Halloween to święto, w które każdy Amerykanin, niezależnie od tego, jaką aparycją obdarzyła go matka natura, może jeszcze przed zachodem słońca godnie pokazać się na mieście.
Lepiej się jednak przebrać, bo tak czy owak można usłyszeć pytanie „Are you a Halloween person… or are you real?”.
Do podobnego wniosku doszły setki osób, które nawiedziły wczoraj Georgetown, gdzie obserwowałem przejawy ukrytej pogańskiej natury Amerykanów. A że w sobotnie popołudnie pogoda była dla duchów wyjątkowo przyjazna (ponad 20 stopni Celsjusza, ze słońcem schowanym za chmurami), do pełnego studentów dawnego portowego miasteczka zawitały gromady czarownic z czarnymi kotami na głowie, wiedźm, kostuch, duchów i potworów. Te ostatnie miały czasem facjatę tak straszną, że nawet Shrek nie wpuściłby ich do domu. Na szczęście zdecydowana większość była przyjaźnie nastawiona i z chęcią pozowała do zdjęć, a nawet zagadywała do gapiów.
By zasłużyć na zainteresowanie przechodniów i fotoamatorów nie wystarczyło jednak założyć byle jakiej maski. Kostiumy w paradzie umarlaków były bowiem często świetnie dopracowane. W osiągnięciu trupiego wyglądu pomagał specjalistyczny makijaż, który sprawiał, że twarz wyglądała tak, jakby ktoś tuż przed chwilą zakrzyknął do obecnego gubernatora Kalifornii, że ubiera się jak mała dziewczynka, a Rambo to cienias. W takim towarzystwie słabe wrażenie robił nawet Hannibal Lecter, a co dopiero ktoś w przebraniu polskiego dziennikarza.
Niestety, gdy w poszukiwaniu oryginalnego kostiumu dotarłem już do sklepu „Total Fright”, zatrzymała mnie wampirzyca ze słuchawką w uchu a la oficer Secret Service i z zębami, które stanowiłyby wyzwanie dla najlepszych na świecie ortodontów.
- Prosimy naszych klientów, by ustawili się w kolejce – usłyszałem i poszedłem w stronę kilkudziesięcioosobowego tłumu. Jeszcze zanim zdołałem wejść do środka, zobaczyłem przyklejoną przed drzwiami karteczkę: „Krwi, kłów, diabelskich uszu, kocich uszu, rękawic i skrzydeł już nie ma”. Ale co tam… Przecież bez sztucznej krwi przecież też może być strasznie. I rzeczywiście, do kupienia wciąż były preparaty na twarz przypominające blizny lub okropne wypryski (gdyby ktoś chciał wyglądać, jak wróg Moskwy). Do tego zakrwawione fabrycznie miecze do przebijania głowy za jedyne pięć dolarów, obcięte stópki, ząbki – które z powodzeniem mogą zastąpić brakującą ósemkę – czy nawet specjalne soczewki kontaktowe, bez których żaden prawdziwy wampir nie mógłby się pokazać na mieście (za 80 dolarów).
Wybór kostiumów był już jednak mocno ograniczony. Z ciekawszym propozycji w sprzedaży został tylko „Anioł Śmierci” i egipska mumia. Ostały się za to propozycje wystroju wnętrz: truposz o długości 150 cm gotowy do przyczepienia na ścianie, wielki futrzaty pająk idealnie pasujący do sufitu czy ruszający się dzięki bateriom osobnik w czarnym worku z napisem „miejska kostnica”.
Ale nawet jeśli ktoś boi się krwi (nawet sztucznej), a chciał wziąć udział w zabawie, to nie miał problemu. Poza potworami po ulicach kręcili się hrabiowie i hrabianki, królowie i królowe, rycerze, piraci i rzymscy senatorowie. Nie brakowało też pszczółek, świnek pigi, RoboCopów, ludzików przypominających klocki lego lub sygnalizację świetlną. Niektóre panie przebierały się też za zakonnice lub prostytutki, a panowie wskakiwali w sutanny lub mundury marines czy brytyjskich policjantów.
Wśród przebierańców były również maluchy. Ogromna liczba czarownic, duchów, kościotrupów i zombi w wieku od sześciu do lat 14 nawiedziła zresztą nawet Biały Dom. Rzecznik prezydenta przyjął je w stroju lorda Vadera, pierwsza dama wystąpiła jako leopard, a Barack Obama ubrany w białą koszulę i czarny sweterek postanowił, że jeśli wystąpi po prostu jako prezydent najpotężniejszego mocarstwa na świecie, to będzie już wystarczająco strasznie. Zamiast przedwyborczej kiełbasy rozdawał jednak cukierki.