Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Śmiejcie się z tego, co was otacza

22 października 2009

Maciej Rybiński jesienią 2003 roku miał wystąpić na Targach Książki w Krakowie podczas spotkania z felietonistami „Rzeczpospolitej”. Z powodu choroby nie mógł dojechać, jednak napisał poniższy tekst. Publikujemy go po raz pierwszy

Szanowni Państwo, niezmiernie mi przykro, że nie mogę być dziś między Wami, w Krakowie. Dusza się rwie, zwłaszcza na myśl o urodzie Krakowa i krakowianek. A także o kilku krakowskich restauracjach. Nie wymieniam nazw, żeby nie robić kryptoreklamy, ale wy, tubylcy, i tak wiecie, o co chodzi, i jak się rozejdziecie na wieść, że nie przyjechałem, to macie dokąd pójść.

A ja biedny, przykuty przez lekarzy rozeźlonych Łapińskim i Naumanem do łóżka w akcie zemsty za NFZ, mogę sobie co najwyżej postudiować broszurkę, czego mi jeść nie wolno, a co jest zalecane. Z potraw dla mnie najodpowiedniejszych wymieniono tam rybę w galarecie i macę. Tak że nie wiadomo, czy się wkrótce nie przeprowadzę do Krakowa na Kazimierz.

Gdybym był obecny, miałbym podobno mówić o felietonie. O tym, co to jest felieton, a co, logicznie, felietonem nie jest. Problem w tym, że ja nie bardzo wiem. Na ogół od takich rozróżnień, od teorii tego i owego są uczeni specjaliści. Pewnie są gdzieś po uczelniach i instytutach doktorzy, docenci i profesorowie od felietonu, znawcy przedmiotu, którzy jasno i potoczyście potrafiliby powiedzieć, co to jest felieton i jak trzeba pisać, żeby z tego, co się pisze, wyszedł felieton. A ja nie potrafię. Potrafię napisać coś, o czym wszyscy, także laicy, jeśli chodzi o gatunki dziennikarskie, mówią, że to felieton, a ja do dziś nie wiem dlaczego. Mimo że napisałem tysiące felietonów.

To nie żadna kokieteria. To raczej ponure przekleństwo. Ileż razy próbowałem już napisać solenną publicystykę albo barwny reportaż, albo otchłanny i nadęty powagą komentarz. I zawsze wychodził mi felieton. Trudno to uznać za sukces. To już raczej kalectwo. Coś jakby poeta usiłujący pisać treny i elegie ciągle wpadał we fraszkę.

Dlatego też pytanie, czy felieton to sztuka czy rzemiosło, nie wydaje mi się odpowiednio postawione. Ani jedno, ani drugie. Felieton to jest światopogląd.

To sposób widzenia rzeczywistości najmniej idealistyczny, najbardziej pozbawiony złudzeń. To skłonność umysłu do doprowadzania potocznego i obowiązującego rozumowania do logicznego końca, którym jest zazwyczaj absurd i groteska. To dlatego właśnie szydercze prognozy felietonistów zawsze się sprawdzają.

Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, czy zdolność do konstruowania felietonów jest wrodzona czy nabyta. Jeśli nabyta, to nie jest pocieszający dla pozostałej, niefelietonistycznej części narodu fakt, że Polska była zawsze miejscem, gdzie obficie rodziły się felietonowe talenty – poczynając od Bolesława Prusa. Bo to oznacza, że zawsze było u nas dość felietonowego żeru, aby wykarmić wielu. A i nie widać, abyśmy my, felietoniści, musieli się rozglądać za innym zajęciem. Przeciwnie, czasy są równie tłuste jak w PRL.

W każdym razie przesłanie felietonów, wcale niecyniczne i wcale niepozbawione obywatelskiej troski, brzmi: śmiejcie się z tego, co was otacza. To zawsze zdrowsze niż spazmy i szlochy. Śmiech ani nie prowadzi do kapitulacji przed złem i głupotą, ani ich nie oswaja. Śmiech ustawia je we właściwym miejscu i odpowiedniej proporcji do rzeczy naprawdę ważnych.

Pozdrawiam wszystkich, przepraszam za zawód i do następnego razu. Jeśli nie w Krakowie, to przynajmniej na łamach.

Maciej Rybiński nie żyje

22 października 2009

Obwiniony – zatopiony

16 października 2009

Różne są, poczynając od Arystotelesa, a kończąc na Marksie, definicje polityki. Wszystkie mają jedną wadę – są teoretyczne. Zostały wymyślone nie na podstawie obserwacji polityki istniejącej realnie, dotyczą jakiegoś bytu idealnego, więc nie mają zastosowania praktycznego.

Mnie tymczasem pilna, codzienna obserwacja polityki – a w każdym razie tego, co w Polsce uchodzi za politykę – przywiodła do ukucia nowej definicji. Własnej, którą – mam nadzieję niepłonną – potomni będą kiedyś przywoływać jako definicję Rybińskiego. Młodzież będzie się tego uczyć w szkołach, jeśli edukacja dojdzie w drodze ciągłego reformowania do stanu, w którym oświata powszechna za cel mieć będzie przygotowywanie do życia w społeczeństwie. Nie żadnym abstrakcyjnym, tylko w społeczeństwie polskim.

Otóż moja definicja brzmi następująco: polityka to sztuka szukania i znajdowania winnych. To jedyna logiczna i absolutnie poprawna definicja, ponieważ wszystko w polityce – polskiej na pewno, a być może innych też – zaczyna się od wytypowania, określenia i ogłoszenia winnego. Reszta, łącznie ze zdobyciem i utrzymaniem władzy, to tylko konsekwencja zręcznego i przekonywającego ogół wyłonienia z ogromnej rzeszy kandydatów jednostki lub zbiorowości odpowiedzialnej za wszystko. Za wszystko zło.

W świetle tej definicji dyktatura polega na monopolizacji, zawłaszczeniu prawa do typowania winnych. Satrapia jest wtedy, gdy każdy, kto próbuje bronić wytypowanego przed zarzucaniem mu winy, sam automatycznie staje się winny. Natomiast w demokracji prawo do wybierania winnych przysługuje na zasadzie równości absolutnie każdemu. Wybory wygrywa ten, czyjego winni są też faworytami większości wyborców. Albo staną się nimi sztuką publicznej perswazji.

Popatrzcie na programy i praktyczną działalność wszystkich partii funkcjonujących w Sejmie. Zajmują się one mało lub wcale szukaniem odpowiedzi na niezadawane zresztą pytania, co zrobić, aby było lepiej (od tego mamy dziś Unię Europejską i jej dyrektywy), tylko mówią lub krzyczą, zależnie od temperamentu, kogo trzeba usunąć, by działo się nam czarownie.

Mamy teraz kolejny konkurs na winnych. Rozgrywka toczy się o to, czy naród uzna za winnych autorów poprawek do ustawy hazardowej i organizatorów przetargu na stocznie czy też Mariusza Kamińskiego z agentem Tomaszem i całym CBA, a właściwie braci Kaczyńskich i PiS. Tu nie ma miejsca na jakieś subtelności. Obwiniony – zatopiony, jak w grze w okręty. Taką grą będzie komisja śledcza. Wesołej zabawy, Polacy.

Na zielonej trawce pasą się pratchawce

9 października 2009

Dwa były wstrząsające wydarzenia w Polsce doby ostatniej. Afera hazardowa i wystawa w Zachęcie zatytułowana “Siusiu w torcik”.

Wbrew pozorom obie te sprawy mają ze sobą ścisły związek.

Kolektywizacja w rolnictwie, usilnie propagowana za poprzedniego ustroju i wdrażana nawet pod przymusem, nigdy się nie udała. Natomiast kolektywizacja ducha powiodła się znakomicie. I to dopiero teraz, kiedy system polityczny, stosunki społeczne, wolny rynek myśli i idei wcale nie potrzebują Polaka skolektywizowanego, posługującego się banałem, myślącego (jeśli w ogóle) sztampowo i doskonale wymiennego.

Mamy stado, a właściwie dwa stada zażerające się nawzajem i do tego sprowadza się cała dzisiejsza polska różnorodność. Ile można wyliczyć dziś w Rzeczypospolitej indywidualności we wszystkich możliwych dziedzinach życia, niepowtarzalnych i niepodrabialnych. Tuzin? Dwa tuziny?

Przedstawienie medialne, do jakiego skurczyła się polityka, uśpiło skutecznie rozum i stworzyło kolektyw odruchów stadnych. Odebrało możliwość indywidualnych i samodzielnych ocen. Festiwal kabotyństwa i kołtuństwa politycznego przytłacza. Międlenie tych samych frazesów dzień po dniu, tydzień po tygodniu topi nas w potopie ględzenia zuniformizowanego. Słuchacze formatują się także i postęp umysłowy jest dokładnym odbiciem technologicznego. Następuje miniaturyzacja ludzi i ich myśli. Niedługo potrzebny będzie mikroskop.

Wszystko, co burzy ten uporządkowany świat gęgania rytualnego, staje się nienawistne. Małość aktorów sceny politycznej i małość jej widzów karmią się nawzajem. Jakie może mieć znaczenie afera hazardowa dla kogoś, kto na świat i na Polskę patrzy z pozycji pełzaka. Pratchawca. Przykrego incydentu, zakłócającego trawienie.

W kulturze jest to samo. Indywidualność i odrębność jest w sztuce równie nienawistna jak w polityce. Nasi skandaliści kopiują skandale zrobione przez kogo innego i gdzie indziej. Skandalizuje się nie z potrzeby ducha, tylko z wyrachowania, żeby być zaliczonym do stada. Rzekome skandale artystyczne są tylko marnym, sztampowym, konformistycznym kolektywizmem.

Zatarcie różnic między popkulturą i sztuką morduje indywidualność równie skutecznie jak zatracenie różnic między polityką i wiecem. Często pytają mnie ludzie, dlaczego nie mamy dziś Piłsudskich. Odpowiadam: bo nie mamy Żeromskich. Nie mamy moralnej gleby, na której wyrastają wielkości. Mamy tylko ugór kolektywnego ducha epoki.

Aspersja językiem

2 października 2009

Kto ma władzę nad słowami, ma władzę nad ludźmi. Bóg rzekł: “niech się stanie światło”, i stało się światło. Jest to biblijny opis władzy nad definicją. I faktu, że każdy, kto ma władzę nad słowem, nad definicją, ma również władzę nad rzeczami, nad ludźmi, ich sumieniami.

Ludzkość wiedziała o tym zawsze. Poczynając od szamanów w czasach przedbiblijnych, przez ateńskie zgromadzenie kupców i marynarzy, które skazało Sokratesa na wypicie trucizny za niepoprawne tłumaczenie młodzieży pojęć demokracji, przez inkwizycję aż po rewolucję francuską. Największym wynalazkiem tej rewolucji była zmiana znaczenia słów potocznych. Trybunał, wydając taśmowo wyroki śmierci, nazywał się Komisją Dobroczynności, ucięcie głowy na gilotynie określano jako “wyłączenie z publicznej dobroczynności”.

To wynalazek, który zrobił karierę. Dziś mało kto już pamięta, że ministerstwo Goebbelsa, w podręcznikach określane mianem ministerstwa propagandy i służące masowemu ogłupianiu, nazywało się oficjalnie Ministerstwem Oświecenia Narodowego.

Józef Stalin został Wielkim Językoznawcą, ponieważ odkrył, że język nie należy ani do (w marksistowskim sensie) bazy, ani do nadbudowy, natomiast może oba te byty dowolnie kształtować. Wystarczy zmienić słownik, usuwając niektóre słowa albo nadając im nowe znaczenie. Jest to najprostszy i także najtańszy ekonomicznie sposób zmieniania świata. Łatwiej jest zmienić opis świata niż świat realny. Kapłani dzisiejszej poprawności politycznej, kasta manipulatorów językiem, to dobrzy uczniowie i Stalina, i Goebbelsa.

Poprawność polityczna likwiduje logiczną podstawę myślenia, rozróżnienie między dobrem i złem, wprowadzając na jej miejsce dystynkcję między słusznością i brakiem słuszności. Obficie korzystają z tego wynalazku politycy, nawet niebędący zwolennikami takiego potocznego stosowania poprawności jak wypieranie gejem pedała.

Po prostu słuszność jako miara rzeczy jest sposobniejsza od prawdy. Proszę pomyśleć, jak wiele zależy od nazwy, jaka przyjmie się powszechnie dla najgłośniejszej obecnie afery. Jakie skutki polityczne będzie miało utrwalenie się któregoś z terminów: afera hazardowa, afera Chlebowskiego, afera PO, afera Kamińskiego czy afera CBA. Choć przy słowie afera też nie trzeba się upierać.

Język, od czasów wieży Babel, to skomplikowana materia. Pomieszana. Premier Tusk określił zachowanie posła Chlebowskiego jako nieudaną próbę asertywności. To twierdzenie jest asertoryczne, to znaczy przedstawione bez przytaczania dowodów. W tej sytuacji lepsza byłaby aspersja, czyli pokropienie wodą święconą.

O skutecznym rad sposobie

25 września 2009

Polska stała się państwem drugiego gatunku, mało ważnym, nieliczącym się ani globalnie, ani nawet lokalnie, co przyznaje także polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

Co robić, żeby wyjść z kąta? Są dwie drogi. Trzeba zostać nowoczesnym mocarstwem technologicznym, innowacyjnym, z przemysłem nastawionym nie na zaspokajanie, ale na tworzenie nowych potrzeb. Potęgą opartą nie na surowcach, ale na ludziach i ich myślach.

Ale to droga trudna, daleka, wątpliwa wobec horyzontów intelektualnych polskich elit i wymagająca ogromnych nakładów finansowych. Nawet nasza dziura budżetowa nie wystarczy. Jest jednak drugi sposób, znacznie łatwiejszy, prostszy i szybki zostania pępkiem świata, krajem specjalnej troski, pupilem cywilizacji i przedmiotem zabiegów globalnych liderów.

Trzeba w Polsce zawiesić demokrację, zaprowadzić dyktaturę, stan wyjątkowy i godzinę policyjną. Internować, kogo się da, i osadzić w reedukacyjnych obozach pracy. Przywrócić karę śmierci. Egzekucji dokonywać publicznie. Pozbawić gejów praw publicznych i honorowych. Wystąpić z NATO, a za to zawrzeć sojusze wojskowe z Kubą, Koreą Południową, Iranem, Wenezuelą i Libią pułkownika Kadafiego. Ogłosić listę roszczeń terytorialnych wobec wszystkich sąsiadów. Domagać się nie tylko Hamburga, ale i Smoleńska.

Brzmi strasznie, wiem, ale to jedyny sposób, aby traktowano nas poważnie. Polska zwyczajna, normalna, włączona w międzynarodowe struktury i niezagrażająca destabilizacją nikogo nie obchodzi. Ale już taka Polska domagająca się uwzględniania jej interesów irytuje w najwyższym stopniu i przeszkadza. Natomiast Polska łamiąca wszelkie normy, gwałcąca zasady bardziej otwarcie i bardziej drastycznie niż Białoruś Łukaszenki natychmiast stałaby się pupilkiem zachodniego świata. Jak grzyby po deszczu powstałyby na Zachodzie organizacje społeczne monitorujące sytuację, broniące praw człowieka i wzywające do udzielania pomocy w powrocie na drogę cnoty politycznej.

Zaczęłyby się tajne rokowania, coś za coś. Rezygnacja ze Smoleńska w zamian za dostawy gazu, z Hamburga w zamian za uratowanie stoczni. Zerwanie sojuszu z Iranem i Libią w zamian za patrioty. Amerykanie błagaliby o możliwość postawienia w Polsce nie tylko tarczy, ale i miecza.

Tak jest mentalnie zorganizowany świat, że normalni się nie liczą. Nawet kiedy położeni są na drodze, o której nikt nie wie do końca, czy prowadzi z Zachodu na Wschód czy odwrotnie, ze Wschodu na Zachód.

Każdy swoją prawdę zna

18 września 2009

Niemożność porozumienia się Polaków co do oceny rozmaitych wydarzeń historycznych, ostatnio zbrodni katyńskiej, jest na ogół interpretowana w sposób skrajnie prymitywny.

Rozbieżność ocen, komplikowanie spraw najprostszych, figle i sztuczki językowe używane do opisywania zdarzeń jednoznacznych są, w powszechnej opinii, narzędziami realizacji interesów politycznych, sygnalizują przynależność, a nawet są testem lojalności grupowej. Słowem, oceny na przykład Katynia to nic innego jak bieżąca polityka, trochę międzynarodowa, bardziej wewnętrzna.

Realiści kontra oszołomy. Rusofile kontra rusofoby. Postęp przeciw wstecznictwu. Umysł kontra serce. Nacjonaliści kontra Europejczycy. Co kto tam woli.

To za prymitywne, za proste. I gdyby miało być prawdą, byłoby za ponure. Wszystkie kontrowersje wokół interpretacji wydarzeń, których rocznicę obchodzimy, biorą się stąd, że Polacy dzielą się na dwie kategorie duchowe, a nie wyłącznie polityczno-praktyczne. Na pogryzionych przez Hegla i jego uczniów oraz na powieszonych przez Murawiowa i jego następców. Ściera się u nas konieczność dziejowa z prawdą historyczną. I żadna ze stron nie zamierza ustąpić.

Świetny wykład racji pokąsanych Heglem dał 17 września w komentarzu na łamach “Gazety Wyborczej” Adam Michnik, pisząc: “Historyk rzetelny uczy rozumienia historii i kontekstu; rozumienia racji nie tylko własnych, ale i cudzych”. Wszystko jest względne i racja jest po każdej stronie. Z wyjątkiem strony powieszonych. Powieszeni nie mają już racji. Nie mogą mieć, skoro wiszą. Padli ofiarą logiki dziejów i jej racji.

Bardzo ten wysublimowany wywód, w którym termin “moralność” nie występuje, ale jest niewidocznym narzędziem wdrażania ocen pozamoralnych, kończy się, niestety, zdaniem prymitywnym jak pałka: “Przecież różne narody mają prawo do różnej pamięci września 1939 roku”. To znaczy – także dobrej.

Mentor i opiekun Adama Michnika po Marcu ‘68 roku Antoni Słonimski opisywał kiedyś faceta, który podczas pożaru wielkiego hotelu z setkami ofiar ukradł futro. Jego komentarz: facet będzie do końca życia utrzymywał, że taki pożar to świetna rzecz. Ten sam Słonimski michnikowy wywód o pamięci narodów wkładał w usta kucharki mówiącej: każdy człowiek swoją prawdę zna.

Morał z tego wszystkiego jest taki, że obojętne, czy chodzi o interesy, politykę partyjną czy o duchowe afiliacje, jesteśmy wciąż na poziomie kucharki i hotelowego złodzieja.

Niesiołowski na udeptanej ziemi

11 września 2009

No to następne pole wielkiego konfliktu politycznego mamy już wyznaczone. Właściwie nie pole, tylko udeptaną ziemię, na której trup będzie się słał gęsto.

Platforma Obywatelska wyznaczyła na negocjatora sejmowej deklaracji z okazji rocznicy wkroczenia wojsk sowieckich do Polski 17 września Stefana Niesiołowskiego.

Nie ma więc szans na jakikolwiek kompromis. Będzie za to bijatyka.

I słusznie. Polakom, wypoczętym po wakacjach, należy się jakiś suspens i horror, żeby sobie przypomnieli, gdzie właściwie żyją i kto nimi rządzi. A także do czego służy historia, i to dawniejsza niż zawarta w teczkach. Między innymi do realizacji doktryny ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, że Polska jest krajem drugiej kategorii i powinna siedzieć cicho, jak nas słusznie napominał były prezydent Francji. Jak również do ułatwiania negocjacji w sprawie kontraktów gazowych.

Z tego punktu widzenia najkorzystniejsza i przyjęta jak najgoręcej w Moskwie byłaby uchwała stwierdzająca, że 17 września Armia Czerwona wyzwoliła uciskane narody zachodniej Białorusi i Ukrainy. Moglibyśmy dodatkowo dostać gaz do zapalniczek darmo.

Gdyby uchwałę sejmową miał pisać osobiście Niesiołowski, moglibyśmy się doczekać ładnych rewelacji. Sądząc po wypowiedziach wicemarszałka na każdy temat, kończących się zawsze tak samo, dowiedzielibyśmy się, że 17 września rozszalałe hordy PiS najechały Platformę Obywatelską, siejąc śmierć i pożogę. Jednym z punktów spornych jest odpowiedzialność za wybuch II wojny światowej. Niesiołowski wzdraga się podobno przed obciążeniem obu partnerów paktu Ribbentrop-Mołotow. Tylko Hitler jest winny, Stalin to Słoneczko Pokoju.

I takie stanowisko zajmuje facet, który chciał wysadzić pomnik Lenina w Poroninie. To może teraz odbudować ten pomnik i opatrzyć tablicą: „Pogromcy Białopolaków – pogromca PiS”.

Niesiołowskiemu nie podoba się też określenie zbrodni katyńskiej jako ludobójstwa. Zdaniem wicemarszałka w historii były tylko dwa ludobójstwa, Holokaust i głód na Ukrainie. Oczywiście, jak ktoś się zajmuje zwyczajami godowymi muchówek i zbrodniami PiS, mógł nie zauważyć, że ludobójstw było więcej. W samej Biblii jest kilka. A co z Ormianami w Turcji, Indianami amerykańskimi, Tutsi w Afryce?

Można oczywiście uznać Katyń po prostu za pomyłkę. „My s nimi zdiełali krupnoju aszybku” – wyznał generałowi Berlingowi Beria. To też się spodoba Moskwie.

A gdybym zapomniał o nich, Ty, Boże wielki na niebie, zapomnij o mnie – powiedział o ofiarach Katynia gen. Anders. Bóg najwyraźniej zapomniał o Niesiołowskim. Ale Bóg jest litościwy. Może sobie jeszcze przypomni.

Odpowiednie dać rzeczy słowo

3 września 2009

W opisie rzeczywistości najważniejszy jest dobór słów. Dobór słów zależy nie tylko od zasobu, jakim dysponuje autor opisu, ale także od stanu jego świadomości.

Od duszy, jak się kiedyś mówiło. I od jej możliwości poznawczych. Duszy, a nie jej narzędzia. Ktoś, kto ma duszę sklepikarza, opisze świat, a także jego poszczególne części i wydarzenia inaczej niż poeta czy filozof. Innymi słowy, każdy opis świata jest w rzeczywistości opisem własnym autora i obrazem jego duchowości.

Widać tę rozmaitość wyraźnie w powodzi opisów udziału prezydenta Rosji Władimira Putina w obchodach 70. rocznicy wybuchu wojny, znaczenia, rangi i konsekwencji tego wydarzenia. Duch kramarstwa unosi się nad częścią tych komentarzy. Niektóre wypowiedzi polityków, a i publicystów, skojarzyły mi się z bardzo dawnym rysunkiem Andrzeja Czeczota – latający talerz zwieńczony od dołu zwieraczem odbytu, zgrabna kupa na polu pod spodem i dwóch chłopków z komentarzem: dobre i to. Pewnie, że tak. Mógł Putin nie przyjechać, mógł przyjechać, obrazić się i wyjechać, mógł też obrazić dotkliwie gospodarzy. Czyli nas. Niczego takiego nie zrobił, zostając w oczach politycznych sklepikarzy, śledzących każde skrzywienie jego ust, Ostatnim Bohaterem II Wojny Światowej.

Na poziomie, na jaki nas stać, poziomie gazu i tuszy wieprzowych, jest to w porządku. Nie znaczy jednak, że przybliża nas do zrozumienia sensu, znaczenia i tej wizyty, i wszystkiego, co ją poprzedziło. Dogmat powiada, że Rosji nie można zrozumieć. Ale trzeba się przynajmniej starać. Von Clausewitz powiedział, że wojna jest przedłużeniem polityki innymi metodami. Rosja Putina, śladami Rosji Stalina, odwróciła tę definicję. Dla niej polityka jest przedłużeniem wojny innymi metodami. Każdej polityki, handlowej, gazowej, surowcowej i także historycznej.

Rosja nie układa się z realnie istniejącym światem, tylko prowadzi z nim wojnę z zastosowaniem odmiennych sposobów. Zrozumienie tej prawdy byłoby bardzo pomocne w strategii obronnej, nie tylko w Polsce. Ale do tego trzeba by wyjść zza kramarskiej lady, z dusznej pakamery na świeże powietrze. Ale nie namawiam, bo od sklepikarzy nie można wymagać zbyt wiele.

Skarb w Czarnym Jeziorze

27 sierpnia 2009

Do Stowarzyszenia Kombatantów przyszedł starzec z siwą brodą po pas, ale jeszcze krzepki, i oświadczył, że chciałby się zapisać.– A gdzie pan walczył? – pyta urzędniczka.

– No, dawno, ja jeszcze pod Grunwaldem.

– A ma pan jakieś świadectwa?

– No skąd, po 600 latach.

– Widzi pan, jacy wy jesteście. Krzyżacy i pułki smoleńskie wszystkie papiery mają w porządku.

Z papierami niełatwa sprawa. 31 sierpnia w Moskwie ma zostać zaprezentowana książka na podstawie dokumentów z archiwów służb specjalnych dowodząca, że II wojna światowa była rezultatem tajnego porozumienia, ale nie między Ribbentropem i Mołotowem, ale Piłsudskim i Hitlerem. Nasz rząd zarówno ta informacja, jak i film w państwowej telewizji rosyjskiej z podobną tezą lekko zatkały.

Rzeczywiście, rzecz jest kłopotliwa, bo wygląda na to, że premier Władimir Putin przyjedzie na Westerplatte obchodzić rocznicę napaści Polaków na Związek Sowiecki. Albo przynajmniej Polaków na Polskę. Ale niespecjalnie bulwersująca. Gdyby rosyjska FSB – następczyni KGB, w której Putin dosłużył się stopnia pułkownika – otrzymała odpowiednie polecenie, to w rosyjskiej telewizji pojawiłby się osobiście Joachim von Ribbentrop i przyznał, że był agentem Józefa Becka. Że co? Że Ribbentrop nie żyje? No to co z tego. I tak by wystąpił.

W maju 1964 roku międzynarodowa prasa została zaproszona do udziału w wydobywaniu skrzyń zatopionych podobno przez Waffen SS w końcu wojny w Czarnym Jeziorze, na granicy czesko-bawarskiej. Skrzynie istotnie odnaleziono, a potem minister spraw wewnętrznych CSSR Lubomir Strougal osobiście przedstawił opinii publicznej ich zawartość. Były to dokumenty poświadczające nazistowską przeszłość wielu prominentnych polityków RFN. Na czele z prezydentem Heinrichem Lübke, który miał projektować obozy koncentracyjne, w tym oświęcimski. Niezależni uczeni potwierdzili ich autentyczność.

W wiele lat później okazało się, że dokumenty wytworzono w Berlinie Wschodnim, zatopiono chyłkiem, a potem z pompą wydobyto. Tak to jest z papierami. Skoro Ochrana mogła wyprodukować Protokoły Mędrców Syjonu, co to dla niej sporządzić Protokoły Mędrców Antysyjonu albo coś podobnego.

Jakieś wesołki z “Gazety Wyborczej” wykpiły wszczęcie przez IPN śledztwa w sprawie zamachu na Jana Pawła II, radząc instytutowi zajęcie się sprawą zatopienia Atlantydy. A pewnie. I to szybko, zanim się okaże, że papieża chciała zamordować “Solidarność”, a Atlantydę pogrążyli Polacy, bo była zamieszkana przez Etrusków, a Etruski to po po prostu Eto Ruski.

Autor jest felietonistą dziennika “Fakt”