Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Prezydent za prezydenta

19 lis 2009

Autorski przegląd prasy

Nie lubimy, jak coś się przed nami ukrywa. Tym bardziej, jeśli „Rząd ukrywa podatki”, jak zapowiada dziś na pierwszej stronie „Dziennik Gazeta Prawna”. Dodatkowe, nie będące formalnie podatkami, mamy płacić od przyszłego roku wraz z rachunkiem za prąd i gaz. Najbardziej interesująco zapowiada się opłata węglowa, doliczana do ceny paliwa. Minister Środowiska chce z każdego jeżdżącego samochodem zedrzeć po 4 gr z litra, by uzbierać pieniądze na polski wkład do realizacji środowiskowych projektów unijnych. Co więcej, zamierza także wyciągnąć rękę po kolejne 3 gr na litrze, by wesprzeć tworzenie nowego systemu tworzenia państwowych rezerw ropy i gazu. Nie lepiej od razu usiąść z kapeluszem, i poprosić społeczeństwo o pomoc? Bo wygląda na to, że – mimo rządowych opowieści o niepodnoszeniu podatków – i tak wszyscy zrzucimy się na ratowanie finansów państwa. Tyle tylko, że będziemy czynić to mniej lub bardziej nieświadomie. Z punktu widzenia budowania patriotycznego podejścia to fatalny plan.

Ale cóż tam budżet – dziś wszyscy żyją jednym pytaniem. „Kto będzie twarzą Unii Europejskiej” zastanawia się „Polska. The Times” dodając, że „Obsada stanowisk w Brukseli zamienia się w farsę”, bo towarzyszy jej potworny chaos. „Brukselskie konklawe” zapowiada z kolei „Gazeta Wyborcza”, porównując wybory unijnego prezydenta i wspólnego szefa dyplomacji do wyborów papieża. „Kto prezydentem Unii Europejskiej” – pyta „Rzeczpospolita”. Odpowiedź mamy poznać w tym tygodniu. „Jest aż kilkunastu kandydatów, więc kolacja wyborcza może się przedłużyć do piątku. Ale przywódcy państw Unii raczej nie wyjadą bez decyzji” – przekonuje „Gazeta Wyborcza”. Tymczasem nasz prezydent – z dala od zakulisowych rozgrywek w Brukseli – na razie będzie odpoczywał. „Prezydent idzie na zwolnienie”. „Kaszlący i zakatarzony odwołał wyjazd na unijny szczyt i wizytę w Egipcie” – donosi „Fakt” dodając, że „lekarze wypuścili przeziębionego Lecha Kaczyńskiego ze szpitala pod warunkiem, że będzie się oszczędzał.”

Kiedy obecny prezydent choruje, wzmagają się spekulacje co do zmian kadrowych, które mogłyby nastąpić, gdyby Lechowi Kaczyńskiemu nie udałaby się powtórka z poprzednich wyborów, a jego miejsce zajął Donald Tusk. „Boni i Rostowski z szansą na tekę premiera” – prorokuje „Dziennik Gazeta Prawna”, opisując rywalizację „dwóch ważnych polityków o schedę po Tusku”. Rzecz jednak nie jest wcale przesądzona. „Powrót Bieleckiego?” – pyta „Gazeta Wyborcza” cytując informację, iż w Platformie Obywatelskiej się przebąkuje, że obecny prezes banku Pekao SA, Jan Krzysztof Bielecki mógłby porzucić biznes dla polityki i… zastąpić premiera, gdyby ten został prezydentem. Tym bardziej, że „JKB – jak o Bieleckim mówią politycy Platformy – jest teraz jednym z najbardziej zaufanych ludzi Donalda Tuska”. A jeśli już o prezydentach mowa, „Rzeczpospolita” ujawnia, że PiS chce przypuścić atak na Gdańsk, bastion samorządowców z PO (Paweł Adamowicz rządzi w tym mieście od ponad 10 lat), za pomocą europosła Tadeusza Cymańskiego. Marzy im się przejęcie fotela prezydenta miasta. Czyżby chodziło o wymianę – prezydent za prezydenta?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z prądem

18 lis 2009

„Grypa niesie śmierć” – wita czytelników dzisiejszy „Fakt”. „Tylko wczoraj zmarły dwie osoby! Coraz więcej ludzi zarażonych! Strach i panika!” – dodaje gazeta, jakby sam tytuł nie był wystarczająco dobitny. Ale można jeszcze mocniej – „Nadciąga zagłada” – wieszczy „Fakt”. Nieco spokojniej podchodzi do sprawy „Polska. The Times” informując, że „Grypa się rozwija”. Według gazety „W Polsce jest już czterech zmarłych i 100 tys. chorych, a resort zdrowia proponuje nieskuteczne szczepionki”. Po wczorajszym posiedzeniu Krajowy Komitet ds. Pandemii Grypy uznał, „że jest jeszcze za wcześnie, żeby ogłaszać w Polsce stan epidemii”, jednak „Ewa Kopacz szykuje się na grypowy szczyt” – donosi „Dziennik Gazeta Prawna”. Nie wiadomo jednak, czy skutecznie, bo „Polska się spóźniła, szczepionki na A/H1N1 nie ma już na rynku”, o czym przekonuje dziennik „Polska. The Times” były minister zdrowia Bolesław Piecha.

Z drugiej jednak strony „Będą dodatkowe szczepionki na grypę”, ale taką zwykłą, a „rząd skieruje na rynek swoje rezerwy leków” – donosi „Rzeczpospolita”. Miejmy nadzieję, że część państwowych rezerw jednak zostanie, zwłaszcza że mamy przeziębionego prezydenta, który wczoraj przeszedł nawet badania w szpitalu i do końca tygodnia został zwolniony z oficjalnych wystąpień. Prezydentowi zaszkodziła pogoda podczas obchodów święta 11 listopada. Na szczęście jednak głowa państwa nie skorzystała ze zwolnienia lekarskiego, bo pogorszyłaby w ten sposób i tak już złą sytuację finansową państwa (jako pracodawcy) i ZUS. „Chory bierze średnio 10 dni zwolnienia. Epidemia może kosztować ZUS i pracodawców 300 mln zł” – wylicza „Dziennik Gazeta Prawna”.

Jeszcze więcej kosztuje nas jednak sama władza. „Władza kosztuje nas 2 miliardy złotych” – ogłasza „Fakt”. To a propos dwulecia rządu Donalda Tuska. „Na same płace rządu w ciągu ostatnich dwóch lat wydaliśmy – uwaga – 1,8 mld zł” – informuje swoich czytelników gazeta. Ale może było warto? „Zdaliśmy egzamin z rządzenia. Koniec. Kropka. Czy jest tak, jak myślałem że będzie? Nie, jest dużo gorzej” – przekonuje w rozmowie z tygodnikiem „Polityka” premier Tusk. – „To, że udało się utrzymać zaufanie do finansów naszego kraju uważam za największe osiągnięcie mojego rządu”.

Tyle, że jak tu dłużej ufać, skoro pojawiają się np. takie pomysły zakładające, że „Składkę do Unii zapłacimy pieniędzmi z Brukseli” – jak ustaliła „Rzeczpospolita”. „Rząd chce zapłacić składkę unijną z pieniędzy, które wcześniej przekazała nam Bruksela” – wyjaśnia gazeta. Co prawda „Resort finansów zapewnia, że dopłata do składki nie odbije się na wypłatach dotacji z Unii”, ale kto ich tam wie?

Na szczęście – mimo kryzysu, który co prawda według wszelkich oficjalnych deklaracji się kończy, a w Polsce to już w ogóle, bo przecież prawie wcale go nie było – dołączamy do elitarnego grona państw promujących najnowocześniejsze i proekologiczne rozwiązania transportowe. Oto w Warszawie z pompą otwarto „Gniazdko z prądem dla samochodu”, co opisuje „Gazeta Stołeczna”. To „pierwszy w stolicy w i w kraju punkt ładowania samochodów elektrycznych”. Jedno z dwóch specjalnie sprowadzonych na tę okazji z zagranicy aut napędzanych silnikiem elektrycznym osobiście do gniazdka podpięła prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zapowiadając przy okazji, że w przyszłym roku takich gniazdek ma być już 130. Na szczęście projekt finansuje Unia, bo wielkiego popytu na gniazdko raczej na razie nie będzie – prawdopodobnie w stolicy jest raptem kilkanaście elektrycznych samochodów. No cóż, czasem gniazdko wyprzedza swój czas. Przynajmniej miejsce wśród pionierów mamy zapewnione.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zgubna metoda próbnych balonów

16 lis 2009

Pomysł obniżenia wysokości składek przekazywanych przez ZUS do OFE nie spodobał się chyba nikomu poza ministrem finansów Jackiem Rostowskim, dla którego był kolejnym, oczywiście autorskim pomysłem na zmniejszenie deficytu i ratowanie finansów państwa

Czy na pewno stał za nim wyłącznie minister finansów, tego nie zgadniemy, ale z całą pewnością koncept musiał być ogłoszonym przy (cichej) aprobacie premiera. Rząd rękami Jacka Rostowskiego wypuścił kolejny balon, by sprawdzić, co się będzie działo. Podniósł się krzyk, więc premier mógł powiedzieć, że przewrócenie do góry nogami systemu emerytalnego to nie pomysł namaszczony przez rząd, ale kolejna inicjatywa oddolna.

Być może to przypadek, ale sekwencja zdarzeń wygląda raczej na znakomicie opracowany plan stress testów społecznych. Do wypuszczania balonów najczęściej oddelegowany jest minister finansów (m.in. pomysł podniesienia podatków dla ratowania budżetu, plan powrotu do wcześniejszej składki rentowej, zabranie środków OFE) oraz resortu skarbu (prywatyzacja KHGM). Wszystko przepadło. Za żadnym z tych pomysłów oficjalnie nie stał rząd, a premier za każdym razem mógł powiedzieć, że nic takiego się w najbliższym czasie nie zdarzy.

Niestety, metoda próbnych balonów, poza wsparciem popularności, prowadzi donikąd. Nikt zresztą nie twierdzi, że testowane pomysły były dobre. Jednak ich odrzucenie mogło sprawić, że rząd, w trosce o dobro społeczeństwa i swoją w nim popularność nie podjął prób bardziej poważnych reform. A te są w Polsce niezbędne, ale nie będą się podobały wyborcom. Teraz jeszcze można zasłaniać się nieprzychylnym prezydentem. A za rok?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gra w Opla

4 lis 2009

Za kilka lat przypadek „Jak GM przetrwał kryzys, sprzedając Opla, choć wcale nie miał zamiaru tego robić” trafi zapewne do biznesowych podręczników omawiających strategie firm podczas kryzysu

Amerykański koncern, do którego należy niemiecka marka, przeciągał sprawę tak długo, że w międzyczasie zdążył ogłosić bankructwo, uzyskać zgodę na restrukturyzację, zacząć realizować ten plan, wypracować pierwsze zyski i rozpocząć proces odzyskiwania amerykańskiego rynku.

A na koniec wyciął psikusa Niemcom i Rosjanom mówiąc, że ostatecznie im Opla nie odda. Decyzja Rady Dyrektorów GM namieszała na motoryzacyjnym (i nie tylko) rynku, który zaczął się już powoli oswajać z oryginalnym, kanadyjsko-rosyjskim konsorcjum, które miało przejąć Opla. Na tym porozumieniu zależało Niemcom, którzy coraz chętniej prowadzą rozmaite interesy z Rosjanami. Wspólnota w interesach dawała związkowcom nadzieję na ocalenie miejsc pracy w rodzimych fabrykach kosztem innych, mniej istotnych z punktu widzenia Niemiec, zakładów koncernu. Teraz misterny plan się zawalił, więc nietrudno zrozumieć wściekłość związkowców.

Na porozumieniu zależało także Rosjanom. Ci bardzo liczyli zarówno na gwarancje kredytowe niemieckiego rządu, które miały posłużyć na restrukturyzację koncernu, jak i na technologiczne wsparcie swojego upadającego przemysłu motoryzacyjnego. Dlatego nietrudno zrozumieć przedstawicieli rosyjskich władz grożących GM sądem za odstąpienie od umowy.

Tak naprawdę to nie koniec rozgrywki – nie wiadomo, czy obrażeni Niemcy udzielą GM gwarancji, czy związkowcy nie zaczną strajkować. Ale z punktu widzenia biznesowej logiki wszystko wróciło na miejsce. I nawet jeśli teraz Opel upadnie, zadecyduje ekonomia, a nie polityka.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

I co z tą Polską regionów?

2 lis 2009

Mamy podział na Polskę A i B, czy też go nie mamy? Tak naprawdę odpowiedź na to pytanie zależy od danych, na których będziemy się opierać.

Niedawno opublikowane dane GUS o przeciętnych zarobkach w powiatach wskazują, że bardzo wyrazistego, tradycyjnego podziału na bogate centrum i ubogi wschód raczej już nie ma.

W całym kraju można odnaleźć zarówno rejony aspirujące do miana lokalnego Eldorado, jak i takie, gdzie różowo nie jest. Środek czy południe kraju nie mają licencji na te pierwsze, a ściana wschodnia – na drugie. To dobry znak.

Niestety, to tylko chwilowe uniesienie. Analiza zamożności regionów, mierzona wielkością PKB na głowę mieszkańca, jest brutalna – podział na Polskę A i B, a właściwie na W (bo nie sposób odrębnie nie potraktować Warszawy, która spokojnie mieści się już wśród bogatszych regionów Unii Europejskiej), A i B nie tylko istnieje, ale ma się – niestety – wciąż świetnie.

Różnica pomiędzy województwami wschodnimi a Mazowszem w PKB na mieszkańca sięga 50 proc.! Dla jasności – takie rozwarstwienie nie jest niczym nadzwyczajnym nawet w bogatych krajach UE, tu jednak dotyczy obszaru zajmującego co najmniej jedną trzecią Polski.

Na szczęście dane udostępnione właśnie przez GUS to fotografia kraju sprzed dwóch lat. I choć niby przez ten czas wiele się jeszcze nie zmieniło, podobne podsumowanie dla roku 2010 czy 2012 powinno wyglądać inaczej, głównie dzięki funduszom unijnym.

Uruchomiony w obecnej perspektywie finansowej program rozwoju Polski wschodniej to 2,8 mld euro na inwestycje wyłącznie w tych województwach, które są dziś szarymi plamami na mapie zamożności. Oczywiście same pieniądze nie wystarczą, potrzeba jeszcze determinacji i pomysłów. Stawka jest poważna – gramy o to, by spory kawałek Polski na długo nie został w ogonie Europy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Uczcie się, tajne służby

30 paź 2009

Dawno nie mieliśmy do czynienia z tak bardzo utajnionym sukcesem, o ile podzielimy pogląd wicepremiera Waldemara Pawlaka, że nam się naprawdę udało.

Oto rzutem na taśmę Polska zapewniła sobie dodatkowe, niezbędne gospodarce dostawy gazu, ale cena, jaką przyszło za to zapłacić, na razie owiana jest tajemnicą. Tak ścisłą, że od przedstawicieli PGNiG agenci wszelkich tajnych służb mogliby się uczyć trzymania języka za zębami.

Delegacja gazowniczej spółki wracająca w czwartek z negocjacji z Gazpromem w Moskwie już od momentu ich zakończenia miała wyłączone komórki. Zamiast informacji o efektach rozmów dziennikarze mogli się dowiedzieć, że spółka wyda w tej sprawie komunikat dopiero następnego dnia. Oczekiwany komunikat okazał się trzema zdaniami, mówiącymi o uzgodnieniu dodatkowych dostaw, przedłużeniu umowy do 2037 roku i o tym, że kompromis w sprawie pozostałych, istotnych kwestii spornych związanych m.in. z cenami za tranzyt gazu przez polskie terytorium, został ujęty w oficjalnym dokumencie, pod którym muszą się podpisać przedstawiciele rządu. I tyle.

Kiedy premier Donald Tusk ogłaszał na konferencji prasowej wielki sukces Polski na szczycie Unii, dotyczący pakietu klimatycznego, dziennikarze w kraju usiłowali poskładać elementy naszego sukcesu gazowego. Konferencji nie było, prezesi PGNiG odmawiali komentarzy, szczytem enigmatyczności popisał się nawet znany z elokwencji wicepremier Waldemar Pawlak. Dziwny to sukces, można by rzec – podejrzany. Nie ulega wątpliwości, że gaz będzie. To dobrze. Ale fakt, cała otoczka wygląda tak, jak wygląda, może pozwolić politykom nieprzychylnym obecnej władzy snuć choćby wizje kolejnej afery. Bezpieczeństwo energetyczne to ważna sprawa. Oby powody takiego zachowania były ważkie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Molochy wyznaczają powiatową średnią płacę

24 paź 2009

- Średnią płacę w 2008 r. – 2943,88 zł brutto – wywindowało w górę ledwie 15 proc. polskich powiatów. To głównie miasta, w których przeciętne zarobki są znacząco wyższe niż gdzie indziej w kraju.

Nie ma się co dziwić – rozwarstwienie płacowe jest czymś normalnym, jedną z charakterystycznych cech gospodarki rynkowej. Za czasy powszechnej urawniłowki, choć przez niektórych ciągle wspominanej z delikatnym rozrzewnieniem, Polska i my wszyscy płacimy do dziś.

Jednak rozwarstwienie to w Polsce problem, bo w znacznym stopniu nie jest efektem działania rynku. Niektóre wysokie średnie zarobki na mapie powiatów przygotowanej przez GUS to efekt praktycznej monokultury jednej, ogromnej, zwykle państwowej firmy. Gdyby ich nie uwzględnić w liczeniu średniej, okazałoby się, że owe powiaty niczym szczególnym się nie wyróżniają. Tymczasem wyłączenie dowolnej dużej firmy z liczenia średniej dla Warszawy najprawdopodobniej niewiele by zmieniło.

Monokultury są niebezpieczne. Kryzys, którego doświadczamy obecnie, pokazał to bardzo wyraźnie – poważne problemy firm, które były jedynymi dużymi pracodawcami dla gminy czy powiatu, oznaczał tragedię dla zatrudnionych tam ludzi – nie mieli dla siebie żadnych alternatyw. Oczywiście trudno przypuszczać, by upadł KGHM czy PKN Orlen, nie zmienia to jednak faktu, że zniekształcają one obraz kondycji pozostałych zatrudnionych w regionie. Co więcej, w jakimś stopniu gwarantem trwałości uprzywilejowanej pozycji pracowników tych koncernów jest Skarb Państwa, który unikając prywatyzacji, wystawia się nieustannie na presję związków zawodowych i ich roszczenia, głównie płacowe. To jest także wytłumaczeniem gwałtownych protestów związkowców niektórych firm, którzy profilaktycznie nie chcą widzieć u siebie nawet śladu prywatnego współwłaściciela.

Ale bez niego zestawienie płac w polskich powiatach zawsze będzie obciążone wadami genetycznymi, których korzenie tkwią w poprzedniej epoce.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W oczekiwaniu na cud

22 paź 2009

Autorski przegląd prasy

„Biznesmen za kratami bo nie płacił pracownikom” – tak miło otwiera dziś dzień „Rzeczpospolita”. O tym, że niepłacenie pensji to grzech, mówili już nawet księża, ale po raz pierwszy ów grzech został tak przykładnie ukarany.

Być może ta kara będzie terapią wstrząsową dla innych przedsiębiorców, odpowiedzialnych za niemal 100-milionowe zaległości płacowe powstałe tylko w tym roku. Zobaczymy, pierwszy krok został uczyniony.

Jednak nie pensje i nie więzienia, ale Ameryka jest dziś w Polsce na ustach nieomal wszystkich. Po pierwsze, z powodu wczorajszej wizyty wiceprezydenta USA Joe Bidena, który wpadł na parę godzin do Warszawy i kompletnie sparaliżował miasto. W jakimś sensie odbiło się to na polskich Żydach (choć wiceprezydent złożył nawet wieniec pod pomnikiem Bohaterów Getta) i innym Amerykaninie, który także akurat bawił w Polsce. Znakomity skrzypek Joshua Bell grał bowiem wczoraj w Operze Narodowej koncert na rzecz powstającego właśnie muzeum ich historii, a monstrualne korki sprawiły, że wielu gości wpadało do foyer w ostatniej chwili, a nie ze stosowną dla miejsca i okoliczności godnością.

Drugim istotnym punktem wczorajszego dnia była oczywiście umiejętnie nakręcana atmosfera wigilii wszechświatowej premiery nowego systemu operacyjnego Windows 7 amerykańskiego Microsoftu. Biorąc pod uwagę wpływ tych dwóch wydarzeń na życie przeciętnego Polaka, Microsoft wygrywa w przedbiegach.

„Biden poprzestał na ogólnikach” – uważa „Dziennik Gazeta Prawna”. „Zabrakło nawet gestów” – wtóruje mu „Fakt” ustami politologa Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa. „Wygląda na to, że USA zależy głównie na naszych żołnierzach”, a „wizyta ma zatrzeć złe wrażenie, jakie powstało w wyniku polityki Obamy” w naszym regionie – uważa znany amerykanista. No i proszę – „Joe Biden naprawia błędy Obamy” – potwierdza „Polska The Times”. Jak? „Wiceprezydent USA podczas wizyty w Polsce zasypał nasz kraj gradem komplementów” – pisze dziennik.

Na to zdecydowanie zawsze byliśmy łasi. Z pewnością zaczynamy pomrukiwać jak kot, gdy słyszymy, że „Polska jest championem państw sąsiednich, jest wzorem dla całego świata”, zaś „sojusz Polski i USA będzie się rozwijał i rozszerzał”, a z takim właśnie przesłaniem – cytowanym m.in. przez „Gazetę Wyborczą” ¬- przybył Biden. Przy okazji „Biden potwierdził nową ofertę, polski rząd ją przyjął” – tak komentuje „Rzeczpospolita” fakt potwierdzenia chęci tworzenia przez USA nowej tarczy rakietowej (stara została odwołana nocnymi telefonami prezydenta Obamy do premierów Polski i Czech nomen omen 17 września).

Jeśli jednak ktoś liczył na jakiekolwiek konkrety, sromotnie się zawiódł. „Joe Biden nie powiedział, jak Polska będzie uczestniczyć w nowym projekcie” – pisze „Dziennik Gazeta Prawna”. Co ciekawe, opinię że „Wysłannik Obamy przyjechał z pustymi rękami” wyraża też na łamach tej gazety Jan Rokita, który kilkanaście tygodni temu, podobno z sążnistą odprawą zakończył karierę publicysty samego „Dziennika”. Z tym stwierdzeniem jednak nie sposób się zgodzić – Biden popisał się bowiem, zwracając się premiera Donalda Tuska tytułem „Mr president”. Coś wie?

Tak jak Biden miał ratować twarz prezydenta Obamy, tak Windows 7 ma ratować twarz Microsoftu, nadszarpniętą nie nocnymi telefonami do premierów, ale „nieudanym Windows Vista i dwoma kwartałami spadku przychodów” – co podkreśla „Rzeczpospolita”. „Premiera Windows nadzieją dla Microsoftu” – pisze wprost gazeta dodając, że na razie koncern nie ma powodów do finansowego zadowolenia. „Windows 7 rozwiąże problemy poprzedników” – dodaje „Dziennik Gazeta Prawna” a „Polska The Times” zapowiada wręcz, że „Windows 7 odmieni oblicze twojego komputera”. Zobaczymy. Przed premierą Visty zapowiedzi brzmiały podobnie.

Powodów do zadowolenia, podobnie jak koncern z Redmond, nie ma też polski rząd, choć niestety nie ma też w zanadrzu takiej cudownej broni jak Windows 7. „Prywatyzacja się sypie” – alarmuje „Gazeta Wyborcza”, budując, może nieco na wyrost, klimat grozy. „Chwieje się plan ratowania zabagnionych finansów publicznych przez wyprzedaż państwowego majątku” (…) „Czy zatem popłyniemy z finansami w nieznanym kierunku?” – to cytaty nieomal jak z Kinga.

Dlatego z nadzieją zwracamy się do „Faktu”, który – powołując się na arcybiskupa Edwarda Ozorowskiego ogłasza, że „Cud odrodzi Polskę”. W naszych realiach to bardziej wiarygodne niż Windows, nawet z numerem 7.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Historia z wrakiem w tle

19 paź 2009

Kiedy Polskę zalewała fala samochodów z prywatnego importu, wszyscy bili na alarm.

Nasze drogi miały się stać śmietniskiem Europy, po których poruszają się konstrukcje poskładane z kilku powypadkowych wraków, niebezpieczne nie tylko dla kierowcy, ale i dla innych uczestników ruchu. Nieco mniej komentowany był fakt, że przez granicę – obok ewidentnych rupieci – wjeżdżały do Polski samochody względnie nowe, dużo lepiej wyposażone niż te z krajowych salonów (może dlatego importerzy tak głośno protestowali, że wpuszczanie tych aut do kraju ogranicza sprzedaż nowych modeli), i – co najważniejsze – tańsze od tych, które można było kupić w kraju. Przez długi czas nikt też nie protestował, że podstawowe wersje nowych modeli oferowane przez koncerny na naszym rynku były znacznie uboższe od swoich zachodnich odpowiedników, bo liczyła się cena. Stąd też – choć brzmi to paradoksalnie – część sprowadzanych pojazdów wręcz podnosiła poziom bezpieczeństwa na naszych drogach.

Zalew starych i średniostarych samochodów, z którym nikt nie mógł sobie poradzić, powstrzymało gwałtowne osłabienie złotego. I znów jest źle – padają komisy, fiskus traci, klienci odwlekają zakupy, banki nie chcą udzielać kredytów… Ale spadek prywatnego importu nie pobudził wcale sprzedaży nowych samochodów, wręcz przeciwnie, kryzys odbił się na wynikach autosalonów w sposób niezwykle dotkliwy. A wiele z nich zarabia na serwisowaniu używanych aut, sprzedaży części czy pośredniczeniu w obrocie, i często właśnie ta działalność pozwala im się utrzymać.

Ciekawie kpi z nas sobie wolny rynek. Zwłaszcza jeśli w grę wchodzą cztery kółka.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Słabe lekarstwo na zapaść w strefach

13 paź 2009

Niedawno „Rzeczpospolita” podsumowała tegoroczną aktywność inwestorów w specjalnych strefach ekonomicznych. Fakt, że jest źle, nie był wielkim zaskoczeniem, choć skala zjawiska okazała się większa, niż można było przypuszczać. W niektórych w ciągu ostatnich miesięcy nie wydano ani jednego zezwolenia na rozpoczęcie działalności.

To, co pod względem nowych projektów dzieje się dziś w SSE, najlepiej oddaje słowo – zapaść. Problemy ma także część z tych firm, które w zamian za pomoc publiczną, którą dostały w strefach, zobowiązały się do określonego pułapu inwestycji czy zatrudnienia. Przy spadku zamówień trudno im sprostać podpisanym zobowiązaniom, a mają związane ręce. Gdyby mimo to zaczęły zwalniać ludzi, mogłyby stanąć przed koniecznością zwrotu pomocy.

Przygotowywana nowa ustawa o specjalnych strefach ekonomicznych pozwala m.in. na cięcie zatrudnienia, choć oczywiście pod określonymi warunkami. Pozwala także zdobyć w uproszczony sposób zezwolenie na nową działalność, jeśli zostaną w niej zatrudnieni dotychczasowi pracownicy.

Ale to wszystko mało – wygląda na to, że rząd zatrzymał się w pół kroku i postanowił skupić się na działaniach, dzięki którym co najwyżej może zatrzymać w strefach dotychczasowych inwestorów. I to też nie do końca, działające tam bowiem firmy nadal nie będą mogły odliczać strat od dochodu, co przysługuje przedsiębiorstwom „z drugiej strony siatki”.

Ale w ustawie nie ma nic, co mogłoby zachęcić nowych inwestorów do pojawienia się w Polsce, a najbardziej atrakcyjne tereny w strefach się wyczerpują. Warto się jeszcze nad tym pochylić, by właśnie teraz ściągnąć do nas inwestorów. Na pewno nie mamy na to dużo czasu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop