Teza, iż gdybyśmy mieli euro, to nie byłoby kryzysu, jest równie uprawniona jak twierdzenie, że gdybyśmy mierzyli poziom rzek w calach, a nie w centymetrach, to nie byłoby powodzi
W czasach precywilizacyjnych wszelkie kryzysy i klęski, głód, susze, powodzie, pomory przypisywano gniewowi bogów. Kapłani, czarnoksiężnicy, wróżowie oglądali wnętrzności zwierząt ofiarnych albo gwiazdy i orzekali o przyczynach klęski i sposobach jej odwrócenia. Dla przebłagania bóstw palono stosy ofiarne, a na nich wdowy, okadzano posągi i totemy, bito w tam-tamy, śpiewano chorały i tańczono ekstatycznie wokół ognisk.
Eurofideiści
Dziś palenie wdów, okadzanie totemów i tańce rytualne wyszły z mody, ale zasada została ta sama. Tyle że zamiast okadzić kryzys i zagłuszyć śpiewem, trzeba go zagadać. Ceremonie ku czci Światowida czy innego bożka zastąpiły wystąpienia, przemówienia i telewizyjne rundy dyskusyjne polityków, dzisiejszych kapłanów wiedzy tajemnej.
Postęp jest oczywisty, ale nie ma pewności, czy postąpiliśmy w dobrą stronę. A może skuteczniejsze w zwalczaniu obecnego kryzysu od tego festiwalu wyjątkowo, nawet jak na polskie standardy, idiotycznego bełkotu pseudoekonomicznego byłoby spławienie kukły kryzysu Wisłą do Gdańska, przekłucie igłami figurek prezesów banków odpowiedzialnych za osłabienie złotego albo zarządzenie powszechnego biczowania na odpuszczenie grzechów. Postu nie trzeba zarządzać, przyjdzie sam.
Z elementów religijnych mamy w tym kryzysie jedynie uwielbienie fetyszu euro. To jak z żarówką – pstryk i wszystko jasne. To jest główna oś rozmów o kryzysie, to jest remedium uniwersalne. Bałwan i fetysz, któremu oddaje się cześć, licząc na wzajemność. Dzięki euro nie trzeba mówić ani o bezrobociu, ani o jego skutkach. O spadku wpływów do Narodowego Funduszu Zdrowia i ZUS oraz konsekwencjach dla chorych i emerytów. Wystarczy krótkie nabożeństwo za pomyślność euro w Polsce i kazanie o dobrych wskaźnikach makroekonomicznych. Nie trzeba też mówić o wyprowadzaniu przez polskie banki (będące własnością upadających banków międzynarodowych) dywidend z zysków za granicę.
Mój przyjaciel, człowiek bardzo rozsądny, stwierdził, że teza, iż gdybyśmy mieli euro, nie byłoby kryzysu, jest równie uprawniona jak twierdzenie, że gdybyśmy mierzyli poziom rzek w calach zamiast w centymetrach, nie byłoby powodzi. Na Wiśle w Miedoni przybyło 4 euro, na Bugu we Włodawie ubyło 2.
Przyjaciel jest racjonalistą, większość to fideiści. Z podziwem i rozbawieniem oglądałem telewizyjne „Forum”, podczas którego – zanotowałem natychmiast – Wojciech Maziarski z „Newsweeka” wygłosił następującą opinię: w Polsce ceny spadły, bo spadła wartość złotego.
Boże, bądź nam miłościw. Nikt nie zaprotestował, nikt nie próbował wyjaśnić Maziarskiemu i telewidzom, że obniżki cen są rezultatem rozpaczliwych prób opróżnienia magazynów i podtrzymania produkcji. Ani że złoty spadł wobec innych walut, a wobec telewizorów i samochodów się wzmocnił.
W tej samej audycji europoseł SLD Andrzej Szejna z dumą oświadczył, że przyłapał prezydenta Lecha Kaczyńskiego na sprzeczności, bo prezydent w swoim orędziu powiedział, iż euro nie jest lekarstwem, gdyż w krajach strefy euro też jest kryzys. Ale – triumfował europoseł – również kraje, gdzie nie ma euro, przeżywają kryzys. Pan poseł Szejna jest ekonomistą, doktorem ze Szkoły Głównej Handlowej. Pewnie na SGH tego nie uczą, więc spieszę go poinformować, że kryzys generalnie polega na braku pieniędzy. A jakich pieniędzy brakuje, euro, dolarów, franków, jenów, juanów czy złotówek, to jest kwestia bez większego znaczenia.
przeczytaj cały tekst