Po obu stronach oceanu dążenie rządzących do uszczęśliwiania obywateli nie zna granic. I choć politykom i urzędnikom w USA idzie to trudniej niż europejskim kolegom, oni też próbują zwalczyć u ludzi tę dziwną skłonność, która sprawia, że niczym jaskiniowcy upierają się, by sami o sobie decydować.
- Zrobią z bronią i amunicją to samo, co z papierosami: nałożą takie podatki, że dużo trudniej je będzie kupować – żalił mi się ostatnio jeden z pracowników dużego sklepu z bronią w stanie Maryland. Od momentu, gdy wybory prezydenckie wygrał Barack Obama, na zwolenników prawa do posiadania broni padł bowiem blady strach. Czy Obama zakaże noszenia przy sobie pistoletu? Czy wprowadzi drakońskie podatki na amunicję? Takie pytania od ogłoszenia wyników prezydenckich w USA zadają sobie miliony Amerykanów, którzy na wszelki wypadek budują prywatne arsenały, a fabryki zbrojeniowe pracują całą dobę, siedem dni w tygodniu, by zaspokoić gwałtownie rosnący popyt (piszemy o tym w tym wydaniu Plusa Minusa). Ograniczenia dostępu do broni boją się między innymi te kobiety, które uważają, że dzięki rewolwerowi zyskały wreszcie szansę na obronę przed o wiele wyższym i silniejszym napastnikiem.
Palacze już stanowią w USA mniejszość. A wkrótce może się też okazać, że piwnice i garaże tych Amerykanów, którzy nie chcą się podporządkować pomysłom rządzących na naprawę świata, zapełnią się nie tylko kartonami z amunicją, ale również zgrzewkami np. coca-coli czy pepsi. Podobnie jak inne napoje oraz produkty zawierające cukier mogą one wkrótce zostać obłożone specjalnym podatkiem (fat tax). Ma to zmusić grubasów (problem z otyłością ma ponad połowa Amerykanów) do zmiany nawyków żywieniowych, a przy okazji napełnić dolarami stanowe budżety.
Niestety, Europejczycy też mają co zbierać, by zabezpieczyć się przed tyranią rządzących. Weźmy choćby żarówki. Biurokratom z Brukseli udało się ograniczyć wolny rynek i zakazać sprzedaży tradycyjnych stuwatówek.
Oczywiście w trosce o walkę z ociepleniem klimatu (widocznym w Polsce szczególnie jesienią i zimą) i rachunki za prąd zwykłych ludzi, którzy bez pomocy urzędników wciąż przepłacaliby za światło.
Jestem przekonany, że to tylko początek i sukces ten zainspiruje przywódców UE do wprowadzania kolejnych uszczęśliwiających ludzi ograniczeń.
By pod tym względem dogonić Europę, Ameryka ma przed sobą jeszcze długą drogę. Mieszkańcy różnych stanów wciąż nie mają – pracowników instytucji unijnych ostrzegam, że czytanie dalej tego wpisu może być niebezpieczne dla ich zdrowia – identycznych tablic rejestracyjnych. Na domiar złego Amerykanie udają, że im to nie przeszkadza. Naprawdę!
Różnią się też samochody, którymi jeżdżą tu policjanci. A sami stróże prawa robią wrażenie mniej „opiekuńczych” od europejskich kolegów. Dla przykładu, nawet jak zobaczą, że zbuntowany obywatel przechodzi przez ulicę na czerwonym świetle, łamiąc w biały dzień tak pracowicie opracowane przepisy ruchu drogowego, to … nie reagują.
Przed tygodniem zdarzyło mi się nawet – korzystając z faktu, że po obu stronach nic nie jechało – przejść w centrum Waszyngtonu na czerwonym świetle do zaparkowanego po drugiej stronie policyjnego wozu, by zapytać o drogę do stacji metra (okazało się, że wejście, z którego tradycyjnie korzystam, akurat w weekendy jest zamknięte) i… nic. Żadnego mandatu. Żadnego „A kolorów to Pan nie odróżnia proszę Pana”. Nawet pouczenia. Taka to ta Ameryka…








