W poszukiwaniu biletów

21 marca 2010 autor rp

Samorządowa spółka Przewozy Regionalne zastanawia się, gdzie sprzedawać bilety na pociągi, bo wkrótce nie będzie mogła korzystać z dworcowych kas.

Powodem są zaległości w opłatach za dzierżawę pomieszczeń. Ale i samo PKP szuka pomysłu, dokąd przenieść handel biletami na stacjach, na których utrzymywanie okienka kasowego nie ma ekonomicznego uzasadnienia. Obie firmy ciepło myślą o współpracy z jedną z sieci kolporterskich. W teorii brzmi to ciekawie. W praktyce można mieć ogromne wątpliwości co do tego projektu.

Już dziś z biletami jest poważny problem – obaj przewoźnicy, czyli PKP InterCity i Przewozy Regionalne, mają swoje taryfy, swoje rozkłady i swoje bilety. Coraz częściej nie można ich kupić w tym samym miejscu, a nawet jeśli można, to bardzo trudno pasażerom zestawić sensowne połączenie z wykorzystaniem pociągów obu firm, bo nikomu nie zależy, aby im w tym pomagać. Co więcej, pojawiają się przypadki dezinformowania i sprzedawania niewłaściwych biletów, chaos zdarza się także w dworcowych informacjach. Niełatwo jeździć w Polsce pociągami. I na pewno łatwiej nie będzie.

Jak w takiej sytuacji odnajdzie się niezależny dystrybutor, dla którego bilety będą tylko jednym z elementów oferowanego asortymentu? Zapewne tak, że na mniejszych stacjach, na których już dawno zapomniano o okienku informacji, pasażer będzie zdany na samego siebie. Trudno się spodziewać, by kioskarze uczyli się coraz bardziej skomplikowanego rozkładu jazdy naszych kolei. Nawet nie można od nich tego wymagać.

Przyszłość to prosta, ogólnodostępna  sprzedaż biletów przez Internet czy biletomaty z informacją o połączeniach na dworcach. Zanim jednak do tego dojdzie, pasażerowie muszą się trochę pomęczyć. Widocznie w Polsce inaczej się nie da.

Wróg z wąsem

11 marca 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

W sobotę okazało się, że z jednego z przygotowywanych projektów ustaw zniknął jeden, dość istotny zapis (podobno ma się jednak odnaleźć). Miał on nakładać na inwestorów obowiązek wyposażenia w sieć światłowodową wszystkich nowych budynków wielorodzinnych. „Po prostu znikł” – pisała wtedy „Gazeta Wyborcza”. „E-podpis zniknął w „Przyjaznym państwie” Palikota” – donosi dziś ten sam dziennik.

Znikanie można więc uznać za rodzaj narodowego sportu. Co prawda dokładniejsze zbadanie sprawy „Przyjaznego państwa Palikota” pozwala stwierdzić, że tym razem mamy do czynienia ze zniknięciem symbolicznym. Komisja sejmowa miała bowiem pracować nad ustawą o podpisie elektronicznym, ale po prostu przerwała. „To był błąd” – bije się w piersi Janusz Palikot, przewodniczący „Przyjaznego państwa”. Uwierzył, że ministerstwo gospodarki przygotuje lepszą ustawę. A teraz nie ma ani jednej, ani drugiej, z czego z całą pewnością cieszą się producenci piór i długopisów, którymi długo jeszcze będziemy podpisywać umowy i inne dokumenty.

Także symbolicznie rozmywa się i zanika wizja oficjalnego namaszczenia przez Platformę Obywatelską Radosława Sikorskiego jako oficjalnego kandydata na prezydenta. „Sikorski próbuje kontratakować” – zapowiada dziś „Polska. The Times”. „Próba wciągnięcia zwyciężającego w sondażach marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego w telewizyjną debatę zakończyła się fiaskiem” – donosi dziennik. Nowoczesny Sikorski ma zatem – według gazety – uderzyć w kontrkandydata w najbliższy weekend. „Stronnicy marszałka spodziewają się, że Sikorski będzie starał się w ostatnich dniach kampanii przedstawić Komorowskiego jako nienowoczesnego polityka z wąsem w stylu Lecha Wałęsy, który popierany jest przez ’sitwę’ aparatu PO”. Zobaczymy, jak powiedzie się ów kontratak, w razie czego zawsze można będzie „doprawić” jakimś hakiem. Tym bardziej, że – jak pisze „Polska. The Times” – „znaczące zwycięstwo Komorowskiego może zagrozić pozycji Sikorskiego w partii, a być może także jego stanowisku w MSZ”. Zatem w najgorszym wypadku może zniknąć z wyżyn władzy.

Na szczęście dla ministra spraw zagranicznych znikają także wrogowie naszego kraju. „My się Niemców (już) nie boimy” – pisze „Rzeczpospolita”, przywołując wyniki badania CBOS. Co piąty Polak uważa, że nasz kraj nie ma żadnych wrogów – to najwyższy wskaźnik w historii badań prowadzonych przez ten ośrodek. Najbardziej rewolucyjnie zmieniło się nasze nastawienie do Niemców, których za zagrożenie 20 lat temu uważało 88 proc. Polaków, a dziś niespełna 14 proc.

Czasem jednak pewne rzeczy nie chcą zniknąć. „Informacje o wypadkach, katastrofach czy epidemiach, które ukazują się w ‘Wiadomościach’, nie powinny być zapowiadane przed dobranocką, bo mogą wywoływać lęki – postuluje rzecznik praw dziecka” na łamach białych stron „Dziennika Gazety Prawnej”. I słusznie. „Rzecznik praw dziecka wystąpił do KRRiTV z prośbą o interwencję, by drastyczne wydarzenia relacjonowane w telewizyjnych ‘Wiadomościach’ nie były zapowiadane przed dobranocką” – czytamy na żółtych strona „Dziennika Gazeta Prawna”. Słusznie. Żeby coś się stało, trzeba się postarać. Kilkakrotnie powtórzyć. Za pierwszym razem czasem trudno zrozumieć…

…i czasopisma, i światłowody…

6 marca 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy
W przygotowywanych w Polsce ustawach pewne rzeczy się nagle pojawiają, a inne znikają. I choć zdarza się, że próbami wyjaśnienia tych magicznych zjawisk zajmują się nawet sądy, ich natura pozostaje (w większości przypadków) delikatnie rzecz ujmując – niedookreślona.

Tym razem mamy do czynienia ze zniknięciem, o którym, lokując przy okazji „Rząd w muzeum telekomunikacji”, donosi „Gazeta Wyborcza”. Idzie o projekt ustawy, który miał nakładać na inwestorów obowiązek wyposażenia w sieć światłowodową wszystkich nowych budynków wielorodzinnych. „Popierany przez resort infrastruktury zapis o światłowodach przetrwał uzgodnienia międzyresortowe. Przepadł pod koniec zeszłego roku, gdy prace nad projektem zaczął rząd. Po prostu znikł” – pisze gazeta. Nikt nikogo za rękę nie złapał, a cytowany przez dziennik rzecznik resortu infrastruktury nieprzekonująco wyjaśnia, że taki zapis byłby „nieprzystający do obecnych realiów panujących na rynku i w gospodarce”. Tymczasem realia są takie, że pod względem dostępności szybkiego Internetu poprzez sieć światłowodową Polska na równi z Bułgarią zamyka stawkę w całej Unii. Tym razem jednak są podejrzani: jeden z cytowanych przez „Gazetę Wyborczą” ekspertów podejrzewa, że interweniowało lobby złodziei kabli miedzianych. Kto wie?

Na szczęście są komórki i coraz szybsze sieci służące do przesyłania danych pomiędzy nimi. „Jeszcze w tym roku 5 miliardów ludzi będzie miało telefony komórkowe” – donosi „Rzeczpospolita”. Uwzględniając fakt, że jest nas wszystkich na Ziemi 6,8 mld, powinniśmy się połączyć już chyba z wszystkimi żyjącymi na globie osobami w wieku przekraczającym kilka lat, nawet jeśli nasz nowy dom nie będzie opleciony światłowodem. A liczba danych, które wędrują poprzez sieci komórkowe, już dziś przyprawia o zawrót głowy – na razie to 200 tysięcy terabajtów rocznie, ale w 2014 będzie to już 3,6 eksabajta. 1 eksabajt to milion terabajtów. Terabajt danych zajmuje na przykład materiał DVD, który bez przerwy można oglądać przez 18 dób. Co więcej „komórki to też coraz popularniejszy sposób budowania więzi” – pisze „Rzeczpospolita”. O światłowodach nikt czegoś takiego nie powiedział.

„Mężczyźni już wszystko powiedzieli, cała polityka, cała kultura jest ich. Wiem, co mają do powiedzenia, mogę ich czytać, ale przebywać wolę z kobietami. (…). Mężczyźni tylko bronią tego, co mają, a kobiety mają niewiele i dopiero zaczynają rozumieć, zdobywać” – mówi w „Wysokich Obcasach”, dodatku do „Gazety Wyborczej”  prof. Magdalena Środa, autorka książki „Kobiety i władza”. Póki co kobiety, jak z kolei pisze „Rzeczpospolita”, „rządzą na zakupach”. „W Polsce to kobiety głównie zajmują się domem i najlepiej wiedzą, jakie są potrzeby ich rodzin. Do tego dochodzi fakt, że większość mężczyzn po prostu nie znosi robienia zakupów” – „Rz” cytuje Renatę Ropską ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. No, chyba że chodzi o zakupy samochodu czy sprzętu RTV, bo w tych dwóch przypadkach panowie robią się nagle aktywni. „Taki obraz jest zgodny ze stereotypem ról płciowych w polskim społeczeństwie: kobiety sprzątają i gotują, a mężczyźni są od techniki” – tłumaczy w „Rz” Dominika Maison, psycholog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Nie sposób nie zacytować w tym momencie wicepremiera Waldemara Pawlaka: „Po to wymyślono specjalizację, żeby każdy zajmował się tym, na czym zna się najlepiej” – przekonuje w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”. Magdaleny Środy to nie przekonuje: „My już wiemy, jakie są efekty działania samych mężczyzn” – mówi w „Wysokich Obcasach”. Coś trzeba zmienić, tym bardziej że nawet sprzedaż samochodów w Polsce spada kolejny miesiąc z rzędu.

Niska cena wygrywa z etyką

3 marca 2010 autor rp

Zdaniem Polaków kryzys sprawił, że zachowanie biznesu wobec pracowników, klientów, kontrahentów, akcjonariuszy czy wobec otoczenia (środowiska naturalnego czy lokalnych społeczności) jest gorsze niż wcześniej

I co?  I nic. Ta konstatacja nie spędza nam snu z powiek. Nie sprawia, że – choćby jako klienci – zaczynamy się zastanawiać nad wyborem oferty takiej firmy, o której wiemy, iż postępuje lepiej niż inne.

Nie traktujemy poważnie idei biznesu odpowiedzialnego społecznie, czyli CSR, choć w zachodniej Europie czy w USA jego znaczenie jest coraz większe. Polacy w tym przypadku nie są idealistami – mówiąc brutalnie, wolą raczej kupować tanio niż etycznie.

Dostrzegamy wprawdzie, że niektóre firmy obniżają standardy, ale łatwo je usprawiedliwiamy, zwłaszcza jeśli oferują tańsze produkty. Siedmiu na dziesięciu Polaków, robiąc zakupy, w ogóle nie zwraca na to uwagi, a tylko co piąty byłby skłonny zapłacić trochę więcej za produkt firmy, która zachowuje się bardziej odpowiedzialnie od innych.  Sporo w tym winy przedsiębiorstw, które traktują CSR wyłącznie jako element działań promocyjno-marketingowych.

W ten sposób nawet dobre intencje mogą wywołać efekt odwrotny do zamierzonego. Czy zatem w Polsce etyczne działanie jest skazane na niepowodzenie, bo się po prostu nie opłaca? Ostatecznie przestrzeganie standardów, inicjatywy prospołeczne, programy prośrodowiskowe oznaczają konkretne wydatki, które w jakimś stopniu odbijają się na cenie produktu, a nie przynoszą natychmiastowych korzyści w postaci wzrostu sprzedaży.

Mimo to coraz więcej przedsiębiorstw w naszym kraju stara się budować wizerunek firmy odpowiedzialnej społecznie. Bo, patrząc perspektywicznie, takie podejście ma sens. Kiedy cena przestaje mieć aż takie znaczenie, a produkty stają się coraz bardziej do siebie podobne, może cieplej pomyślimy o firmie, która np. zrobiła coś dobrego dla naszego najbliższego otoczenia?  W bogatszym społeczeństwie pewnie łatwiej o idealizm. Ale czyż nie chcemy być coraz bogatsi?

Meandry konkurencji

26 lutego 2010 autor romanski

Los pasażera kolei nie jest w Polsce łatwy. Konkurencyjne składy samorządowych Przewozów Regionalnych i państwowego PKP InterCity na najpopularniejszych trasach ruszają nieomal o tej samej porze, by podebrać sobie zdezorientowanych podróżnych. A potem najlepiej jeszcze wlepić im karę, że mają bilet nie na ten pociąg, co trzeba, bo obaj przewoźnicy nie uznają wzajemnie swoich biletów.

Konkurencja na polskich torach urodziła się od razu kaleka. Przekazując samorządom spółkę PKP Przewozy Regionalne, resort infrastruktury odebrał jej dochodowe pociągi pospieszne i przekazał je państwowemu PKP InterCity. To ostatnie tworzyło wtedy konkurencyjne dla “pośpiechów” połączenia pod nazwą Tanich Linii Kolejowych. Jednak wtedy właścicielem obu firm było państwo.

Teraz sytuacja się odwróciła. Dziś PR zaczęły tworzyć konkurencyjne, tańsze połączenia w miejsce tych, które straciły. I okazało się, że Ministerstwu Infrastruktury jest nie w smak podgryzanie przewoźnika, którego od jakiegoś czasu mozolnie szykuje do prywatyzacji.

Próba ograniczenia ekspansji PR za pomocą skargi PKP InterCity do Urzędu Transportu Kolejowego, że samorządowe pociągi InterRegio uruchomiono niezgodnie z prawem, jest naturalną konsekwencją tego faktu. Oczywiście PKP InterCity i ministerstwo mają swoje uzasadnione racje, ale mają je też Przewozy Regionalne.

Samorządowa spółka, zgłaszając do UTK swoje pociągi, mogła wykorzystać niejasności w przepisach. Fakt też, że sama walka o pasażera między spółkami przybiera nieraz postać kuriozalną. Ale w efekcie podróżni mogą na niektórych trasach wreszcie wybierać między ofertami. Może zatem lepiej ucywilizować konkurencję, niż ją administracyjnie ograniczać. Z korzyścią dla podróżnych.

Jak zarządzać konkurencją

23 lutego 2010 autor romanski

Jest się z czego cieszyć. Coraz większa konkurencja na rynku inwestycji infrastrukturalnych, głównie drogowych, sprawia, że ceny lecą w dół, a oferty, które jeszcze dwa lata temu byłyby traktowane jako czysty dumping, dziś są witane jako przemyślane i odpowiadające obecnej sytuacji na rynku. Firmy pohamowały swoje apetyty, a bardziej od wysokiej marży istotne stało się zapewnienie pracy dla swoich ludzi i kosztownego sprzętu. Trudno się dziwić, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zaciera ręce, bo zaoszczędzone na etapie przetargów pieniądze może przeznaczyć na kolejne inwestycje, które miały być – z braku środków – odłożone na przyszłość.

Patrząc z tego punktu widzenia, protesty polskich i unijnych firm budowlanych przeciwko wpuszczaniu na nasz rynek przedsiębiorstw z krajów pozawspólnotowych, choćby takich jak Chiny, wydają się niepoważne i egoistyczne. Wszak społeczeństwo na tym może tylko zyskać. Sprawy nie mają się jednak tak prosto. Na etapie przetargów nikt bowiem nie pyta oferentów, jakie są ich dalsze plany wobec polskiego rynku. Nie pyta, czy zyski z kontraktów będą reinwestować u nas, czy też wytransferują do macierzystego kraju, nie pyta, czy będą zatrudniać z naszych pracowników, czy też wybiorą inną opcję. Nikt też się nie zastanawia, czy unijne fundusze na wielkie budowy nie powinny jednak trafiać do wspólnotowych firm. To zaś trąci protekcjonizmem.

Konkurencja jest niezbędna. Bez niej nie byłoby niższych cen. Bez niej nie poszerzyłby się rynek firm z doświadczeniem w dużych budowach. To plus. Pytanie tylko, czy nie powinno się jednak wprowadzić czegoś w rodzaju inteligentnego zarządzania konkurencją. Sprawić, by dla wszystkich firm działanie w Polsce nie było krótkotrwałym epizodem, ale długotrwałą strategią. Żeby zyskali na tym wszyscy. Inne kraje UE właśnie tak postępują. Ostatecznie nie każdego od razu zapraszamy do domu.

Polska pragnie bohaterów

18 lutego 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

„Rosjanie bliżej Możejek” – tak otwiera swoją pierwszą stronę „Dziennik Gazeta Prawna”. W ten sposób kolejna fala spekulacji nad przyszłością największej polskiej inwestycji zagranicznej, czyli litewskiej rafinerii należącej do Orlenu odebrała czytelnikom radość ze srebrnego medalu Justyny Kowalczyk w biegu sprinterskim techniką klasyczną. W „DGP” Justyna spadła na drugie miejsce w hierarchii informacji. A przecież naród pragnie bohaterów. A interesy z Rosjanami do tej kategorii się nie zaliczają.

„Srebro na ostatniej prostej” – otwiera „Gazetę Wyborczą”. „Srebrna polska strzała”, „Kowalczyk biegła wczoraj wyśmienicie” – pisze dziennik i podkreśla, że po sobotnim medalu Adama Małysza igrzyska w Vancouver znów srebrne dla Polski. Ale radość znów mącą problemy na Wschodzie. „Rozprawa z Polakami” na Białorusi to kolejny akt antypolskich działań władz tego kraju. „Dom Polski w cudze ręce” – dodaje „Rzeczpospolita” pisząc o represjach reżimu Łukaszenki wobec Polaków. Wschód zdecydowanie nie pozwala nam skupić całej uwagi na igrzyskach.

A przecież – tradycyjnie – mamy jeszcze kilka szans na sukces. „Jeszcze mnie nie przekreślajcie” – prosi na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” Tomasz Sikora. „Sikora – medal możliwy, byle nie pudłował” – pisze „Gazeta Wyborcza”, mówiąc o dzisiejszej, przedostatniej okazji zdobycia medalu przez naszego biathlonistę. „Strzelanie na wagę złota” – dodaje „Rzeczpospolita”, do medalowych szans dorzucając jeszcze „Frontside i inne atrakcje”. To pretekst do zastanowienia, czy Paulina Ligocka, fruwając dziś nad lodową rynną, wykręci snowboardowy medal w halfpipie. „Ligocka liczy na Haakon flip” – nonszalancko dorzuca „Dziennik Gazeta Prawna”. W ten sposób każdy, nawet najbardziej nieobeznany z tą dyscypliną kibic będzie chciał zobaczyć występ snowboardzistki wykręcającej Haakona. A jak doda się do tego „Najszybszą Polkę od 34 lat”, czyli Ewelinę Staszulonek, która zdobyła ósme miejsce w saneczkarskich jedynkach, można uznać, że przydługa i męcząca zima powinna nam jednak zabezpieczyć zarówno potencjalnych, jak i prawdziwych bohaterów.

Strefy pełne problemów

16 lutego 2010 autor romanski

Specjalne strefy ekonomiczne miały być rozwiązaniem zachęcającym inwestorów, by zakładali i rozwijali swoje firmy w określonych miejscach szczelnie otoczonych płotem. Przedsiębiorstwa poza nim podlegały normalnym zasadom rynkowym, te w środku w zamian za określone nakłady inwestycyjne czy liczbę zatrudnionych cieszyły się różnymi preferencjami. Co prawda to rozwiązanie nie podobało się Unii Europejskiej i było jednym z punktów zapalnych podczas negocjacji akcesyjnych, ale udało się zachować przywileje, które rząd przyobiecał firmom. Teraz powstająca w mozole nowa ustawa o strefach w jakimś sensie uderza w firmy, których wtedy broniliśmy.

Powiedzmy sobie uczciwie – strefy nie są najlepszym narzędziem wspierającym inwestorów. Ale są, firmy zainwestowały w nich ponad 65 mld zł, a dzięki tym pieniądzom powstało 150 tys. miejsc pracy, utrzymano też ponad 50 tys. takich, które mogłyby być zlikwidowane. To konkrety. I trudno dziś powiedzieć, czy zastosowanie innych form pomocy publicznej lub podatkowych promocji, chociażby znaczącego obniżenia CIT dla wszystkich firm, przyniosłoby bardziej spektakularne efekty. Może tak, może nie. Ale mamy strefy i nie możemy, nawet w imię dziurawego budżetu, karać ulokowanych w nich przedsiębiorstw za to, że skorzystały z zaproponowanych im zachęt. Trzeba było nie proponować.

Strefy będą działać do roku 2020. Tak się umówiliśmy z Unią. Jeśli więc już mamy taki instrument, to lepiej wykorzystać go jak najlepiej, przyciągając kolejne inwestycje. Jeśli zmiany w ustawie mogą zniechęcić do budowy fabryk lub zachęcić do zamykania innych, to naprawdę trzeba nad nimi jeszcze pomyśleć. Na nadmiar kapitału jeszcze długo nie będziemy narzekać.

Zły moment na usterki

3 lutego 2010 autor rp

Oczywiście nie ma dobrego momentu na awarie. Dlatego zwykle przydarzają się one w momencie najgorszym z możliwych

Gigantyczna akcja serwisowa związana z wadliwie działającym pedałem gazu perfekcyjnie zeszła się z kryzysową sytuacją na rynku motoryzacyjnym. Pomijając kwestie kosztów – w grę wchodzi niebagatelne kilka miliardów dolarów wydane na wymianę uszkodzonego elementu w kilku milionach samochodów, obsługę logistyczną całego procesu, zatrzymanie produkcji w pięciu fabrykach w USA – w jakimś sensie Toyota padła też ofiarą jednego z praw Murphy’ego. Zgodnie z nim, jeżeli udoskonalasz coś dostatecznie długo, na pewno to zepsujesz. Marka ta przez lata budowała pozycję na jakości i ekologii swoich produktów. I przejechała się na pedale gazu.

Przez lata Toyota walczyła o globalny prymat z koncernem General Motors. Teraz Amerykanie oddają pola, bo cudem uratowany przed upadłością amerykański gigant przechodzi ostrą kurację odchudzającą. Nie tylko zresztą on – kryzys w mniejszym lub większym stopniu dotknął największych, a po akcji wyprzedaży kolejnych marek branża nie będzie już taka jak wcześniej. W momencie, gdy gra idzie o każdy sprzedany samochód, globalna akcja serwisowa to wizerunkowa katastrofa. Zwłaszcza że choć teraz Toyota jest chwalona za sprawność działania, to jednak zarzuty zbyt późnego rozpowszechnienia informacji o wadliwie działającym pedale zapadły w pamięć.

Paradoksalnie to, jak dalece odbije się to na wynikach Toyoty, zależy głównie od piarowego czary-mary. Jeśli uda się przekonać klientów, że choć każdy popełnia błędy, to jednak koncern zrobił dla nich wszystko, firma jakoś to przeżyje, chociaż jej wartość na tokijskiej giełdzie leci na łeb na szyję. Jeśli się nie uda? Wtedy wygra kto inny. Ostatecznie ludzie i tak będą kupować auta.


Patent na akcyjny pakiet

31 stycznia 2010 autor rp

Związkowcy w Polsce znów budzą się do aktywnego życia – w ciągu ostatnich kilkunastu dni w mediach pojawiły się płynące z różnych firm żądania podwyżek płac.

Uzasadnienie jest właściwie jedno – skoro najtęższe ekonomiczne głowy zaczęły mówić, że kryzys się kończy, kończy się także okres, w którym wypadało przyhamować z roszczeniami.  To, że w wielu wypadkach jest na to za wcześnie, nie ma aż takiego znaczenia.

Dlatego może właśnie czas wychodzenia z gospodarczych zawirowań jest dobrym momentem na przemyślenie dotychczasowych, stosunkowo prostych systemów wynagrodzeń w firmach? Może trzeba powiedzieć: drodzy związkowcy, owszem, możemy podzielić się z wami zyskiem firmy, ale musimy podzielić się także odpowiedzialnością za jej los i wyniki? Bo tylko wtedy wszyscy będziemy w stosunku do siebie w porządku.

W Stanach Zjednoczonych w dziewięciu na dziesięć firm notowanych na giełdach działają pracownicze programy akcyjne. Nie tylko menedżerowie, ale i pozostali zatrudnieni mają możliwość zarabiać wraz z firmą i poczuć się współodpowiedzialni za jej sukcesy, bo od tego wszak zależą wyższe premie i przyszłe osobiste zyski. Co więcej, takie rozwiązania – na jasnych i zrozumiałych dla wszystkich zasadach – można stosować także w tych przedsiębiorstwach, które nie są notowane na giełdzie, choć faktycznie wymaga to nieco więcej zachodu. W obu przypadkach muszą tego też chcieć właściciele firm.

Popularność takich rozwiązań ma swoje uzasadnienie. Posiadanie choćby niewielkiego pakietu akcji spółki, w której się pracuje, nie tylko może wzmacniać lojalność wobec pracodawcy, ale i uczy postrzegać wyniki firmy w kontekście osobistych finansów. A przekonanie, że zależą one wyłącznie od skuteczności nacisków płacowych, staje się wtedy po prostu passe.