21 sie 2009

Jest w opowiadaniu Stanisława Lema „Rozprawa” z cyklu „Opowieści o pilocie Pirxie” taki dialog:

” – Będę milczał, jeśli uznam to za możliwe.

– Za możliwe?

– Za wskazane.

– Ze względu na jakie kryteria?

– Tak zwane sumienie, proszę pana”.

Tak zwane sumienie. Pojęcie w III Rzeczypospolitej całkowicie zapomniane. Wyeliminowane z obiegu publicznego. Niczego już się u nas nie mierzy miarą sumienia. Są inne systemy miar i wag do oceny czynów, słów, deklaracji i intencji. Bardziej praktyczne niż sumienie.

Mieliśmy festiwal takich ocen w wypowiedziach wyg politycznych, wycieruchów partyjnych, krętaczy i kombinatorów po dramatycznym wystąpieniu dowódcy Wojsk Lądowych generała Waldemara Skrzypczaka na temat niedostatecznego wyposażenia naszych żołnierzy w Afganistanie. Zastanawiano się, dlaczego generał to zrobił, czemu powiedział to, co powiedział, i nikomu, dosłownie nikomu, nie przyszło do głowy, że ze względu na podstawowe, ludzkie kryterium – kryterium sumienia.

Przypisano Skrzypczakowi najrozmaitsze motywy, na ogół polityczne bądź osobiste, poza poczuciem winy, odpowiedzialności i przyzwoitości. Najdalej poszedł były minister obrony Janusz Onyszkiewicz, dywagując długo i wyczerpująco, jak to w związku ze zbliżającym się końcem kadencji Skrzypczaka na stanowisku dowódcy postanowił on zdobyć rozgłos i zabłysnąć.

Ja rozumiem, że Onyszkiewiczowi ani wielu podobnym w ogóle co innego do głowy przyjść nie może, bo na takich właśnie spekulacjach i kombinacjach oparta jest ich obecność w życiu publicznym. Oni właśnie tak by postąpili z dokładnie tych powodów. Cała ta kamaryla politycznych pawi i głuszców za jedyne kryterium moralności ma użyteczność osobistą wszystkiego, co mówią i robią. I wedle takich tylko norm są w stanie oceniać postępowanie innych. Nie można oczekiwać niczego innego od ludzi, którzy pozbywszy się własnego sumienia, stracili wiarę w jego istnienie u innych.

Generał Skrzypczak postąpił, w mojej ocenie, jak człowiek sumienia. To znaczy człowiek honoru. Nie chciał dłużej gwałcić sumienia w imię szacunku dla procedur i pragmatyki służbowej. Dlatego musi przegrać. Nie można pchać się z sumieniem na salony.

Na jednym ze zjazdów PZPR jakiś sekretarz, o ile pamiętam z Radomia, obudził w sobie sumienie, wszedł na trybunę i powiedział, co myśli o PRL. A potem rozebrał się do naga i odwieziono go do Tworek.

Generał też rozebrał się z munduru i został odstawiony, bo sumienie, także dziś, może mieć tylko wariat.

Autor jest felietonistą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dialektyka stosowana

6 sie 2009

Są informacje niesłychanie kłopotliwe, z którymi nie wiadomo, co robić. Do tej kategorii należy wiadomość o odkryciu w archiwach IPN kwitów wskazujących na zbieranie przez SB jeszcze w roku 1989 kwitów i haków na Aleksandra Kwaśniewskiego i jego małżonkę. Łącznie z badaniem etnicznych korzeni przyszłego prezydenta.

Co z tym robić? Jak zakwalifikować? Czy jest to kolejny, odrażający wybryk pseudohistoryków z IPN, idących na pasku, a jeśli tak, to w tym przypadku, na czyim? Stosując powszechnie przyjętą poetykę ocen działalności instytutu mamy niewątpliwie do czynienia z ohydnym i niemoralnym grzebaniem w życiorysach. Pozostaje tylko do ustalenia, czy jest to grzebanie w życiorysie Kwaśniewskiego, Jaruzelskiego, Kiszczaka, jakiegoś niższego rangą funkcjonariusza czy też może w syntetycznym życiorysie każdego Polaka żyjącego tam i wtedy.

Należałoby, aby nie czynić wyrwy w jednolitym froncie antylustracyjnym i nie robić zamieszania w głowach Polaków, tych zmęczonych historią i preferujących patrzenie w przyszłość, kogoś potępić. Tylko kogo. Odruchowo oczywiście IPN i jego mocodawców. A może tym razem SB i jej mocodawców.

Doprawdy, trudna sprawa. Sądzę, że jej rozwiązanie zależy od tego, czy w dokumentach zachowały się dane tajnych współpracowników, którzy dostarczyli informacji o Kwaśniewskich, i kim byli ci TW. A raczej kim są dzisiaj.

Jeśli są kimś i na dodatek równie pożytecznym jak wówczas, możliwych jest kilka interpretacji. Donosili na Kwaśniewskiego, ale mu nie szkodzili, czego dowodzi jego dalsza kariera. Cała dokumentacja to fałszywka wymierzona w generała Jaruzelskiego i honor Kiszczaka. Wreszcie, sposób najwygodniejszy. Zadanie pytania, dlaczego dokumenty ujawniono właśnie teraz, a nie wcześniej albo później.

Trzeba będzie włożyć spory wysiłek intelektualny, aby z tego wybrnąć, i najtęższe głowy antydekomunizacyjne i antylustracyjne, wszyscy Romanowscy i Czuchnowscy już je zapewne łamią. Oby tylko Aleksander Kwaśniewski nie wpadł na pomysł wystąpienia do IPN o status pokrzywdzonego, bo dostanie, i wtedy trzeba go będzie ogłosić PiS-owskim pomiotem i karłem moralnym. To proste zadanie powierzone zostanie, jak zwykle, Stefanowi Niesiołowskiemu.

Autor jest felietonistą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

12 tysięcy lat błędnego rozwoju

30 lip 2009

Chciałbym się przyczynić do podniesienia naszych dysput narodowych na wyższy poziom, sięgający wyżyn osiągnięć światowych.

Nie ma w końcu powodu, aby monopol na oświecanie Polaków miał „Dziennik” publikujący Żiżka, „Polityka” z dodatkiem dla inteligentów propagującym przemyślenia Żakowskiego z lektur amerykańskich albo „Gazeta Wyborcza” z esejami Michnika i o Michniku. Każdy powinien trzymać rękę na pulsie, aby nie przegapić wielkich idei, zdolnych pchnąć ludzkość na nowe tory.

Z takimi to ambicjami spieszę donieść, że ukazała się właśnie epokowa książka Toma Standage „An Edible History of Humanity” (Spożywcza historia ludzkości) wyjaśniająca wszystkie nieszczęścia i konwulsje dziejowe lepiej niż marksizm-leninizm, a nawet bardziej wiarygodnie niż Derrida, Habermas czy Michalski.

Tezą tej książki jest, że harmonijny rozwój ludzkości został zniszczony i pchnięty na fałszywe tory przez rolnictwo. Dopóki ludzie zajmowali się zbieractwem i myślistwem, żyli sobie w spokoju i zgodzie z naturą. Dopiero uprawa roli dała impuls wszystkim nierównościom, które gnębią nas dzisiaj. Podział na wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych. Podziały klasowe, wynalazki coraz to nowych broni, wojny. Nierówność płci. Choroby. Zmiany klimatu. A na końcu oczywiście system władzy jednych nad drugimi, polityka i podatki.

W świetle tych tez, podpartych autorytetem sławnych antropologów z Cambridge i Uniwersytetu Kalifornii, wspólna polityka rolna Unii Europejskiej wygląda na celowe działanie w celu wyniszczenia fizycznego i moralnej degradacji ludności naszego kontynentu. Dlatego też powinniśmy zainicjować poważną intelektualną dyskusję o przyszłości Polski i powrocie do systemu zbieractwa i myślistwa.

Ponieważ powrót do najświetniejszych czasów ludzkości, do hasania po lasach i zdrowego odżywiania się surową dziczyzną i korzonkami będzie jednak wymagał istnienia władzy rozdzielającej zadania, kto do jagód, kto na kuropatwy, i dzielącej łupy, nasza elita polityczna na pewno weźmie w takiej dyskusji żywy udział i wniesie, jak zwykle, istotny wkład.

Ale nie dlatego streszczam tutaj w największym skrócie to epokowe dzieło, tylko żeby zwrócić uwagę Platformy Obywatelskiej, że z perspektywy zgubnej roli rolnictwa całkiem inaczej wygląda wywiad wicepremiera Pawlaka, o którym tyle się mówi. PSL, jak świńska grypa, globalny kryzys i Kongres Kobiet Polskich są dalekim skutkiem obrania przez ludzkość fałszywej i tragicznej drogi. Wybór, co zlikwidować, aby wyjść na swoje – rolnictwo czy PSL – jest otwarty.

Autor jest felietonistą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Monopluralizm

23 lip 2009

Długo się zastanawiałem, po co Platforma Obywatelska dokonuje czy próbuje dokonywać zmian w systemie prawnym państwa zmierzających do podporządkowania rządowi ustrojowo niezależnych instytucji.

Takich jak NIK czy NBP. Pozbawienia prerogatyw prezydenta tylko dlatego, że nie jest związany z PO. Zmiany zasad funkcjonowania – jak w przypadku IPN. Albo wreszcie, kiedy poddanie instytucji (przynajmniej formalnie) niezależnej rządowi jest niemożliwe – likwidacja, jak w przypadku TVP i PR. Kombinowałem sobie naiwnie, że to jest krótkowzroczność, bo rząd może się zmienić po następnych wyborach, a nowe zasady podległości instytucjonalnej pozostaną.

Ale na szczęście przyszedł (do „Rzeczpospolitej”) Waldemar Kuczyński z artykułem „Polska chorobliwa dwupartyjność” i mnie oświecił. Zmiany ustrojowe, które wprowadza i do których dąży Platforma, stały się zrozumiałe. Na razie, przejściowo, mamy system dwupartyjny, PO i PiS, ale docelowo, przynajmniej w mniemaniu Kuczyńskiego – a przypuszczam, że nie tylko jego – system powinien być stanowczo jednopartyjny. Jedno państwo, jedna wizja, jedna partia.

W tej chwili na przeszkodzie realizacji tej wizji, do której tęskni większość Polaków, stoją małe ugrupowania, SLD i Stronnictwo Demokratyczne, upierające się nierozsądnie przy swojej odrębności. A przecież powinny przystąpić do Platformy, poprzeć ją bez zastrzeżeń i zagwarantować sobie status stronnictw sojuszniczych, kiedy już kierownicza rola PO w państwie i wiodąca w społeczeństwie zostanie zapisana w konstytucji.

A powinna zostać wpisana, bo PO jest jedynym puklerzem (przynajmniej mamy coś, co może zastąpić tarczę obiecaną przez Amerykanów) przeciwko PiS, zajadle nienawistnemu (w diagnozie Kuczyńskiego) wrogowi Rzeczypospolitej i konstytucji, dążącemu do zmiany porządku politycznego. Kuczyński nie przytacza wprawdzie żadnych dowodów na usiłowania PiS zmiany ustroju (poza nazwą IV RP), ale wychodzi ze słusznego założenia, że to każdy wie. Zwłaszcza każdy głupi.

Tymi narzędziami są polityka historyczna, lustracja, likwidacja WSI i obrona wartości. To są wszystko maczugi jaskiniowców służące do rozwalenia błogostanu Kuczyńskiego i innych światłych Polaków. Drobne poprawki ustrojowe, po których prezesa NIK i szefa NBP będzie mianował premier (pod warunkiem że będzie się nazywał Tusk), a specjalny Urząd Prawdy (jedynej) przypilnuje, aby głos jej wrogów nie był słyszalny, zapobiegną katastrofie dwupartyjności.

Stworzymy dla dobra ludzi nowy, idealny ustrój – monopluralizm, a Waldemar Kuczyński będzie głównym inspektorem centralizmu demokratycznego. Do tego tęsknimy 22 lipca i we wszystkie inne dni w roku.

Autor jest felietonistą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Znaszli ten kraj?

16 lip 2009

Teoretycznie rzecz biorąc, jesteśmy my wszyscy, Polacy, najlepiej poinformowanymi pokoleniami w historii.

Nigdy jeszcze tak wielu nie wiedziało tak wiele o wszystkim. Media prześcigają się w dostarczaniu nam wciąż nowej informacji i nikomu nie udaje się niczego ukryć. Dowiadujemy się o najintymniejszych i najtajniejszych sprawach natychmiast, a nawet jeszcze wcześniej.

Może dlatego, wedle badania opinii publicznej opublikowanego w „Gazecie Wyborczej”, Polacy są zadowoleni jak nigdy. Choć mówił mi pewien bardzo sędziwy socjolog, że w czasach saskich stopień zadowolenia Polaków był jeszcze wyższy.

Mówiąc kolokwialnie, urzędową polszczyzną, stopień uszczegółowienia informacji o Polsce i świecie współczesnym jest w tym temacie przodujący, to znaczy nie tylko dorównuje, ale nawet wyprzedza. Teraz wystarczy tylko zastosować klasyczną metodę dedukcji, którą każdy Polak zna z pism Conan Doyle’a, i złożyć sobie to bogactwo w jakiś spójny światopogląd.

Jednostki bardziej wysublimowane mogą dodatkowo użyć dialektyki, żeby im się w tym światopoglądzie zmieściły także bez konfliktu i w harmonijnej jedności wszystkie sprzeczności. Niestety, ludzie są leniwi i nikomu się nie chce. Polacy snują się wewnątrz tego społeczeństwa informacyjnego z gotowym światopoglądem i, zamiast go kształtować, wciąż na nowo, w miarę poszerzania wiedzy, po prostu przyjmują do wiadomości to tylko, co im do niego pasuje i co go wzmacnia. A odrzucają wszystko, co mogłoby go boleśnie naruszyć.

Jest to zapewne powód, dla którego niemal nikt nie oburza się i nie czuje wstrząśnięty informacjami o podważaniu niezależności NIK albo próbach spustoszenia rezerw NBP czy ograniczenia autonomii sądownictwa. To nie narusza odziedziczonego po przodkach światopoglądowego przekonania, że władza państwowa może być, jeśli tylko chce, absolutna.

Wracając do badań prof. Czapińskiego, że Polacy są zadowoleni, pozwalam sobie dodać, z czego są zadowoleni najbardziej. Z siebie. To pozwala im traktować poważnie tylko wiadomości o najemnikach w armii polskiej, o utrąceniu przez gejów Kamińskiego albo o dumnej rezygnacji Weroniki Rosati z kariery w Hollywood.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Krótsza Ryba, za to świeża

9 lip 2009

Redakcja przeniosła mnie z wnętrzności na drugą stronę i z poniedziałku na piątek. Słusznie, przestępca zawsze wraca na miejsce zbrodni, a druga strona to był przez lata mój zbrodniczy rewir, spływający krwią niewinnych ofiar.

Piątek też jest właściwszy, bo to dzień bezmięsny, a ja jestem Ryba. Piszę to wszystko, żeby zapobiec spekulacjom, że „Rzepa” się skończyła, że upada na podołek Skarbu Państwa, że będzie wydawać już tylko jedną kartkę, czyli pierwszą i drugą stronę, że moje przeniesienie to serwilizm wobec PiS lub ustępstwo wobec PO. Znak pokoju dla gejów. Pasaż do obozu eurokracjoentuzjastów. Duch antylustratorstwa. Albo, że ja się skończyłem. Nic z tego. Niedoczekanie. Będzie tylko krócej. Już jest krócej.

W ostatnią środę skonstatowałem, słuchając radia publicznego – tego, które jeszcze nie strajkowało – że dla właściwego zrozumienia wypowiedzi niektórych polityków potrzebna jest wiedza, jakiej nie posiadam. Usłyszałem mianowicie, jak poseł Janusz Palikot bronił rzecznika Pawła Grasia przed atakami za korzystanie z gościnności niemieckiego przedsiębiorcy zapewnieniem: – Jest on najuczciwszym z ludzi, jakich znam.

Aby ocenić wartość tego świadectwa moralności wystawionego panu Grasiowi, trzeba by wiedzieć wiele o Palikocie i o kręgach znajomych, w jakich się obraca. To mogłoby dać pewne pojęcie o rozumieniu cnoty uczciwości przez Palikota, a być może i przez Grasia. Ja sam przestaję z ludźmi, którzy nie gwarantują mi świeżego, nieskażonego żadnymi uprzedzeniami spojrzenia na problem uczciwości.

Nie znam nikogo, komu biznesmen, a jeszcze zagraniczny, oddałby do dyspozycji dom i płacił rachunki. Zaczynam przypuszczać, że mam, dla wydawania ocen moralnych, fałszywy krąg przyjaciół, bo żaden z nich nie przeniósł swojego majątku na Bermudy czy inne Kajmany, żaden nie dostaje stamtąd pożyczek, nikomu nie wpłacają na konto swoich stypendiów studenci i oszczędności życia emeryci. Co ja w tej sytuacji, otoczony nieudacznikami, powiedzieć mogę o duchowości Palikota i Grasia. O ich wrażliwości na nieuczciwość. Nic.

Jednego jestem tylko pewny – jak Palikot gwarantuje uczciwość Grasia, tak Graś może gwarantować uczciwość Palikota. Oni mają ten sam krąg przyjacielski.

Autor jest felietonistą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Informacje na wakacje

29 cze 2009

Mam prawo uważać się za obywatela idealnego. Bez zbędnej skromności – wzorowy obywatel III RP to ja. Nie zajmuję miejsca w przedszkolu. Nie chodzę do szkoły i nie podwyższam budżetu na edukację. Nie jestem studentem i nie żądam stypendium. Nie pracuję w budżetówce i nie pobieram żadnej pensji, nawet trzynastej. Nie domagam się podwyżek. Nie należę do związków zawodowych. Nie palę opon i nie rzucam petard. Nie demonstruję. Nie jestem chłopem i nie zużywam subwencji europejskich. Nie mam przywilejów KRUS. Nie biorę zasiłku dla bezrobotnych. Nie jestem rencistą ani emerytem.

Moje sushi

Żyję, więc nie należy mi się zasiłek pogrzebowy. Owszem, płacę podatki i różne składki. Daniny. Pogłówne, podymne, od okien, kopytkowe. VAT. Akcyzę na papierosy i alkohol. Obliczyłem sobie, że tylko dzięki pielęgnowaniu przeze mnie cnoty obywatelskiej, jaką jest picie i palenie, posłowie mogą dostawać godziwe diety. Gdybym posłuchał fałszywych wezwań do wstrzemięźliwości – które tylko dlatego są wydawane, bo wszyscy wiedzą, iż są nieskuteczne – Ziobro z Dornem, zamiast spotykać się na sushi, staliby w kolejce do kuchni brata Alberta. U kapucynów.

A tak ja mam swoje sushi – a jak mnie sushi, to zaraz lecę wspierać budżet. A oni mają swoje. Za moje. Ale niech tam. Gdyby wszyscy byli tacy jak ja, Polska byłaby mocarstwem ekonomicznym całkiem idyllicznym. Wszyscy by nam zazdrościli, nie tylko Bangladesz i Somalia.

Ja mam też inne zalety. Jestem samowystarczalny duchowo. Nie muszę oglądać TVN 24, żeby się dowiedzieć, co się dzieje, bo sam mogę sobie takie wiadomości napisać, sam mogę je ocenzurować i sam przeczytać. W zależności od nastroju i okoliczności, albo optymistyczne i mobilizujące albo ponure i dołujące. Dla każdego coś miłego. Dziś wydanie wakacyjne, ku rozrywce i nauce.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lukier, wazelina i pałka

21 cze 2009

Zawsze byłem zwolennikiem likwidacji telewizji publicznej. Wypowiadałem się w tym duchu wielokrotnie i na pytanie, jak rozwiązać problem TVP, odpowiadałem niezmiennie – bez względu na to, kto akurat tą telewizją rządził i manipulował – wysadzić w powietrze, a teren zaorać. Skłaniało mnie do tego nie tylko przekonanie, że kontaminacja całej telewizji publicznej i jej tak zwanego elementu ludzkiego PRL-em jest trwała jak opoka.

Nie pomoże żadne odszczurzanie, zmiany pokoleniowe ani odwracanie orientacji politycznej ogonem. Telewizja publiczna została zbudowana jako narzędzie manipulacji i zarodków tej choroby nie da się wyplenić, podobnie jak gronkowca w szpitalach.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Małżeństwa kozio-ludzkie zgodne z naturą

17 cze 2009

Szanowny panie redaktorze,

Z oburzeniem przyjęłam ja sama i całe nasze środowisko rysunek Andrzeja Krauzego na łamach „Rzeczpospolitej”. Skandalem i podważaniem naszego dobrego imienia jest sugerowanie, że kozy pozostające w związkach partnerskich z mężczyznami mogłyby mieć skłonności homoseksualne. Takie postawienie znaku równości między gejem i kozą świadczy o niewiedzy i złej woli autora.

Czołowi seksuolodzy już dawno przesądzili, że stosunki kóz z mężczyznami, a więc związki międzygatunkowe, mają charakter heteroseksualny. Takie związki mają długą, historyczną tradycję, są wspominane w najstarszych źródłach pisanych, łącznie z Biblią. Ich wyszydzanie jest świadectwem barbarzyńskiej ciemnoty i zacofania.

Natomiast także w naszych kręgach stosunek kozła z mężczyzną jest traktowany jako odchylenie od normy, a co najmniej wyuzdana perwersja. Z tego też powodu uważamy, że mieszane małżeństwa kozio-ludzkie jako dwupłciowe są zgodne z naturą i stawianie ich na równi, a nawet poniżej małżeństw homoseksualnych jest nieodpowiedzialne i karygodne.

Pańska gazeta skompromitowała się publikacją tego wrogiego kozom rysunku. Z przykrością muszę pana poinformować, że Stowarzyszenie Kóz Wyzwolonych podjęło decyzję o zjedzeniu całego nakładu inkryminowanego numeru „Rzeczpospolitej”, rezerwując sobie też możliwość wstąpienia na drogę prawną. Mamy też w tej sprawie poparcie owiec.

Bez szacunku i z przykrością

Koza Mećka z Połoniny

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Generalissimus Donald Tusk

14 cze 2009

Chciałbym zwrócić uwagę Grzegorzowi Schetynie, że jeśli Tusk może być prezydentem i szefem partii jednocześnie, to może też zatrzymać urząd premiera, a nawet – jeśliby ojczyzna go wezwała w potrzebie – zająć fotel ministra spraw wewnętrznych

Jedna Ziemia. Dwa światy. Parę dni temu przeczytałem o rezultatach badań nad telewizyjnymi przyzwyczajeniami Polaków, z których się dowiedziałem, że najchętniej oglądamy programy informacyjne. Także w ulubionym domowym sporcie, to znaczy skakaniu po kanałach, Polacy najczęściej skaczą na wiadomości i dzienniki. Do tego były entuzjastyczne komentarze ekspertów, że to wspaniałe, że dojrzewamy jako społeczeństwo i kształtują się w nas postawy obywatelskie.

Tydzień wcześniej wpadły mi w ręce rezultaty badań nad skutkami całodobowej, 24-godzinnej, kultury informacyjnej dla ludzkiego mózgu przeprowadzone przez Instytut Mózgu i Kreatywności Uniwersytetu Południowej Kalifornii. Dwa artykuły na ten temat zostały opublikowane w specjalistycznym piśmie „Archives of General Psychiatry”. To, że wszyscy, korzystając z nieustannego, nieprzerwanego i niepodlegającego żadnej segregacji dostępu do informacji, czyli żyjąc w kulturze informacyjnej – powiedzmy, wiadomościowej, aby jej nie mieszać z informatyczną – będziemy się już wkrótce kwalifikować do psychiatry, zawsze było dla mnie oczywiste.

Skutki uboczne

Pierwsze objawy masowej utraty równowagi umysłowej już są – jak chociażby wybór do Parlamentu Europejskiego drukarza ze Śląska – Adama Kazimierza Marcinkiewicza – tylko dlatego, że wyborcy pomylili go z tym Kaziem Marcinkiewiczem, o którym wiedzą z informacji, że sypia z Izą.

Ubocznym skutkiem może być fala zmieniania nazwisk przez polityków ubiegających się o różne mandaty i apanaże. Adam Gierek został w końcu wybrany także ze względu na historyczne nazwisko. Ale gdyby się nazywał, dajmy na to, Kościuszko, nie miałby szans, bo w telewizji o Kościuszce cicho, a o Gierku ciągle się mówi. Źle czy dobrze – nieważne, byle z nazwiskiem.

Pani posłanka Masłowska – ta, która się obraziła na PiS za to, że jej nie wybrano – nawiasem mówiąc, chyba tylko dlatego, że pisarka Masłowska nie występuje rozebrana w telewizji – w następnych wyborach jako Doda Elektroda sukces ma zapewniony. Poseł Tadeusz Iwiński, ten co to zna wszystkie języki i potrafi powiedzieć „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się” nawet po portugalsku, jako Olek Kwaśniewski mógłby zdobyć nawet ponad 100 procent głosów.

Róża Graefin Thun von Hohenstein, mimo że weszła, przegrała sromotnie z plebejskim Zbigniewem Ziobrą, przynosząc wstyd Platformie. Powinna pomyśleć o starcie w następnych wyborach jako nasza, swojska Rózia Tuńczyk. Jak się ten trend umocni, jak się to stanie modne, ludzie zaczną zmieniać nazwiska także z innych pobudek. Na przykład Cenckiewicz i Gontarczyk następną książkę mogliby wydać jako Adam i Michnik. Zobaczylibyście, jakie entuzjastyczne byłyby recenzje.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop