Archiwum z paź 2009

Bez czeków nad Potomakiem

8 paź 2009

Jet lag? Jaki jet lag? Przez pierwsze dni po przylocie byłem pewien, że przekraczając granice kolejnych stref czasowych dostałem sześć godzin życia gratis. W dniu, w którym wylądowałem w Waszyngtonie, byłem na nogach w zasadzie całą dobę. Drugi dzień i znów zero kłopotów z koncentracją, organizm pełen energii. Błyskawicznie odhaczam kolejne pozycje na długiej liście rzeczy do załatwienia. Widocznie niektórym jet lag niegroźny – pomyślałem zadowolony.

Jet lag dopadł mnie trzeciego dnia…. Szósta wieczorem, a ja ledwo się zmuszam, by trzymać oczy szeroko otwarte. Na pół śpiąc docieram do pobliskiej francuskiej knajpki. Wysoka szklanka kranówki z lodem (sic!) i filiżanka mocnej czarnej kawy postawiła mnie na nogi. Ale tylko na chwilę. Po powrocie do hotelu zmęczony jak arabski pies na pustyni, zasnąłem w locie do poduszki. Budzik nastawiony na siódmą. A ja budzę się o trzeciej (dziewiąta w Polsce). Czwarta. Piąta. Wstaję o szóstej. Za oknami wciąż ciemno i to nie tylko dlatego, że z jednego z nich mam widok na oddaloną o jakiś metr ścianę budynku.

Marzę o własnym (czyt. wynajętym) mieszkaniu. Parę godzin później z moją agentką wróciliśmy do pierwszego apartamentowca, żeby jeszcze raz obejrzeć tę półprofesjonalną ciemnię zwaną przez tutejszy management luksusowym mieszkaniem dwupokojowym (one bedroom). Przychodzimy przed czasem. Claudii jeszcze nie ma. Do biura wpuszcza nas dziewczyna odpowiadająca za wynajem mieszkań umeblowanych.
Co ciekawe, apartamenty umeblowane to gatunek tak rzadko występujący w tutejszym środowisku, że niemal zagrożony wyginięciem. Przeważnie wynajmowane są na bardzo krótki czas za niewiarygodne pieniądze. W moim przypadku w grę wchodzi umowa długoterminowa, więc cena nie jest aż tak szalona.
Oglądam umeblowane studio. Też z widokiem na biurowiec, ale przynajmniej nieco bardziej od niego oddalone, przez co lepiej doświetlone. I nie słychać huku klimatyzatorów. Wow.

Oczywiście, gorsze niż pierwsze, które oglądałem w tym budynku… Ale dostępne. Do tego w świetnej okolicy, niedaleko Georgetown, Departamentu Stanu (jedna stacja metra) czy Białego Domu. Na początek do zapłaty poza czynszem, między innymi bezzwrotna Amenity Fee (za korzystanie z części wspólnej): 600 dolarów. – Jeśli jednak jeszcze dziś się zdecydujesz to opłata zostanie zniesiona – zachęca Rachel. Ile wynosi kaucja za mieszkanie? – 200 dolarów. Chyba, że nie jesteś obywatelem USA, to jednomiesięczny czynsz – wyjaśnia piegowata blondynka. Nie jestem. Chwila zastanowienia… Biorę.

Kiedy mogę się wprowadzić? Jak tylko sprawdzimy twoją historię kredytową.
Znów czuję się jak Marsjanin. Oczywiście, nie mam historii kredytowej. Nie istnieję w tym systemie. Pokazuję więc pisma, że choć jestem kosmitą, to kosmitą jak najbardziej wiarygodnym, wypłacalnym, a do tego nie tylko zgoła niegroźnym dla otoczenia, ale nawet przyjacielskim. W porządku. Teraz tylko opłata za rozpatrzenie wniosku o wynajem (50 dolarów) i depozyt. Sięgam po kartę kredytową. – Nie akceptujemy kart – słyszę. Dobrze, to pojadę po gotówkę. Ale gotówka też odpada. – Przyjmujemy tylko czeki – wyjaśnia grzecznie Rachel.
Ja jednak nie mogę mieć czeku, bo żeby mieć książeczkę czekową, trzeba mieć konto w banku, a żeby mieć w konto w banku, trzeba mieć adres. I kółko się zamyka.

Jak się jednak okazuje i tu nie ma rzeczy nie do załatwienia. Mam więc już konto i kilka czeków, choć nie rozumiem, dlaczego Amerykanie tak lubią tę przedpotopową formę płatności. Karta kredytowa wydaje się o wiele bezpieczniejsza i wygodniejsza. Ale co kraj to obyczaj. Wypisuję swój pierwszy w życiu czek i staję się dumnym mieszkańcem stanu Wirginia (tuż przy granicy z DC).

c.d.n.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mieszkanie z basenem czy bez?

6 paź 2009

Hotel Churchill. Mój pierwszy cel po przyjeździe do Waszyngtonu. Zbudowany na początku ubiegłego wieku, stylowy budynek ma jedną wielką zaletę: adres na Connecticut Avenue. Bez trudu można stąd dojść do Białego Domu, Departamentu Stanu czy polskiej ambasady. Nasza placówka mieści się co prawda tylko kilka przecznic dalej – przy 16. ulicy – ale to już gorsza okolica, choć jak mówią długoletni mieszkańcy Waszyngtonu, niegdyś również prestiżowa.

W hotelu szybko przekonałem się, jak inaczej od Europejczyków niektórzy Amerykanie podchodzą do kwestii stroju. Dwa dni po moim przyjeździe polska ambasada organizowała przyjęcie (wyprzedzając komentarz nielicznych złośliwych internautów – nie była to impreza z okazji mojego przybycia). Postanowiłem więc udać się na nie w dobrym, włoskim garniturze. Pewny siebie czekam na windę, słuchając muzyki klasycznej sączącej się z głośników na korytarzu, gdy podchodzi do mnie czarnoskóra mieszkanka Georgii. Pani, której widok pozbawiłby kompleksów związanych z nadwagą 99 proc. Polek, swym strojem przypominała kwitnącą na fioletowo łąkę. Po wymianie kilku standardowych pozdrowień i zachwytów nad zabytkami Waszyngtonu, usłyszałem uprzejme: „Bardzo ładny ten wasz hotel. Od dawna tu pracujesz?”. Poczułem się nieswojo, ale na szczęście przypomniałem sobie fragment „Delicji ciotki Dee”, w której Teresa Hołówka pisze, że Amerykanie „wkładają garnitur tylko do ślubu i do trumny, a tak dżinsy, sweterek, flanelowa koszula”. Ufff. I choć może to opinia przesadzona, bo w centrum Waszyngtonu można przecież zobaczyć armię białych kołnierzyków, coś w tym może być.

O strojach pewnie jeszcze będzie okazja napisać, a tym razem miało być przecież o szukaniu mieszkania. Za polowanie na apartament w DC zabrałem się jeszcze w Polsce. Wykorzystując portale takie jak „Apartments.com”, „Rent.com”, „Apartmentguide.com” czy „Craigslist” można nie ruszając się z domu przejrzeć oferty setek apartamentowców. W zależności od tego, z którego serwisu skorzystamy, wybierzemy nie tylko dzielnicę, która nas interesuje, liczbę pokoi, progi cenowe, ale ograniczymy też wybór mieszkań na przykład do tych, w których jest klimatyzacja/kominek/pralka i suszarka albo takich, w których można trzymać kota (niezależnie od wagi i rozmiarów), małego psa (do 25 funtów/11 kilogramów) lub psa po prostu (bez wcześniejszego ważenia). Niektóre apartamentowce ograniczają na przykład ilość posiadanych futrzaków do dwóch sztuk, których łączna waga nie może przekroczyć 80 funtów (36 kg) i najczęściej każą sobie za przyjemność posiadania takowych płacić dodatkowo. W bardzo wielu budynkach standardem jest basen lub/i bezpłatna siłownia dla mieszkańców. O portierze nawet nie wspominam.

Warto też pamiętać, że „w real estate nie ma cudów” (jak powie mi już w Waszyngtonie przesympatyczna agentka nieruchomości). Znajomi z USA szybko wyprowadzili mnie z błędu, że mogę spokojnie wynająć mieszkanie nie tak daleko Białego Domu za jedyne 700-800 dolarów miesięcznie. Argument „Mógłbyś tam nie dożyć końca kontraktu” zabrzmiał na tyle przekonująco, że wykreśliłem Anacostię z listy potencjalnych lokalizacji i skupiłem się na okolicach Foggy Bottom, Dupont Circle i Arlington. Ceny: 1500-2000 dolarów miesięcznie za… studio (prawda, że to ładniej brzmi niż kawalerka).

Po wstępnej selekcji w Internecie możemy obejrzeć dziesiątki zdjęć większości apartamentowców czy krótką prezentację wideo. Na mapie zobaczymy też, ile sklepów, szkół, bibliotek, restauracji jest w danej okolicy, a także ile przestępstw zdarza się w danej okolicy i ilu skazanych za przestępstwa na tle seksualnym będzie naszymi sąsiadami.
W opisie inwestycji znajdziemy zaś m.in. informację o tym, jak daleko jest do stacji metra. I tu radziłbym uważać. Czasem opis „Within Walking Distance” zakłada najwyraźniej, że wynajmującym będzie Robert Korzeniowski lub inny znany lekkoatleta. Przy konstruowaniu listy inwestycji do obejrzenia warto wcześniej skorzystać też z opcji Street View na Google Maps, czyli urządzić sobie wirtualny spacer po okolicach, a także sprawdzić opinie o apartamentowcach np. na apartmentratings.com czy yelp.com. Ja w ten sposób dowiedziałem się, że w budynku, w którym znalazłem okazyjną ofertę, lokatorzy mają ogromny problem z myszami i karaluchami.

Do Waszyngtonu przyleciałem już z listą wstępnie wybranych kilkunastu lokalizacji, ale i tak na szukanie mieszkania umówiłem się z agentką. Pierwsza propozycja. Fajny budynek niedaleko stacji Rosslyn, super widok na Arlington, przyjaźni pracownicy (większość apartamentowców jest własnością firm, specjalizujących się w najmie) i oferta specjalna: pierwszy miesiąc gratis. Ucieszony mówię, że to może być to. Tak na wszelki wypadek oglądamy jeszcze kilka innych propozycji. Do prywatnych mieszkań wchodzimy bez umawiania się z właścicielem. Klucz schowany jest w małej czarnej skrzynce, która po wczytaniu karty agenta nieruchomości i podaniu PIN-u otwiera się udostępniając zawartość, a przy okazji rejestrując dokładnie kto i o której wchodził do środka. Proste i wygodne.

Po godzinie dochodzimy do wniosku, ze pierwsze mieszkanie było jednak najlepsze. Wracając z okien samochodu oglądamy okolicę: sklepy, restauracje, odległość od metra. OK. Bierzemy. – Bardzo się cieszę, że wróciliście, ale niestety mieszkanie jest już niedostępne – mówi ze smutną miną Claudia. – A jakieś inne w tym budynku? – pytam. – Tak. Za dwa tygodnie. Ale już oczywiście bez oferty specjalnej – odpowiada drobna dziewczyna o hiszpańskiej urodzie. – Ale mamy jeszcze jedno w budynku obok – podpowiada. Mieszkanie jest jednak tak blisko gigantycznego biurowca, że o świetle dziennym musiałbym zapomnieć. Do tego huk klimatyzatorów. Nie. Dzięki.

Do wieczora szukamy gdzie indziej. Bezskutecznie…

Następny wpis – „Budzik wylądował” – już wkrótce. Zapraszam

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cel: Ameryka

3 paź 2009

Koniec tego siedzenia za biurkiem. Po dwóch latach na stanowisku zastępcy kierownika, dostałem propozycję wyjazdu do Waszyngtonu. To najciekawsza, najbardziej odległa i jedna z najważniejszych placówek, na jaką może trafić dziennikarz europejskiego medium. Swoich ludzi mają tu praktycznie wszystkie liczące się światowe dzienniki, telewizje i stacje radiowe.
17 września z dwiema walizkami sprytnie poupychanych rzeczy (ważącymi ponad 60 proc. tego, co ja) i ukochanym laptopem wyruszyłem więc na warszawskie Okęcie. Podchodzę do odprawy i z lekkim strachem stawiam torby na wadze. Pierwsza: niecałe 23 kilogramy. Uff. Dokładnie tyle może mieć każda z dwóch walizek, którą wolno zabrać na rejs transatlantycki.
Całe szczęście bagażu podręcznego – wypchanej po brzegi torby na laptopa – nikt już nie waży.

Jeszcze tylko mały striptiz przy kontroli bezpieczeństwa (poza zdjęciem paska od spodni czy zegarka, polscy strażnicy graniczni wciąż mają jeszcze – coraz rzadziej już spotykaną na świecie – tendencję do dziwnej odmiany fetyszyzmu, polegającej na zmuszaniu pasażerów do biegania na bosaka przez bramkę do wykrywania metalu) i już jestem w boeingu 737, czyli najlepiej sprzedającym się samolocie w historii lotnictwa cywilnego.

Wylot 10:05. Wyruszamy z lekkim opóźnieniem, ale we Frankfurcie lądujemy ok. 12. Biegiem przez pół terminalu (uwielbiam te ruchome chodniki) i po kilku minutach jestem już przy wejściu do rękawa prowadzącego do garbatego boeinga 747 (popularny jumbo jet). – Ten silnik jest chyba większy od mojej kawalerki – śmieje się Kate, drobna czarnowłosa Amerykanka, z którą wspólnie próbowaliśmy rozszyfrować zapowiedzi pracownika Lufthansy – Niemca święcie przekonanego o tym, że mówi po angielsku.
Samolot może pomieścić na dwóch pokładach od 350 do pół tysiąca osób i robi wrażenie maszyny, która rzeczywiście ma szansę przelecieć przez ocean. Wreszcie zajmujemy miejsca. Koło mnie siada Niemka, która niestety nie zna angielskiego, więc po kilku nieudanych próbach krótkiej konwersacji wpatruję się w punkcik pokazujący, gdzie akurat jesteśmy. Francja, Wielka Brytania i ocean, ocean, ocean, ocean, ocean, ocean, ocean, itd. Słońce odbijające się w jakby nieskończonej tafli wody wygląda świetnie. Po obejrzeniu filmu, kreskówek z kaczorem Donaldem i dziesiątek teledysków wciąż nie widać końca transatlantyckiej podróży. Cześć pasażerów próbuje zabić czas pochłaniając kolejne buteleczki wysokoprocentowych trunków, inni śpią. Ja czytam.
W końcu po ponad ośmiu godzinach włącza się sygnalizacja „zapiąć pasy”. Jesteśmy w Waszyngtonie. Jeszcze tylko rozmowa z oficerem imigracyjnym i Ameryka stanie przede mną otworem.
Długa kolejka dość szybko się rozładowuje. Chociaż mam wizę dziennikarską i garść listów rekomendacyjnych nieco się denerwuję. Bądź co bądź na kolejnych stronach paszportu mam pamiątki ze wcześniejszych podróży: Irak, Egipt, Czad, Izrael, znowu Irak. Rozmowa trwa jednak zaledwie chwilę. Jeszcze tylko skanowanie odcisków palców i jestem już w USA.
Choć w Polsce jest już po 22, tu dopiero 16. Łapię taksówkę i pozbywam się wszelkich kompleksów związanych z moją wymową języka angielskiego. W porównaniu z kierowcą – Pakistańczykiem mieszkającym od lat w stanie Wirginia – brzmię niemal jak native speaker:) I choć o takiej trasie z lotniska do centrum warszawscy kierowcy długo będą mogli tylko marzyć, jeszcze przed wjazdem do Waszyngtonu stajemy w gigantycznym korku. Gdy w końcu docieram do hotelu, dowiaduję się, że Obama ogłosił decyzję o tarczy (jak można było to zrobić 17 września!!!) i umawiam się z agentką nieruchomości na poszukiwanie mieszkania do wynajęcia. Jak to się robi w Ameryce? O tym już w następnym wpisie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop