Po kilkunastu miesiącach politycznych przepychanek i zakulisowych targów demokratom udało się w końcu przyjąć reformę zdrowia. I chociaż za ustawą głosowało 219, a przeciw niej aż 212 członków Izby Reprezentantów, Barack Obama odniósł sukces, o którym inni demokratyczni gospodarze Białego Domu marzyli przez ostatnie pół wieku.
Dzięki niedzielnemu głosowaniu pierwszy czarnoskóry prezydent zapisze się na kartach historii obok Franklina D. Roosevelta i Lyndona Johnsona, którzy doprowadzili do przyjęcia ustaw o Social Security i Medicare.
Obama, który uporczywie forsował ten projekt, chociaż jest przeciwko niemu większość Amerykanów, sporo zaryzykował. Gdyby wczoraj przegrał, byłoby to jego Waterloo. I chociaż wygrał, to zapłacił za ten sukces wysoką cenę. W ciągu roku jego poparcie zanurkowało o znacznie ponad 20 punktów procentowych. To właśnie przy okazji gorących dyskusji o reformie zdrowia zaczęto nazywać go socjalistą. I to właśnie prace nad ustawą zmieniającą system opieki zdrowotnej wzmocniły antyrządowy ruch Tea Party.
Idąc na wiele kompromisów – m.in. rezygnując z tzw. opcji publicznej – Barack Obama stracił jednocześnie wielu sprzymierzeńców po lewej stronie amerykańskiej sceny politycznej. W ostatnim wywiadzie dla Fox News wprost przyznał zaś w końcu, że „proces uchwalania ustaw zawsze był paskudny”.
Może się więc okazać, że przyjęcie reformy zdrowia będzie dla obozu demokratów pyrrusowym zwycięstwem. Podczas wygranych przez republikanina styczniowych wyborów w Massachusetts Amerykanie przekazali bowiem do Waszyngtonu jasną wiadomość: nie chcemy tej ustawy. Głosowanie „za” reformą może zatem podczas listopadowych wyborów kosztować posadę wielu demokratycznych kongresmenów.
Jedno jest jednak pewne. Barack Obama obiecywał zmianę i za pomocą tej ustawy rzeczywiście zmieni życie każdego mieszkańca USA. Czy na lepsze? To już wkrótce ocenią wyborcy.








