Czytając przemówienia opozycjonistów, które wygłosili w ostatnim słowie podczas procesów za protest, do którego doszło w Mińsku 19 grudnia zeszłego roku – złapałem siebie na myśli, iż dawno już nie czytałem tak dobrej białoruskiej publicystyki. Pomyślałem, iż może być ona interesująca także dla czytelników tego bloga. Więc zacząłem tłumaczyć te „ostatnie słowa” na język polski. Dzisiaj chcę zaprezentować to, co powiedział w swoim ostatnim słowie wybitny białoruski poeta, były kandydat na prezydenta, pobity przez milicję jeszcze przed rozpoczęciem demonstracji opozycji Uładzimir Niaklajeu.
Życzę przyjemnej lektury:
„Śledczy w mojej sprawie, kiedy zakończyły się przesłuchania i można było porozmawiać mniej więcej po ludzku, opowiedział mi historię o swoim małym synku.
Jego syn chodzi do przedszkola. Ojciec odbiera go stamtąd, prowadzi do domu i, jak zwykle, pyta: „Co robiłeś dzisiaj, co było ciekawego?” „Uczyliśmy się rozmawiać po angielsku!” – odpowiada synek. „Naprawdę?! – dziwi się ojciec. – I jakich wyrazów nauczyłeś się?” „Dziakuj i da pabaczennia!” – odpowiada Białorusinowi ojcu Białorusin syn.
Śledczy Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego opowiedział tę historię jako zabawną – długo się zastanawiał, kiedy spytałem go: „Czy pan chociaż rozumie, co mi pan opowiedział?..”
Chcę, żebyśmy myśleli szybciej. Czasu bowiem, żeby pomyśleć i zrozumieć, a co ważniejsze, zdążyć coś zrobić, nie mamy. Prawie.
Jeśli maleńki Białorusin, wymawiając słowa w ojczystym języku, myśli, że rozmawia w języku obcym, mamy do czynienia z katastrofą narodową! I jej się już nie da oddalić wysiłkami edukacyjnymi i kulturologicznymi. Zachowanie nas jako narodu jest możliwe tylko za pomocą decyzji politycznych! To jest pierwszy powód, dla którego ja, poeta, znalazłem się w polityce. Wcześniej wykorzystałem wszystkie dostępne możliwości. Pisałem białoruskie wiersze, poematy, piosenki, nowele, opowieści, pracowałem w czasopismach, gazetach, w telewizji, w Związku Pisarzy, prowadziłem negocjacje z włądzą, prosiłem, aby stała się białoruskojęzyczna – nic nie pomogło! Nigdzie nic się nie udało! Ja przekonuję, a mi odpowiadają, że po białorusku nie da się powiedzieć niczego wybitnego (nawiązanie do wypowiedzi Łukaszenki o niedostatecznej wartości języka białoruskiego – tłumacz). I kto mi to mówi? Imperator Chin? Car Rosji? Królowa Anglii? Nie, białoruski prezydent. W takim przypadku „dziękuję i do widzenia”!
Oto spotkaliśmy się na wyborach prezydenckich. Ich wynikiem jest ten sąd.
Rzecz jasna znalazłem się tu nie tylko dlatego, że walczę o białoruską Białoruś.Jestem tu przede wszystkim dlatego, że nie godzę się z Białorusią dyktatorską, walcząc o Białoruś demokratyczną.
Ale znowuż, demokracji nie da się zbudować na niczym. Niezbędny jest fundament – mamy go. To nasza historia, w której mieliśmy parlament, wybierający tych, kto kierował państwem. To nasz język, w którym napisano Statut Wielkiego Księstwa Litewskiego: konstytucji, która stała się wzorem dla późniejszych konstytucji demokratycznych Europy i świata. To nasza kultura, która dała Europie Wschodniej postać pierwszego drukarza Franciszka Skaryny. To są te głazy, na których powinna powstać i powstanie demokratyczna Białoruś, zmiatając z tego fundamentu gruzy i pył dyktatury.
Stoje przed tym sądem dlatego, że chciałem, aby w zamiataniu śmieci dyktatury pomogły nam sąsiedzi ze wschodu i zachodu, Rosja i Unia Europejska. Chciałem, żeby się porozumieli w tej kwestii – i nie ciągnęli Białorusi jak kołdry, każdy w swoją stronę. Żeby dostrzegli Białoruś nie między sobą, lecz obok siebie, razem z sobą. Tak samo jak Ukrainę. Tylko w takim przypadku może powstać wspólna Europa od Alp po Ural – ta geopolityczna przestrzeń, którą musimy stworzyć, żeby zachować cywilizację europejską.
Cywilizacja Europejska to konglomerat kultur narodowych, idei narodowych, które energetycznie zasiliły potężne gospodarki narodowe, zbudowały silne państwa, wchodzące w skład Unii Europejskiej.
Pozytywna idea potrafi wypracować więcej energii, niż każda elektrownia atomowa. Tak było i jest w Europie, i w Ameryce, i na całym świecie. Amerykanie nie mieli niczego, żeby stać się Amerykanami, ale oni, zdobywając niepodległość, stworzyli kulturę narodową, ukształtowali idee narodową – i zostali Amerykanami.
My zaś, żeby stać się Białorusinami, mieliśmy wszystko, lecz, otrzymując niepodległość, z niczego, co zostawili nam przodkowie, nie skorzystaliśmy – i pozostaliśmy nikim. Albo, jak dumnie oświadczył ten, kto nazywa siebie białoruskim prezydentem, staliśmy się „Rosjanami najlepszego gatunku”. Co to za naród?..
Takie „rozstrzygnięcie kwestii narodowej” obraża zarówno Rosjan jak i Białorusinów, z którymi dyktatura bawi się w grę o nazwie „kochany naród i kochany przywódca”. To ulubiona gra każdej dyktatury. Jest instrumentem manipulowania świadomością zbiorową, wolą narodu. To mrzonka w momencie, gdy prawdziwą miłością jest prawda. Właśnie w taki sposób – przez ujawnienie prawdy – ujawnił swoją miłość do ludzi Bóg, który dał nam prawo moralne.
Uświadomiona idea narodowa to uświadomiona odpowiedzialność przed tym i tymi do kogo należysz. Pozwala ona na podniesienie poziomu wymagań moralnych od każdego obywatela i społeczeństwa. Wymaga mówienia, nawet gorzkiej, ale prawdy. Mówiłem i będę mówił: ten, kto gardzi honorem i wolnością, nie zasługuje na poważanie. To uniwersalny imperatyw, tak samo sprawiedliwy w stosunku do konkretnego człowieka, jak i do narodu.
Jestem wdzięczny Białorusinom, którzy 19 grudnia wyszli na Plac (dużą literą, bo ma się na myśli cała demonstracja opozycji, która odbyła się na dwóch placach Mińska – Październikowym i Niepodległości – tłumacz) – i zachowali honor narodu.
Najwyższy czas ratować naród. Do groźby zniknięcia języka i kultury dodała się groźba upadku gospodarki, a przez to – groźba utraty niepodległości.
Konieczne są natychmiasowe działania, aby tego uniknąć.
Najgorsze, co w tej sytuacji można zrobić – szukać winnych. Pogłębiać rozłam w społeczeństwie. Ale właśnie tym, pokazowo sądząc swoich oponentów politycznych, zajmuje się władza.
Proponuję inne wyjście. Władza rezygnuje z represji – my rezygnujemy z żądania natychmiastoego powtórzenia wyborów prezydenckich. Wypuszczeni zostają wsyscy więźniowie polityczni i z udziałem przedstawicieli władzy i wszystkich ugrupowań opozycyjnych powstaje Komitet Narodowego Zbawienia. Samodzielnie władza nie jest zdolna do naprawienia sytuacji. Upadnie wraz z upadkiem gospodarki, ale nie możemy dopuścić, zeby pod tymi gruzami poległa niepodległa Białoruś.
Tragizm sytuacji, w jakiej znalazło się nasze społeczeństwo, przedstawiony został w dramacie genialnego Janki Kupały „Tutejsi” jeszcze na początku minionego stulecia. A jeszcze wcześniej Wincenty Dunin-Marcinkiewicz, którego imię nosi ulica, na której jestem sądzony, przewidział nawet ten proces sądowy. (tu Niaklajeu cytuje fragment utworu Dunina-Marcinkiewicza, w którym sędzia czyta absurdalny wyrok w sprawie bójki i wymierza karę nawet tym, którzy bójki nie widzieli – tłumacz)
Czyż nie tak samo dzieje się teraz? Czy ta fantasmagoria, ten sąd w psychuszce, w której – kogo sędzią, kogo prokuratorem, kogo oskarżonym – obsadziła władza, nie jest naszą rzeczywistością?.. Czyż nie jestem sądony za to, że „nie widziałem bójki, a więc nie mogłem powtrzymać bijących się”?
Wszyscy wiedzą: łatwo jest trafić do psychuszki – trudno jednak z niej wyjść. Zwłaszcza, jeśli ciebie przekonują, iż sam dokonałeś wyboru: zagłosowałeś na to, by zamieszkać w psychuszce. Jednak, jeśli jesteśmy normalnymi ludźmi, jeśli Białorusin to nie jest diagnoza, powinniśmy wyjść ze szpitala dla chorych psychicznie. Wraz z lekarzami i sanitariuszami.
Nie doczekamy się zmian, jeśli nie zaczniemy zmieniać się sami.
Nie chcę powiedzieć, że ktoś, sędzia, czy prokurator, nie martwi się tym, że znika nasz język, kultura, że Białoruś niby istnieje – a jednocześnie jej jakby nie ma. Nie twierdzę, iż nie boli to nikogo oprócz mnie. Boli. Różnica w tym: jak? Różnica polega na stopniu bólu.
Ja nie mogłem znieść tego bólu. Dlatego zająłem się polityką, dlatego wystartowałem w wyborach – dlatego dzisiaj jestem sądzony.
To jest proces polityczny. Za co jestem sądzony?
Jestem sądzony za to, że próbowałem zostać prezydentem. Gotów jestem przyznać się do winy, która polega na tym, że prezydentem nie zostałem.
Jestem sądzony za to, że żądałem wolnych, sprawiedliwych, demokratycznych wyborów. Jestem gotów przyznać: to moja wina, że nie potrafiłem wymóc przeprowadzenia wolnych, sprawiedliwych, demokratycznych wyborów.
Sądzony jestem za Plac. Pryznaje się do winy, iż do niego nie doszedłem. Jeśli zostanę skazany za to, zgodze się z wyrokiem. Niczego innego nie zawiniłem i nie zgodze się z żadnym wyrokiem oprócz uniewinniającego!
Dziękuję i do zobaczenia!”
Mam nadzieję, że było warto przeczytać.
Jeśli tak – w kolejnych wpisach zamieszcze tłumaczenia wystąpień w sądzie innych skazywanych przez reżim Łukaszenki białoruskich opozycjonistów.