Posts Tagged „handel”<

W poszukiwaniu cukrowej czarownicy

25 maj 2011

Tropienie winnych najróżniejszych gospodarczych nieszczęść znów staje się coraz modniejsze. Jakiś czas temu białoruski dyktator Aleksandr Łukaszenko uznał, że za gospodarczą katastrofę kraju odpowiadają handlarze samochodów i zaborczy Zachód. Amerykański prezydent Barack Obama spekulantów obarczał winą za wzrost cen benzyny (cóż, gdyby u nas kosztowała tyle, co w USA, wszyscy byliby zachwyceni).

A premier Donald Tusk w ubiegłym miesiącu postanowił wytropić „pewne grupy”, które miały wmawiać Polakom, że cukier będzie coraz droższy i będzie go na rynku coraz mniej. Szaleńczy wzrost cen, którego doświadczyliśmy, był wszak efektem „wulgarnej, bezczelnej spekulacji”.

Poszukiwaniem grup, które mogłyby stać za wywoływaniem paniki służącej „bezczelnej spekulacji” oraz domniemanych porozumień bądź wręcz zmów cenowych wymierzonych w konsumentów

– sam z siebie, bez politycznych inspiracji – zajął się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Wstępne ustalenia urzędu wskazują, że pewną winę w nakręcaniu popytu ponoszą media, ale generalnie taka sytuacja, choć oczywiście bolesna dla portfeli konsumentów i korzystna dla producentów, jest normalna dla wolnego rynku. Czyli – mówiąc wprost – za wzrost cen cukru odpowiedzialny jest osobiście wolny rynek, zbyt łatwo poddający się emocjom konsumentów.

Tropienie rynkowych czarownic i tupanie nóżką na nieistniejących cukrowych spekulantów nie są najlepszą drogą do budowania wizerunku prężnego, działającego odważnie i ambitnie rządu. Może kolejne próby będą bardziej wiarygodne. Choć cukier nie raz już kusił polityków…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lubimy zakupy z komputera

2 lut 2011

Ponad 15 mld zł, czyli niecałe 4 mld euro, wydali w ubiegłym roku Polacy na zakupy w e-sklepach i na elektronicznych serwisach aukcyjnych.

Jeśli porównamy to z rocznymi obrotami samego tylko amerykańskiego giganta Amazon.com, sięgającymi 34 mld dol., to oczywiście wypadamy blado. Ale trzeba też pamiętać, że rynek elektroniczny dla większości Polaków to wciąż jeszcze nowinka. Jego dynamika pokazuje, że jesteśmy na e-handel bardzo otwarci.

Internetowy handel w Polsce nie rozwija się bez przeszkód. Pierwsza i najważniejsza to wciąż słabo rozwinięta sieć szerokopasmowego dostępu do Internetu, która pozwala na swobodne myszkowanie po elektronicznych regałach i półkach. Kwestia druga to zaufanie do sprzedających, a tu na markę trzeba zapracować. W tym przypadku nowych, jeszcze nieufnych klientów może przyciągnąć do sieci przenikanie do niej uznanych marek znanych z realnego handlu, a taki trend jest coraz bardziej widoczny. Trzecia sprawa to istotna dla wielu kupujących „chęć dotknięcia” towaru, zanim włoży się go do koszyka. To wymaga zmiany w mentalności kupujących.

Na rozwiniętych rynkach udział handlu internetowego w sprzedaży ogółem sięga 10 proc., u nas to wciąż czterokrotnie mniej. Ale można spokojnie założyć, że ten dystans będzie się szybko zmniejszał. Zalety kupowania przez kliknięcie myszką są oczywiste. Zarówno dla klientów, jak i dla firm, którym ten nowoczesny kanał dystrybucji może pomóc w rozwoju czy przetrwaniu. Ruszajmy więc na e-zakupy!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pogromcy małych sklepów

8 lip 2010

Jeszcze nie tak dawno wrogiem numer jeden naszych polskich małych sklepików były super- i hipermarkety. Specjalna ustawa miała ograniczać ich ekspansję, grożącą ruiną dotychczasowej struktury handlu.

Wróg został jednak źle zdefiniowany, a konsekwencje tego faktu widać gołym okiem. Bo to nie sklepy wielkopowierzchniowe, ale znacznie mniejsze dyskonty, wyrastające jak grzyby po deszczu nawet w niewielkich miejscowościach, stały się pogromcą tradycyjnych sklepów, których ubywa wraz z odpływem klientów. Ci zaś wędrują za ceną i nic tego nie zmieni.

Nie obronimy dotychczasowej struktury polskiego handlu detalicznego, i tak wciąż bardzo rozdrobnionego (ok. połowy rynku przypada wciąż na małe sklepy). Jednak to, jak dalece tzw. nowoczesna dystrybucja (super- i hipermarkety, dyskonty) zdominuje polski krajobraz, zależy w jakiejś mierze od właścicieli małych sklepów.

Skoro wiadomo, że Polacy cenią sobie jednak zakupy niedaleko miejsca zamieszkania, natomiast kluczowa dla nich jest cena, może trzeba wykorzystać te dwa elementy i przeprowadzić kontratak? Oczywiście pojedyncze sklepiki nie mają szans na cenową walkę z dyskontami. Jednak towary kupowane choćby w ramach grup zakupowych (co pozwala wywalczyć niższe ceny) lub innych organizacji mogłyby być tańsze. Pytanie, jak dalece ceny musiałyby spaść, by zwyciężyła wygoda zakupów. Trudno powiedzieć. Na pewno jednak warto to sprawdzić.

Problem w tym, że polski sektor handlu tradycyjnego oddaje dotąd pole prawie bez walki. Tymczasem gros ludzi woli kupić podstawowe produkty jak najbliżej domu. Ale niekoniecznie chce płacić za to tyle, ile w luksusowych delikatesach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wielkie sieci na cenzurowanym

21 maj 2010

Kiedy kilka dni temu „Rzeczpospolita” opublikowała fragmenty przygotowywanego w resorcie gospodarki kodeksu dobrych praktyk, regulującego zasady współpracy pomiędzy dużymi sieciami handlowymi a dostawcami, w branży zawrzało

Wielkie sieci handlowe zawsze budziły emocje. Miały zniszczyć drobny handel, ale jakoś do tego nie doszło, a stopień koncentracji na rynku handlu detalicznego wciąż mamy jeden z niższych w Europie.

Miały swoimi drakońskimi warunkami współpracy wyżyłować i zniszczyć dostawców, zwłaszcza tych mniejszych, chociaż – na logikę – byłoby to działanie wbrew samym sobie. Ale dla przeciwników sieci argument to nośny, zwłaszcza że akurat na potwierdzenie tezy o bardzo nieraz twardych warunkach współpracy z dostawcami, konieczności partycypowania przez nich w kosztach związanych z obecnością na półkach, przykłady by się znalazły.

Z sieciami walczy już Ministerstwo Rolnictwa, które chce za pomocą specjalnego zespołu kontrolować poziom cen w dużych sklepach. Teraz za temat sieci wzięło się Ministerstwo Gospodarki.

Samej idei stworzenia kodeksu dobrych praktyk, który normowałby zasady współpracy pomiędzy wielkimi sklepami a ich dostawcami, nie sposób nic zarzucić. Potem jednak zaczynają się schody. Ów dokument w obecnej postaci pokazuje, jak resort wyobrażałby sobie te stosunki i niekoniecznie musi to mieć wiele wspólnego z rynkową rzeczywistością. Wygląda na to, że w jego powstawaniu nie uczestniczyła chyba żadna ze stron i teraz ugrzęźnie w społecznych konsultacjach, bo obu stronom nie wszystkie zapisy się podobają. Co więcej, powstały w ten sposób dokument nikogo do niczego nie przymusi, bo jego przyjęcie ma być dobrowolne.

Szkoda, bo prawdopodobnie zmarnowano szansę wspólnego wypracowania akceptowalnych dla obu stron, opisanych reguł gry. Bo to, że by się przydały, wiedzą nie tylko przeciwnicy sieci.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop