Archiwum z wrz 2008

Pełzająca apokalipsa

28 wrz 2008

Kiedy już zrobimy ostatnie głupstwo, jakiego jeszcze nie było, rozstąpią się niebiosa i Bóg, spiżowym głosem, obwieści koniec świata.

Żyjemy w czasach nieograniczonych możliwości. Nie tylko wszystko jest możliwe, ale to, co możliwe, dotyczy coraz większej liczby osób. Niedługo wszystko będzie możliwe dla wszystkich. Oprócz ucieczki. Nie będzie można uciec od możliwości, bo nie będzie dokąd i każdy będzie mógł tylko usiąść w kącie, aby pokornie czekać, aż i jego dopadnie katalog nieograniczonych możliwości.

Do niedawna wydawało się, że wszystko co prawda jest możliwe, ale nie wszystko prawdopodobne. Życie jednak uczy nas, ostatnio bardzo intensywnie, że wszystko jest także prawdopodobne, a im coś wydaje się bardziej nieprawdopodobne, tym więcej jest możliwe. Słowem żyjemy w czasach, co się zowie, ciekawych.

Jeszcze parę tygodni temu wydawało się nieprawdopodobne, żeby premier ogłosił narodowy program kastracji zboczeńców albo żeby w kierownictwie PiS rozpętała się polityczna walka o wysokość alimentów płaconych przez Ludwika Dorna i Przemysława Gosiewskiego.

Dobry rządowy tatuś

A tu proszę. Jak najbardziej. Dla każdego coś miłego. Jest taka teoria, że ludzkość zmierza do wypełnienia absolutnie wszystkich kombinacji i możliwości. Kiedy się to zrealizuje, nastąpi koniec świata. No to ostrzegam, że przy dotychczasowej aktywności w polskim życiu publicznym popychamy świat energicznie ku końcowi.

Powziąłem na przykład wiadomość, że minister finansów liberalnego rządu, sam patentowany liberał londyński, zamierza nałożyć na banki oferujące klientom udziały w funduszach inwestycyjnych i pośredniczące w zakupie akcji przedsiębiorstw obowiązek sprawdzania, czy ryzyko rynkowe nie jest zbyt duże w stosunku do ich możliwości finansowych.

Słowem, banki na polecenie dobrego tatusia rządowego, zatroskanego o swoją elektorską trzódkę, zanim coś komuś sprzedadzą, sprawdzą najpierw, czy w przypadku kryzysu, załamania na giełdzie, spadku kursów nieszczęśnik nie popadnie w tarapaty. Czy przypadkiem się nie spauperyzuje, nie utraci ostatnich oszczędności i nie popadnie w biedę. Teraz Ministerstwo Finansów zadba, jak dobry tatuś, o przyszłość dziecka i jego skarbonki.

Przyjdzie taki ryzykant do banku, a tam mu powiedzą, że po starannej analizie postanowili niczego mu nie sprzedawać poza obligacjami skarbu państwa. Zamiast lokować pieniądze, ludzie zaczną znowu pić, dzięki czemu wzrośnie konsumpcja i unikniemy recesji. Bardzo ładny pomysł, zwłaszcza że obywatele ochronieni przed ryzykiem nie będą się radykalizować.

Koncesje dla dziennikarzy

Piękny wkład w wypełnianie niemożliwego wniosło też Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, przedstawiając własny nowy projekt prawa prasowego. A właściwie stary, jak się okazuje, nieśmiertelny projekt prof. Bogdana Michalskiego z UW. To nie postkomunistyczne Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, ale wolnościowe, opozycyjne i podziemne w stanie wojennym Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich odgrzebało pomysł uczynienia z dziennikarstwa zawodu zamkniętego. Wydawania koncesji na dziennikarza tylko absolwentom studiów dziennikarskich.

Zrozumiałe jest, kiedy z takimi totalitarnymi pomysłami występują sfrustrowani wykładowcy studiów dziennikarskich, którym nie udało się jeszcze wychować ani jednego dziennikarza z prawdziwego zdarzenia. I nie widzą innego wyjścia niż tylko wprowadzić nakazy zatrudnienia swoich wychowanków w mediach. Prywatnych. Ale dlaczego taki projekt przedstawia SDP? Ano właśnie dlatego, żeby dopełnić możliwości nieprawdopodobnego i przybliżyć nas do końca świata. I świętego spokoju.

Kiedy już zrobimy ostatnie głupstwo, jakiego jeszcze nie było, kiedy się wypełni ostatnia możliwość, rozstąpią się niebiosa i Bóg, spiżowym głosem, obwieści koniec świata. Co będzie potem? Ponieważ projekt prawa prasowego SDP przewiduje także ograniczenia prawa do krytyki i satyry oraz formułowania opinii pozbawionych podstaw faktycznych, pospiesznie kreślę, jak będzie wyglądał koniec świata w RP. Dopóki jeszcze wolno, dopóki jestem dziennikarzem.


Niemożliwy za Gierka

Otóż w dniu końca świata politycy złożą oświadczenia. Donald Tusk powie, że rząd jest dobrze przygotowany do końca świata, który nie wpłynie na sprawne funkcjonowanie państwa. Marszałek Bronisław Komorowski zapowie odesłanie końca świata do komisji. Jarosław Kaczyński wyrazi pogląd, że rząd całkowicie zlekceważył problem końca świata i Polsce grozi teraz całkowity chaos. Jerzy Wenderlich zauważy, że za Gierka koniec świata nie byłby możliwy. Generał Jaruzelski nadeśle usprawiedliwienie, że nie może wziąć udziału w końcu świata ze względu na zły stan zdrowia.

Izabella Jaruga-Nowacka wyda apel do gejów i lesbijek, aby zbojkotowali koniec świata. Minister Radosław Sikorski zapowie, że musimy mieć przyjazne relacje z końcem świata i to stanowisko popiera kanclerz Angela Merkel. Grzegorz Napieralski zatroska się, że po końcu świata bogaci będą jeszcze bogatsi, a biedni biedniejsi. Adam Michnik wyrazi przekonanie, że na Sądzie Ostatecznym teczki będą służyć politycznej manipulacji. Wreszcie prezydent Lech Kaczyński zadeklaruje, że zawetuje koniec świata albo skieruje go do Trybunału Konstytucyjnego.

Na koniec, koniec świata zostanie obłożony 22-procentowym podatkiem VAT, z którego zwolnieni zostaną działacze PSL ubezpieczeni w KRUS. No a potem wszystko zacznie się od początku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z teczką do gwiazd

21 wrz 2008

Aleksander Wolszczan zapowiedział, że wynosi się z Polski, kraju, w którym wyciąga się ludziom życiorysy. Co można do tego dodać? Chyba wyrazić żal, że nie opuścił PRL

Bertrand Russel uważał, że ludzkość rozwijała się zbyt szybko intelektualnie i zbyt wolno moralnie. Dlatego jesteśmy nadto sprytni, ale moralnie niedojrzali. Karl Popper sądził, że jest akurat odwrotnie – ludzie są zbyt poczciwi i zanadto głupi, dlatego bardzo łatwo ulegają argumentom apelującym nie tylko do ich interesu, ale i do poczucia moralnego, nie będąc w stanie dokonać ich krytycznej oceny.

W naszym życiu publicznym mamy do czynienia z wypadkami i zjawiskami potwierdzającymi obie te diagnozy. Fakt, że rządy, w znaczeniu także symbolicznym, duchowym, sprawują amoralni cwaniacy, a szantażowi moralnemu ulegają znacznie liczniejsi poczciwcy i frajerzy, jest raczej przygnębiający.

Talent i małość

Psychologiczną osobliwością jest trudność, jaką sprawia przeciętnemu człowiekowi akceptacja faktu, że ktoś może być w jakiejś dziedzinie wielce utalentowany, a jednocześnie ograniczony umysłowo i niewrażliwy moralnie. Podziw dla wyjątkowych umiejętności uniemożliwia praktycznie sprawiedliwą ocenę postępowania.

Świństwa życiowe pisarza łatwiej usprawiedliwiamy i wybaczamy niż łajdactwa stróża nocnego. Im bardziej odległa od naszych życiowych horyzontów jest umiejętność i dziedzina sprawności, tym większa staje się nasza tolerancja. Im większy szacunek dla rzemiosła, tym niższe kryteria moralne.

Znakomity fizyk jądrowy może liczyć na większe pobłażanie niż linoskoczek, choć dla nas równie niemożliwe jak zrozumienie teorii czasu i przestrzeni jest przejście po linie przez Wielki Kanion Kolorado.

Nie różnię się pod tym względem specjalnie od przeciętnej. Także odczuwam instynktowny szacunek dla niezwykłych umiejętności i talentów, więc mam skłonność do relatywizowania przewin czy odrażających nawet zachowań ludzi wybitnych w jakiejś dziedzinie, szczególnie w takiej, o której sam nie mam bladego pojęcia. A jej doskonałe opanowanie wydaje mi się czynem nadludzkim.

Palił, ale się nie zaciągał

Toteż kiedy ogłoszono informację o współpracy z SB wybitnego astronoma Aleksandra Wolszczana (największy polski astronom od czasów Kopernika – zapewniała TVN), polskiego kandydata do Nagrody Nobla, zacząłem pisać tekst nie tyle w obronie uczonego, ile relatywizujący jego życiowe potknięcie. Zacząłem rozważać kontekst, wpisywać Wolszczana w czas historyczny i realia PRL.

W pierwszym odruchu wziąłem nawet za dobrą monetę tytuł z „Dziennika”: „Współpracował, ale nikomu nie zaszkodził”. Nie dostrzegłem nawet jego śmieszności i analogii z Clintonowskim: paliłem trawkę, ale się nie zaciągałem. Byłem pełny dobrej woli.

Gdybym ten tekst skończył, napisałbym mniej więcej tak: w plotkarskim szumie lustracyjnym tracimy z oczu to, co najważniejsze. Gdzieśmy właściwie żyli. Co to było za państwo, które podstępem, szantażem, przemocą zmuszało astronomów do udawania, że są gotowi donosić na kolegów. W czyim interesie to robiono i kto na tym korzystał, że upadlano ludzi z gruntu przyzwoitych, przymuszano ich do krętactwa, kombinowania i kłamstw, do wykrętów. Dlaczego wybitnie zdolny, rokujący największe nadzieje, naukowiec musiał żyć ze świadomością, że tylko wtedy ma szanse na naukowy rozwój, dokonania, kontakty ze światową nauką, kiedy będzie prowadził podwójne życie, kiedy uda, że się ześwinił. Pokładałem taką ufność w profesorze, że nigdy bym nie napisał: kiedy się ześwini.

Miałem zamiar zaapelować do Instytutu Pamięci Narodowej, aby ujawniając podobne przypadki, podawał równocześnie imiona i nazwiska wszystkich funkcjonariuszy SB, którzy brali udział w moralnym negliżowaniu każdego TW. A także to, co robią teraz i jak się im powodzi. Aby ogłaszano, do kogo w aparacie partyjnym trafiały raporty SB powstałe na podstawie rozmów i doniesień tajnych współpracowników. Też po nazwisku i z informacją, czym ci panowie zajmują się dzisiaj.

Goła wiedza o tym, że ktoś był TW, wydawała mi się niewystarczająca i krzywdząca. Społecznie niesprawiedliwa. Utrudniająca młodzieży zrozumienie epoki PRL i meandrów życiowych ludzi, którym przyszło w niej mieszkać i pracować. Na dodatek na naukowej niwie.

Wybitność ogranicza odpowiedzialność

Tak chciałem napisać. Ale w „Rzeczpospolitej” mam felieton tylko raz w tygodniu i chęć napisania od momentu, w którym trzeba to zrobić, oddzieliło kilka dni. Czas, w którym Aleksander Wolszczan sam wziął sprawy w swoje ręce i sam poddał ocenie moralnej swoje postępowanie. Nie było już ani sensu, ani powodu pisania tego tekstu.

Okazało się, że profesor jest tego samego zdania co większość Polaków, co ja sam – wybitność w jakiejś dziedzinie ogranicza odpowiedzialność. Zwłaszcza kiedy samemu jest się wybitnym.

Aleksander Wolszczan zapowiedział wybitnie i dobitnie, że wynosi się z Polski, kraju, w którym wyciąga się ludziom życiorysy i współpracę. Co można do tego dodać? Chyba wyrazić żal, że nie opuścił PRL, kraju, który te życiorysy kształtował. Jak się wydaje, do dziś.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Katalog komunistów polskich

14 wrz 2008

Dwadzieścia lat po obaleniu komunizmu podjęto próbę osądzenia komunistów. Nie wszystkich, tylko kierowniczych i odpowiedzialnych za stan wojenny. Raptem pięciu.

W samej Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego, organie,który wywołał i nadzorował stan wojenny, było, zdaje się, 12 członków. Jak 12 apostołów.Był w niej nawet generał Hermaszewski, który jako figurant i girlanda, mógłby – gdyby go też postawiono przed sądem – opowiedzieć, jak to było naprawdę.

Tymczasem Hermaszewskim nikt się nie interesuje, ani sąd,ani nawet dziennikarze. Całkowite lekceważenie. A niesłusznie.

Dostatek Wallenrodów

Wedle mego skromnego zdania kłopot z dekomunizacją, odpowiedzialnością za stan wojenny i w ogóle za komunizm w Polsce wynika z braku określenia przedmiotu potępienia i oskarżenia. Nie wiadomo właściwie, kto był w PRL komunistą, a kto nie był, nie istnieje nic takiego jak socjologia aktywu komunistycznego. Nikt się tym nigdy nie zajmował, a szkoda, bo chociażby z licznych uchwał KC PZPR o konieczności zwiększenia liczby robotników w partii i jej władzach wynika przypuszczenie, że komunizm w Polsce był dziełem i sprawą inteligentów, półinteligentów i ćwierćinteligentów.

Komuniści w Polsce aż się proszą o jakąś systematykę, ale nikt się do tego nie kwapi. Szczyciliśmy się zawsze, że jesteśmy narodem, który nie wydał Quislinga, przemilczając fakt, że nikt go u nas nie szukał, bo gdyby szukał, to by znalazł. Potem poprawialiśmy sobie samopoczucie twierdzeniem, żeśmy narodem bez komunistów, krajem,w którym 90 procent członków partii chrzci dzieci i chodzi do kościoła, wykręca się od zebrań partyjnych i nie płaci składek, a ubezwłasnowalnianiem społeczeństwa zajmuje się nieliczna garstka kolaborantów, z których po 1989 roku większość ogłosiła się Konradami Wallenrodami.

Religia komunizmu

Bardzo to piękny obraz, bardzo idealistyczny, niestety, zupełnie nieprawdziwy. Polską normą nie była odmowa, tylko kolaboracja. Błąd w optyce, błąd w ocenie narodu, który koniecznie musi być łechtany w dumę, polega na tym, że traktujemy komunizm nie jak sposób sprawowania władzy, lecz jak wyznanie wiary, rodzaj religii i tylko tych gotowi jesteśmy mu przypisać, którzy służyli ideowo, z przekonaniem, bez mrugania na boki i usprawiedliwiającego rozkładania rąk.

Tymczasem komunizm budowali w Polsce antykomuniści – pewnie był to jeden z powodów, dla których był taki lichy. Stan wojenny wprowadzali jego przeciwnicy, wbrew sobie, o czym można poczytać w ich pamiętnikach.

Antykomuniści – we własnym (i otoczenia) przekonaniu – byli żarliwszymi twórcami komunizmu, niż mogli się nimi stać komuniści ideowi. Jest to rezultat fenomenu psychologicznego – ludzie bezideowi, raz przełamawszy w sobie wewnętrzne opory, nie odczuwają już żadnych innych wątpliwości poza tą jedną: czy dobrze zrobili, idąc na współpracę. Jej zakres jest już doprawdy obojętny.

Kategorie budowniczych PRL

Różne były kategorie budowniczych Polski Ludowej i – wyręczając uczonych – przedstawię kilka z tych, z którymi zetknąłem się osobiście.

IDEOWCY – prawdziwi marksiści-engelsiści, ale już wątpliwi leniniści. Teoretycy prawdziwego komunizmu, dostrzegający sprzeczność między teorią i praktyką. Prześladowani na wszystkich etapach za rewizjonizm, ukrywający się gdzieś w chaszczach jakichś wydawnictw i instytutów, cierpiący za wiarę jak pierwsi chrześcijanie, podtrzymywani przez obłędne przekonanie, że jeśli tylko zdobyliby władzę, mogliby stworzyć raj na ziemi.

WYSTRASZENI – najosobliwsza grupa. Ludzie, którzy przeszli przez sowieckie łagry i więzienia, którym złamano tam kręgosłup, którzy z Syberii zamiast nienawiści i pogardy wynieśli przeświadczenie o takiej potędze i bezwzględności Sowietów, że uciec od niej można tylko w pokorę i poddaństwo. Obdarzeni talentem zarażania innych syndromem samounicestwienia jako obrony przed przemocą.

RUSOFILE – upojeni wielkością Związku Sowieckiego (wielkie jest piękne), faktem, że gdy w Leningradzie słońce wschodzi,to we Władywostoku zachodzi. Rusofile wyznawali prawo silniejszego, uznając za całkowicie moralne, gdy silniejszy dławi słabszego. Nie mówili na ogół o proletariacie i leninizmie, tylko o Rosji, a podporządkowanie Polski państwu carów, obojętne, w jakim kolorze, uznawali za najszczęśliwsze wydarzenie w 1000-letnich dziejach państwa polskiego. Potrafili udowadniać, i potrafią to robić do dziś, że przez ostatnie 1000 lat nie Polska była ważna w Europie, tylko Rosja, nawet wówczas, gdy jej nie było, a księstwo moskiewskie było mniejsze od województwa smoleńskiego.

GRACZE – należą wedle sławnego polskiego socjologa Floriana Znanieckiego do kategorii ludzi zabawy, którzy nigdy nie wyrastają z kręgów rówieśniczych, lecz pozostają na zawsze dziećmi ogarniętymi potrzebą gry. Z tej kategorii wywodzą się politycy we wszystkich systemach i ustrojach. W PRL, aby uczestniczyć w grze, trzeba było być komunistą, trzeba było przyjąć ten szyld. Żywiołem graczy były (i są) intrygi, wykańczanie innych, rozgrywki grupowe i personalne. Ideologia ich nie interesowała, chyba tylko jako narzędzie. To oni byli drożdżami systemu, bez nich wszystko by zastygło w biurokratycznym skostnieniu. Grali między sobą i grali na układy na Kremlu jak na numerki.

KRYPTOENDECY – uznali fakt, że znów istnieje polskie koło w Dumie, choćby bolszewicki,za otwarcie drogi do oczyszczenia narodowego organizmu z przymieszki obcej krwi. Weszli triumfalnie na scenę w marcu 1968 i nigdy już z niej nie zeszli.

APARATCZYCY – zawodowi komuniści, ludzie wychowani i ukształtowani przez aparat. Można i dzisiaj znaleźć liczne życiorysy posłów SLD, którzy nie przepracowali w życiu ani jednego dnia. Tylko działali. ZSMP, SZSP, ZMW, KMW i jak to się wszystko nazywało. Potem parę wydziałów komitetu wojewódzkiego i do centrali. Ich matecznikiem i żywiołem były narady, posiedzenia, plena i prezydia. Mieli na ogół zdrowy, to znaczy bardzo cyniczny stosunek do rzeczywistości, znając na wylot wszystkie słabości systemu potrafili je wykorzystać dla własnych korzyści. Cała reszta nic ich nie obchodziła. Gardzili swoimi szefami i byli absolutnie nielojalni wobec wszystkich i wszystkiego, oprócz interesu grupowego. Dziś sól SLD.

NIEUDACZNICY – mało uzdolnieni, cierpiący na brak uznania przedstawiciele zawodów twórczych. Źli poeci, kiepscy pisarze, autorzy kiczów malarskich, nieudolni reżyserzy filmowi i teatralni, sepleniący aktorzy, protezujący niedostatki talentu gorliwością partyjną. Grupa, która dziś najbardziej tęskni do starych, dobrych czasów.

FRAJERZY – ludzie, którzy wbrew doświadczeniom uważali, że dałoby się coś zrobić,gdyby rozsądni i przyzwoici wdepnęli w struktury władzy i próbowali je regulować i naprawiać.

MONOLITY – osoby, które posiadły jedną tylko umiejętność, z niej tylko potrafią wyżyć i skonstatowawszy, że monopol na jej używanie ma władza, godzą się na współpracę z lęku, iż nic innego nie potrafią.

ŻYWICIELE – oczywiście rodziny, i to jedyni. Rozkładali ręce i powiadali: „No taa, w zasadzie to wszystko prawda, reżim jest parszywy, ale ja mam żonę i dziecko na utrzymaniu”. Niektórzy mieli dodatkowo psa.

GEOPOLITYCY – wielcy patrioci, kochający tę nieszczęsną Polskę miłością pierwszą, łkający po kątach nad jej losem, ale uważający za swój pierwszy obowiązek ochronę za wszelką cenę substancji narodowej, fizycznego bytu Polaków zagrożonego z powodu niedogodnego położenia geopolitycznego. Uważali, że każda próba wybicia się Polaków na częściową choćby suwerenność, a nawet reformy wewnętrzne skończyłaby się morzem krwi i rozbiorem.

Gdy już utoniemy w szczegółach

Nie sądzę, żebym wyczerpał katalog komunistów polskich.Dobrze by było, gdyby uzupełnili go i poprawili specjaliści od psychologii społecznej. Dyskutanci powinni wziąć pod uwagę,że sekretarzem wojewódzkim mógł być i frajer, i geopolityk, i jedyny żywiciel rodziny.

Wtedy utoniemy w szczegółach i dyskusja toczyć się będzie przez następnych 50 lat, aż wymrą ostatni świadkowie i nikt już nie będzie wiedział, o co chodzi. A o to właśnie chodzi.

Autor jest felietonistą i publicystą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Człowiek platformerski człowiekowi pisowskiemu wilkiem

7 wrz 2008

Znaleźliśmy się, ewolucyjnie, na wyższym stopniu rozwoju. Polak jest dziś albo Homo platformersis, albo Homo pisiorensis, ale nigdy, w żadnym razie Homo sapiens

Z opóźnieniem, z poślizgiem, ale spełniła się wreszcie wizja i marzenie teoretyków oraz fundatorów komunizmu. Kucharki rządzą państwem, a polityka jest esencją życia. Wszelkiego życia. Publicznego, prywatnego, rodzinnego, towarzyskiego i zawodowego.

Każdą wypowiedzią, każdym poglądem, każdą oceną zajmujemy stanowisko polityczne. Nie ma zjawiska, sprawy, problemu, do których można mieć stosunek po prostu racjonalny. Nawet jeśli nie ma się takiego zamiaru, posiadanie indywidualnego stanowiska wolnej jednostki jest niemożliwe. Staje się ono od razu deklaracją poparcia dla jednej strony przeżerającego całą strukturę społeczną konfliktu politycznego, manifestacją przynależności, a już co najmniej – ideowej sympatii. Drogi ucieczki nie ma, chyba że w milczenie, a i tak otoczenie chciałoby wiedzieć, przeciwko komu albo za kim się milczy.
Po czyjej stronie

Polacy, a także ich instytucje publiczne, takie jak media dzielą się dziś wyłącznie na tuskolubów i kaczorofilów. Kaczorożerców i tuskofobów. Polak jest dziś albo Homo platformersis, albo Homo pisiorensis, ale nigdy, w żadnym razie Homo sapiens. Znaleźliśmy się, ewolucyjnie, na wyższym stopniu rozwoju.

Jest to sytuacja znacznie ułatwiająca debatę publiczną i życie intelektualne. Nie trzeba już myśleć. Nie trzeba się nad niczym zastanawiać. Jeden wysiłek w życiu mniej. Natrafiwszy na myśl, osąd czy rację w jakiejkolwiek sprawie, wzniosłej lub przyziemnej, aby ustalić swój do niej stosunek, należy najpierw rozeznać, w czyim jest to interesie: PiS czy Platformy. Rządu czy opozycji.

W przestrzeni przeżartej polityką innych interesów nie ma i być nie może. Obojętne, czy chodzi o konflikt gruziński, czy o projekt budowy kolejki linowej na iglicę Pałacu Kultury, stosunek do tych spraw jest opowiedzeniem się albo po stronie premiera, albo po stronie prezydenta. Możliwość opowiedzenia się po stronie Polski albo interesu publicznego została raz na zawsze zlikwidowana.

Lupus politicus

Uczestnicy debat publicznych spoza kręgu zawodowych funkcjonariuszy partyjnych zostali w ciągu ostatnich kilku lat sklasyfikowani jak insekty i – przekłuci szpilkami – wpakowani do odpowiednich gablotek. Z tej klasyfikacji nie ma niemal wyjścia. Cokolwiek by powiedzieli lub napisali, mówią i piszą nie jako oddzielne indywidualności, tylko jako przedstawiciele gatunku. Członkowie wyimaginowanego, ale tak potrzebnego kolektywu.

To znacznie upraszcza dyskusję. Nie ma już potrzeby polemizowania z argumentami. Wystarczy polemika z człowiekiem, o którym wiadomo od dawna, że sam jest niesłuszny. A czy ktoś niesłuszny z zasady może mieć rację? Nigdy. No to nie ma się co przejmować i zajmować.

Rozważania i polemiki historyczne podlegają tym samym zasadom. Fakty historyczne, tak jak ludzie, nie są obiektywne tylko politycznie zorientowane. Są fakty platformerskie i fakty pisowskie i niepokój powinno budzić tylko to, że pisowskich jest więcej.

Polemiki historyczne nie dotyczą dziejów przeszłych, tylko sporów współczesnych. Prowadzi to do zjawisk wręcz porażających. Z głosów w dyskusji o filmie na temat Westerplatte wynika, że został on zaplanowany jako manifest historyczny Platformy Obywatelskiej, a wszyscy, którzy projekt skrytykowali, są ludźmi PiS. I to mimo krytycznego stanowiska premiera Tuska i ministra kultury Zdrojewskiego.

Homo platformersis homini Pisiorensis lupus. Lupus politicus.

Kaczor wiedział, nie powiedział

Wspaniałym przykładem obowiązującej kultury politycznej i dyscypliny umysłowej jest ujawnienie notatki Zbigniewa Siemiątkowskiego o rzekomych tajnych więzieniach CIA. Jeśli istniały, to za zgodą prezydenta Kwaśniewskiego i premiera Millera. A co zostało w tej sprawie wysunięte na plan pierwszy, jako najbardziej zbrodnicze i niemoralne? A to, że notatkę czytali Kaczyńscy i nie puścili pary. Kaczor wiedział, nie powiedział i powinien stanąć przed Trybunałem Stanu. Kwaśniewski z Millerem nie, bo już i tak się nie liczą.

A co tu zrobić z projektem rządu dotyczącym odebrania esbekom przywilejów emerytalnych? Czy przypadkiem, szanowni tuskolubowie i kaczorożercy, rząd nie przenosi się do innej gablotki? A co gorsza werdykty, czy poszczególny esbek pomagał, czy szkodził opozycji, ma wydawać IPN, ta straszna bolszewicka instytucja dzieląca Polaków i szczująca jednych na drugich.

Nie wiem, jak Polak upolityczniony sobie z tym poradzi. Pewnie dialektycznie. Okaże się, że Kaczyńscy popierają esbeków, których uważają za ludzi honoru. Bo w to, że mamy do czynienia z końcem ery politycznego prostactwa i publicystycznej tępoty, jakoś nie wierzę.

Autor jest felietonistą i publicystą dziennika „Fakt”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop