Archiwum z paź 2009

Papierosy, cola i … wolność do odstrzału

25 paź 2009

Po obu stronach oceanu dążenie rządzących do uszczęśliwiania obywateli nie zna granic. I choć politykom i urzędnikom w USA idzie to trudniej niż europejskim kolegom, oni też próbują zwalczyć u ludzi tę dziwną skłonność, która sprawia, że niczym jaskiniowcy upierają się, by sami o sobie decydować.

- Zrobią z bronią i amunicją to samo, co z papierosami: nałożą takie podatki, że dużo trudniej je będzie kupować – żalił mi się ostatnio jeden z pracowników dużego sklepu z bronią w stanie Maryland. Od momentu, gdy wybory prezydenckie wygrał Barack Obama, na zwolenników prawa do posiadania broni padł bowiem blady strach. Czy Obama zakaże noszenia przy sobie pistoletu? Czy wprowadzi drakońskie podatki na amunicję? Takie pytania od ogłoszenia wyników prezydenckich w USA zadają sobie miliony Amerykanów, którzy na wszelki wypadek budują prywatne arsenały, a fabryki zbrojeniowe pracują całą dobę, siedem dni w tygodniu, by zaspokoić gwałtownie rosnący popyt (piszemy o tym w tym wydaniu Plusa Minusa). Ograniczenia dostępu do broni boją się między innymi te kobiety, które uważają, że dzięki rewolwerowi zyskały wreszcie szansę na obronę przed o wiele wyższym i silniejszym napastnikiem.

Palacze już stanowią w USA mniejszość. A wkrótce może się też okazać, że piwnice i garaże tych Amerykanów, którzy nie chcą się podporządkować pomysłom rządzących na naprawę świata, zapełnią się nie tylko kartonami z amunicją, ale również zgrzewkami np. coca-coli czy pepsi. Podobnie jak inne napoje oraz produkty zawierające cukier mogą one wkrótce zostać obłożone specjalnym podatkiem (fat tax). Ma to zmusić grubasów (problem z otyłością ma ponad połowa Amerykanów) do zmiany nawyków żywieniowych, a przy okazji napełnić dolarami stanowe budżety.

Niestety, Europejczycy też mają co zbierać, by zabezpieczyć się przed tyranią rządzących. Weźmy choćby żarówki. Biurokratom z Brukseli udało się ograniczyć wolny rynek i zakazać sprzedaży tradycyjnych stuwatówek.
Oczywiście w trosce o walkę z ociepleniem klimatu (widocznym w Polsce szczególnie jesienią i zimą) i rachunki za prąd zwykłych ludzi, którzy bez pomocy urzędników wciąż przepłacaliby za światło.
Jestem przekonany, że to tylko początek i sukces ten zainspiruje przywódców UE do wprowadzania kolejnych uszczęśliwiających ludzi ograniczeń.

By pod tym względem dogonić Europę, Ameryka ma przed sobą jeszcze długą drogę. Mieszkańcy różnych stanów wciąż nie mają – pracowników instytucji unijnych ostrzegam, że czytanie dalej tego wpisu może być niebezpieczne dla ich zdrowia – identycznych tablic rejestracyjnych. Na domiar złego Amerykanie udają, że im to nie przeszkadza. Naprawdę!
Różnią się też samochody, którymi jeżdżą tu policjanci. A sami stróże prawa robią wrażenie mniej „opiekuńczych” od europejskich kolegów. Dla przykładu, nawet jak zobaczą, że zbuntowany obywatel przechodzi przez ulicę na czerwonym świetle, łamiąc w biały dzień tak pracowicie opracowane przepisy ruchu drogowego, to … nie reagują.

Przed tygodniem zdarzyło mi się nawet – korzystając z faktu, że po obu stronach nic nie jechało – przejść w centrum Waszyngtonu na czerwonym świetle do zaparkowanego po drugiej stronie policyjnego wozu, by zapytać o drogę do stacji metra (okazało się, że wejście, z którego tradycyjnie korzystam, akurat w weekendy jest zamknięte) i… nic. Żadnego mandatu. Żadnego „A kolorów to Pan nie odróżnia proszę Pana”. Nawet pouczenia. Taka to ta Ameryka…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Budzik wylądował

19 paź 2009

Co jest jednocześnie wielką zaletą i olbrzymią wadą waszyngtońskiej placówki? Odpowiedź jest banalnie prosta: godziny pracy. Sześć godzin różnicy między Warszawą a Waszyngtonem sprawia, że gdy korespondent kładzie się spać, jego szefowie właśnie się budzą. Dzień w dzień taki delikwent, jak gdyby nigdy nic, spóźnia się więc do pracy co najmniej o kilka godzin. A do tego, gdy wszyscy jego redakcyjni koledzy – pełni energii po dwudaniowym obiedzie – już zaciekle stukają w klawisze klawiatury, taki to bezczelnie odbiera telefon z centrali, odpowiadając jeszcze zaspanym głosem lub z jednym okiem zamkniętym czyta kolejne mejle z redakcji (do tego się mogłem nie przyznawać, eh).

Oczywiście, wielką zaletą różnicy czasu jest to, że każdego wieczoru można zrobić dokładny przegląd jutrzejszej prasy. Niestety, różnica ta jest zbyt mała, żeby w porę dotrzeć do wyników Totolotka (wężykiem, ha ha – uwaga do tych bardziej czepliwych internautów, ci z poczuciem humoru proszeni są o ignorowanie tego typu nawiasów). Wieczorami można też pomarudzić dziennikarzowi pełniącemu nocny dyżur w redakcji: znaleźć drobne błędy na stronach internetowych, których nikt inny w środku nocy by się nie przeczepił lub do czwartej nad ranem przesyłać kolejne aktualizacje tekstu. Tak było choćby w nocy z czwartku na piątek w przypadku słynnego lotu balonem pewnego sześciolatka. Chłopcu wymknęło się potem przed kamerami, że to tatuś namówił go na zabawę w chowanego przed szeryfem i ratownikami. Ale i tu można znaleźć dobre strony; gdy ojciec-ekscentryk trafi w końcu za kratki, będzie mógł nauczyć dzieci zabawy w odbijanie, podkop czy inne pożyteczne gry z podręcznika zwariowanego naukowca.

Ale wróćmy do pracy jako takiej. Zasadniczą cechą, którą powinien charakteryzować się korespondent, jest tryb życia typowego skowronka. Czasem nawet sowa może jednak trochę naturę oszukać. W moim przypadku wystarczy dobry czarny napój (nawet w pobliskim Safewayu wybór pysznych kaw w porównaniu z przeciętnym warszawskim supermarketem jest ogromny), ekspres ciśnieniowy (by życiodajny wywar był odpowiednio mocny) i budzik (żeby jakoś się do tego ekspresu wczesnym rankiem dowlec).

Jak się jednak okazało, w mojej okolicy ten ostatni element wyposażenia jest w zasadzie niepotrzebny. Codziennie rano budzi mnie bowiem samolot wielkim hukiem inaugurujący uroczyście otwarcie korytarza powietrznego nad Rosslyn, zmierzający na pobliskie lotnisko Ronalda Reagana. Rocznie obsługuje ono 18 milionów pasażerów, a według oficjalnych statystyk w sierpniu przewinęło się przez nie 23 500 samolotów, więc w zasadzie w ramach porannego budzenia mam automatycznie zainstalowaną opcję „Snooze” – jeśli prześpię huk silników pierwszego boeinga, z pewnością obudzi mnie drugi lub trzeci…

c.d.n.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nobel dla Obamy? To musi być żart

9 paź 2009

Może nie udało mu się wywalczyć olimpijskich igrzysk dla rodzinnego Chicago, ale pierwszy czarnoskóry prezydent Stanów Zjednoczonych, kolejny raz zapisał się dziś na trwałe w kartach historii.
Decyzja o przyznaniu Barackowi Obamie Pokojowej Nagrody Nobla zaskoczyła jednak wszystkich. Gdy czołowi doradcy prezydenta odczytali na swych supertajnych telefonach Blackberry informację o nagrodzie, byli przekonani, że ktoś stroi z nich sobie żarty.
- Dzisiaj chyba nie jest pierwszy kwietnia? – miał zapytać jeden z nich. Zszokowany był też sam laureat, który obudzony przed szóstą rano, przyjął decyzję Oslo „z pokorą”.

Pewnie nawet on ma poczucie, że wiadomość o nagrodzie przyszła o wiele za wcześnie. Bo niby za co dostał Nobla po dziewięciu miesiącach w Białym Domu? Za obietnice stworzenia lepszego świata? Sprawiedliwego, gdzie wszyscy przywódcy będą się do siebie uśmiechali i dobrowolnie pozbędą się broni atomowej? Równie dobrze mógłby zostać ogłoszony cudotwórcą ekonomii, bo zapowiedział, że szybko wyprowadzi USA z recesji i stworzy miliony nowych miejsc pracy dla Amerykanów. Na razie jednak w USA bezrobotnych przybywa w rekordowym tempie.
Wybraniec Norwegów w tym tygodniu jako pierwszy prezydent USA od prawie dwóch dekad nie spotkał się z Dalajlamą, tłumacząc, że najpierw chce się spotkać z przywódcą Chin. A dziś będzie się zastanawiał, jak dalej prowadzić wojnę w Afganistanie.

Alfred Nobel i tacy laureaci jego nagrody jak Woodrow Wilson muszą teraz przewracać się w grobie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop