Jet lag? Jaki jet lag? Przez pierwsze dni po przylocie byłem pewien, że przekraczając granice kolejnych stref czasowych dostałem sześć godzin życia gratis. W dniu, w którym wylądowałem w Waszyngtonie, byłem na nogach w zasadzie całą dobę. Drugi dzień i znów zero kłopotów z koncentracją, organizm pełen energii. Błyskawicznie odhaczam kolejne pozycje na długiej liście rzeczy do załatwienia. Widocznie niektórym jet lag niegroźny – pomyślałem zadowolony.
Jet lag dopadł mnie trzeciego dnia…. Szósta wieczorem, a ja ledwo się zmuszam, by trzymać oczy szeroko otwarte. Na pół śpiąc docieram do pobliskiej francuskiej knajpki. Wysoka szklanka kranówki z lodem (sic!) i filiżanka mocnej czarnej kawy postawiła mnie na nogi. Ale tylko na chwilę. Po powrocie do hotelu zmęczony jak arabski pies na pustyni, zasnąłem w locie do poduszki. Budzik nastawiony na siódmą. A ja budzę się o trzeciej (dziewiąta w Polsce). Czwarta. Piąta. Wstaję o szóstej. Za oknami wciąż ciemno i to nie tylko dlatego, że z jednego z nich mam widok na oddaloną o jakiś metr ścianę budynku.
Marzę o własnym (czyt. wynajętym) mieszkaniu. Parę godzin później z moją agentką wróciliśmy do pierwszego apartamentowca, żeby jeszcze raz obejrzeć tę półprofesjonalną ciemnię zwaną przez tutejszy management luksusowym mieszkaniem dwupokojowym (one bedroom). Przychodzimy przed czasem. Claudii jeszcze nie ma. Do biura wpuszcza nas dziewczyna odpowiadająca za wynajem mieszkań umeblowanych.
Co ciekawe, apartamenty umeblowane to gatunek tak rzadko występujący w tutejszym środowisku, że niemal zagrożony wyginięciem. Przeważnie wynajmowane są na bardzo krótki czas za niewiarygodne pieniądze. W moim przypadku w grę wchodzi umowa długoterminowa, więc cena nie jest aż tak szalona.
Oglądam umeblowane studio. Też z widokiem na biurowiec, ale przynajmniej nieco bardziej od niego oddalone, przez co lepiej doświetlone. I nie słychać huku klimatyzatorów. Wow.
Oczywiście, gorsze niż pierwsze, które oglądałem w tym budynku… Ale dostępne. Do tego w świetnej okolicy, niedaleko Georgetown, Departamentu Stanu (jedna stacja metra) czy Białego Domu. Na początek do zapłaty poza czynszem, między innymi bezzwrotna Amenity Fee (za korzystanie z części wspólnej): 600 dolarów. – Jeśli jednak jeszcze dziś się zdecydujesz to opłata zostanie zniesiona – zachęca Rachel. Ile wynosi kaucja za mieszkanie? – 200 dolarów. Chyba, że nie jesteś obywatelem USA, to jednomiesięczny czynsz – wyjaśnia piegowata blondynka. Nie jestem. Chwila zastanowienia… Biorę.
Kiedy mogę się wprowadzić? Jak tylko sprawdzimy twoją historię kredytową.
Znów czuję się jak Marsjanin. Oczywiście, nie mam historii kredytowej. Nie istnieję w tym systemie. Pokazuję więc pisma, że choć jestem kosmitą, to kosmitą jak najbardziej wiarygodnym, wypłacalnym, a do tego nie tylko zgoła niegroźnym dla otoczenia, ale nawet przyjacielskim. W porządku. Teraz tylko opłata za rozpatrzenie wniosku o wynajem (50 dolarów) i depozyt. Sięgam po kartę kredytową. – Nie akceptujemy kart – słyszę. Dobrze, to pojadę po gotówkę. Ale gotówka też odpada. – Przyjmujemy tylko czeki – wyjaśnia grzecznie Rachel.
Ja jednak nie mogę mieć czeku, bo żeby mieć książeczkę czekową, trzeba mieć konto w banku, a żeby mieć w konto w banku, trzeba mieć adres. I kółko się zamyka.
Jak się jednak okazuje i tu nie ma rzeczy nie do załatwienia. Mam więc już konto i kilka czeków, choć nie rozumiem, dlaczego Amerykanie tak lubią tę przedpotopową formę płatności. Karta kredytowa wydaje się o wiele bezpieczniejsza i wygodniejsza. Ale co kraj to obyczaj. Wypisuję swój pierwszy w życiu czek i staję się dumnym mieszkańcem stanu Wirginia (tuż przy granicy z DC).
c.d.n.








