11 marca 2010 autor Jacek Przybylski
Administracja Baracka Obamy ogłosiła, że już wkrótce Grecy wyjeżdżający do Stanów Zjednoczonych nie będą potrzebowali wiz. Gdy porozumienie wejdzie w życie – a ma się to stać w ciągu 30 dni – Grecja zostanie 23 członkiem Unii Europejskiej, objętym programem ruchu bezwizowego (VWP).
Kto poza Polską znalazł się w gronie wykluczonych? Czechy? Litwa? Węgry? Może chociaż Słowacja? Nie, nie, nie. Wszystkie te kraje zawarły już odpowiednie porozumienia z USA. W wizowym ogonku oprócz nas jest już tylko Bułgaria, Rumunia i Cypr. Obywatele tego ostatniego kraju mają jednak szansę stosunkowo szybko dołączyć do bezwizowych szczęśliwców. Wystarczy, że Cypr spełni stawiane przez Waszyngton wymogi dotyczące bezpieczeństwa – m.in. wprowadzi paszporty biometryczne.
Wiele wskazuje więc na to, że Polska na długo utknie w gronie ostatnich trzech państw UE, których obywatele muszą tracić nerwy, czas i pieniądze (najpierw na umówienie spotkania z konsulem, 4 zł za minutę plus VAT, a potem 131 dolarów za rozpatrzenie wniosku wizowego) na wizytę u amerykańskiego konsula.
Dlaczego Stany Zjednoczone bardziej boją się nielegalnej inwazji mieszkańców Polski – wiernego sojusznika i gospodarczego tygrysa Europy – niż tego, że to pogrążeni w kryzysie Grecy będą masowo szukać szczęścia w ojczyźnie rosnącego w siłę dolara? Odpowiedź jest prosta. Zgodnie z prawem, żeby móc jeździć do USA bez wiz, poziom odrzucanych wniosków nie może przekraczać w danym roku limitu 3 procent. W Polsce wskaźnik ten wyniósł zaś w 2009 roku aż 13,5 proc. I marnym pocieszeniem jest fakt, że w Bułgarii czy Rumunii wyglądał on jeszcze gorzej (odpowiednio 17,8 i 26,3 proc.).
Oczywiście Bruksela naciska na Waszyngton, by objęła ruchem bezwizowym wszystkie kraje UE. Wydaje się jednak, że w obliczu strachu przed nielegalnymi pracownikami, jak i przed terrorystami, trudno będzie przekonać Biały Dom do szybkiego poluzowania polityki wizowej. Zapewne zmieni się jedynie ton naszych polityków, którzy będą konsekwentnie przekonywać, że kwestia zniesienia wiz nie ma tak naprawdę znaczenia.
Wpis dodany do kategorii: Polska - USA | 116 komentarzy »
7 lutego 2010 autor Jacek Przybylski
Stolica USA praktycznie zamarła. Samochody zniknęły pod zaspami śniegu. Piesi spokojnie chodzą środkiem głównych ulic, bo poza właścicielami półciężarówek z pięciolitrowym silnikiem mało kto decyduje się na przejażdżkę. W niektórych miejscach zaspy mają ponad 60 cm wysokości. Wiele restauracji i sklepów jest zamkniętych, a z tych które nadal działają poznikały zapasy chleba, mleka, baterii, latarek i łopat do odśnieżania. Autobusy zostały w zajezdniach. Metro działa na pół gwizdka. Kościoły odwołały msze. A niektóre szpitale poprosiły o pomoc kierowców, którzy mają samochody z napędem na cztery koła, bo tradycyjne karetki nie wszędzie mogą się dostać.
Prezydent Barack Obama stwierdził, że to “śnieżny Armagedon” (”Snowmageddon”). Dziennikarze piszą również o “śnieżnej apokalipsie” (”snowpocalypse”). A wszystko to niecały miesiąc po powrocie amerykańskiego przywódcy ze szczytu klimatycznego w Kopenhadze, gdzie mędrcy świata zastanawiali się, jak nie dopuścić do podwyższenia temperatury i ile miliardów dolarów trzeba na to przeznaczyć. Zresztą, gdy w grudniu Barack Obama wrócił z Danii, to również przywitały go wielkie śnieżne zaspy, a zawieja była tak silna, że zamiast polecieć do Białego Domu śmigłowcem, prezydent musiał przebijać się przez miasto wielką, ciężką, opancerzoną limuzyną (raczej nie z gatunku zielonych samochodów).
Oczywiście, żaden prawdziwy ekolog nie ma wątpliwości: takie anomalie spowodowane są właśnie dlatego, że klimat się ociepla.
Mieszkańcy Waszyngtonu za bardzo się tym jednak nie przejęli i zamiast rozpaczać nad stanem planety, ruszyli do centrum miasta na wielką śnieżną bitwę. Tuż obok jednego z głównych placów miasta – Dupont Circle – grupa studentek z własnym radiomagnetofonem tańczyła do przebojów Lady Gaga. A jeżdżący na nartach przed Białym Domem podziwiali bałwanka ulepionego przez parę młodych ludzi. Kto wie, może to najlepsza recepta na apokalipsę, którą tak bardzo straszą nas uczeni klimatolodzy.
Zobacz zdjęcia, które zrobiłem w Waszyngtonie i Arlington
Wpis dodany do kategorii: USA | 42 komentarzy »
20 stycznia 2010 autor Jacek Przybylski
Wielkie lanie od wyborców dostali właśnie amerykańscy demokraci. W Massachusetts – jednym z najbardziej liberalnych stanów w USA, w którym przez dwa pokolenia wyniki wyborów do Senatu było z góry przesądzone (i to bez angażowania w ten proces włoskiej mafii) – nagle wygrał… republikanin.
Scott Brown rozpoczynał wyścig po miejsce po zmarłym w sierpniu senatorze Kennedym ze straconej pozycji. Demokrata Edward Kennedy reprezentował bowiem ten stan od 1962 roku, a wcześniej ten fotel w Senacie wywalczył w 1953 roku jego słynny brat – JFK. Kandydatka demokratów Martha Coakley była więc tak pewna zwycięstwa, że początkowo wolała siedzieć przy kominku niż zabiegać na mrozie o głosy wyborców. Do ostrej walki przystąpiła, gdy w końcu Brown zaczął ją wyprzedzać w sondażach. Nie pomogły jej już jednak wówczas nawet zdjęcia z Billem Clintonem czy uściski z Barackiem Obamą.
Ogłoszone właśnie (w nocy polskiego czasu) wyniki wyborów to jednak nie tylko lekcja pokory dla Coakley. Z nudnego lokalnego głosowania zmieniły się one bowiem w sąd nad Białym Domem i polityką obchodzącego dziś rocznicę inauguracji Baracka Obamy. Oczy całej Ameryki zwrócone były na Massachusetts również dlatego, że demokraci tracąc jeden, stary fotel, jednocześnie utracili większość pozwalającą im na sprawowanie bezwzględnej władzy w Kongresie. Znów niepewny jest więc los słynnej reformy systemu opieki zdrowotnej, a także innych ustaw.
Wyrok ogłoszony przez wyborców musiał przyprawić o dreszcze demokratów, z których jesienią tego roku wielu będzie walczyć o reelekcję. Wielu z nich może już zacząć szukać nowej pracy, co wcale nie będzie łatwe, bo bezrobocie w kraju rządzonym przez laureata Pokojowej Nagrody Nobla, jest na poziomie nie widzianym w USA od 26 lat. Pytanie brzmi: co teraz zrobi Barack Obama, który w rankingach popularności spadł z 70 do 50 procent?
Odpowiedź poznamy niebawem. A na razie zachęcam do oceny pierwszego roku amerykańskiego prezydenta. Co Ty myślisz o Baracku Obamie?
Wpis dodany do kategorii: Bez kategorii | 51 komentarzy »