Samorządy na zaciągniętym hamulcu

03 sty 2012

Miasta się zadłużają, bo inwestują. Inwestują, bo chcą zwiększyć swoją funkcjonalność, ale i po to, by z powodzeniem rywalizować o przyciągnięcie inwestorów, turystów czy organizatorów prestiżowych imprez. Według analiz Forum Obywatelskiego Rozwoju władze samorządowe w Polsce wydają na inwestycje więcej niż centralne. W2010 r. przeznaczyły na ten cel 47 mld zł, podczas gdy władze centralne 31 mld zł. I choć łączne zadłużenie samorządów to jedynie 7 proc. wartości całego długu sektora finansów publicznych, trzeba pamiętać, że udział ten szybko rośnie. Co pilnie chce ukrócić minister finansów Jacek Rostowski.

Na koniec 2009 r. zadłużenie samorządów wynosiło 40,7 mld zł, rok później – 55,5 mld zł, a w połowie 2011 r. doszło do 56,4 mld zł. Samorządowcy zapewniają, że potrafią rozsądnie wydawać tak, by zapewnić obsługę zadłużenia, choć są i takie gminy, które muszą coraz bardziej oszczędzać, by móc spłacić kredyty czy wykupić obligacje. Oszczędzają więc na kulturze, sporcie, bieżących remontach, podnoszą podatki i lokalne opłaty. Dochodzi do tego, że mieszkańcy widzą, iż ich miasto się rozwija, ale też bezpośrednio dotykają ich konsekwencje tego faktu…

Tyle że ta sytuacja nie do końca wynika ze złej woli samorządów czy np. przeinwestowania – w ostatnich latach wiele centralnych decyzji od obniżki stawek PIT po nakładanie na gminy kolejnych zadań (bez przekazywania w ślad za tym wystarczających środków) sprawiło, że w lokalnych kasach zaczęło być coraz bardziej pusto. Dopiero w tym roku o 0,14 proc. wzrósł udział jednostek samorządu terytorialnego we wpływach z podatku PIT. Takie niewielkie pocieszenie. Generalnie wszystko sprowadza się do pytania, czy inwestować, nawet kosztem długów, czy nie – uwzględniając oczywiście wymagania wynikające z przepisów i możliwości finansowych miasta czy gminy?

Globalna sytuacja gospodarcza zaleca ostrożność, a Ministerstwo Finansów zaciąga samorządom hamulec, chcąc jak najszybciej zbić deficyt finansów publicznych. Ale są przecież jeszcze potrzeby mieszkańców i cywilizacyjne potrzeby ośrodków miejskich. Wygląda na to, że 2012 rok będzie dla samorządów rokiem ogromnych wyzwań. Niełatwo będzie utrzymać dobry stan finansów i satysfakcję mieszkańców.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy chronić konsumenta przed nim samym

26 gru 2011

Ruszają wyprzedaże. W ciągu najbliższych tygodni na witrynach sklepów w kolejnych krajach będziemy oglądać wielkie reklamy asortymentu przecenionego o 50, 70 czy nawet 80 procent.

To wielki festiwal kuszenia klienta, który polubił tę grę – wie, że czasem trzeba coś kupić za cenę wydrukowaną na metce, ale na większe zakupy warto poczekać do „soldów”.

Ich start budzi wielkie emocje. Przed sklepami ustawiają się kolejki, a – wydawałoby się – stonowani w emocjach Europejczycy czy Amerykanie niejednokrotnie potrafią się bić o atrakcyjne towary. Na otwarcie sklepów w tzw. Boxing Day w Wielkiej Brytanii, czyli przypadający na  26 grudnia tradycyjny początek sezonu przecen, klienci czekali w długich kolejkach już od północy. Według nieoficjalnych szacunków tylko sprzedawcy z londyńskiego West Endu mieli zarobić wczoraj 50 milionów funtów.  I to mimo strajku maszynistów metra, co znacząco utrudniło dotarcie do dzielnic handlowych Londynu.

Przeceny przyciągają klientów. Do robienia zakupów podczas wyprzedaży przyznaje się coraz większa grupa Europejczyków. Aby nie  robić im wody z mózgu,  w większości krajów unijnych ich termin został określony ustawowo – regulacji nie ma jedynie w Norwegii, Danii, Wielkiej Brytanii i Polsce, gdzie o początku czyszczenia regałów decydują sklepy  i na razie nic nie wskazuje  na to, by miało się to  zmienić.

Czy z tymi przepisami to nie przesada? Z jednej strony sieci handlowe, doskonale wiedząc o magnetycznej sile hasła „przecena”, często  wykorzystywały ją  – i wykorzystują nadal tam, gdzie nie ma stosownych uregulowań – do przyciągnięcia klientów do sklepów już  wtedy, gdy obniżki dotyczą tylko niewielkiej części asortymentu. W krajach „uregulowanych”, gdy zgodnie  z terminem rozpoczynają się oficjalne wyprzedaże, obniżki dotyczą większości bądź całości oferty zimowej lub letniej (w zależności od sezonu),  a nie tylko „promocyjnych”  artykułów. To właśnie dlatego zakazane jest już używanie  do celów marketingowych chwytliwego hasła „Likwidacja sklepu”, chyba że faktycznie placówka ma zostać  zamknięta.

Z drugiej strony, czy o wszystkim, nawet o terminie wyprzedaży, musi decydować stosowna ustawa? Może lepiej, gdy o czasie i sposobie wietrzenia magazynów decyduje rynek? Gra jest wtedy bardziej emocjonująca, choć wymaga większego przygotowania zawodników.  I w to przygotowanie  – choćby rękami UOKiK  – powinniśmy włożyć więcej wysiłku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zmiany w certyfikatach

22 gru 2011

 

Zielona energia jest droga. A nawet jeszcze droższa, bo jej rozwój jest wspierany przez państwo. Państwo nie ma wyboru – ma do wypełnienia cel określony przez Unię Europejską. Musi do 2020 r. doprowadzić do sytuacji, w której 20 proc. energii we Wspólnocie (u nas ma to być15 proc.) będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych.

W Polsce, dzięki odpowiednio skonstruowanemu systemowi zachęt i dopłat kto żyw, stawiał bądź chciał stawiać elektrownie wiatrowe. W ubiegłym roku wnioski o wydanie warunków przyłączenia opiewały na dwukrotnie większą moc, niż obecnie krąży w sieciach elektroenergetycznych!

Dla odmiany w Czechach na każdym niemal kroku można spotkać elektrownie słoneczne. O tym, że system wsparcia, który doprowadzał do takich sytuacji, trzeba zmienić, resort gospodarki mówił od dawna. Na razie w każdej kilowatogodzinie prądu kupowanego przez gospodarstwo domowe ok.30 zł to koszt zielonego certyfikatu. Mogłoby być taniej.

Pytanie, czy proponowane zmiany faktycznie obniżą cenę zielonej energii. Po pierwsze, czas na wprowadzenie nowych przepisów, skutkujący zmianami w systemie dopłat, jest bardzo długi. Ciekawy w zamyśle projekt dopuszczający budowę mikro instalacji przez osoby fizyczne jako alternatywna koncepcja pozyskiwania zielonych certyfikatów przez firmy energetyczne może nie wypalić z powodu prostego rachunku ekonomicznego. Ale jedno jest pewne – obecny system wspierania zielonej energii musi być zmieniony, by nie dochodziło do wynaturzeń.

Czy proponowany przez resort gospodarki jest lepszy? Zobaczymy. Dobrze, że coś się zaczęło dziać. Trzeba zadbać, by działo się z korzyścią dla rynku i odbiorców.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Znów karuzela z prezesami

19 gru 2011

W po­ło­wie ubie­głe­go ty­go­dnia z funk­cji pre­ze­sa Pol­skiej Gru­py Ener­ge­tycz­nej zre­zy­gno­wał To­masz Za­dro­ga. „Z po­wo­dów oso­bi­stych” po­dob­ną de­kla­ra­cję zło­żył pre­zes PGNiG, choć wy­grał kon­kurs i spo­koj­nie mógł za­rzą­dzać po­tęż­ną spół­ką przez ko­lej­ną ka­den­cję.

Oba te przy­pad­ki nie­ofi­cjal­nie łą­czy się z roz­mo­wa­mi z mi­ni­strem skar­bu, któ­re wcze­śniej od­by­li obaj pre­ze­si. Ry­nek szep­ce, że to nie ko­niec. Re­sort skar­bu pla­nu­je w naj­bliż­szych ko­lej­ne wal­ne zgro­ma­dze­nia z moż­li­wy­mi zmia­na­mi w skła­dach rad nad­zor­czych – w Cie­chu, Azo­tach Tar­nów, wspo­mi­na się o KGHM czy Or­le­nie, któ­ry jest do­dat­ko­wo na ta­pe­cie po przed­sta­wie­niu za­rzu­tów ko­rup­cyj­nych b. człon­ko­wi za­rzą­du Mar­ko­wi S.

Być mo­że cho­dzi nie tyl­ko o ra­dy? Mo­że też w grę wcho­dzą tak­że in­ne fir­my – co z PKO BP czy z PZU? Za­wsze po wy­bo­rach ru­sza­ła ka­dro­wa ka­ru­ze­la w spół­kach kon­tro­lo­wa­nych przez Skarb Pań­stwa. To, że zmia­ny za­czę­ły się te­raz, jed­nak za­ska­ku­je – ni­by wła­dza po­zo­sta­ła ta sa­ma, choć oczy­wi­ście zmie­nił się układ sił. I to prze­no­si się na fir­my. Spół­ki kon­tro­lo­wa­ne przez rząd za­wsze by­ły ła­ko­mym ką­skiem dla wła­dzy. Ale wresz­cie – dla do­bra nich sa­mych – trze­ba z tym skoń­czyć, sku­tecz­nie od­dzie­lić je od po­li­tycz­nych de­cy­zji.

Tym­cza­sem pro­jekt usta­wy o zło­tej ak­cji ogra­ni­cza­ją­cy wpływ Skar­bu Pań­stwa do kil­ku­na­stu klu­czo­wych spół­ek za­gi­nął gdzieś w spo­łecz­nych kon­sul­ta­cjach, ja­koś nie zna­la­zło się dość po­li­tycz­nej wo­li, by go uchwa­lić.Naj­wyż­szy czas na czy­sto eko­no­micz­ne stan­dar­dy oce­ny za­rzą­dów spół­ek kon­tro­lo­wa­nych przez pań­stwo. Je­śli jest biz­ne­so­we uza­sad­nie­nie, trze­ba od­wo­ły­wać ich człon­ków, ale tłu­ma­cząc dla­cze­go. Ale „ma­so­wych zwol­nień” chy­ba się jed­nak w ten spo­sób nie obro­ni…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie uciekniemy od Rosjan

30 lis 2011

Rosyjski państwowy Rosatom zapowiedział, że zamierza wziąć udział w przetargu na dostawę technologii dla pierwszej polskiej elektrowni atomowej. Co więcej, jego oferta może być tańsza od konkurencyjnych rozwiązań firm z Francji czy USA. Rosjanie zapewniają, że ich oferta spełnia rygorystyczne normy UE, więc trudno będzie ją zakwestionować z tego powodu.

Jeśli złożą ofertę, inwestor – czyli PGE, a tak naprawdę stojący za grupą rząd – będzie miał poważny dylemat do rozstrzygnięcia, dylemat systemowy, związany z obecnością rosyjskiego kapitału w polskiej gospodarce, gdzie kwestie ekonomiczne będą się ścierać z polityką i historią.

Prywatyzacja Lotosu, którego akcjami interesowały się wyłącznie koncerny rosyjskie, na razie została zahibernowana, choć premier Donald Tusk zapowiadał, że nie ma żadnej ideologicznej przesłanki, by mówić kategoryczne „nie” inwestorom z jakiegokolwiek kraju, także z Rosji. Potężny Sbierbank był wspominany w kontekście poszukiwania inwestora dla jednego z polskich banków. Nie zostało to potwierdzone, ale takich sytuacji możemy się spodziewać coraz częściej.

I co? Można – wzorem niektórych polityków krzyczeć, że nie wpuścimy, i grozić zwolennikom takich rozwiązań Trybunałem Stanu. Ale chyba nie tędy droga. Nie trzeba może otwierać drzwi na oścież, warto zachować – jak mówił właśnie podczas wizyty w Lotosie premier Tusk – „czujność, ale nie rewolucyjną”.

Trzeba będzie rozpatrywać rosyjskie propozycje w kategoriach biznesowych. Bo mogą być po prostu dobre. I trzeba będzie rozstrzygać: Trybunał lub posądzenie o nieuzasadniony wybór droższej, innej oferty. To realna możliwość, bo nasz rynek dla firm ze Wschodu jest coraz bardziej interesujący.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polski pojedynek w Brukseli

27 lis 2011

Nowosądeckie Fakro i duński Velux mają na pieńku od dawna. Wicelider globalnego rynku okien do poddaszy co jakiś czas zarzuca liderowi stosowanie nieuczciwych praktyk na rynkach, na których polska spółka chce wzmocnić swoją pozycję. I choć kilka lat temu nie potwierdził tego Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, do którego o pomoc zwróciło się Fakro, firma nie składa broni. Musi być pewna swoich racji, bo chce iść z antymonopolową skargą do Komisji Europejskiej, do której trafiają wszak tak grube sprawy, jak spór Microsoftu i Google’a czy Apple’a i Samsunga.

Velux kilkakrotnie mniejszego rywala się nie boi, jest pewny swoich racji i tego, że gra zgodnie zobowiązującymi przepisami. Prezes Ryszard Florek, któremu jako jednemu z nielicznych przedsiębiorców w Polsce udało się zbudować firmę o prawdziwie globalnym zasięgu jest jednak zdeterminowany, by udowodnić, że coś jest narzeczy. Po raz pierwszy na taką skalę nasze przedsiębiorstwo chce walczyć o swoje racje, odważnie wykorzystując narzędzia, jakie daje firmom Unia Europejska. Oswoiliśmy się już z instytucją międzynarodowego arbitrażu, który coraz częściej staje się także dla nas miejscem rozstrzygania biznesowych sporów. Bez kompleksów nasze firmy pozywają największych rynkowych graczy (wystarczy tu wspomnieć choćby sprawę pomiędzy PGNiG a Gazpromem), gdy mają pewność, że nie są traktowane na równych prawach z innymi. Fakro robi krok dalej. Trzeba tylko wierzyć, że ma w ręku stosowne argumenty.

Warto się przyglądać tej sprawie. pewnym sensie to dla nas nowa jakość w walce o czystą grę w biznesie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Optymizm małych firm

24 lis 2011

Czy już jest źle? Według komentarza do najnowszych badań „Skaner MSP”, obejmujących kluczowe dla rozwoju gospodarki małe i średnie przedsiębiorstwa, nastroje w tym sektorze są fatalne lub wręcz depresyjne

Biorą się one oczywiście z utrzymujących się obaw związanych z problemami strefy euro, które bezpośrednio przekładają się na sytuację w Polsce. O tym, że będzie gorzej, jest przekonany już co trzeci przedsiębiorca. Że będzie lepiej – nieomal co dziesiąty. Tylko siąść  i płakać.

Ale z tego samego badania wynika, że od dwóch kwartałów zdecydowanie rośnie liczba tych przedstawicieli small businessu, którzy sądzą, że sytuacja zarówno ich firm, jak  i kraju nie zmieni się, a to, uwzględniając obecne realia, nieomal eksplozja optymizmu. Mimo niepokoju właściciele nie blokują inwestycji, ba, ma je zamiar realizować  w IV kwartale ponad połowa małych i średnich przedsiębiorstw, a ich generalna  skłonność do zakupów  spadła symbolicznie.

Wygląda na to, że nie lekceważą zagrożenia, ale i nie wpadają w panikę. Widać,  że przedsiębiorcy myślą racjonalnie, a jednocześnie są znacznie lepiej przygotowani do gospodarczej dekoniunktury niż podczas poprzedniego kryzysu.

Wzrósł także październikowy wskaźnik PMI pokazujący gospodarcze perspektywy  z punktu widzenia dużych firm, podobnie jak produkcja przemysłowa. Ta, mimo rosnącej niepewności, pnie się  w górę już 27. miesiąc z rzędu. Wszystko wskazuje na to,  że krajowa sprzedaż detaliczna, która jest jednym z motorów wzrostu, w ostatnim miesiącu także kontynuowała marsz w górę. Jeśli wierzyć przewidywaniom ekonomistów, ma być wyższa nawet  o 10 proc. rok do roku.

A przecież przed nami okres przedświąteczny, kiedy z natury chętniej sięgamy do portfeli… Jeśli rząd naprawdę weźmie się za reformy  i zajmie się ograniczaniem długu publicznego, Polska  w nie za długiej perspektywie powinna także zyskać w oczach inwestorów i międzynarodowych instytucji finansowych.

I choć Komisja Europejska w niedawnych prognozach obcięła prognozy wzrostu polskiego PKB w 2012 r. do 2,5 proc., to i tak jest to jeden z najlepszych wyników  w UE. Ostrożność, spokój  i rozsądne działania polskich firm w tym niepewnym momencie powinny pomóc  w osiągnięciu co najmniej takiego wyniku. Chyba że  coś się naprawdę zawali,  co wywróciłoby do góry nogami wszystkie prognozy  i przewidywania. Na razie jednak idzie nam nie najgorzej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na łupki przyjdzie jeszcze czas

21 lis 2011

Czeka nas eldorado? Oto w dużej części Polski ze szczelin wydobywa się gaz łupkowy, Rosja, która do tej pory bezlitośnie dyktowała nam warunki dostaw niebieskiego paliwa, na kolanach, a do budżetu wpływają miliardy złotych z profilaktycznie zapowiedzianego w expose premiera Donalda Tuska podatku od kopalin oraz dodatkowo z eksportu gazu, który wysyłamy do Niemiec za pomocą gazociągu jamalskiego, korzystając z dobrodziejstw III pakietu energetycznego. Jesteśmy potęgą…

Wszystko, co ma ostatnio związek z łupkami i gazem łupkowym, budzi ogromne emocje. Oczekiwania są coraz większe, a atmosferę podgrzewają firmy informujące o udanych próbnych odwiertach i zapowiadające rychłe wydobycie surowca na skalę przemysłową, choć wcześniej mówiło się przynajmniej o kilku latach badań. Nowo powstająca branża zaczyna wysysać z rynku specjalistów, inwestuje ogromne kwoty, skutecznie sięga po pieniądze na giełdy. Ale trudno się nie ekscytować, gdy pojawiają się szacunki zapasów surowca pozwalające śnić o niezależności energetycznej na dziesięciolecia.

No właśnie. Szacunki. Próbne odwierty. Dlatego nie ma się jeszcze co ekscytować. Niech na stole leżą pogłębione raporty geologów, biznes plany działalności wydobywczej, analizy wpływu tej działalności na środowisko. Miejmy 100-proc. gwarancję, że Brukseli się jednak nie odwidzi i nie zechce zablokować łupkowego eldorado. Narazie znacznie cenniejsze byłoby zwycięstwo w sporze z Gazpromem o politykę ustalania ceny importowanego surowca. Tu trzymamy kciuki za PGNiG, bo sukces szybko przełoży się na naszą gospodarkę. Na łupki na pewno przyjdzie czas.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polityczny problem promocji

18 lis 2011

Planuje się utworzenie Polskiej Agencji Promocji Gospodarczej (PAPG)  poinformował na konferencji gospodarczej w Kielcach wiceminister gospodarki, pracy i polityki społecznej Andrzej Szejna. PAPG ma powstać na bazie Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych SA (PAIiIZ) dla poprawy zagranicznego wizerunku naszego kraju w dziedzinie gospodarki”.

Gdyby nie ten wiceminister i nieco egzotyczny już resort, można by uznać, że ta depesza PAP została nadana wczoraj. Otóż nie. Nosi datę30 października2003 r. Na dobrą sprawę to wystarczy za komentarz.

Bo problem wciąż jest. Z jednej strony mamy PAIiIZ zajmującą się głównie sprowadzaniem do Polski i obsługą inwestorów zagranicznych. A promocją kraju zajmują się m.in. ministerstwa: spraw zagranicznych, gospodarki, kultury, Polska Organizacja Turystyczna… Ich działalność jest nieskoordynowana, a z wydawania większości pieniędzy (ze środkami z UE to ok.150 mln zł rocznie) niewiele wynika. Brakuje ośrodka, który realizowałby spójną strategię gospodarczej promocji kraju, której zresztą od lat nie ma.

Pytanie, czy obecny pomysł powołania takiego organizmu, m.in. na bazie PAIiIZ i Wydziałów Promocji Handlu i Inwestycji w ambasadach, przełamie ten impas? Zebranie promocyjnych pieniędzy w jednym miejscu ma sens pod warunkiem, że o ich wydawanie nie będą się kłócić resorty gospodarki i spraw zagranicznych. I że umiejętnie wykorzysta się to, co udało się już osiągnąć PAIiIZ. Rzecz merytorycznie obiecująca i politycznie trudna.

Pytanie, czy wygra opcja merytoryczna, czy o ostatecznym efekcie zadecydują polityczne ambicje. Jeśli wygra ta druga opcja, zmieni się niewiele.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sen o bardzo szybkim pociągu

16 lis 2011

Bałagan w rozkładach jazdy, bałagan na torach, rozgrzebane remonty, które sprawiają, że pociągi na niektórych odcinkach jeżdżą wolniej niż przed II wojną światową… Tak wygląda dziś polska kolej, którą od europejskiej czołówki dzielą lata świetlne. Owszem, są pozytywne zmiany, choćby coraz więcej nowego taboru, głównie u samorządowych przewoźników, ale całość obrazu jest co najmniej szara. Ma być lepiej, bo trwają remonty głównych tras za unijne pieniądze, ale nie sposób zapomnieć, że kolej nie wykorzysta w całości przyznanej na te inwestycje puli z budżetu UE na lata 2007 – 2013. Ok. 5 mld zł czeka na decyzję Brukseli, czy można je przeznaczyć na budowę autostrad lub mniejsze remonty torowisk, łatwiejsze organizacyjnie niż wielkie roboty modernizacyjne.

Bruksela nie widzi także sensu w dofinansowywaniu polskiego mocarstwowego projektu Kolei Dużych Prędkości, uznając, że powinniśmy się skupić na istniejącej infrastrukturze i doprowadzeniu jej do jakich takich standardów. Słusznie, choć idea polskiego TGV wygląda kusząco…

Tyle że, po pierwsze, potrzeba na to ponad 18 mld zł, po drugie, konieczne są umowy o połączeniu naszego Y z innymi europejskimi szybkimi kolejami, bo nie chodzi nam o to, by zbudować sobie wewnętrzną, kosztowną zabaweczkę. Na to inwestorzy raczej się nie skuszą, a to właśnie idea partnerstwa publiczno-prywatnego ma być pomysłem na znalezienie środków. Na razie Niemcy nie są zainteresowane, a to źle rokuje, bo tamtędy wiedzie droga do Europy. Źle rokują także problemy z wykładnią, czy PPP wpływa na dług publiczny czy też nie. Ale pomarzyć warto. Zwłaszcza jeśli udałoby się jednak doprowadzić do sytuacji, w której za nasze marzenia zapłaci ktoś inny.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop