Relacje polsko-rosyjskie: było źle, jest dobrze, może być lepiej

01/09/2010

Bez rehabilitacji ofiar Katynia i bez ujawnienia akt śledztwa w sprawie tej zbrodni trudno będzie mówić o prawdziwym porozumieniu Polski z Rosją

Klimat między Moskwą a Warszawą stopniowo ulega poprawie. Dowodzą tego kolejne wizyty, spotkania, deklaracje polityków, a nawet komentarze mediów. Wciąż jednak nie widać konkretów w sprawach dla Polski kluczowych. Do „pragmatycznej współpracy bez ideologizacji” zachęca w przeddzień swojej wizyty w Polsce szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow na łamach „Gazety Wyborczej”. Rosyjski minister mówi o „nowej, konstruktywnej jakości” we wzajemnych relacjach. I rzeczywiście wszyscy tę „nową jakość” widzimy. To intensywny – w porównaniu z tym, co było wcześniej – dialog na najwyższym szczeblu, na poziomie współpracy parlamentarnej i regionalnej.

To inny ton rosyjskich polityków i mediów – bez zaczepek i złośliwości – gdy wspominają o Polsce. To rosnąca wymiana handlowa i nowe projekty biznesowe, o których nie dyskutowano by bez poprawy klimatu politycznego. Ławrow, a przed nim wielu polityków i komentatorów z Moskwy, podkreśla rolę, jaką – paradoksalnie – w rosyjsko-polskim zbliżeniu odegrała tragedia pod Smoleńskiem. Rzeczywiście, stała się ona, jak pisze szef rosyjskiej dyplomacji, pewnym „katalizatorem”. Ale normalizacja na linii Warszawa – Moskwa nie zaczęła się przecież 10 kwietnia 2010 roku.

Szef rosyjskiej dyplomacji przyjeżdża do Warszawy przed objęciem przez Polskę przewodnictwa UE w drugiej połowie przyszłego roku. Powstaje zatem pytanie, czy Moskwa chce naprawdę poprawiać stosunki z Polską. Czy też chce tylko, aby Polska nie zakłócała rosyjskiej współpracy z Europą. Odpowiedzią na to pytanie nie będą kolejne przyjazne słowa czy gładkie deklaracje, ale konkrety w rozwiązywaniu najtrudniejszych kwestii spornych na linii Warszawa – Moskwa.

Zostawmy historię historykom – powtórzył przed przyjazdem do Polski Siergiej Ławrow. Wiele razy to zdanie padało także w Polsce i na roz- maitych wspólnych spotkaniach. Prawda jest jednak taka, że bez decyzji politycznych w Moskwie i Warszawie, ale przede wszystkim w Moskwie, najbardziej bolesnych problemów historycznych rozwiązać się nie da.

Pokazała to choćby wizyta premiera Władimira Putina na cmentarzu w Katyniu i – już po katastrofie – kolejne gesty Moskwy. Nie umniejszając znaczenia faktów, takich jak przekazanie Bronisławowi Komorowskiemu jawnej części akt sprawy katyńskiej czy wyemitowanie „Katynia” Andrzeja Wajdy w czołowym rosyjskim kanale telewizyjnym, niestety, w sprawie Katynia doszliśmy do impasu.

Rosja wciąż nie jest w stanie wykonać zdecydowanego kroku w sprawie rehabilitacji ofiar zbrodni katyńskiej. Tłumaczenie tej sytuacji ślamazarnością struktur państwowych już dawno przestało kogokolwiek przekonywać. Podobnie jest ze sprawą odtajnienia akt śledztwa, która utknęła w rosyjskich sądach, mimo obiecujących deklaracji Dmitrija Miedwiediewa w maju tego roku.

„Wiemy, co oznacza dla każdego Polaka słowo »Katyń«” – pisze Ławrow w „Gazecie”. Powstaje jednak pytanie, czy Rosja naprawdę chce rozwiązać problemy historyczne, czy tylko o nich mówi. Problemy te, których symbolem jest Katyń, pozostają bowiem główną sprawą sporną w naszych relacjach. Bez ich rozwiązania nie da się zbudować „pragmatycznej współpracy” między Polską i Rosją. Próba zaprzeczania temu jest albo wyrazem naiwności, albo cynizmu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Smoleńsk – polskie i rosyjskie interesy

20/08/2010

Problemy we współpracy nie muszą wynikać ze złej woli. Rosjanie ustalają główną przyczynę katastrofy. Polacy badają wszystkie hipotezy, więc szukają winnych po obu stronach granicy.

Rosjanie mają inny styl wyjaśniania katastrof lotniczych niż Polacy – twierdzi osoba związana z rosyjskim śledztwem w sprawie wypadku pod Smoleńskiem. Zadowalają się ustaleniem jednej głównej przyczyny. Nasi śledczy mają inne założenia.

– Ustala się główną przyczynę, ale poza tym specjaliści starają się dojść do całego szeregu przyczyn pobocznych – wyjaśnia nasze źródło. Zdaniem rosyjskich ekspertów w świetle zebranych dowodów główną winę za katastrofę ponoszą piloci Tu-154, którzy zdecydowali się na lądowanie w fatalnych warunkach meteorologicznych.

Stan lotniska oraz zachowanie kontrolerów z wieży ma dla nich znaczenie marginalne. Rosjanie uważają, że większe znaczenie od tego mogą mieć naciski ze strony osób trzecich na pokładzie samolotu. – To w pewnym sensie zrozumiałe, nikt nie chce przyznawać się do własnych błędów – mówi nasz rozmówca.

Zdaniem osób pracujących nad wyjaśnianiem przyczyn katastrofy przez kilka pierwszych dni współpraca pomiędzy obu krajami układała się świetnie. – Napięcie wzrosło, gdy rosyjscy śledczy wyczuli, że polska prokuratura wojskowa stara się szukać winy po ich stronie – mówi źródło „Rz”.

Rosjanie odebrali to jako realizację zamówienia politycznego z Warszawy.Strona rosyjska negatywnie zareagowała też, gdy polscy śledczy oficjalnie poinformowali, że jedną z rozpatrywanych wersji jest sztuczna mgła nad Smoleńskiem albo zakłócenie pracy samolotu przez laser lub inne urządzenia.

Z kolei długa realizacja wniosków o pomoc prawną skierowanych do Rosjan wywołuje w Polsce wrażenie niechęci zagranicznych partnerów lub podejrzenie, że chcą coś ukryć. A przyczyną opóźnień nie musi być wcale zła wola, lecz np. urlopy i powolny sposób pracy w rosyjskiej biurokracji.

Kolejny problem, jak tłumaczą Rosjanie, to fakt, że lotnisko jest obiektem wojskowym, a jego pracownicy podlegają rosyjskiemu Ministerstwu Obrony. To utrudnia działania prawne wobec nich oraz dotarcie do pełnej dokumentacji. Rosyjska armia strzeże swoich tajemnic i dba o honor munduru, tak jak go rozumie, choćby za cenę ukrycia niewygodnych dla niej faktów.

Kluczowe dla powodzenia polskiego i rosyjskiego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej będzie wzajemne zrozumienie intencji przez partnerów. Wówczas jest szansa, że unikniemy skandali między Polską i Rosją. Dobrze służą temu kolejne spotkania robocze polskich i rosyjskich śledczych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

My ugasimy pożary, pan minister dostanie medal

15/08/2010

Pożary uświadomiły Rosjanom, że państwo nie ochroni ich przed  żywiołem, i zmobilizowały ich do obywatelskiego zrywu.

Anna Baskakowa jest historykiem sztuki. Pożarnictwo nie wchodzi w   zakres jej zainteresowań. Ale Anna została specjalistą w dziedzinie   szlauchów i motopomp i przez sen może wyrecytować różnice między   łańcuchem do pił spalinowych Stihl i Husqvarna.

Jej mieszkanie przekształciło się w punkt zbiórki pomocy humanitarnej   i sprzętu dla ochotniczych oddziałów przeciwpożarowych. „Szanowny   panie Siergieju Kożugetowiczu. Bardzo Panu dziękuję” – napisała Anna   w swoim blogu w liście do Siergieja Szojgu, ministra ds. sytuacji   nadzwyczajnych, czyli przełożonego wszystkich rosyjskich strażaków.

Za co dziękuje Anna? Między innymi za dietę cud: organizacja   całodobowej pomocy dla ochotników – leśników, inżynierów, akrobatów,   reżyserów i studentów – była na tyle wyczerpująca, że straciła zbędne   kilogramy. Za prawdziwych mężczyzn – „skromnych leśników, którzy   gaszą pożary w nadpalonych trampkach, dysponując jednym wozem   pożarowym na 11 tysięcy hektarów lasów i zardzewiałym traktorem”. Za   nowe koleżanki – damulki w szpilkach, które codziennie kupują nowe   szlauchy, piły i gumiaki. „Mogę spytać o adresy, na pewno pan   dostałby hurtową zniżkę”.

W końcu, pisze Anna, „zrozumiałam, czym jest bezwstydne kłamstwo. Że   można spokojnie zapewniać ludzi, iż leśne pożary wygasają, kiedy one   w najlepsze szaleją”.

Rosjanie poczuli na własnej skórze wirtualność telewizyjnego świata.   Gdy ekrany pokazywały bohaterskich strażaków i rosyjskich przywódców,   którzy wydzielali pieniądze i zapewniali, że „państwo poradzi sobie i   z tym nieszczęściem”, tysiące ludzi – zwołujących się głównie przez   Internet – organizowały oddziały ochotników pomagających w gaszeniu   pożarów, zdając sobie sprawę, że nie mają co liczyć na pomoc państwa. Premier Władimir Putin ze srogą miną nie mógł przecież dotrzeć   wszędzie. Owszem, strażacy są i byli bohaterscy, ale często byli źle   zorganizowani i mieli za mało sprzętu. „Kierowca wozu strażackiego   Iwan Riabow biegał po rozżarzonej ziemi na bosaka, bo wydano mu zły   rozmiar obuwia” – informuje jeden z blogerów.

Strażacy skupiali się na (niestety, też nie zawsze skutecznej)   ochronie wsi, bo według prawa lasy są bezpańskie. W terenie, opalając   trampki, z ogniem walczyli i nadal walczą, przede wszystkim   ochotnicy. A w blogosferze krąży zdjęcie: jeden Mistral (okręt   desantowy, który Rosja zamierza kupić od Francji za kilkaset milionów   euro) to 65 tys. wozów strażackich Ural…

Rosjanie nie łudzą się, wiedzą, że nawet nieszczęście będzie okazją,   żeby ukraść. Nieprzypadkowo Putin tak gromił urzędników i montował   kamery. – Nasz urzędnik potrafi – zapewnił mnie znajomy – ukraść   nawet wodę do zalewania torfowisk.

„Niech się pan nie martwi, kiedy my ugasimy pożary, pan tak czy   inaczej dostanie swój medal” – kończy swój list Baskakowa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop