Archiwum z maj 2009

Przegląd wiadomości koniecznych

25 maj 2009

Z drugiej Irlandii została nam tylko resztówka – Declan Ganley. Trwa spór, czy Wałęsa jest drugim Ganleyem, czy Ganley drugim Wałęsą

Strasznie się u nas w Polsce zrobiło smutno, ponuro i nerwowo. Zwłaszcza nerwowo. Nigdzie indziej w Europie życie publiczne nie jest tak emocjonalne jak nad Wisłą. Znajomi dzwonią do siebie, pytając, czy już się dziś wzburzyłeś… Nie zawracaj mi głowy, bo jestem skrajnie wstrząśnięty… Ludziom pocą się ręce i pachy z emocji. Każdy dzień przynosi nowe wzruszenia. Burza uczuć co chwila, co kwadrans wstrząsa społeczeństwem. Nikt nie ma czasu na myślenie, bo zajmuje go oburzenie albo wzruszenie, albo cierpienie.

Prawdziwy romantyzm polski. Nie mędrca szkiełko i oko, ale łzy czyste, rzęsiste. Chmurnie i górnie, co dzień powtórnie. Rzewne uczucie i sercem szczucie. Łzawe tęsknice i nocne wycie. Ocean złości, a w perspektywie chrzęst łamanych kości. Tak sobie żyjemy jak na oddziale maniaków szpitala psychiatrycznego. Wszystko przez to, że wszelka informacja publiczna, wszelkie wystąpienia polityczne, przemówienia i wywiady osobistości wszelkich adresowane są nie do umysłów, tylko do emocji. Każdy komentator czuje się w obowiązku określić uczuciowo, żeby nie odstawać.

Któregoś dnia wypalimy się emocjonalnie i zostanie z nas pusta pałuba, Golem gliniany, który myśleć się nigdy nie nauczył, a kochać nie może, bo się wyczerpał w strachu i nienawiści. Być może o to właśnie chodzi w tej burzy uczuć przetaczającej się nad Polską.

Zróbcie sobie przerwę, Polacy. Można na to wszystko patrzeć inaczej.

Przeczytaj cały artykuł

Autor jest felietonistą i publicystą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Manifest kuchenny

18 maj 2009

Kuchnia, a nie Parlament, będzie nadzieją Europy. Jeżeli oczywiście brukselskie urzędasy w swoim pędzie do regulacji wszystkiego nie stworzą jednej centralnej receptury na mielonego

Pan Bóg pokazał Adamowi Ewę i rzekł: wybierz sobie żonę. Skończyło się wygnaniem z raju. Potem Pan Bóg wybrał Żydów. Do dziś nie mogą się pozbierać. Parys musiał wybrać, której bogini ofiarować jabłko Hesperyd. Wybrał Wenus i Troja padła. Cezar wybierał, czy przekroczyć Rubikon, czy nie. Przekroczył i został zamordowany przez Brutusa. Kolumb wybrał się do Indii, a trafił do Ameryki, czego skutki świat odczuwa do dziś. Niemcy w 1933 roku wybrali Hitlera, a nie komunistów. Dlatego zamiast łagrów powstały obozy koncentracyjne.

Wybory zazwyczaj kończą się fatalnie, jeśli mają w ogóle jakieś następstwa i znaczenie. Czego nie można powiedzieć o wyborach do Parlamentu Europejskiego. Przeglądam codziennie sporą porcję prasy europejskiej, w tym i polskiej. I nadziwić się nie mogę, ponieważ mam wrażenie, że albo te wybory odbywają się wyłącznie w Polsce, albo że tylko Polacy przywiązują do ich rezultatów jakiekolwiek znaczenie.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Romans tysiąclecia, czyli od Homera do premiera

11 maj 2009

Dziś o miłości nie decydują celne strzały Amora, a o zdradzie – podszepty i namowy centaurów. Z całego boskiego areopagu pozostała przy życiu i cieszy się dobrym zdrowiem jedna jedyna tylko bogini: pomsty dziejowej, Nemezis

Rozgrywa się przed naszymi oczyma istna historia trojańska. Piękna Katarzyna Hejke, dziennikarka „Gazety Polskiej” (księżniczki na ogół lądują teraz w mediach), poślubiła Krzysztofa Hejkego, który za czasów Homera byłby niewątpliwie następcą tronu w Sparcie albo i gdzie indziej. Ale w sielankę wtrąciły się trzy boginie i obiecały Katarzynę księciu IPN Januszowi Kurtyce. Książę uwiódł piękną Katarzynę teczkami i porwał ją do archiwów IPN, ku podziwowi i oburzeniu świata cywilizowanego.

Takie akty gwałtu są dobre między barbarzyńcami, nic dziwnego, że nawet Niebianie z wysokości Olimpu Wyborczego zatrzęśli się z oburzenia.

No dobrze, ale co dalej? Za czasów przedhomeryckich mąż zdradzony zorganizowałby był huf zbrojny i przystąpił do oblężenia IPN. Po dziesięciu latach szturmów na mury, po krwawych starciach i hekatombie kwiatu rycerstwa antylustracyjnego (niewykluczone, że poległby nawet najdzielniejszy z dzielnych, Wojciech Czuchnowski, trafiony strzałą w piętę), oblegającym udałoby się było wprowadzić za mury profesora Andrzeja Friszke, przebranego za konia, mimo kasandrycznych ostrzeżeń Piotra Gontarczyka. IPN byłby padł i rozsypał się w gruzy, spoczywając przez kilka następnych tysięcy lat w oczekiwaniu na swego Schliemanna.

Donos prozą

Ale dziś nikt nie ma tyle czasu. Dziś, do rozstrzygania losów ludzkich nie są potrzebni bogowie olimpijscy, jabłka Hesperyd, Parki przędące nici życia i cały ten mitologiczny i bajkowy kram. Dziś o miłości nie decydują celne strzały Amora, a o zdradzie podszepty i namowy centaurów. Z całego boskiego areopagu pozostała przy życiu i cieszy się dobrym zdrowiem jedna tylko, jedyna bogini – Nemezis, bogini pomsty dziejowej, córka Nocy, nieubłagana w karaniu butnych i zuchwałych.

Jedna bogini, gdyby nawet była sprawna, to za mało, by powstawały homeryckie poematy o miłości, zdradzie i zemście. Toteż zamiast poematu epickiego, jak u Homera, pan profesor Krzysztof Hejke, świadomy przemian cywilizacyjnych, jakie dokonały się od czasów Heleny i Parysa, usiadł i napisał zwykły donos prozą do prokuratury, że prezes IPN Janusz Kurtyka uwiódł mu żonę mamiąc ją, jak dawniej mamiło się klejnotami, dostępem do teczek stanowiących tajemnicę państwową, a słaba kobieta uległa.

W poszukiwaniu rogów

I teraz mamy następującą sytuację prawną: prokuratura prowadzi śledztwo przeciwko uwodzicielowi, we wtorek romansem ma się zająć Kolegium IPN, a całej sprawie gorliwie kibicują wcale nie tabloidy – co byłoby nawet normalne – tylko najpoważniejsze gazety, niosące na swych spracowanych barkach już od 20 lat losy ojczyzny, oraz telewizje informacyjne, oglądane także przez nieletnich.

Prokuratura będzie musiała najpierw ustalić stan faktyczny, to znaczy stwierdzić, czy miał miejsce akt zdrady. Nie wiem, jak się to robi dziś. Z opowieści z czasów stalinowskich wiem, że kiedy para dziennikarzy (para składała się w tych czasach z dwojga osobników różnej płci) gazety „Głos Pracy” pojechała do Łodzi opisać wytężony trud tamtejszych włókniarek przy budowie lepszego jutra, powstało podejrzenie, że być może złamała przy okazji moralność socjalistyczną za pomocą stosunków pozamałżeńskich.

W całej tej zabawie polityków w IPN o to tylko chodzi, że z kolejną zmianą rządu zmienia się hierarchia teczek

Wydelegowano do Łodzi speckomisję, która miała ustalić fakty. Śledczy tej komisji powrócili z wypiekami na twarzy, przywożąc poważne poszlaki – podejrzani wprawdzie mieli w hotelu osobne pokoje, ale wedle zeznań pokojówek w jednym z nich pościel była nienaruszona. Egzekutywa już miała orzec karę partyjną, kiedy sprowadził ją na ziemię zalany w pestkę uczestnik narady pytaniem: czy komisja wąchała prześcieradło z tego drugiego pokoju.

Nie wiem, co będzie wąchać i gdzie węszyć prokuratura i Kolegium IPN. Być może ograniczy się do obejrzenia – w poszukiwaniu rogów – głowy prof. Hejkego, który przy tej okazji mógłby zacytować Wergiliusza: „Oby z kości naszych powstał mściciel”, na co mógłby mu odpowiedzieć Kurtyka Juwenalem: „Zemsta jest zawsze rozkoszą miernych, słabych i małostkowych umysłów”.

Mógłby z tego wyniknąć całkiem ładny turniej poetycki, ale pewnie wyniknie akt oskarżenia – Kurtyka pójdzie siedzieć za niemoralność, a na jego miejsce przyjdzie ktoś mniej jurny, za to bardziej spolegliwy. Taki, który wie, czyje teczki należy ujawniać, a czyje utajniać. W końcu w całej zabawie polityków w IPN o to tylko chodzi, że z kolejną zmianą rządu zmienia się hierarchia teczek.

Prawo szarijatu nad Wisłą

Być może ta idiotyczna historia jest tylko grą operacyjną jakichś służb specjalnych, które nie mają nic lepszego do roboty, jak tylko rozprowadzać IPN przy pomocy narzędzia tak elastycznego, jak ego prof. Hejke. Każdy facet to ma. Dwie wódki, trochę perswazji i każdy rogacz zapłacze, choć nie każdy napisze list ze skargą na kochanka żony do prezydenta państwa.

Jesteśmy poważnym krajem, toteż intrygi polityczne są u nas również poważne, tyle tylko, że ludzie są nieuważni i często tego nie dostrzegają, pukając się w czoło.

Oczywiście, najlepiej by było, gdyby obowiązywało u nas prawo szarijatu. Wtedy zamiast bawić się w prokuratorskie śledztwa i kolegialne narady, wyprowadzono by oboje winowajców, Katarzynę Hejke i Janusza Kurtykę, za rogatki w towarzystwie wrzeszczącego i podnieconego tłumu dziennikarzy i tam ukamienowano.

Ciekaw jestem tylko, kto miałby prawo rzucić pierwszy kamieniem – zdradzony mąż czy premier rządu, który to wszystko w końcu, z własną wiedzą lub bez, firmuje.

Autor jest publicystą i felietonistą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polacy, niewielki wysiłek, a zostaniecie snobami

3 maj 2009

Anglicy wiedzą cokolwiek o tym, o czym chcą wiedzieć, a na ogół nie jest to potrzeba rozległa

Zbulwersowała mnie krótka notatka w „Polityce” o jakimś idiocie, który na łamach dziennika „The Guardian” nawypisywał głupstw na temat Polski, takich przekraczających zwykłą miarę. Ale nie sam „Guardian” mnie zdziwił – w końcu ta gazeta wyspecjalizowała się w wypisywaniu głupot na każdy temat – tylko objaśnienie powodów ignorancji brytyjskiej tym, że Anglicy więcej wiedzą o Indiach niż o Polsce.

To nie jest prawda. Anglicy wiedzą cokolwiek o tym, o czym chcą wiedzieć, a na ogół nie jest to potrzeba rozległa. Niewiedza na temat świata zewnętrznego jest nie tylko wyrazem obojętności, co potwierdza moja rozmowa z sąsiadem, skądinąd kulturalnym facetem, który na moją informację, że właśnie rozpadł się amerykański prom kosmiczny Challenger i pokazują to w telewizji, odparł, wzruszając ramionami: – Nigdy nie włączam telewizora przed 17. I dodał: – A co cię to w ogóle obchodzi?

Jest ona także, jak wynika z moich doświadczeń angielskich, elementem snobizmu. Po prostu człowiekowi z towarzystwa nie wypada wiedzieć różnych rzeczy, które nam, Polakom, wydają się konieczne z przyczyn cywilizacyjnych. U Anglików jest odwrotnie. Mają inną hierarchię oglądu świata niż my, skierowaną do wewnątrz, a nie na zewnątrz, co potwierdza piękny, zapamiętany przeze mnie rysunek z 1984 roku: spiker w telewizorze mówi: „Przed chwilą wybuchła III wojna światowa i rakiety sowieckie za pięć minut uderzą w Londyn. Ale na razie podamy wyniki gonitw z Ascot”.


Jak się ta wyspa nazywa?

Snobizm angielski polega nie tylko na tym, aby nie wiedzieć, ale aby się tym szczycić. Jako szczególną cnotą, dezynwolturą wobec świata. Na potwierdzenie tego mam świadectwo tak piękne, że nie mogę się powstrzymać od jego zaprezentowania. To fragment wydanej po raz pierwszy w 1946 roku uroczej i zabawnej (w stylu zwanym u nas humorem brytyjskim) książki „Jak być Brytyjczykiem” („How to be a British”) autorstwa węgierskiego emigranta Georga Mikesa. Pozwalam sobie przytoczyć fragment:

„Niedawno, pewnego wieczoru jadłem obiad z grupą osób. Jedna z nich – mężczyzna nazywany Trevorem – nagle przerwała swoje rozważania i zapytała głosem pełnym zastanowienia:

– Och, mam na myśli tę wielką wyspę u wybrzeży Afryki… Wiecie, w pobliżu Tanganiki… Jak ona się nazywa?

Nasza gospodyni zaćwierkała: – Obawiam się, że nie mam pojęcia. To nie jest dobry pomysł pytać mnie, mój drogi. Spojrzała w stronę gości: – Myślę, że Evelyn mogłaby…

Evelyn urodziła się i wychowała w Tanganice, ale potrząsnęła gwałtownie głową: – Nie mogę sobie przypomnieć w tym momencie. Może sir Robert…

Sir Robert był brytyjskim rezydentem w Zanzibarze – miejscu, o które chodziło – przez 27 lat, ale on także potrząsnął głową z determinacją.

- Umknęło mi również. Te pospolite afrykańskie nazwy. Wiem, że to się jakoś nazywa, albo inaczej.

Pan Trevor, który postawił ten problem, okazywał rosnącą irytację. – To przeklęte miejsce jest dość blisko Dar es Salaam. Nazywają je… Poczekajcie minutkę…

Widziałem, że ma nazwę na końcu języka. Chciałem być pomocny. – Czy to nie nazywa się Zan…

Jeden lub dwa zabójcze spojrzenia nakazały mi się zamknąć. Słowo utknęło mi w gardle. Kontynuowałem w tym samym zadumanym tonie. – Sądzę… to, co myślę, czy to nie jest Czechosłowacja?

Wiceprezydent jednego z naszych towarzystw geograficznych smutno potrząsnął głową. – Nie wydaje mi się… nie mogę być naturalnie pewnym… ale nie myślałbym tego.

Pan Trevor był absolutnie zdesperowany. – Na południe od równika. Brzmi jakoś tak…

Ale nie mógł wymówić słowa. A wtedy szlachetnie wyglądający starszy dżentelmen, z białą kozią bródką, uśmiechnął się przyjaźnie do Trevora i rzekł konfidencjonalnym, gardłowym głosem. – Ta wispa jezt nazziwana Zsangtsibar, tak?

W pomieszczeniu zapadła śmiertelna, porażająca cisza. A wtedy emerytowany pułkownik po mojej lewej stronie pochylił się, szepnął mi do ucha. – Raz Niemiec, zawsze Niemiec.

A biskup po mojej prawej dodał z irytacją. – I jeszcze są zaskoczeni, kiedy mamy wobec nich uprzedzenia”.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop