Posts Tagged „motoryzacja”<

Części przyjmę od zaraz

20 gru 2010

Nie zostaliśmy europejskim zagłębiem produkcji samochodów. W ciągu ostatnich kilku lat przeszło nam koło nosa kilka inwestycji, które trafiły do innych krajów naszego regionu – m.in. fabryki Kia/Hyundai czy Mercedes-Benz. Może to i lepiej? Bo dziś europejski przemysł motoryzacyjny boryka się z ogromną nadwyżką mocy produkcyjnych, a poszczególne zakłady zaciekle rywalizują między sobą o produkcję kolejnych modeli. Przegrani mogą wypaść z gry. Co więcej, decyzje, kto i co będzie wytwarzał, stają się coraz bardziej polityczne – taka była chociażby decyzja Fiata o produkcji nowej pandy we Włoszech. Nie miało to nic wspólnego ani z kosztami, ani z jakością produkcji, z której słynie tyski zakład Fiata.
Na tym tle osiągnięcia gliwickiego Opla, Fiata i poznańskiego Volkswagena są oczywiście imponujące. Ale nie sprawią, że w Polsce ruszą kolejne, nowoczesne fabryki aut. Mogą natomiast przyciągać producentów podzespołów, których mamy coraz więcej. Według nieoficjalnych informacji przynajmniej 1/3 projektów, pilotowanych obecnie przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych, dotyczą branży części motoryzacyjnych, o tyle dziś bezpieczniejszej, że w mniejszym stopniu narażonej na polityczne naciski.

Polska może więc stać się zagłębiem dostawców podzespołów motoryzacyjnych, wszak już dziś większość liczących się producentów z tej branży ma u nas swoje fabryki. Biorąc pod uwagę potencjał eksportowy czy innowacyjność niektórych produktów (jak choćby nowoczesnych silników produkowanych przez Fiat Powertrain), warto się przyłożyć i przyciągnąć kolejne firmy. Może ich wyroby są mniej spektakularne niż gotowe auta, z drugiej jednak strony wszak bez nich te ostatnie nie powstaną. A Polska może tylko na tym zyskać.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wojciech Romański: Samochody na huśtawce

23 lis 2010

Polscy dilerzy samochodowi nie mają łatwego życia. Na razie jakoś przetrwali trudne czasy, ale nie dzięki błyskotliwemu planowaniu biznesu, bo o to w obecnych warunkach trudno, ale dzięki szczęśliwym trafom. Teraz będzie jednak gorzej.

Sprzedaż w polskich salonach w ubiegłym roku przed totalnym krachem uratowały dopłaty złomowe, oferowane przez sąsiadujące państwa. Ruch u dilerów nakręcili głównie kupujący z Niemiec. Gdy dopłaty się skończyły, sprzedaż wsparła zapowiedź likwidacji pełnego odpisu VAT na auta z kratką, co skłoniło wiele firm do przyspieszenia zakupów. Na przyszły rok nie zostanie już nic.

Wiadomo, w obecnej sytuacji finansów państwa rząd szuka pieniędzy gdzie popadnie. Jednak czasem tnie na oślep, bo choć firmy VAT nie odpiszą, to nie kupią też nowych samochodów. A spadek sprzedaży nawet o kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy rocznie uszczupli budżetowe przychody choćby z akcyzy. Poza tym Bruksela zgodziła się na zawieszenie odpisów na dwa lata, więc ci, którym zależy, tym bardziej wezmą na przeczekanie. A na tym rynku mniej więcej połowa klientów to firmy.

Rząd nie ma chęci stymulowania rynku nowych samochodów. OK, widać, tak musi być. Ale dlaczego nie widać porównywalnej determinacji w zatrzymaniu fali wraków napływających do Polski z zagranicy, która wzrośnie wraz z umacnianiem się złotego? Dlaczego wciąż nie można wprowadzić choćby podatku ekologicznego, który premiowałby prywatny import nowszych aut i także przyniósł wpływy do budżetu? Może resort finansów woli stare golfy od nowych, ekologicznych samochodów? Chociaż na parkingu pod ministerstwem tego nie widać.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wymarzony przyjaciel

23 wrz 2010

Autorski przegląd prasy

Dekadę temu zakończyła się pewna epoka. I nie chodzi tu o jakiś polityczny przełom czy gospodarczą zmianę. 10 lat temu zjechał z taśmy bielskiej fabryki Fiata ostatni Fiat 126p, wtedy już nazywany Maluchem 126p.

W sumie od 1973 r. powstało ponad dwa miliony aut, które przez lata były „Wymarzonym przyjacielem każdej polskiej rodziny”, jak pisze „Rzeczpospolita”. Przyjaciół miało być wielu, ostatecznie jednak niewiele z tego wyszło. „W zamierzeniach projektantów auto miało się pojawić w wielu wcieleniach. Jednym z nich był Bombel, mały furgon dostawczy mogący zabrać 300 kg ładunku.

Powstał także prototyp 126 kombi. Sensacją na owe czasy była wersja cabrio, która była jednym z polskich szlagierów eksportowych, podobnie jak model z szyberdachem. Dziś szlagierem eksportowym jest fiat panda, więc można powiedzieć, że wszystko zostało w rodzinie.

Z przyjaciółmi różnie jednak bywa. Dziś są z nami blisko, a za chwilę już nie. „Cygańscy cyrkowcy mają wyjechać z Francji” – pisze „Gazeta Wyborcza” dodając, że cygański cyrk Romanes, od lat ceniony i lubiany w Paryżu nagle – na fali antyromskiej kampanii – stracił przychylność władz, a wraz z nią część artystów straciła pozwolenia na pracę.

Co ciekawe, cyrkowcy z Romanes dowiedzieli się o tym tuż po powrocie z wystawy Expo w Szanghaju, gdzie… promowali Francję. „Od 17 lat ciężko pracujemy, a teraz nagle okazuje się, że z dnia na dzień możemy zniknąć” – gazeta cytuje wypowiedź jednej z artystek która przy okazji martwi się o dalsze losy centrum kultury cygańskiej, tworzonego przy wsparciu władz Paryża.

Tymczasem w ostatnich tygodniach, na skutek nowej polityki rządu, z Francji „wyjechało już ponad 1000 Romów, a sprawa wywołała oburzenie w kraju i w Europie” – pisze „Gazeta Wyborcza. Niespodziewanie francuski rząd poparł hiszpański premier Jose Louis Zapatero, który w wywiadzie dla „Wall Street Journal” stwierdził, że „integracja emigrantów jest ważna, ale równie ważne jest utrzymanie porządku na niesanitarnych i niebezpiecznych przedmieściach”. Czyżby podobnych, „przyjacielskich” gestów można się będzie spodziewać na Półwyspie Iberyjskim?

Do usunięcia z naszego życia zupełnie innych „przyjaciół” przymierza się Szwecja. „Szwecja – pierwszy kraj w którym będzie można płacić tylko kartą” – taką opcję zapowiada „Dziennik Gazeta Prawna”. Plan jest taki – mają zniknąć płatności gotówką, a więc i gotówka. „Chodzi o powstrzymanie fali napadów na oddziały banków” – pisze dziennik. W kampanię popierającą likwidację płatności gotówkowej włączyli się celebryci i bank centralny.

Nie wszyscy jednak byliby z tego zadowoleni. Gotówka bowiem, co zauważa „Dziennik Gazeta Prawna”, to „jedyny sposób na zarobienie pieniędzy przez żebraków i ulicznych artystów, często występujących w centrum Sztokholmu”.

Cóż, co jakiś czas kończy się gdzieś jakaś epoka. Do przemykających jeszcze gdzieniegdzie ulicami maluchów dołączą przechowywane w książkach na pamiątkę papierowe szwedzkie korony. A świat i tak pójdzie dalej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wspaniała przyszłość

10 cze 2010

Autorski przegląd prasy

Konstatacja, że nie kochają nas tak po prostu, a o uczucia trzeba jednak zabiegać, zwłaszcza gdy konkurencja jest spora, zawsze jest przykra.

„Polska już nie jest taka atrakcyjna” – anonsuje dziś „Rzeczpospolita” precyzując, że „zagraniczni inwestorzy łaskawszym okiem patrzą dziś na inne kraje Europy Środkowej”. Czyżby pełne patosu deklaracje o „zielonej wyspie”, oazie wzrostu na czerwonej mapie pogrążonego w kryzysie kontynentu nie wystarczyły, by ustawiła się kolejka chętnych do wielkich inwestycji w Polsce? Ano nie, bo nawet jeśli się przypudruje nosek, to takiego absztyfikanta trzeba jeszcze dzisiaj pokokietować. „Nie robimy nic, żeby przekonać inwestorów, że jesteśmy atrakcyjni” – ubolewa na łamach „Rz” ekspert z firmy konsultingowej Ernst&Young. Najwyższy czas coś w tej kwestii zmienić, bo panien w bród, a kawalerów jakby ostatnio ubyło.

Niektórzy chcą, żeby ubywanie stało się trwałym elementem naszej rzeczywistości. „Aptekarze chcą zawyżać ceny. Mniejsza liczba aptek znacznie ograniczy konkurencję” – pisze „Dziennik Gazeta Prawna”, omawiając pomysł Naczelnej Izby Aptekarskiej, by liczba tych placówek była limitowana, bo teraz jest ich za dużo i przez to muszą prowadzić wyniszczającą wojnę cenową. A jest o co się bić, bo rynek wart jest ok. 27 mld złotych. Co prawda Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta przekonuje, że „konkurencja jest zawsze dobra dla odbiorców, bo zwiększa się dostępność towarów i maleją ceny”, jednak „aptekarze przekonują, że w ich branży ta zasada się nie sprawdza” – jak pisze gazeta. Wygląda na to, że aptekarzy i rząd łączy niezbyt przychylne podejście do możliwości wyboru, jakie są obecnie dane tym, którzy przychodzą z pieniędzmi. Niezależnie czy będą to inwestorzy, czy pacjenci. Tymczasem teraz w ramach walki o klienta wierny pacjent może nawet wygrać egzotyczną wycieczkę.

Bo konkurencja rodzi konieczność kuszenia. Nie można jednak kusić fałszywie. Tymczasem „Opel dostał figę od niemieckiego rządu” – pisze „Gazeta Wyborcza” dodając, że „Berlin odmówił pomocy dla Opla kontrolowanego przez Amerykanów, choć wcześniej oferował górę pieniędzy, gdyby Opla przejęli Rosjanie”. Jak stwierdził cytowany przez gazetę minister gospodarki Niemiec Reiner Bruederle: „Jestem przekonany, że Opel ma wspaniałą przyszłość bez naszych gwarancji”. To bardzo prawdopodobne. „Związkowcy i lokalne władze obawiają się, że jeśli Berlin nie da pomocy, Opel zacznie przenosić produkcję do innych państw UE” – pisze „Gazeta Wyborcza”. Ponieważ akurat tym razem polski rząd obiecał pomoc dla gliwickiej fabryki koncernu, taka przyszłość firmy wynikająca z czyjegoś przekonania, że ktoś kocha bez odrobiny rozwagi, akurat może nam pasować. Trzeba tylko mieć w pamięci tych inwestorów, którym my wróżymy wspaniałą przyszłość bez dodatkowych bonusów. Oni wszyscy jakoś dziwnie nie mają sentymentów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ekologia po polsku

27 maj 2010

Polska jest jednym z nielicznych krajów europejskich, które w żaden widoczny i odczuwalny sposób nie wspierają rozwoju motoryzacji, by ta była bardziej przyjazna środowisku.

Nie zachęca Polaków, by ci chcieli przesiąść się ze starych (średnio 15-letnich) samochodów, które z ekologią mają niewiele wspólnego, do aut nowych, oszczędniejszych pod względem zużycia paliwa i emitujących mniej spalin.

W ubiegłym roku rząd nie zdecydował się na wprowadzenie stymulujących rynek premii za złomowanie starych samochodów. Prócz napędzania sprzedaży nowych pojazdów premie czyściłyby drogi z wraków. A te do nas wędrują. Od naszego wejścia do Unii Europejskiej do Polski wjechało ponad 5,5 mln przeciętnie ponaddziesięcioletnich aut.

A pomysły, by zatrzymać tę rzekę, były dotąd – delikatnie rzecz biorąc – nieskuteczne.

Kiedy w ubiegłym miesiącu Komisja Europejska ogłosiła ramowy program modernizacji europejskiej motoryzacji, dzięki któremu mamy się przesiąść do pojazdów bardziej przyjaznych środowisku, okazało się, że w tej kwestii Polska nie ma nic do zaoferowania. W ubiegłym roku zostały wstrzymane prace nad pomysłem (wspierane niegdyś przez wicepremiera Waldemara Pawlaka), by zastąpić akcyzę nakładaną na nowe auta podatkiem ekologicznym. Tymczasem eksperci twierdzą, że niewprowadzenie podatku ekologicznego i utrzymanie dotychczasowych rozwiązań zmniejsza wpływy do budżetu nawet o miliard złotych rocznie.

Być może doczekamy się zmian. To dobra wiadomość. Ale pojawiają się sugestie, że podatek ekologiczny „po polsku” byłby kolejną daniną płaconą państwu. I być może przyniesie dodatkowe pieniądze do budżetu, ale znaczenia modernizacyjnego dla motoryzacji mieć nie będzie. Ot, drobna niedogodność dla posiadaczy starych aut, którzy gdyby zaproponować im sensowny system zachęt, może zamieniliby je na nowsze. Ale skoro teraz prawie wszyscy są zadowoleni, to po co grzebać w tym systemie? Niewielkim podatkiem łatwo uda się ukoić ekologiczne wyrzuty sumienia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wyróżnij się lub zgiń…

8 kwi 2010

Autorski przegląd prasy

„Differentiate or Die” czyli „Wyróżnij się lub zgiń”. Brzmi nieźle, więc co i rusz ktoś kolejny chce sprawdzić, jak stwierdzenie, wymyślone przez guru marketingu i zarządzania Jacka Trouta, daje się zweryfikować w praktyce

„Katyń bliżej prawdy” („Polska The Times”), „Przez Katyń do pojednania” („Rzeczpospolita”), „Niech Katyń pojedna” („Gazeta Wyborcza”), „Parabanki nie zarobią na fikcyjnych kredytach” („Dziennik Gazeta Prawna”)… Co prawda jest i niewielki tytuł na głównym zdjęciu „Putin: trzeba prawdy o Katyniu”, ale tekst o ofiarach umów parabankowych z Rzeszowa zdecydowanie wyróżnia dziś DGP pod rządami nowego naczelnego.

Same uroczystości katyńskie, choć wszyscy doceniają ich historyczną rangę, budzą jednak niejednoznaczne oceny. „Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tamtego mordu – to jedno zdanie premiera Rosji może być najważniejszym wydarzeniem w polsko-rosyjskich stosunkach od czasu wyprowadzenia z naszego kraju sowieckich wojsk” – uważa „Dziennik Gazeta Prawna”. „Władimir Putin nie zdobył się wczoraj na nazwanie mordu katyńskiego zbrodnią” – narzeka „Polska. The Times”. „Putin powiedział wczoraj więcej, niż się spodziewałem. Padły ważne słowa. Jestem pozytywnie zaskoczony” – dzieli się swoimi wrażeniami w „Rzeczpospolitej” Arsenij Rogiński, dyrektor Stowarzyszenia Memoriał. „Sam Putin wiele dowiedział się o zbrodni katyńskiej” – tłumaczy w „Gazecie Wyborczej” były polski ambasador w Moskwie Stanisław Ciosek. Pointą mogą być słowa Władysława Bartoszewskiego, były szef polskiego MSZ, który w tym samym dzienniku przekonuje, że „każdy musi sam ocenić, czy czuje się usatysfakcjonowany słowami Putina. Jednak jeśli ktoś spodziewał się z jego strony aktu pokutnego, to chyba był naiwny”.

Zmieniając temat, naiwny byłby także ten kto sądzi, że jest jedna, prawdziwa interpretacja tych samych, wydawałoby się, danych. „Dziennik Gazeta Prawna sprzedawał średnio w lutym 102,4 tys. egz. – wynika z opublikowanych danych rozpowszechniania płatnego ZKDP. To o 22,6 proc. więcej niż ubiegłoroczny wynik samej Gazety Prawnej (oba tytuły ukazują się po połączeniu od września 2009 r.). Pozostałe tytuły zanotowały w lutym słabsze wyniki niż przed rokiem.” – pisze „Dziennik Gazeta Prawna”. A więc sukces. „Tytuł w obecnej formie ukazuje się od połowy września 2009 r. i wszystko wskazuje na to, że jednak nie poszerzył rynku sprzedaży prasy codziennej w Polsce (przed startem nowej gazety jego naczelny deklarował uzyskanie średniej sprzedaży na poziomie minimum 110 tys. egz.)” – pisze z kolei o tych samych danych „Rzeczpospolita”. A więc porażka. „Gazeta Wyborcza”, której sprzedaż rok do roku spadła o 13,7 proc. dane o sprzedaży dzienników uznała za nieistotne. A o nieistotnych rzeczach się nie wspomina.

Ale wspomina o czymś innym. „Nowe samochody w Polsce nie idą” – tak „Gazeta Wyborcza” podsumowuje ostatnie wyniki sprzedaży samochodów osobowych. „W marcu sprzedaż nowych aut w Polsce malała już szósty miesiąc z rzędu. W zeszłym miesiącu koncerny sprzedały u nas 29 346 nowych aut, czyli 5,7 proc. mniej niż przed rokiem”. Klęska na całej linii. „Sprzedaż samochodów wzrosła w porównaniu z lutym o blisko 20 proc. Marzec przyniósł poprawę na rynku samochodów osobowych” – pozytywnie interpretuje z kolei te same cyfry „Rzeczpospolita”. „Jeżeli nie wyróżniasz się niczym na rynku, to lepiej byłoby gdybyś zaoferował niskie ceny” – mówił w wywiadzie dla magazynu „Trendy. Art of living” Jack Trout. To wiele wyjaśnia, choć w przypadku prasy, nie jest to najlepsza alternatywa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zły moment na usterki

3 lut 2010

Oczywiście nie ma dobrego momentu na awarie. Dlatego zwykle przydarzają się one w momencie najgorszym z możliwych

Gigantyczna akcja serwisowa związana z wadliwie działającym pedałem gazu perfekcyjnie zeszła się z kryzysową sytuacją na rynku motoryzacyjnym. Pomijając kwestie kosztów – w grę wchodzi niebagatelne kilka miliardów dolarów wydane na wymianę uszkodzonego elementu w kilku milionach samochodów, obsługę logistyczną całego procesu, zatrzymanie produkcji w pięciu fabrykach w USA – w jakimś sensie Toyota padła też ofiarą jednego z praw Murphy’ego. Zgodnie z nim, jeżeli udoskonalasz coś dostatecznie długo, na pewno to zepsujesz. Marka ta przez lata budowała pozycję na jakości i ekologii swoich produktów. I przejechała się na pedale gazu.

Przez lata Toyota walczyła o globalny prymat z koncernem General Motors. Teraz Amerykanie oddają pola, bo cudem uratowany przed upadłością amerykański gigant przechodzi ostrą kurację odchudzającą. Nie tylko zresztą on – kryzys w mniejszym lub większym stopniu dotknął największych, a po akcji wyprzedaży kolejnych marek branża nie będzie już taka jak wcześniej. W momencie, gdy gra idzie o każdy sprzedany samochód, globalna akcja serwisowa to wizerunkowa katastrofa. Zwłaszcza że choć teraz Toyota jest chwalona za sprawność działania, to jednak zarzuty zbyt późnego rozpowszechnienia informacji o wadliwie działającym pedale zapadły w pamięć.

Paradoksalnie to, jak dalece odbije się to na wynikach Toyoty, zależy głównie od piarowego czary-mary. Jeśli uda się przekonać klientów, że choć każdy popełnia błędy, to jednak koncern zrobił dla nich wszystko, firma jakoś to przeżyje, chociaż jej wartość na tokijskiej giełdzie leci na łeb na szyję. Jeśli się nie uda? Wtedy wygra kto inny. Ostatecznie ludzie i tak będą kupować auta.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Małe auta na ratunek gigantom

10 sty 2010

Świat się jednak zmienia. Na rozpoczynających się właśnie targach motoryzacyjnych w Detroit dumą General Motors ma być samochód z segmentu B, i to pochodzący ze stajni przejętej w czasach prosperity samochodowej części koreańskiego czebola Daewoo.

Co więcej, między innymi od tego, jak ten model zostanie przyjęty na amerykańskim rynku, zależy skuteczność działań naprawczych koncernu, który niedawno podniósł się z upadku.

Ale nie dość na tym. W jakimś sensie od sukcesu europejskiego malucha – fiata 500 – zależy także dobra przyszłość innego z niegdysiejszych amerykańskich gigantów – Chryslera. W porozumieniu z włoskim koncernem, który uratował go od niechybnej zguby, firma będzie się uczyć, jak robić małe i ekonomiczne w eksploatacji samochody, które jeszcze kilka lat temu Amerykanie obchodzili szerokim łukiem. Teraz to one mają stanowić o być albo nie być ich motoryzacyjnych ikon.

Właśnie dlatego rozpoczynające się targi samochodowe w Detroit mogą być bardzo interesującym wydarzeniem. To na nich się okaże, ile Amerykanie zdołali się nauczyć podczas ostatniego kryzysu, który bardzo boleśnie odbił się na tej branży. Wszystkich zresztą ciekawi, jakie są nowe produkty wielkiej trójki, dzięki którym firmy chcą wyjść z niezwykle trudnej sytuacji, w której się znalazły. Z całą pewnością ostatnie dwa lata były dla GM i Chryslera lekcją pokory, choć ich zarządy długo nie chciały się z tym pogodzić. Teraz od ich kolejnych kroków zależy, czy i jak dalece uda im się odzyskać utracone pozycje. Łatwo nie będzie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Marszałkowie na kolei

7 sty 2010

Wygląda na to, że samorządom coraz bardziej zależy na zatrzymaniu degradacji kolei w Polsce. Chwała im za to, bo po stronie PKP aż takiej determinacji nie ma

Zresztą inwestycje centralne i tak służą przebudowie głównych połączeń, tymczasem z punktu widzenia województwa najistotniejsze są te o znaczeniu lokalnym, znajdujące się zwykle w złym i bardzo złym stanie.

Choć przekazana samorządom spółka  PKP Przewozy Regionalne nie jest finansowym orłem (ale to efekt wielu różnych okoliczności, w większości niezależnych od marszałków), to jednak  dzięki niej lokalne władze poczuły się bardziej odpowiedzialne za transport szynowy. A temu w Polsce ery burzliwie rozwijającej się motoryzacji wyraźnie brakowało patrona. To samorządy kupują nowe wagony, lokomotywy i szynobusy, to samorządy starają się o taką konstrukcję rozkładów jazdy, by faktycznie odpowiadały potrzebom pasażerów, a nie zaspokajały widzimisię kolejowych decydentów. Teraz z regionalnych funduszy unijnych lokalne władze dołożą do remontów rozpadających się torowisk.

To dobrze, że samorządowcy chcą prowadzić takie inwestycje. Ponad 1100 km wyremontowanych, a gdzieniegdzie odtworzonych torów to naprawdę wielkie dzieło. Co więcej, ponieważ na transporcie łatwo zbić lokalny polityczny kapitał, samorządom będzie zależało na szybkiej i dokładnej realizacji inwestycji.

I choć większości z wyłączonych dziś linii kolejowych nie uda się raczej reanimować, liczy się każdy kilometr tych, na które powrócą pociągi. I każdy kilometr tych, z których pociągi nie znikną. W czasach coraz większych korków na drogach pociąg to dobra alternatywa. Jeśli jest.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nieograniczony apetyt transportowca

22 wrz 2008

Paliwo powinno być tańsze, złoty zdecydowanie słabszy, podatki niższe, a kierowcy mają szybciej przechodzić na emeryturę. Choć mamy wolny rynek, należy wprowadzić urzędowe stawki minimalne za przewozy, a państwo powinno wspomagać tych, którzy sobie na rynku nie radzą. Inaczej będziemy protestować – grożą transportowcy.

Cóż, w ciągu ostatnich dwóch – trzech lat liczba ciężarówek w polskich firmach transportowych wzrosła kilkakrotnie. Jak grzyby po deszczu pojawiały się kolejne przedsiębiorstwa, które chciały zyskać na boomie, nie zastanawiając się nawet nad realnymi, a nie chwilowymi kosztami i zyskami z przedsięwzięcia. Mało kto chyba brał pod uwagę, że ta cudowna koniunktura nie może trwać wiecznie. Zwłaszcza gdy do kupowanych na kredyt kolejnych tirów ustawiały się kolejki klientów.

Jednak popyt urwał się tak gwałtownie, jak wcześniej się rozkręcił. Na świecie zaczęła drożeć ropa, a złoty znacznie się wzmocnił. No i mamy dramat dotykający setek przedsiębiorstw, które nie mogą sobie poradzić z takim splotem okoliczności. Spadające w wyniku wyniszczającej konkurencji stawki frachtów przestały wystarczać na pokrywanie bieżących kosztów działalności. Dla wielu właścicieli firm to życiowa klęska, jednak z punktu widzenia rynku to po prostu brutalne dostosowanie podaży do ograniczonego popytu. W drugą stronę działało to dokładnie tak samo, tyle że wtedy nie bolało.

Branża transportowa jest jednym z motorów gospodarki rynkowej. I właśnie w imię tejże nie można jej faworyzować nad innymi. Inna sprawa, że w świetle sytuacji w USA kwestia interwencjonizmu państwowego w gospodarce zaczyna mieć zupełnie nowe znaczenie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop