Archiwum z paź 2009

Śmiejcie się z tego, co was otacza

22 paź 2009

Maciej Rybiński jesienią 2003 roku miał wystąpić na Targach Książki w Krakowie podczas spotkania z felietonistami „Rzeczpospolitej”. Z powodu choroby nie mógł dojechać, jednak napisał poniższy tekst. Publikujemy go po raz pierwszy

Szanowni Państwo, niezmiernie mi przykro, że nie mogę być dziś między Wami, w Krakowie. Dusza się rwie, zwłaszcza na myśl o urodzie Krakowa i krakowianek. A także o kilku krakowskich restauracjach. Nie wymieniam nazw, żeby nie robić kryptoreklamy, ale wy, tubylcy, i tak wiecie, o co chodzi, i jak się rozejdziecie na wieść, że nie przyjechałem, to macie dokąd pójść.

A ja biedny, przykuty przez lekarzy rozeźlonych Łapińskim i Naumanem do łóżka w akcie zemsty za NFZ, mogę sobie co najwyżej postudiować broszurkę, czego mi jeść nie wolno, a co jest zalecane. Z potraw dla mnie najodpowiedniejszych wymieniono tam rybę w galarecie i macę. Tak że nie wiadomo, czy się wkrótce nie przeprowadzę do Krakowa na Kazimierz.

Gdybym był obecny, miałbym podobno mówić o felietonie. O tym, co to jest felieton, a co, logicznie, felietonem nie jest. Problem w tym, że ja nie bardzo wiem. Na ogół od takich rozróżnień, od teorii tego i owego są uczeni specjaliści. Pewnie są gdzieś po uczelniach i instytutach doktorzy, docenci i profesorowie od felietonu, znawcy przedmiotu, którzy jasno i potoczyście potrafiliby powiedzieć, co to jest felieton i jak trzeba pisać, żeby z tego, co się pisze, wyszedł felieton. A ja nie potrafię. Potrafię napisać coś, o czym wszyscy, także laicy, jeśli chodzi o gatunki dziennikarskie, mówią, że to felieton, a ja do dziś nie wiem dlaczego. Mimo że napisałem tysiące felietonów.

To nie żadna kokieteria. To raczej ponure przekleństwo. Ileż razy próbowałem już napisać solenną publicystykę albo barwny reportaż, albo otchłanny i nadęty powagą komentarz. I zawsze wychodził mi felieton. Trudno to uznać za sukces. To już raczej kalectwo. Coś jakby poeta usiłujący pisać treny i elegie ciągle wpadał we fraszkę.

Dlatego też pytanie, czy felieton to sztuka czy rzemiosło, nie wydaje mi się odpowiednio postawione. Ani jedno, ani drugie. Felieton to jest światopogląd.

To sposób widzenia rzeczywistości najmniej idealistyczny, najbardziej pozbawiony złudzeń. To skłonność umysłu do doprowadzania potocznego i obowiązującego rozumowania do logicznego końca, którym jest zazwyczaj absurd i groteska. To dlatego właśnie szydercze prognozy felietonistów zawsze się sprawdzają.

Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, czy zdolność do konstruowania felietonów jest wrodzona czy nabyta. Jeśli nabyta, to nie jest pocieszający dla pozostałej, niefelietonistycznej części narodu fakt, że Polska była zawsze miejscem, gdzie obficie rodziły się felietonowe talenty – poczynając od Bolesława Prusa. Bo to oznacza, że zawsze było u nas dość felietonowego żeru, aby wykarmić wielu. A i nie widać, abyśmy my, felietoniści, musieli się rozglądać za innym zajęciem. Przeciwnie, czasy są równie tłuste jak w PRL.

W każdym razie przesłanie felietonów, wcale niecyniczne i wcale niepozbawione obywatelskiej troski, brzmi: śmiejcie się z tego, co was otacza. To zawsze zdrowsze niż spazmy i szlochy. Śmiech ani nie prowadzi do kapitulacji przed złem i głupotą, ani ich nie oswaja. Śmiech ustawia je we właściwym miejscu i odpowiedniej proporcji do rzeczy naprawdę ważnych.

Pozdrawiam wszystkich, przepraszam za zawód i do następnego razu. Jeśli nie w Krakowie, to przynajmniej na łamach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Maciej Rybiński nie żyje

22 paź 2009
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Obwiniony – zatopiony

16 paź 2009

Różne są, poczynając od Arystotelesa, a kończąc na Marksie, definicje polityki. Wszystkie mają jedną wadę – są teoretyczne. Zostały wymyślone nie na podstawie obserwacji polityki istniejącej realnie, dotyczą jakiegoś bytu idealnego, więc nie mają zastosowania praktycznego.

Mnie tymczasem pilna, codzienna obserwacja polityki – a w każdym razie tego, co w Polsce uchodzi za politykę – przywiodła do ukucia nowej definicji. Własnej, którą – mam nadzieję niepłonną – potomni będą kiedyś przywoływać jako definicję Rybińskiego. Młodzież będzie się tego uczyć w szkołach, jeśli edukacja dojdzie w drodze ciągłego reformowania do stanu, w którym oświata powszechna za cel mieć będzie przygotowywanie do życia w społeczeństwie. Nie żadnym abstrakcyjnym, tylko w społeczeństwie polskim.

Otóż moja definicja brzmi następująco: polityka to sztuka szukania i znajdowania winnych. To jedyna logiczna i absolutnie poprawna definicja, ponieważ wszystko w polityce – polskiej na pewno, a być może innych też – zaczyna się od wytypowania, określenia i ogłoszenia winnego. Reszta, łącznie ze zdobyciem i utrzymaniem władzy, to tylko konsekwencja zręcznego i przekonywającego ogół wyłonienia z ogromnej rzeszy kandydatów jednostki lub zbiorowości odpowiedzialnej za wszystko. Za wszystko zło.

W świetle tej definicji dyktatura polega na monopolizacji, zawłaszczeniu prawa do typowania winnych. Satrapia jest wtedy, gdy każdy, kto próbuje bronić wytypowanego przed zarzucaniem mu winy, sam automatycznie staje się winny. Natomiast w demokracji prawo do wybierania winnych przysługuje na zasadzie równości absolutnie każdemu. Wybory wygrywa ten, czyjego winni są też faworytami większości wyborców. Albo staną się nimi sztuką publicznej perswazji.

Popatrzcie na programy i praktyczną działalność wszystkich partii funkcjonujących w Sejmie. Zajmują się one mało lub wcale szukaniem odpowiedzi na niezadawane zresztą pytania, co zrobić, aby było lepiej (od tego mamy dziś Unię Europejską i jej dyrektywy), tylko mówią lub krzyczą, zależnie od temperamentu, kogo trzeba usunąć, by działo się nam czarownie.

Mamy teraz kolejny konkurs na winnych. Rozgrywka toczy się o to, czy naród uzna za winnych autorów poprawek do ustawy hazardowej i organizatorów przetargu na stocznie czy też Mariusza Kamińskiego z agentem Tomaszem i całym CBA, a właściwie braci Kaczyńskich i PiS. Tu nie ma miejsca na jakieś subtelności. Obwiniony – zatopiony, jak w grze w okręty. Taką grą będzie komisja śledcza. Wesołej zabawy, Polacy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na zielonej trawce pasą się pratchawce

9 paź 2009

Dwa były wstrząsające wydarzenia w Polsce doby ostatniej. Afera hazardowa i wystawa w Zachęcie zatytułowana „Siusiu w torcik”.

Wbrew pozorom obie te sprawy mają ze sobą ścisły związek.

Kolektywizacja w rolnictwie, usilnie propagowana za poprzedniego ustroju i wdrażana nawet pod przymusem, nigdy się nie udała. Natomiast kolektywizacja ducha powiodła się znakomicie. I to dopiero teraz, kiedy system polityczny, stosunki społeczne, wolny rynek myśli i idei wcale nie potrzebują Polaka skolektywizowanego, posługującego się banałem, myślącego (jeśli w ogóle) sztampowo i doskonale wymiennego.

Mamy stado, a właściwie dwa stada zażerające się nawzajem i do tego sprowadza się cała dzisiejsza polska różnorodność. Ile można wyliczyć dziś w Rzeczypospolitej indywidualności we wszystkich możliwych dziedzinach życia, niepowtarzalnych i niepodrabialnych. Tuzin? Dwa tuziny?

Przedstawienie medialne, do jakiego skurczyła się polityka, uśpiło skutecznie rozum i stworzyło kolektyw odruchów stadnych. Odebrało możliwość indywidualnych i samodzielnych ocen. Festiwal kabotyństwa i kołtuństwa politycznego przytłacza. Międlenie tych samych frazesów dzień po dniu, tydzień po tygodniu topi nas w potopie ględzenia zuniformizowanego. Słuchacze formatują się także i postęp umysłowy jest dokładnym odbiciem technologicznego. Następuje miniaturyzacja ludzi i ich myśli. Niedługo potrzebny będzie mikroskop.

Wszystko, co burzy ten uporządkowany świat gęgania rytualnego, staje się nienawistne. Małość aktorów sceny politycznej i małość jej widzów karmią się nawzajem. Jakie może mieć znaczenie afera hazardowa dla kogoś, kto na świat i na Polskę patrzy z pozycji pełzaka. Pratchawca. Przykrego incydentu, zakłócającego trawienie.

W kulturze jest to samo. Indywidualność i odrębność jest w sztuce równie nienawistna jak w polityce. Nasi skandaliści kopiują skandale zrobione przez kogo innego i gdzie indziej. Skandalizuje się nie z potrzeby ducha, tylko z wyrachowania, żeby być zaliczonym do stada. Rzekome skandale artystyczne są tylko marnym, sztampowym, konformistycznym kolektywizmem.

Zatarcie różnic między popkulturą i sztuką morduje indywidualność równie skutecznie jak zatracenie różnic między polityką i wiecem. Często pytają mnie ludzie, dlaczego nie mamy dziś Piłsudskich. Odpowiadam: bo nie mamy Żeromskich. Nie mamy moralnej gleby, na której wyrastają wielkości. Mamy tylko ugór kolektywnego ducha epoki.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Aspersja językiem

2 paź 2009

Kto ma władzę nad słowami, ma władzę nad ludźmi. Bóg rzekł: „niech się stanie światło”, i stało się światło. Jest to biblijny opis władzy nad definicją. I faktu, że każdy, kto ma władzę nad słowem, nad definicją, ma również władzę nad rzeczami, nad ludźmi, ich sumieniami.

Ludzkość wiedziała o tym zawsze. Poczynając od szamanów w czasach przedbiblijnych, przez ateńskie zgromadzenie kupców i marynarzy, które skazało Sokratesa na wypicie trucizny za niepoprawne tłumaczenie młodzieży pojęć demokracji, przez inkwizycję aż po rewolucję francuską. Największym wynalazkiem tej rewolucji była zmiana znaczenia słów potocznych. Trybunał, wydając taśmowo wyroki śmierci, nazywał się Komisją Dobroczynności, ucięcie głowy na gilotynie określano jako „wyłączenie z publicznej dobroczynności”.

To wynalazek, który zrobił karierę. Dziś mało kto już pamięta, że ministerstwo Goebbelsa, w podręcznikach określane mianem ministerstwa propagandy i służące masowemu ogłupianiu, nazywało się oficjalnie Ministerstwem Oświecenia Narodowego.

Józef Stalin został Wielkim Językoznawcą, ponieważ odkrył, że język nie należy ani do (w marksistowskim sensie) bazy, ani do nadbudowy, natomiast może oba te byty dowolnie kształtować. Wystarczy zmienić słownik, usuwając niektóre słowa albo nadając im nowe znaczenie. Jest to najprostszy i także najtańszy ekonomicznie sposób zmieniania świata. Łatwiej jest zmienić opis świata niż świat realny. Kapłani dzisiejszej poprawności politycznej, kasta manipulatorów językiem, to dobrzy uczniowie i Stalina, i Goebbelsa.

Poprawność polityczna likwiduje logiczną podstawę myślenia, rozróżnienie między dobrem i złem, wprowadzając na jej miejsce dystynkcję między słusznością i brakiem słuszności. Obficie korzystają z tego wynalazku politycy, nawet niebędący zwolennikami takiego potocznego stosowania poprawności jak wypieranie gejem pedała.

Po prostu słuszność jako miara rzeczy jest sposobniejsza od prawdy. Proszę pomyśleć, jak wiele zależy od nazwy, jaka przyjmie się powszechnie dla najgłośniejszej obecnie afery. Jakie skutki polityczne będzie miało utrwalenie się któregoś z terminów: afera hazardowa, afera Chlebowskiego, afera PO, afera Kamińskiego czy afera CBA. Choć przy słowie afera też nie trzeba się upierać.

Język, od czasów wieży Babel, to skomplikowana materia. Pomieszana. Premier Tusk określił zachowanie posła Chlebowskiego jako nieudaną próbę asertywności. To twierdzenie jest asertoryczne, to znaczy przedstawione bez przytaczania dowodów. W tej sytuacji lepsza byłaby aspersja, czyli pokropienie wodą święconą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop