Amerykanie chwalą polskiego bohatera

01 lis 2011

Informacja o awaryjnym lądowaniu na warszawskim Okęciu trafiła na czołówki serwisów w USA.

W Fox News był to w pewnym momencie najważniejszy news dnia, który wyprzedził m.in. informacje o ujawnieniu przez FBI szczegółów śledztwa w sprawie rosyjskich szpiegów oraz aferze związanej z kandydatem na prezydenta Hermanem Cainem.

Prowadzący program porównywali wyczyn kapitana Tadeusza Wrony do tzw. cudu na rzece Hudson. W styczniu 2009 roku kapitan Chesley Sullenberger awaryjnie posadził na rzece Hudson Airbusa A320, lądując tuż za nowojorskim mostem Jerzego Waszyngtona i ratując 155 osób na pokładzie.

Wtorkowy wyczyn Polaka podziwiał m.in. były rzecznik Federalnej Administracji Lotnictwa (FAA). – To było perfekcyjne lądowanie bez wysuniętego podwozia – mówił Scott Brenner, podkreślając, że pilot zrobił dokładnie to, co powinien w takiej sytuacji. – To było niesamowite. Co za bohater! – podkreślali prowadzący program w Fox News.

- To było podręcznikowe lądowanie – komentowała też w CNN Mary Schiavo, była inspektor generalna Departamentu Transportu, podkreślając, że piloci są szkoleni, aby poradzić sobie w takich sytuacjach.

Informacja o awaryjnym lądowaniu polskiego samolotu była też jedną z najważniejszych wiadomości w serwisach Yahoo, „Chicago Tribune” czy „USA Today”.

Za wyczyn Sullenbergera dziękowali mu prezydenci George W. Bush i Barack Obama, a magazyn „Time” umieścił go na druim miejscu na liście stu najbardziej wpływowych bohaterów 2009 roku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jacek Przybylski: Obama nie chce, by Ameryka była postrzegana jako światowy żandarm

29 mar 2011

Jeśli prezydent USA próbował przekonać rodaków, że interwencja w Libii jest konieczna, to mu się nie udało. Jego przemówienie było pełne sprzeczności

Próbując w poniedziałkowy wieczór przekonać miliony Amerykanów do zaangażowania sił USA w Libii, Obama nie miał łatwego zadania. Część polityków krytykuje go bowiem za nadużycie konstytucyjnych uprawnień i wciągnięcie kraju – bez zgody Kongresu – w kosztowną awanturę wojenną. Inni przekonują zaś, że Biały Dom zarówno w sprawie Libii, jak i innych arabskich rewolucji robi o wiele za mało, przez co traci szansę na powiększenie wpływów USA w tym strategicznym, bogatym w ropę, regionie.

Przemawiając do Amerykanów, przywódca najpotężniejszego kraju świata próbował balansować między tymi skrajnymi opiniami, przez co momentami sam sobie zaprzeczał. Z jednej strony przekonywał bowiem, że podjął decyzję o zaangażowaniu USA w operację wojskową przeciwko Libii, bo trzeba było bronić cywilów przed masakrą ze strony sił Muammara Kaddafiego. I ostrzegał, że dyktator może nie chcieć szybko ustąpić. Z drugiej strony stwierdzał, iż USA nie przewidują użycia siły, aby Kaddafiego od władzy odsunąć, a więc dyktator nadal będzie stosował represje wobec swoich przeciwników.

Obama jak ognia boi się jednak konieczności wprowadzenia do Libii sił lądowych. Przypominał, że zmiana reżimu w Iraku kosztowała osiem lat, tysiące ofiar wśród Amerykanów i Irakijczyków oraz niemal bilion dolarów.

Przywódca USA opowiedział za to o swoim podejściu do przyszłych zbrojnych interwencji, co część komentatorów nazywa już doktryną Obamy. Ona również jest jednak niejasna. Prezydent przekonywał bowiem, że USA od pokoleń odgrywają w świecie szczególną rolę, broniąc wolności i pokoju, i dlatego mają obowiązek działać nie tylko, gdy bezpośrednio zagrożone jest bezpieczeństwo Ameryki, ale również „gdy zagrożone są nasze interesy i wartości”.

Dlaczego bomby spadają tylko na Libię, ale już nie nad Bahrajn czy Syrię? Na to pytanie Obama wprost nie odpowiedział. Zaznaczył jednak, że USA nie będą zawsze grać roli światowego żandarma. – Ameryka nie może używać siły militarnej wszędzie, gdzie występują represje. Musimy zawsze kalkulować nasze interesy i konieczność akcji, biorąc pod uwagę koszty i ryzyko interwencji – tłumaczył. Jego zdaniem Ameryka nie może sama ponosić ciężaru naprawiania świata. Podkreślał, że choć USA dominowały w pierwszych dniach operacji w Libii, to od środy kontrolę nad akcją przejmie NATO, a Amerykanie będą już tylko pełnić funkcje pomocnicze. Nie rozwiał jednak obaw tych, którzy wskazują, że skoro trzon NATO stanowią USA, to Ameryka oddaje poniekąd odpowiedzialność sama sobie.

Zgodnie z doktryną Obamy Ameryka ma być więc światowym żandarmem zawsze… gdy uzna, że akurat chce nim być. Będzie przewodzić światu, ale tylko, gdy inni przywódcy świata o to poproszą, z tylnego siedzenia, bez wysyłania sił lądowych i wydawania zbyt wielu dolarów. Rosną więc szanse na to, że koszulkę światowego lidera ubierze teraz… Nicolas Sarkozy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komorowski w głębokim lesie

10 gru 2010

„Jak się idzie na polowanie, daleko, w głęboki las, to trzeba wiedzieć, że własny dom jest zabezpieczony. Że własna kobieta, że własne dzieci, że własna chałupa są bezpieczne” – takie zdanie wypowiedziane obecnie przez Baracka Obamę prawdopodobnie ciągnęłoby się za nim jak kula u nogi do końca kadencji.

Wrzawę podnieśliby obrońcy praw człowieka, którzy wciąż nie tracą nadziei, że misje w Iraku i Afganistanie nie są tylko polowaniem na ludzi. Protestowaliby urażeni takim porównaniem weterani, a także Amerykanki, które nie przywykły do zestawienia „własna kobieta”, „własna chałupa”.

Obama nie bez powodu zakazał przecież nawet używania zwrotu „wojna z terrorem”. Pewnie dlatego autorem zdania o polowaniu nie jest on, ale prezydent Rzeczypospolitej Bronisław Komorowski, który za pomocą tej malowniczej analogii przekonywał przywódcę USA do zwiększenia amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce. Oczywiście, nie jest źle. Polski prezydent nie mówił o ofiarach z dziewic. Nie straszył też, że ma na Wawelu smoka i nie zawaha się go użyć. Mimo to sugestia, że jeśli Ameryka nie rzuci nam czegoś w zamian, może zapomnieć o Polakach w roli naganiaczy na talibów, nie brzmi profesjonalnie.

Sarmackiego ducha czuć było zresztą w Gabinecie Owalnym jeszcze wielokrotnie. Jeśli jednak Barack Obama nie chce być więcej traktowany niczym wasal polskiego prezydenta, to musi się jeszcze wiele nauczyć. Mógłby zacząć na przykład od lekcji polskiego. Bo to przecież wstyd, że w XXI wieku prezydenci Polski i USA wciąż nie mogą ze sobą rozmawiać bez tłumaczy.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop