Posts Tagged „płace”<

Gdzież są nasi milionerzy?

14 lip 2010

Z naszego swojskiego krajobrazu zniknęło w ciągu roku ok. 3 tysięcy milionerów

A i tak było ich niewielu, bo w 2008 r. dochodem przekraczającym milion złotych rocznie mogło się pochwalić zaledwie 13,5 tys. podatników. Wśród winnych wymieniany jest kryzys, który mocno przyciął zarobki większości Polaków, choć akurat w tym przypadku raczej trudno przypuszczać, by to redukcje wynagrodzenia były przyczyną tego regresu. Bardziej przekonujące są sugestie, że pewna część dochodów najlepiej zarabiających zapodziała się w szarej strefie – ostatecznie więcej zarabiać chcą nie tylko najbiedniejsi. Zwłaszcza w sytuacji, w której, aby zarobić na naszą daninę dla fiskusa, trzeba w Polsce pracować około pół roku. A nad głową wisi nam kryzys.

Niezależnie od przyczyn tak drastycznej redukcji liczby najlepiej zarabiających Polaków – i to w roku, w którym mieliśmy już tylko dwie niższe stawki podatkowe – widać wyraźnie, że cały czas jesteśmy narodem, który dopiero się dorabia. Nawet jeśli częściowo spadek liczby najlepiej zarabiających jest efektem różnego rodzaju „optymalizacji podatkowych”, to nie dotyczy to wszystkich. Wciąż mało jest rodzinnych majątków, dziedziczonych fortun przynoszących stały dochód, znacznie bardziej niezależnych od sezonowych wahań koniunktury.

Chociaż te także już są, ale umykają analizom naszych izb skarbowych. Te pieniądze pracują w znacznie bardziej przyjaznych dla siebie warunkach, w miejscach, gdzie podatki są korzystniejsze niż w Polsce. Trudno im się dziwić. Gdyby wróciły do nas, liczba milionerów zapewne by wzrosła. Swoją drogą, ciekawe dlaczego jednak się do nas nie garną? Może właśnie dlatego milionerów wśród nas coraz mniej?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Etat dobrze sprzedam

11 maj 2010

100 – 120 tysięcy złotych za dobrowolne odejście z pracy to perwersyjny rodzaj złotej karety, którą odsyła się ludzi na bezrobocie? Żerowanie na ludzkiej słabości, która wyciągnie rękę po pieniądze, a o konsekwencjach będzie myśleć później?

Oczywiście na programy dobrowolnych odejść można patrzeć w taki sposób. Ale można też inaczej – przy ogromnym nadzatrudnieniu i silnym uzwiązkowieniu tej branży to jedyny sposób, by w miarę bezpiecznie zredukować liczbę etatów.

A to niezbędny element restrukturyzacji polskiej energetyki, której efektywność jest znacznie niższa niż w najbardziej rozwiniętych krajach, a przeciętne pensje przynajmniej o połowę przewyższają średnią krajową. Tylko w czterech największych grupach energetycznych pracuje blisko 90 tys. osób. Choć brzmi to brutalnie, z punktu widzenia kosztów, efektywności działania i skali niezbędnych inwestycji zdecydowanie za dużo.

Zresztą efektywność, mierzona większą liczbą wyprodukowanych megawatogodzin przypadających na jednego zatrudnionego, może przełożyć się na ceny energii dla przeciętnego Kowalskiego. Rachunki może od tego nie spadną, ale pamiętajmy, że energia w Polsce ma drożeć. Może więc będzie drożeć mniej.

Program dobrowolnych odejść to rodzaj odkupienia etatu od pracownika. Związki nie mogą specjalnie protestować, bo transakcja jest uczciwa, nikt nikogo do niczego nie zmusza. A z punktu widzenia firmy nawet 120 tysięcy złotych odprawy to i tak znacznie mniej niż wydatki, które musiałaby ponieść na utrzymanie tych etatów przez najbliższych kilka lat. W zależności od firmy w układach zbiorowych energetycy mają gwarancje zatrudnienia, które kończą się najwcześniej w 2013 r., a najpóźniej – jak w Enerdze czy PGE – w 2017 r.  Stąd zresztą pojawiają się głosy związkowców, że proponowane kwoty powinny być dużo wyższe. I może nawet będą, choć obowiązkiem zarządów jest rozpoczynanie negocjacji z rozsądnego biznesowo pułapu.

Co natomiast pracownicy zrobią z tymi pieniędzmi, to już inna sprawa. Zresztą może to jest właśnie zadanie dla związków zawodowych? Choć – w porównaniu np. z protestami – edukacja jest znacznie mniej spektakularna.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Związkowa wiara w cuda

6 kwi 2010

Pracownicy elektrowni wchodzących w skład Polskiej Grupy Energetycznej chcą podwyżek płac. Spełnienie oczekiwań kosztowałoby grupę kilkaset milionów złotych rocznie.Górnicy również prowadzą batalie płacowe w swoich spółkach. Zapowiada się kolejny gorący czas w branżach, które tradycyjnie mają dużą siłę przebicia w płacowych negocjacjach.

A już się wydawało, że związki zmądrzały. Kryzys sprawił, że na pierwszy plan wysunęła się ochrona miejsc pracy. Pojawiło się zrozumienie dla koniecznych cięć czy zwolnień. Wystarczyła jednak publikacja lepszych wyników w PGE, by karuzela roszczeń ruszyła na nowo. I nic to, że zarząd rozsądnie tłumaczy, iż gdy do finansowego sukcesu przyczynią się sami pracownicy i wzrost ich wydajności, wtedy chętnie się podzieli zyskiem, ale póki bierze się on głównie ze szczęśliwej sytuacji rynkowej, nie ma co szarżować z podwyżkami. Nie szkodzi, powie część związkowców, nie szkodzi. Ważne, że są pieniądze.

Wygląda na to, że związki powinny zacząć wysyłać swoich działaczy na kursy i szkolenia związane z prowadzeniem biznesu. Żaden związkowiec z dyplomem MBA nie wpisałby do postulatów wieloletnich gwarancji zatrudnienia i stałego, wysokiego wzrostu funduszu płac, niezależnie od wyników firmy, bo spełnienie tego warunku mogłoby oznaczać rychłą ekonomiczną klęskę przedsiębiorstwa. I wtedy zamiast o gwarancje zatrudnienia i podwyżek wypadałoby się martwić o wysokość zasiłków dla bezrobotnych. Wizja to przejaskrawiona, ale – w skrajnym przypadku – możliwa.

Tak energetyka, jak i polskie górnictwo, czyli branża, w której roszczenia płacowe także są bardzo silne, wymagają ogromnych, miliardowych nakładów na inwestycje. Część pieniędzy da Unia, do kopalń nieco dołoży państwo, ale generalnie ciężar uzbierania pieniędzy spada na barki firm. Dlatego więcej na płace może oznaczać mniej na inwestycje. Dlatego – choć nikt nie odmawia nikomu prawa do rozsądnych podwyżek

– warto, by pracownicy myśleli także o przyszłości swoich firm. Zwłaszcza gdy domagają się gwarancji zatrudnienia. Być może wierzą, że firmy przetrwają niezależnie od ich działań. Wiara jednak nie zawsze czyni cuda.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Patent na akcyjny pakiet

31 sty 2010

Związkowcy w Polsce znów budzą się do aktywnego życia – w ciągu ostatnich kilkunastu dni w mediach pojawiły się płynące z różnych firm żądania podwyżek płac.

Uzasadnienie jest właściwie jedno – skoro najtęższe ekonomiczne głowy zaczęły mówić, że kryzys się kończy, kończy się także okres, w którym wypadało przyhamować z roszczeniami.  To, że w wielu wypadkach jest na to za wcześnie, nie ma aż takiego znaczenia.

Dlatego może właśnie czas wychodzenia z gospodarczych zawirowań jest dobrym momentem na przemyślenie dotychczasowych, stosunkowo prostych systemów wynagrodzeń w firmach? Może trzeba powiedzieć: drodzy związkowcy, owszem, możemy podzielić się z wami zyskiem firmy, ale musimy podzielić się także odpowiedzialnością za jej los i wyniki? Bo tylko wtedy wszyscy będziemy w stosunku do siebie w porządku.

W Stanach Zjednoczonych w dziewięciu na dziesięć firm notowanych na giełdach działają pracownicze programy akcyjne. Nie tylko menedżerowie, ale i pozostali zatrudnieni mają możliwość zarabiać wraz z firmą i poczuć się współodpowiedzialni za jej sukcesy, bo od tego wszak zależą wyższe premie i przyszłe osobiste zyski. Co więcej, takie rozwiązania – na jasnych i zrozumiałych dla wszystkich zasadach – można stosować także w tych przedsiębiorstwach, które nie są notowane na giełdzie, choć faktycznie wymaga to nieco więcej zachodu. W obu przypadkach muszą tego też chcieć właściciele firm.

Popularność takich rozwiązań ma swoje uzasadnienie. Posiadanie choćby niewielkiego pakietu akcji spółki, w której się pracuje, nie tylko może wzmacniać lojalność wobec pracodawcy, ale i uczy postrzegać wyniki firmy w kontekście osobistych finansów. A przekonanie, że zależą one wyłącznie od skuteczności nacisków płacowych, staje się wtedy po prostu passe.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co się nam od życia należy

21 sty 2010

Autorski przegląd prasy

I nastał taki czas, w którym związkowcy poczuli się wykorzystywani. I krzyknęli „Chcemy podwyżek!”, o czym donosi „Gazeta Wyborcza”.

„Inflacja rośnie, coś się nam należy”, „Czas wyrzeczeń minął”, „Polska jest jedynym krajem w Europie, który ma wzrost gospodarczy. Podzielmy się nim z pracownikami” – gazeta cytuje uzasadnienia roszczeń. Co warte podkreślenia, wśród związkowców są ludzie elokwentni. „Będziemy protestować jak pod murami Jerycha, dopóki nasz pracodawca nie skruszeje” – mówi w „Rzeczpospolitej” szefowa „S” z tyskiego Fiata.

Skruszenie będzie można poznać po zgodzie na podwyżki w wysokości 650 zł. Uwzględniając fakt, że zarząd firmy proponuje 100 zł, obóz pod murami może być rozbity na dłużej. Niestety, w tym czasie Fiat może dojść do wniosku, że produkcja nowej pandy zostanie ulokowana we Włoszech, bo tamtejsi związkowcy rozumieją, że do hurraoptymistycznego powrotu koniunktury jeszcze daleko. Ba, pojawiły się nawet niepotwierdzone pogłoski, że polskie roszczenia płacowe to wraża „włoska robota”. Pewnym potwierdzeniem tej tezy może być przytoczone przez wicepremiera Waldemara Pawlaka w rozmowie z „Rzeczpospolitą” pytanie pewnego dziennikarza z Półwyspu Apenińskiego, jak premier może się odnieść do faktu, „że Polacy zabierają miejsca pracy Włochom, skoro ci inwestują w Polsce.” Waldemar Pawlak odbił piłeczkę, zasłaniając się ideą zjednoczonej Europy.

Nie tylko związkowcy chcą podwyżek. „Bunt w TVN. Tancerze żądają podwyżek” – donosi „Super Express”. Protest może pozbawić Polaków ulubionej rozrywki. „Najnowsza edycja ‘Tańca z Gwiazdami’ stanęła pod znakiem zapytania. Wszystko dlatego, że część tancerzy zażądała podwyżek. Zamiast 4-6 tys. zł za odcinek chcą dostawać o 2 tys. więcej” – pisze „SE”. Ciekawe, czy owa kwota została dokładnie przemyślana i dostosowana do realiów ekonomicznych programu. Jeśli nie, wsparciem metodologicznym służą… związki zawodowe. „Robimy szkolenia związkowców wyjaśniając, do jakiego poziomu można wycisnąć coś z zakładu, żeby go nie zadusić” – mówi w „Gazecie Wyborczej” szef OPZZ Jan Guz. Tańczący z gwiazdami zapewne też mogliby skorzystać z tej wiedzy.

Wycisnąć co się da próbuje też rząd, który z kolei wszędzie szuka dodatkowych źródeł dochodów. „Platforma chce kontrolować produkcję domowych powideł” – pisze „Dziennik Gazeta Prawna”, omawiając projekt senatorów PO. Ma on ukrócić szarą strefę na wsi, która ukrywa się pod postacią sprzedawanych przez rolników bez podatku własnoręcznie przygotowanych przetworów. Pomysł jest następujący: rolnik ma prowadzić zeszyt, do którego będzie wpisywał, ile sprzedał własnych wyrobów. Jeśli przekroczy 5 tys., zapłaci podatek dochodowy. Eksperci mają jednak wątpliwości. „Zeszyt nie zlikwiduje szarej strefy” – tłumaczy w „DGP” specjalista od podatków Marcin Eckert. Tym bardziej, że – jak z kolei pisze „Rzeczpospolita”, nawołując by „Wyciągnąć biznes z szarej strefy”, „nawet państwa z najbardziej sprawną kontrolą skarbową nie zdołały w pełni zlikwidować gospodarki cienia”. O zeszytach nikt nic nie wspomina.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop