Sen o bardzo szybkim pociągu

16 lis 2011

Bałagan w rozkładach jazdy, bałagan na torach, rozgrzebane remonty, które sprawiają, że pociągi na niektórych odcinkach jeżdżą wolniej niż przed II wojną światową… Tak wygląda dziś polska kolej, którą od europejskiej czołówki dzielą lata świetlne. Owszem, są pozytywne zmiany, choćby coraz więcej nowego taboru, głównie u samorządowych przewoźników, ale całość obrazu jest co najmniej szara. Ma być lepiej, bo trwają remonty głównych tras za unijne pieniądze, ale nie sposób zapomnieć, że kolej nie wykorzysta w całości przyznanej na te inwestycje puli z budżetu UE na lata 2007 – 2013. Ok. 5 mld zł czeka na decyzję Brukseli, czy można je przeznaczyć na budowę autostrad lub mniejsze remonty torowisk, łatwiejsze organizacyjnie niż wielkie roboty modernizacyjne.

Bruksela nie widzi także sensu w dofinansowywaniu polskiego mocarstwowego projektu Kolei Dużych Prędkości, uznając, że powinniśmy się skupić na istniejącej infrastrukturze i doprowadzeniu jej do jakich takich standardów. Słusznie, choć idea polskiego TGV wygląda kusząco…

Tyle że, po pierwsze, potrzeba na to ponad 18 mld zł, po drugie, konieczne są umowy o połączeniu naszego Y z innymi europejskimi szybkimi kolejami, bo nie chodzi nam o to, by zbudować sobie wewnętrzną, kosztowną zabaweczkę. Na to inwestorzy raczej się nie skuszą, a to właśnie idea partnerstwa publiczno-prywatnego ma być pomysłem na znalezienie środków. Na razie Niemcy nie są zainteresowane, a to źle rokuje, bo tamtędy wiedzie droga do Europy. Źle rokują także problemy z wykładnią, czy PPP wpływa na dług publiczny czy też nie. Ale pomarzyć warto. Zwłaszcza jeśli udałoby się jednak doprowadzić do sytuacji, w której za nasze marzenia zapłaci ktoś inny.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jakoś to będzie na kurzej fermie?

11 lis 2011

Unia daje, i to sporo, zwłaszcza rolnikom, ale i wymaga. Wymaga na przykład, żeby się stosować do jej ustaleń i decyzji, które – gdy zostają przyjęte przez Wspólnotę
– stają się obowiązujące w całej UE. Spierać można się wcześniej. Niedostosowanie kosztuje – oznacza konieczność płacenia kar albo nawet wypadnięcie z rynku.
O tym, że od 2012 r. na kurzych fermach trzeba będzie wprowadzić większe klatki dla kur niosek polscy, i nie tylko polscy hodowcy wiedzieli od momentu wejścia naszego kraju do UE. Okres dostosowawczy był w tym przypadku wyjątkowo długi. Ale – jak się okazało – dla nas wciąż za krótki, bo według szacunków ok. 20 proc. producentów nie zdąży z wymianą klatek. I mamy problem, co zrobić z jajami, których od
1 stycznia 2012 r. nie będzie można wprowadzić do obrotu, bo kura w za małej klatce będzie naruszeniem unijnego prawa.
Tymczasem polscy producenci, modernizując fermy, zamiast od razu dostosować się do przyszłych oczekiwań i szukać sposobów sfinansowania tych inwestycji, w większości kupowali klatki używane, bo tańsze – najczęściej z Niemiec, które proces wymiany zaczęły wcześniej. Perspektywa 2012 r. była bardzo odległa, więc nie było się czym przejmować. I teraz jest problem. A może być jeszcze większy, bo temat dobrostanu zwierząt hodowlanych, co wiąże się z zapewnieniem im lepszych warunków, robi się w Unii coraz bardziej istotny. To oznacza kolejne inwestycje.
Kilka lat temu upadły płockie zakłady mięsne. To firma, która mimo okresu przejściowego nie dostosowała się do unijnych standardów i musiała przestać działać. Nasze „jakoś tam będzie” nie zadziałało…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Radość drobnego farmera

08 lis 2011

Unia Europejska okazała się być dla naszych rolników złotym rogiem, pełnym niewidzianych wcześniej na wsi w takiej ilości pieniędzy. Pompowanie ogromnych kwot w zapóźniony i nieefektywny sektor gospodarki było uzasadnione – modernizacja polskiej wsi bez tych pieniędzy byłaby projektem realizowanym przez tysiąclecia. Niestety, okazuje się, że także z tymi pieniędzmi wcale nie jest dużo lepiej.

Fakt, Unia zastała nasze rolnictwo w stanie totalnego rozdrobnienia. Ale takie – mimo ogromnych pieniędzy, wpompowanych choćby w renty strukturalne, premiujące przekazywanie gospodarstw w ręce, które będą lepiej wiedziały, jak nimi zarządzać – wciąż pozostaje. Chociaż według ostatniego spisu rolnego z 2010 r. liczba gospodarstw wciągu ostatnich ośmiu lat spadła z 2,9 do 2,3 mln, to ich średnia powierzchnia wzrosła ledwie z 5,7 do 6,8ha, a takiego, które prowadzi działalność rolniczą, czyli sprzedaje coś na zewnątrz – z 7,1 do7,9 ha. Trudno mówić o opłacalnej produkcji na takim areale. Zresztą taka statystyka bywa zawodna – o bezpośrednie dopłaty unijne stara się wciąż zbliżona liczba rolników -ok.1,4 mln. Gdzie w ogóle podziewa się reszta?

Generalnie trudno uznać Wspólną Politykę Rolną na poziomie całej UE za narzędzie stymulujące efektywność produkcji. Ale trzeba pamiętać, że można z niego korzystać na wiele różnych sposobów, dzieląc przyznane fundusze pomiędzy instrumenty bardziej lub mniej skuteczne. W Polsce miliardy złotych poszły na pomoc de facto socjalną, a to z modernizacyjnego punktu widzenia ślepa uliczka. Jeśli jednak spojrzymy na to oczami rolników, Unia jest świetna, bo płaci i praktycznie nie wymaga. Tylko czy o to chodzi?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wpuszczeni w biopaliwa

07 lis 2011

Unijna polityka klimatyczna budzi wiele kontrowersji. Cel jest szczytny i ambitny – ograniczenie o 1/5 do 2020 r. w UE emisji dwutlenku węgla, co ma pomóc w walce z globalnym ociepleniem

Tyle że jej realizacja staje się coraz bardziej kosztowna, co rzutuje na konkurencyjność europejskich firm.

Wątpliwości budzi promowanie stosowania biopaliw w postaci domieszek biokomponentów do tradycyjnych paliw lub czystego bioestru B100, którego jednak prawie nikt – mimo niższej ceny – nie chce kupować. Niezwykle kosztowna polityka biopaliwowa (rocznie kosztuje kraje Unii ok. 3 mld euro) jest coraz ostrzej krytykowana nie tylko przez biznes, ale i przez ekologów – bo przetwarzanie roślin oleistych na dodatki do paliw może skutkować bardzo dużą emisją dwutlenku węgla.

Jest jeszcze kwestia elastyczności we wprowadzaniu unijnych zaleceń. Polska jest w czołówce, jeśli chodzi o tempo wprowadzania biopaliw do obrotu. Tylko po co? Część krajów właśnie ze względu na koszty i kryzys albo nie zwiększa corocznego limitu, albo go wręcz zmniejszyła, by nie dusić swoich firm.

My nie tylko zlikwidowaliśmy ulgę w akcyzie dla bioestrów, ale jeszcze stale podnosimy limity. Płacą za to dwie firmy – Orlen i Lotos, które w tym roku do biopaliwowego interesu dopłacą blisko miliard złotych. Płaczą i płacą, bo inaczej grożą im kary. A w tym akurat przypadku Bruksela nie narzuca sposobu dochodzenia do 10 proc. zużytych biopaliw w transporcie w 2020 r., tylko podaje cel. Tym razem chcemy być z niezrozumiałych powodów świętsi od papieża.

Zarówno Orlen, jak i Lotos w III kwartale zanotowały stratę. Oczywiście nie z powodu bioestrów, ale polityka klimatyczna też ma wpływ na wyniki. A od nich zależy dywidenda, którą – jako współwłaściciel – pobiera także Skarb Państwa. Może więc przez wzgląd na widmo kryzysu jednak bardziej wspierać biznes? I to z korzyścią dla budżetu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Każdy chce mieć swój pociąg…

06 paź 2011

Doszliśmy do ściany. Oto bowiem marszałkowie województw, do których należą Przewozy Regionalne przewoźnik, który miał gwarantować przede wszystkim lokalne usługi transportowe, sami zaczynają tworzyć własne firmy. Mamy już Koleje Mazowieckie, Śląskie, Dolnośląskie, Wielkopolskie, które mają robić to, co Przewozy Regionalne obsługiwać lokalne trasy.

A niebawem mogą powstać kolejne. Co więcej, okazuje się, że własne spółki samorządów radzą sobie co najmniej dobrze, czego o PR, targanych ostatnio zapowiedziami strajków,  z problemami finansowymi, powiedzieć nie można.

Ale to, że tak się dzieje, nie wynika bezpośrednio z tego, że Przewozy Regionalne są firmą nieumiejętnie zarządzaną. Sprawa jest bardziej skomplikowana. Usamorządowiona spółka nigdy mimo zapowiedzi nie została do końca oddłużona, dość szybko w wyniku niezależnych od siebie decyzji straciła obsługę dochodowych regionalnych pociągów pospiesznych na rzecz InterCity, co tak naprawdę nie przysłużyło się ani jednej, ani drugiej firmie i doprowadziło do obecnej wojny na szynach, na której nikt nie zyskuje, nawet pasażerowie. Nie pomaga też silne uzwiązkowienie firmy, co utrudnia jej restrukturyzację. Słowem, marszałkom wygodniej jest założyć własną spółkę od zera niż borykać się z niby wspólnym przewoźnikiem obarczonym mnóstwem problemów.

Naprawdę główny problem jest jeszcze inny to wciąż nieuporządkowane zasady konkurencji na rynku kolejowych przewozów osobowych w Polsce. Dopóki nie zrobimy z tym porządku, wzorem innych państw z UE, wciąż będą jakieś problemy. W wypadku polskich kolei na razie ich nie brakuje.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z łupkiem na ustach

18 wrz 2011

I stał się cud: gaz łupkowy z próbnego odwiertu PGNiG pod Wejherowem popłynął akurat wtedy, gdy miejsce to odwiedził premier Donald Tusk. Nieoficjalnie wiadomo, że popłynął niewiele, ale jednak wcześniej. Wizyta szefa rządu ma jednak swoje prawa.

Cieszmy się tym sukcesem, konstatując przy okazji, że gaz łupkowy okazuje się znakomitym paliwem wyborczym. Oto z map z zaznaczonymi potencjalnymi złożami wyłania się Polska zasobna w niezbędny gospodarce i społeczeństwu surowiec, wreszcie niezależna od kaprysów dotychczasowego dostawcy, ba, nawet dyktująca warunki jako eksporter gazu. Urzekająca perspektywa. Ale nie dość na tym. Premier obiecuje bowiem, że na gazie łupkowym zyska nie tylko Skarb Państwa (co oczywiste), ale i społeczeństwo. Właśnie w Lubocinie, gdy w efekcie skutecznego szczelinowania dotknęliśmy naszego przyszłego bogactwa, premier stwierdził, że fundusze pozyskane z gazu mają zasilić specjalny fundusz, który „w przyszłości miałby zabezpieczać, gwarantować bezpieczeństwo polskich emerytur, (…) wspierać gminy i ochronę środowiska”.

Piękna wizja. Tyle że dziś, nawet uwzględniając pierwsze sukcesy, dokładnie nawet nie wiadomo, czy wydobycie gazu będzie ekonomicznie opłacalne i kiedy możliwa stanie się jego eksploatacja na skalę przemysłową. Dlatego opowieści o specjalnych funduszach są klasycznym dzieleniem skóry na niedźwiedziu, który wciąż żyje i ma się świetnie. Ale cóż, wizja gazowego eldorado jest nam potrzebna. Zwłaszcza teraz.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wojciech Romański: Państwowe spółki na zakupach

31 sie 2011

Pomysł, że państwowy Tauron może być zainteresowany prywatną, notowaną na giełdzie Bogdanką, to na razie czysta rynkowa spekulacja. Może się jednak za nią kryć ziarno prawdy, tym bardziej że ostatnio spółki ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa stały się nadzwyczaj aktywnym graczem na rynku fuzji i przejęć i chcą się liczyć w procesach prywatyzacyjnych. Wystarczy przypomnieć sprzedaż Energi koncernowi PGE, która została jednak zablokowana przez UOKiK, KGHM kupujący akcje Tauronu, tarnowskie Azoty ogłaszające wezwanie na akcje Polic, Zakłady Chemiczne Puławy przejmujące od Ciechu gdańskie Fosfory, Fundusz KGHM TFI kupujący od Skarbu Państwa kolejne uzdrowiska… Tę listę można by ciągnąć dalej. Skądinąd ogromną aktywnością charakteryzują się też zagraniczne koncerny państwowe.

Choć oczywiście prywatne jest lepsze i bardziej efektywne od państwowego, nie ma problemu, gdy takie operacje to efekt normalnej gry rynkowej (choć trudno z czystym sumieniem uznać za pełnoprawną prywatyzację przejmowanie sprzedawanych przez państwo spółek przez kontrolowane przez państwo koncerny). Ostatecznie trudno firmom odmawiać prawa do ekspansji tylko z racji struktury właścicielskiej.

Mamy jednak teraz do czynienia z nowym zjawiskiem – oto kontrolowane przez państwo spółki przejmują od szwedzkiego Vattenfalla sprywatyzowane wcześniej aktywa energetyczne. W ewentualnym mariażu Tauronu i Bogdanki także kontrolowana przez państwo spółka przejęłaby taką, której prywatyzacja była przeprowadzona modelowo i z którą Skarb Państwa zdążył się już pożegnać. Czyżby czekało nas więcej państwa w gospodarce?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dobre strony spóźnionych dróg

08 sie 2011

Tak naprawdę nawet ostatni, mocno zredukowany w stosunku do wcześniejszych mocarstwowych planów rządowy program budowy dróg na Euro 2012 wymagał co najmniej cudu. I ten cud – co było do przewidzenia – raczej nie nastąpi. Kolejny raport nadzorującej przygotowania Polski do mistrzostw spółki PL.2012 stawia tylko kropkę nad i, bo o tym, że nie da się zbudować dróg szybciej, niż pozwalają na to możliwości techniczne, pogoda, biurokracja czy obowiązujące metody rozliczeń eksperci mówili już od dawna. Rząd ustami ministra infrastruktury mówił wtedy, że zdążymy, a przynajmniej zapewnimy przejezdność, cokolwiek miałoby to znaczyć. Teraz już wiadomo, że na niektórych budowanych fragmentach autostrad nawet i tego nie da się osiągnąć.

Paradoksalnie chyba to dobrze, i to z kilku powodów. Po pierwsze w końcu należy się solidne utarcie nosa tym, którzy usilnie nas przekonywali, że autostrady zbudujemy piękne jak malowanie i szybciej, niż się komukolwiek śniło. A jednocześnie sam proces inwestycyjny kulał, a do nadzoru państwa i jakości współpracy z wykonawcami można było mieć sporo zastrzeżeń. To się po prostu nie mogło udać, choć nikt nie miał odwagi tego powiedzieć. Po drugie, na dramatycznym wyścigu z czasem mogłaby ucierpieć jakość. I tak bywają z nią kłopoty, ale pod wpływem presji chęć technologicznych uproszczeń i ryzyko błędów mogłyby się zwiększyć. Lepiej mieć lepszą drogę później niż byle jaką na Euro. Po trzecie wreszcie, na Euro 2012 świat się nie kończy. Dlatego dobrze, byśmy i my, i firmy budowlane mogli niebawem poznać długofalowy plan budowy dróg w Polsce. Realny, bo na kreski na mapie nikt się już chyba nie nabierze. Chyba że oznaczają kolejne spóźnienia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niech pomoc będzie celowa

05 sie 2011

Z definicji pomocą publiczną jest ingerencja instytucji państwowych polegająca na przyznaniu w jakiejkolwiek formie pomocy pojedynczemu podmiotowi gospodarczemu bądź grupie podmiotów, prowadząca do zakłócenia konkurencji na wolnym rynku. Niby Unia Europejska niezwykle szczegółowo reguluje zasady jej przyznawania, ale – jak wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą duże pieniądze – tak i tu zdarzają się decyzje kontrowersyjne i różnego rodzaju awantury. Na tym tle Polska wypada w sumie bardzo porządnie, większe problemy mamy jedynie ze wsparciem udzielonym niegdyś stoczniom.

Kłopot z pomocą publiczną jest taki, że choć lepiej, żeby jej nie było, to jednak jest bardzo potrzebnym narzędziem, służącym np. do przyciągania inwestorów (specjalne strefy ekonomiczne, granty inwestycyjne). Wynik bitwy na wielkość wsparcia często decyduje dziś o ostatecznych krokach koncernów. Jest także narzędziem, które może choć częściowo równoważyć skutki różnych niekorzystnych dla gospodarki administracyjnych decyzji. Na przykład sektor energetyczny oczekuje, że państwo wprowadzi rekompensaty związane z kosztami wprowadzania unijnej polityki klimatycznej. Osobną kwestią jest np. dofinansowanie przewozów pasażerskich, choć oczywiście ideałem byłoby, gdyby ten sektor też finansował się sam.

Ale nie mamy idealnej gospodarki, nie ma takiej też nigdzie wokół. A narzędziem pomocy publicznej władze posługują się chętnie, naciągając nieraz jej formułę do granic przyzwoitości. Więc jeśli już jest, niech przynajmniej służy naprawdę dobrym celom. Bo marnotrawienia publicznych środków tolerować się nie powinno. Nawet, jeśli byłoby to zgodne z przepisami UE

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sukces inspiruje samorządy

31 lip 2011

Udana prywatyzacja warszawskiego Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej rozbudziła apetyty innych samorządów. I choć transakcja wzbudziła także niekorzystne komentarze, głównie w kręgach opozycji, cyfry mówią za siebie – zamiast oczekiwanego niespełna miliarda do kasy Warszawy wpłynie 1,4 mld zł. Oczywiście ta prywatyzacja jest wyjątkowa, niemniej jednak spółki komunalne w innych miastach też są sporo warte. Na tyle dużo, by ich władze zaczęły się zastanawiać nad poszukiwaniem inwestorów. Zwłaszcza że pieniądze ze sprzedaży udziałów mogą wspomóc samorządowe budżety o ograniczonej już możliwości zadłużania.

Co ciekawe, jeszcze do niedawna gminy nie paliły się do prywatyzacji swojego majątku (jego wartość w samej Warszawie wynosiła w 2010 r. 108 mld zł – to m.in. grunty, lokale i budynki należące do miasta itp., z czego ponad 4,5 mld stanowiły udziały w spółkach komunalnych). Sprzedaż udziałów w spółkach dostarczających ciepło czy wodę była według wielu samorządowców obarczona dużym ryzykiem, a tak naprawdę brała się chyba ze strachu przed prywatnym inwestorem. Tam, gdzie takie transakcje miały miejsce, raczej nie ma już niezadowolonych.

Prywatyzacja majątku samorządów powinna jednak być prowadzona z głową. O ile bowiem sprzedaż akcji firmy dla większości ludzi jest abstrakcją, to prywatyzacja wodociągu czy firmy ciepłowniczej już nie, bo mamy z nią do czynienia bezpośrednio. Mieszkańcy muszą wiedzieć, co to dla nich oznacza i na co pójdą pieniądze. Np. władze Opola sprzedając swoją spółkę ciepłowniczą, kreślą wizję nowego mostu. To dobra idea, którą można przekonać niedowiarków.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop