Archiwum z mar 2009

Mój serwis – wydanie na prymaaprylus

29 mar 2009

Generał Jaruzelski odmówił Platformie kandydowania w wyborach do europarlamentu z pierwszego miejsca listy. Rozmowy z generałem Kiszczakiem jeszcze trwają

Już za dwa dni prima aprilis. Trzeba się przygotować. Wyostrzyć zmysły, natężyć intelekt, aby odróżnić bezbłędnie informację od dezinformacji. To, co jest dla jaj, od tego, co na poważnie.

Z biegiem czasu takie rozróżnienie jest coraz trudniejsze. Ludzkość wyzwala się coraz szybciej z niewoli faktów, w której jęczała przez tysiąclecia, i wybija się na kreatywną niezależność. Ambicją mediów nie jest opisywać i komentować to, co jest, ale tworzyć to, czego wprawdzie nie ma, ale być powinno. Wznoszenie gmachów ze słów jest popularniejsze od tradycyjnego budownictwa kamienno- betonowego. Gmachy ułudy wznosi się szybciej i skuteczniej, co widać choćby na przykładzie naszych autostrad.

Wolterowski Kandyd, prostaczek XXI wieku, rozróżnia prawdę od zmyślenia po dacie publikacji. 1 kwietnia jest zarezerwowany dla kłamstwa, pozostałe 364 dni w roku dla prawdy. Ale kto wie, czy już za chwilę nie będziemy mieli prymaaprylusa trwającego cały rok, a tylko 1 kwietnia politycy i komentatorzy, dla zabawy, dla hecy, całkiem wyjątkowo nie przemycą nam, tym samym tonem, tą samą czcionką, prawdy o czasach i ludziach. Wszystko zmierza w tym kierunku. Trzeba być przygotowanym na wstrząs pierwszokwietniowy.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Postępowa ciemnota

22 mar 2009

Granice dobra i zła w sferze intelektualnej zostały wyznaczone gdzieś w amerykańskich kampusach metodą paznokciową – stąd dotąd – i są przestrzegane jak zasady koszerności przez chasydów

Po moim (trudno powiedzieć recenzji) omówieniu książki Jonaha Goldberga „Liberalny faszyzm” zatelefonował do mnie Janusz Korwin-Mikke z pretensjami. – Piszę to samo co Goldberg od 20 lat – powiedział – i nic. Nikt nawet nie wspomni.

To prawda. Mikke ma rację. On pisze, pisze Waldemar Łysiak, a do tego jeszcze kilku mniej popularnych czytelników „National Review”. I to wszystko. Korwin-Mikkemu dorobiono gębę (nie bez jego własnego udziału) dziwaka z iskrą szaleństwa. Łysiak, mimo że jego książki rozchodzą się w rekordowych nakładach, jest po prostu przemilczany. Nałożono na niego najstraszliwszą dla twórcy karę – klątwę nieistnienia.

Taka całkowita marginalizacja garstki Polaków traktujących poważnie wolność słowa, idei, swobodę myślenia i prawo do formułowania każdej myśli w zgodzie z własnymi poglądami i poczuciem uczciwości prowadzi do tego, że nie ma u nas nawet szczątkowych przejawów dyskusji w fundamentalnych dla przyszłości świata kwestiach światopoglądowych.

Granice dobra i zła w sferze intelektualnej zostały wyznaczone gdzieś w amerykańskich kampusach metodą paznokciową – stąd dotąd – i są przestrzegane jak zasady koszerności przez chasydów. Janusz Korwin-Mikke i Waldemar Łysiak nie są koszerni, więc nie ma co ani z nimi, ani o nich mówić. (Koszerność podałem tu tylko jako przykład bezdyskusyjnych zasad ograniczających swobody. Nie ma to nic wspólnego z semityzmem, antysemityzmem ani filosemityzymem. Zaznaczam, bo wiem, co przy złej woli można zrobić z takiego porównania.). Dyskusja o wartościach jest zakazana i estetycznie odrażająca, dyskusja ze Slavojem Żiżkiem o Leninie pożądana i urocza. Tyle.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Uśmiech narodu

19 mar 2009

Śmiejmy się. Kto wie, czy świat potrwa jeszcze dwa tygodnie. To cytat z klasyka, Beaumarchais’go, którego „Cyrulik sewilski” był intelektualnym, to znaczy pełnym humoru preludium rewolucji francuskiej.

Te słowa były także mottem „Cyrulika Warszawskiego”, sanacyjnego tygodnika satyrycznego wydawanego pod egidą BBWR. W „Cyruliku” ukazały się rozważania o humorze Juliana Tuwima, twórcy „Wiersza, w którym autor uprasza stanowczo liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowały”.

Tuwim pisał w 1931 roku: „Nic tak nie uwydatnia charakterystycznych cech narodów jak humor. Humor staropolski jest rubaszny, francuski – frywolny, angielski – zimny, grecki – figlarny, szwedzki – miły itd. Wszelkie odrębności rasowe najwyraźniej występują w dowcipach i nic nam tyle nie powie o duszy i dzieciach danego narodu co jego humor.

Dla przykładu dajemy małą wiązankę utworów humorystycznych rozmaitych ludów, przy czym już na pierwszy rzut oka spostrzeżemy, jakie ogromne, a w psyche narodu głęboko tkwiące, prastare cechy odróżniają jeden humor od drugiego.

Humor francuski – dwaj Żydzi spotykają się na ulicy. – Pożycz mi franka – mówi jeden. – Nie mam przy sobie. – A w domu? – Dziękuję, wszyscy zdrowi. Humor irlandzki – dwaj Żydzi jadą pociągiem. – Niech pan zamknie okno, bo dziś mróz – mówi jeden. – A jeśli zamknę okno, to czy dziś będzie upał? Humor japoński – dwaj Żydzi poszli się kąpać. Humor sowiecki – dwaj Żydzi… Humor australijski– dwaj Żydzi…”.

Tuwim miał rację. Na łamach „Cyrulika” roiło się od typowych kawałów polskich, odsłaniających nasz charakter narodowy. Rozmawia dwóch Żydów. – Moniek – mówi jeden – a co ty sądzisz o „Beniowskim” Słowackiego? – Tak w ogóle, czy pod względem interesu?

Teraz niestety nie ma ani „Cyrulika”, ani Żydów. Nie ma nawet humorystycznych zdobyczy PRL – partii, Sowietów i milicjantów, którzy pozwalali przetrwać z uśmiechem.

Nie ma się z kogo śmiać, poza garstką polityków. Kolega spotyka posła Palikota. – Czy to prawda, że się ożeniłeś z Mongołką? – Prawda, mamy syna. – A jak mu na imię? – Dżyngis Cham.

Jest dość ponuro, co nie znaczy, że poważnie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Książka przeciwko senności umysłu

15 mar 2009

Jonah Goldberg stwierdza w „Liberalnym faszyzmie”, że Mussolini i Hitler byli – jak dziś Hillary Clinton czy Al Gore – dyktatorami dobra dążącymi do stworzenia raju powszechnej szczęśliwości

Miałem teraz dwie bezsenne noce, które spędziłem z książką amerykańskiego historyka Jonaha Goldberga „Liberalny faszyzm” („Liberal fascism. The Secret History of the American Left from Mussolini to the Politics of Meaning”). Już sama okładka dziejów amerykańskiej i europejskiej myśli politycznej ostatniego stulecia jest fascynująca – uśmiechnięte słoneczko, symbol wszelkiego postępu, ozdobione wąsikami Hitler.

Z tyłu okładki kilka opinii o tej książce, wśród nich takie zdanie Newta Gingricha, byłego przewodniczącego amerykańskiego Kongresu: „Zastąpiliśmy boskie prawa królów boskimi prawami samozwańczych grup. Goldberg prowadzi nas do nowego rozumienia i zmusza do głębszego myślenia”. Dlatego właśnie, jak sądzę, ta książka nie zdobędzie rozgłosu i popularności ani w Europie, ani zwłaszcza w Polsce. Kto lubi być zmuszany do myślenia i to głębszego?

(…)

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Móżdżek po polsku z jajami

8 mar 2009

Na szczęście mamy młodych, zdolnych artystów, którzy nie kroczą wprawdzie w awangardzie światowej, ale za to czuwają i sprytnie zachodzą ją od tyłu

Poskarżył mi się znajomy, że omal nie spowodował wypadku, przeczytawszy na przydrożnym billboardzie ostrzeżenie: „Cellulit nie śpi”. Było to w nocy, więc przerażenie znajomego jest całkiem zrozumiałe. Na szczęście pod spodem widniała wskazówka: „spytaj twojego farmaceuty”. Znajomy złapał za telefon, zadzwonił do farmaceuty. I co usłyszał? Zaspany głos jego żony informujący, że farmaceuta śpi.

I jak może być w Polsce dobrze, skoro cellulit czuwa, a farmaceuci śpią w najlepsze? W czasach, kiedy wróg nie spał, przynajmniej partia czuwała.

Artysta czuwa

Dziś u nas czuwają już tylko artyści. Cała reszta chrapie, z uśpionymi przez kryzys politykami na czele. Mamy nie jedną, ale dobry tuzin partii politycznych – o niektórych nikt nawet nie słyszał, włączając w to ich kierownictwo – lecz żadna nie czuwa. Nastawiają parę dyżurnych pozytywek odgrywających te same melodyjki, aby stworzyć pozór życia, i w kimono. Byle do wiosny.

Na wiosnę szykuje się migracja. Miśki, wylazłszy z gawry, odlecą do ciepłych krajów. Sikorski do NATO, Fotyga do ONZ, Cimoszewicz do Rady Europy, a Orzechowski do Parlamentu Europejskiego, o ile go przedtem nie zbadają alkomatem. Reszta na Wyspy Kanaryjskie badać wpływ kryzysu globalnego na pogłowie kanarków. Zdechł kanarek, zdechł, wsadzili go w mech, przysypali piaskiem… Co było dalej, niech sobie każdy dośpiewa.

Senna ci u nas atmosfera i prowincjonalna. Na szczęście mamy młodych, zdolnych artystów, którzy nie kroczą wprawdzie w awangardzie światowej, ale za to czuwają i sprytnie zachodzą ją od tyłu.

Wyciskanie tłuszczu

Świeżo upieczona artystka dyplomowana z Gdańska (nigdy nie zapomnę podpisu pod zdjęciem z promocji w szkole straży pożarnej: „świeżo upieczeni oficerowie pożarnictwa” – przytaczam, bo może być natchnieniem dla kandydatów na artystów, w końcu zdarzają się ofiary i pożary, a kanapka z pieczenią to piękny temat pracy dyplomowej. Albo móżdżek po polsku na grzance z jajami) Alina Żemojdzin obroniła pracę dyplomową na ASP, przedstawiając linię kosmetyków wyszczuplających na bazie ludzkiego tłuszczu.

Praca została oceniona celująco, tylko nie wiadomo, na podstawie jakich kryteriów. Domyślam się, że skuteczności. Skoro dawcy tłuszczu wyszczupleli tak, że została z nich skóra i kości, to użytkowników czeka to samo. Jest w tym wobec tego także głęboka myśl eschatologiczna, którą kiedyś pięknie wyraził Jan Brzechwa (notabene, w Trójmieście persona post mortem non grata, bo nie może być patronem szkoły): zostawcie te swary głupie, tak czy siak skończymy w zupie. Gdyby kosmetyki były z tłuszczu Brzechwy, sens filozoficzny dzieła byłby głębszy. Niestety, anonimowość tłuszczu w kremie odbiera część artystycznego wrażenia.

Pamiętam, że kiedy Katarzyna Kozyra wystawiła „Piramidę zwierząt”, do mojej wrażliwości artystycznej najbardziej przemówiła informacja, że koń będący podstawą tej konstrukcji został osobiście przez artystkę zaszlachtowany, obdarty ze skóry i wypchany. Tu jest pewien deficyt w osiągnięciu Aliny Żemojdzin. Gdyby jej tłuszcz został wyciśnięty z konkretnej osoby, a jeszcze znanej publicznie, gdyby słoiki były sygnowane ostatnim podpisem dawcy i opatrzone zdjęciem odtłuszczonych zwłok, artystka nie tylko zdobyłaby sławę, ale i pieniądze. Smalec z polityka (oczywiście w grę wchodziliby tylko zażywni) byłby hitem handlowym i przebiłby na aukcjach sztuki dla bogatych parweniuszy nie tylko Michałowskiego, ale nawet Kossaka.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ogarek gromnicy na Bugu we Włodawie

1 mar 2009

Teza, iż gdybyśmy mieli euro, to nie byłoby kryzysu, jest równie uprawniona jak twierdzenie, że gdybyśmy mierzyli poziom rzek w calach, a nie w centymetrach, to nie byłoby powodzi

W czasach precywilizacyjnych wszelkie kryzysy i klęski, głód, susze, powodzie, pomory przypisywano gniewowi bogów. Kapłani, czarnoksiężnicy, wróżowie oglądali wnętrzności zwierząt ofiarnych albo gwiazdy i orzekali o przyczynach klęski i sposobach jej odwrócenia. Dla przebłagania bóstw palono stosy ofiarne, a na nich wdowy, okadzano posągi i totemy, bito w tam-tamy, śpiewano chorały i tańczono ekstatycznie wokół ognisk.

Eurofideiści

Dziś palenie wdów, okadzanie totemów i tańce rytualne wyszły z mody, ale zasada została ta sama. Tyle że zamiast okadzić kryzys i zagłuszyć śpiewem, trzeba go zagadać. Ceremonie ku czci Światowida czy innego bożka zastąpiły wystąpienia, przemówienia i telewizyjne rundy dyskusyjne polityków, dzisiejszych kapłanów wiedzy tajemnej.

Postęp jest oczywisty, ale nie ma pewności, czy postąpiliśmy w dobrą stronę. A może skuteczniejsze w zwalczaniu obecnego kryzysu od tego festiwalu wyjątkowo, nawet jak na polskie standardy, idiotycznego bełkotu pseudoekonomicznego byłoby spławienie kukły kryzysu Wisłą do Gdańska, przekłucie igłami figurek prezesów banków odpowiedzialnych za osłabienie złotego albo zarządzenie powszechnego biczowania na odpuszczenie grzechów. Postu nie trzeba zarządzać, przyjdzie sam.

Z elementów religijnych mamy w tym kryzysie jedynie uwielbienie fetyszu euro. To jak z żarówką – pstryk i wszystko jasne. To jest główna oś rozmów o kryzysie, to jest remedium uniwersalne. Bałwan i fetysz, któremu oddaje się cześć, licząc na wzajemność. Dzięki euro nie trzeba mówić ani o bezrobociu, ani o jego skutkach. O spadku wpływów do Narodowego Funduszu Zdrowia i ZUS oraz konsekwencjach dla chorych i emerytów. Wystarczy krótkie nabożeństwo za pomyślność euro w Polsce i kazanie o dobrych wskaźnikach makroekonomicznych. Nie trzeba też mówić o wyprowadzaniu przez polskie banki (będące własnością upadających banków międzynarodowych) dywidend z zysków za granicę.

Mój przyjaciel, człowiek bardzo rozsądny, stwierdził, że teza, iż gdybyśmy mieli euro, nie byłoby kryzysu, jest równie uprawniona jak twierdzenie, że gdybyśmy mierzyli poziom rzek w calach zamiast w centymetrach, nie byłoby powodzi. Na Wiśle w Miedoni przybyło 4 euro, na Bugu we Włodawie ubyło 2.

Przyjaciel jest racjonalistą, większość to fideiści. Z podziwem i rozbawieniem oglądałem telewizyjne „Forum”, podczas którego – zanotowałem natychmiast – Wojciech Maziarski z „Newsweeka” wygłosił następującą opinię: w Polsce ceny spadły, bo spadła wartość złotego.

Boże, bądź nam miłościw. Nikt nie zaprotestował, nikt nie próbował wyjaśnić Maziarskiemu i telewidzom, że obniżki cen są rezultatem rozpaczliwych prób opróżnienia magazynów i podtrzymania produkcji. Ani że złoty spadł wobec innych walut, a wobec telewizorów i samochodów się wzmocnił.

W tej samej audycji europoseł SLD Andrzej Szejna z dumą oświadczył, że przyłapał prezydenta Lecha Kaczyńskiego na sprzeczności, bo prezydent w swoim orędziu powiedział, iż euro nie jest lekarstwem, gdyż w krajach strefy euro też jest kryzys. Ale – triumfował europoseł – również kraje, gdzie nie ma euro, przeżywają kryzys. Pan poseł Szejna jest ekonomistą, doktorem ze Szkoły Głównej Handlowej. Pewnie na SGH tego nie uczą, więc spieszę go poinformować, że kryzys generalnie polega na braku pieniędzy. A jakich pieniędzy brakuje, euro, dolarów, franków, jenów, juanów czy złotówek, to jest kwestia bez większego znaczenia.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop