Potrzebny wróg? To będzie nim Polska

13 lutego 2012

Warszawa pozostaje głównym celem ataków łukaszenkowskiej propagandy. Wykorzystuje ona fałszywki fałszywki i sowieckie stereotypy

Kolejnym dowodem na to, że to Polska jest kreowana przez panujący za Bugiem reżim na największego wroga Białorusinów, stał się film propagandowy „Lekcje polskiego”. Wyemitowany w niedzielę po głównym wydaniu wiadomości w białoruskiej telewizji dokument to efekt współpracy z białoruskimi służbami specjalnymi.

Obraz obfituje w nagrania zdjęć operacyjnych. Na przykład, robionych w trakcie prowokacji milicyjnej przeciwko ukrywającemu się w Polsce witebskiemu działaczowi opozycyjnego Związku Polaków na Białorusi Władysławowi Tokariewowi. Polonijny działacz był rzekomo uwikłany w układ korupcyjny z polskimi dyplomatami, dzięki czemu wyrabiał wizy schengeńskie na podstawie zaproszeń, wystawianych in blanco przez NSZZ „Solidarność”. Film demonstruje też fragmenty przesłuchania w KGB rywala Aleksandra Łukaszenki w wyborach prezydenckich  2010 roku Alesia Michalewicza. Opowiada on o współpracy polskich dyplomatów z białoruską opozycją.

Jednak najważniejszym dowodem wywrotowej polityki Polski wobec Białorusi jest, według autorów filmu, pozyskana rzekomo na stronach WikiLeaks korespondencja prowadzona przez ambasadę RP w Mińsku z centralą MSZ w Warszawie. Z depesz wynika, że na polecenie MSZ ambasada przekazała kandydującemu w 2010 roku na prezydenta Białorusi Uładzimirowi Nieklajeuowi 80 tys. euro na mobilizację bojówkarzy, którzy podczas powyborczego protestu opozycji przeciwko fałszowaniu wyników wyborów 19 grudnia 2010 roku przypuścili atak na siedzibę białoruskiego rządu dla dokonania zamachu stanu.

– Te dokumenty to fałszywka – komentuje rewelacje białoruskiej telewizji sam Nieklajeu i przypomina, że wcześniej, będąc w konflikcie z Kremlem, Łukaszenko oskarżał go o to, że dostaje finansowanie od władz Rosji.

Pochodzące rzekomo z WikiLeaks dowody wywrotowej działalności polskiej dyplomacji na Białorusi jeszcze rok temu rozsyłał do polskich redakcji, także do „Rz”, anonimowy nadawca. MSZ oceniło wówczas, że są to fałszywki.

– Antypolskie filmy są produkowane taśmowo przez białoruską telewizję – mówi „Rz” białoruski politolog Aleksander Kłaskouski. Jego zdaniem Polska stanowi bardzo wygodny cel dla łukaszenkowskiej propagandy, gdyż, będąc największym orędownikiem demokratyzacji Białorusi w Unii Europejskiej, ma z Białorusinami wspólną historię, „w której naszym narodom układało się różnie”. – Propaganda może więc odwoływać się do negatywnych stereotypów – mówi Kłaskouski.

– To jest dziedzictwo poglądów lansowanych przez propagandę radziecką dowodzącą, że w okresie międzywojennym białoruscy chłopi byli wyzyskiwani przez faszyzującą Polskę – zgadza się z Kłaskouskim filozof Aleś Ancipienka.

Słowa ekspertów potwierdza kontekst, w jakim się wspomniany film ukazał.  Poprzedził go reportaż  wyśmiewający polemikę z polityką historyczną Białorusi, opublikowaną w „Rzeczpospolitej” i opartą na wyemitowanym dwa tygodnie temu w białoruskiej telewizji państwowej serialu o znęcaniu się Polaków nad białoruskimi chłopami w okresie międzywojennym.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak przeżyłem rozpad Sowietów

8 grudnia 2011

Zrealizowała się wizja dziwaków. 20 lat temu przywódcy Rosji, Ukrainy i Białorusi rozwiązali ZSRR.

– To powinno się rozsypać – mawiał tata, gdy przyjmowaliśmy gości i mężczyźni po kilku kieliszkach zaczynali rozmawiać o polityce. Tata zmarł w 1984 roku – na rok przed dojściem do władzy w ZSRR Michaiła Gorbaczowa, siedem lat przed podpisaniem umowy białowieskiej (do czego doszło równo 20 lat temu, 8 grudnia 1991). Nie mógł wiedzieć, jak dojdzie do prognozowanego przez niego rozpadu imperium. Głoszona przez tatę teza wydawała się absurdalna nawet jego kolegom z Grodzieńszczyzny. Wśród przyjaciół rodziny tata miał opinię dziwaka. W moich oczach jednak był przekonujący. W szkole średniej jako jedyny w klasie odmówiłem wstąpienia do Komsomołu.

Tym samym mimo dobrych ocen nie miałem szans na kontynuację nauki i w roku 1989 trafiłem na dwa lata do Armii Radzieckiej. Najdłużej – od końca 1989 do wiosny 1991 roku – służyłem na Litwie. Właśnie tam uświadomiłem sobie, że przepowiednia taty zaczyna się sprawdzać. W marcu 1990 roku parlament litewski uchwalił akt o odzyskaniu przez Litwę niepodległości i w oczach Litwinów jako żołnierze radzieccy staliśmy się okupantami. Do końca mojej służby ani ja, ani nikt z kolegów nie wyszliśmy na przepustkę do miasta, choć ze strony Litwinów mieszkających w pobliżu naszej bazy wojskowej nie odczuwaliśmy ani wrogości, ani nawet niechęci.

Gdy wiosną 1991 roku wróciłem z wojska na Białoruś, już wiedziałem, że będę studiował dziennikarstwo w Polsce. Na miesiąc przed demobilizacją skorzystałem z dziesięciodniowego urlopu, aby odbyć rozmowę kwalifikacyjną w sprawie studiów dla młodzieży polskiej z Białorusi.

Wielu ekspertów uważa, że ZSRR skończył się de facto po sierpniowym puczu w Moskwie. W tamtych dniach telewizję na Białorusi oglądano zbiorowo. Ludzie zbierali się rodzinami, zapraszali znajomych i zastanawiali się, czy to już koniec gorbaczowowskiej odwilży. Białoruska Socjalistyczna Republika Radziecka już rok wcześniej została przemianowana na Republikę Białoruś, ale niektórzy z kolegów, którzy podobnie jak ja w tym roku mieli wyjechać na studia do Polski, byli święcie przekonani, że po zwycięstwie puczystów ZSRR odrodzi się w najgorszej formie i zamknie granice. Wielu uciekło więc w dniach puczu do Polski, choć zajęcia na studiach zaczynały się dopiero w październiku.

Kryzys władzy Gorbaczowa po puczu sierpniowym sprawił, że przywódcy republik wchodzących w skład ZSRR załatwiali wiele problemów bez udziału szefa Związku. Przewodniczący Rady Najwyższej Białorusi Stanisław Szuszkiewicz wspomina, że wraz z ówczesnym białoruskim premierem Wiaczesławem Kiebiczem wymyślili, że zaproszą Borysa Jelcyna na polowanie do Puszczy Białowieskiej. Przy tej okazji chcieli się dogadać o dostawach gazu i ropy naftowej na kredyt, gdyż w kasie republikańskiej nie było pieniędzy. W trudnej sytuacji ekonomicznej była też Ukraina, więc Białorusini zaprosili na spotkanie także ukraińskiego przywódcę Leonida Krawczuka.

Nie było mowy o rozwiązaniu ZSRR, choć Kiebicz w swoich wspomnieniach napisał, że Jelcyn jechał na Białoruś z takim właśnie zamiarem. Temu kategorycznie zaprzecza Szuszkiewicz. Jest przekonany, iż pomysł rozwiązania ZSRR zgłosił dosyć przypadkowo członek rosyjskiej delegacji Giennadij Burbulis, gdy podczas rozmowy o zapewnieniu dostaw rosyjskiej ropy i gazu okazało się, że formalnie to Gorbaczow jako szef ZSRR powinien zatwierdzić zawarte porozumienia. Wtedy Burbulis zaproponował rozwiązanie ZSRR.

Zwolennicy teorii, że za rozwiązaniem ZSRR stały USA, uważają, iż właśnie z tego powodu pierwszy o rozwiązaniu ZSRR dowiedział się prezydent Stanów Zjednoczonych. Szuszkiewicz zapewnia jednak, że do Waszyngtonu i do Moskwy dzwoniono równolegle.

Jelcynowi udało się szybciej połączyć z George’em Bushem, a Szuszkiewicza, który dzwonił w tym momencie na Kreml, długo nie łączono z Gorbaczowem. Gdy doszło do połączenia, Bush już o wszystkim wiedział. Szuszkiewicz pochwalił się więc Gorbaczowowi, że prezydent USA wieść o rozwiązaniu ZSRR przyjął z radością.

20 lat temu w dniach, gdy podpisywano porozumienia białowieskie, byłem na studiach w Polsce. Wyjeżdżałem na nie jako obywatel ZSRR, a gdy przyjechałem do domu na święta bożonarodzeniowe, okazało się, że jestem już obywatelem niepodległej Biało- rusi. Ludzie nie traktowali tej zmiany z jakimś szczególnym entuzjazmem. Może z tego właśnie powodu w pierwszych wyborach prezydenckich na Białorusi zwyciężył w 1994 r. nie Szuszkiewicz czy Kiebicz, którym Białorusini mogą być wdzięczni za wybicie się na niepodległość, lecz Aleksander Łukaszenko, któremu udało się zagrać na nostalgii wyborców za czasami ZSRR.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Szanowny koźle…

5 września 2011

Akademia Nauk Białorusi nie potrafiła odpowiedzieć opozycjoniście, czy używane przez Aleksandra Łukaszenkę epitety są obelgami

„Szanowny koźle Aleksandrze Grigoriewiczu…” – w ten sposób będzie mógł zacząć list do białoruskiego prezydenta działacz niezależnych związków zawodowych z Mohylewa Aleksiej Pawłowski. Jego zdaniem do użycia podobnej formy wobec przywódcy państwa i innych białoruskich urzędników upoważnia go pismo z Instytutu Języka i Literatury Narodowej Akademii Nauk Białorusi, które otrzymał w odpowiedzi na swoją prośbę o wytłumaczenie znaczenia epitetów używanych przez Aleksandra Łukaszenkę wobec polityków zagranicznych i grup społecznych.

W liście do Akademii Nauk Pawłowski prosił, by naukowcy odpowiedzieli, czy Łukaszenko, nazywając szefa Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso kozłem, a władze Ukrainy z prezydentem Wiktorem Janukowyczem na czele – dość wszawym, użył obelg wobec zagranicznych polityków. Opozycjonista chciał się też dowiedzieć, czy nazywając opozycję draniami i piątą kolumną, a drobnych handlowców wszawymi pchłami, prezydent obraża te grupy społeczne.

Zamiast konkretnych odpowiedzi na postawione pytania w piśmie do Pawłowskiego naukowcy z Akademii Nauk podali numery stron w słownikach, które definiują używane przez Łukaszenkę wyrazy.

„Na wskazanych stronach może pan znaleźć definicję tych słów, dowiedzieć się o ich stylistycznym zabarwieniu oraz osobliwościach używania w znaczeniu przenośnym” – napisali. Stosowność użycia tych wyrazów przez prezydenta, zdaniem naukowców, „zależy od gatunku przemówienia i stawianych przez mówcę pragmatycznych celów”.

W rozmowie z białoruskimi dziennikarzami mohylewianin ocenił odpowiedź Akademii Nauk na swój list jako skandaliczną. Podkreślił, iż naukowcy nie odpowiedzieli, czy interesujące go wyrazy użyte w podanych przez niego przykładach są obelgami. – Ale skoro używa ich prezydent, oznacza, że mogą być używane także w codziennym obcowaniu obywateli – doszedł do wniosku Pawłowski i zapowiedział, iż od tego momentu do białoruskich urzędników będzie się zwracał per „kozioł”, per „wszawy” oraz używał innych prezydenckich epitetów w korespondencji ze strukturami państwowymi.

– Sposób, w jaki Pawłowski walczy z chamstwem Łukaszenki, to droga donikąd – mówi „Rz” białoruski filozof i kulturoznawca Maksim Żbankou, przypominając, że odpowiadanie chamstwem na chamstwo prowadzi do upadku kultury odpowiadającego. – Taka pokusa powstaje u ludzi, gdyż społeczeństwo nie posiada mechanizmów kontroli obyczajów panujących w rządzących elitach – uważa ekspert.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak pomóc Bialackiemu

12 sierpnia 2011

Haniebne dla Polski przekazanie Mińskowi informacji o kontach białoruskiego obrońcy praw człowieka Alesia Bialackiego nie powinno zakończyć się tylko posypaniem głowy popiołem. Politycy polscy powinni powołać zespół najlepszych specjalistów z dziedziny prawa karnego, międzynarodowego i innego, którzy wypracują skuteczny mechanizm zniwelowania szkody wyrządzonej zarówno samemu Bialackiemu, jak i opozycji demokratycznej na Białorusi.

Nie jestem prawnikiem, więc na pewno dostanę sporo komentarzy posądzających mnie o niekompetencję i wtrącanie się w materie, w których nic nie kumam. Nie daje mi jednak  spokoju myśl, że w świetle prawa polskiego środki gromadzone na kontach Bialackiego nie były chyba nielegalne. Jeśli prokuratura wiedziała, iż na konta wpływają środki od wspierających rozwój demokracji i społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi organizacji partnerskich Alesia Bialackiego i jego Centrum Praw Człowieka „Wiosna”, musiała zdawać sobie sprawę, że wydaje reżimowi także jego polskich, a być może też innych europejskich partnerów. Więc tłumaczenie prokuratury, iż strona białoruska we wniosku nie podała informacji, że chodzi o obrońcę praw człowieka wygląda zupełnie naiwnie.

Kilka lat temu, zresztą, polska prokuratura o mało co nie wydała białoruskim kolegom informacji dotyczącej Andżeliki Borys i tylko interwencja świętej pamięci profesora Andrzeja Stelmachowkiego pomogła zapobiec kompromitacji. Pewnie strona białoruska także wówczas nie poinformowała we wniosku, iż Andżelika Borys to prezes nielegalnego z punktu widzenia Mińska Związku Polaków na Białorusi.

Do czego te, być może naiwne, rozważania? Otóż wydaje mi się, iż w wypracowaniu mechanizmu zapobiegawczego wpadkom takim jak ta z Bialackim należy uwzględnić, iż współpraca z białoruskimi organami ścigania może się odbywać tylko w zakresie takich spraw, które służą ściganiu rzeczywistych przestępców – dilerów narkotykowych, handlarzy ludźmi i temu podobnych. Przyjmując białoruski wniosek do rozpatrzenia należy szukać uzasadnienia ( i, co istotne – dowodów), iż informacje, o które się prosi są potrzebne do ścigania kryminalisty, także z punktu widzenia prawa polskiego.

A teraz, jeśli w świetle prawa polskiego Bialacki i jego sponsorzy – między innymi w Polsce – są niewinni, to powstaje pytanie: poufne informacje o kim wydała polska prokuratura stronie białoruskiej? Czy uznając Bialackiego za potencjalnego przestępcę podatkowego wszczęła dochodzenie sprawdzające wobec jego polskich partnerów, by rozbić międzynarodową sieć unikających opodatkowania organizacji i osób?

Jeśli twierdzimy, że informacje o Bialackim nie miały prawa znaleźć się w rękach dyktatorskiego reżimu – należy uruchomić wszelkie możliwe mechanizmy prawne, aby kompetentnie dowieść, niech chociażby sądowym instytucjom międynarodowym, do których po wyroku może odwołać się Bialacki (w przypadku Białorusi – Komitet Praw Człowieka przy ONZ), że przekazane stronie białoruskiej informacje mają znikomą wartość dowodową w procesie karnym przeciwko Bialackiemu. Być może, choć to wątpliwe, dobrze uargumentowane stanowisko z powołaniem się na normy międzynarodowe, iż papiery z Polski (także z Litwy i Czech) nie mogą być dowodami w sprawie karnej opozycjonisty, pomoże jego obrońcom w białoruskim sądzie. A już w każdym przypadku – ułatwi mu międzynarodową procedurę odwoławczą, jeśli zostanie skazany. Taka uargumentowana opinia ekspercka będzie świadczyła też o tym, że Bialacki nie jest pospolitym przestępcą z punktu widzenia Europy i Polski, co pomoże białoruskiej opozycji w obronie swojego wizerunku. Pomyje propagandowe już się leją za sprawą „głupoty” polskich prokuratorów na wciąż  w dużej mierze propolskie i proeuropejskie środowisko demokratyczne Białorusi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dzieci bawią się w Łukaszenkę

4 sierpnia 2011

Cotygodniowe milczące protesty Białorusinów, choć wygasły – odbiły się nawet w świadomości białoruskich dzieci.

Miały okazję się o tym przekonać moja żona i teściowa, gdy poszły na spacer z moim najmłodszym synkiem Marcinkiem (rok i 5 miesięcy). Otóż na placu zabaw, gdzie stoi dziecięcy samochodzik, w którym Marcinek lubi siedzieć i kręcić kierownicą, w stojącym obok domku ze zjeżdżalnią dla dzieci bawiła się grupa chłopaków w wieku ok. 9-11 lat. Nie dopuszczali nikogo do samochodzika, gdyż służył im za „milicyjną sukę”. Marcinek trafił do samochodzika dopiero po tym, jak dostrzegł, iż jeden z chłopaków przykleja sobie papierowe czarne wąsy, a one mu ciągle zlatują. Rozbawiony tym zaczął głośno się śmiać i klaskać w dłonie. – To opozycjonista, aresztować go! – rozkazał chłopak z przyklejonymi wąsami. Rozkaz wykonali jego towarzysze. Kazali Marcinkowi wsiadać do samochodu. Całkowicie usatysfakcjonowany tym Marcinek wsiadł do samochodzika i, obserwując chłopaka z wąsami nie przestawał śmiać się i klaskać. Ten zaś głośno karcił go za to, że nawet w „milicyjnej suce” demonstruje opozycyjność i obiecał, że pokaże mu „kuźkinę mać” (idiomat rosyjski oznaczający groźbę).

Chłopak z wąsami udawał, oczywiście, Łukaszenkę, rzucając obelgi pod adresem swoich towarzyszy i przechodniów, którzy „źle pracują”, „są nierobami” i w ogóle „bez niego nawet ziemniaków nie potrafią posortować” (popularny białoruski dowcip o tym, jak Łukaszenko telefonuje do kołchozów i ocenia, który ziemniak jest dobry, a który zgniły). Żona i teściowa, nie długo się cieszyły, obserwując dotąd niespotykaną zabawę dzieci, gdyż w pewnym momencie jeden z nich  krzyknął „Atas!” (ostrzeżenie o niebezpieczeństwie) i dzieciaki pobiegły z placu zabaw. Przyczyna? W pobliżu pojawili się dwaj patrolujący ulice milicjanci.

W moim dzieciństwie najpopularniejszą grą fabularną wśród dzieci była „gra w wojnę” między Niemcami i partyzantami radzieckimi. Dzieliliśmy się na dwie grupy, losując kto kogo będzie udawał. Przy czym bycie Niemcem uważano za rolę absolutnie nieprestiżową. Żona z teściową nie potrafiły ocenić, czy w „grze w Łukaszenkę” rola białoruskiego dyktatora jest pożądana. Ale chłopak z wąsami nie był najstarszy i najsilniejszy wśród swoich towarzyszy. Nie udało się też ustalić, czy w tej grze rola opozycji jest losowana, czy tak jak w przypadku Marcinka, opozycjonistów po prostu łapie się wśród nieznajomych dzieci na placu zabaw.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kolonia karna dla kolejnych rywali Łukaszenki

27 maja 2011

Sąd wydał surowe wyroki na dwóch ostatnich spośród pięciu liderów opozycji sądzonych za powyborcze protesty.

Jeden z nich, Mikołaj Statkiewicz otrzymał rekordową karę sześciu lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Natomiast współpracujący podczas kampanii ze Statkiewiczem były kandydat na prezydenta Dzmitryj Wus spędzi w kolonii karnej co najmniej 5,5 roku.

Wus, który odpowiadał przed sądem z wolnej stopy, został zakuty w kajdanki tuż po ogłoszeniu wyroku.

Poza liderami opozycji wyroki wydano też na pięciu młodych uczestników powyborczej manifestacji 19 grudnia w Mińsku. Trzech z nich spędzi w kolonii karnej po 4, 3 oraz 3,5 roku. Syn komentującego często wydarzenia na Białorusi na łamach „Rz” politologa Aleksandra Kłaskouskiego spędzi w kolonii karnej pięć lat.

Sędzina Ludmiła Graczowa powiedziała w uzasadnieniu wyroku, że Statkiewicz i Wus otrzymali tak ciężkie kary, bo byli bezpośrednimi organizatorami zamieszek, a reszta wzięła w nich tylko udział. Na ogłoszeniu wyroku byli obecni dyplomaci z krajów UE i USA oraz liderzy opozycji.  Wśród nich – skazany kilka dni wcześniej na dwa lata więzienia w zawieszeniu były kandydat na prezydenta, poeta Uładzimir Nieklajeu. – Chłopaki, zuchy jesteście! Wszystko będzie dobrze! Nie dzisiaj, to jutro! – pocieszał Nieklajeu skazanych kolegów.

Białoruski reżim za udział w proteście przeciwko fałszowaniu wyników wyborów prezydenckich skazał już prawie 40 opozycjonistów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ostatnie słowa Statkiewicza i Wusa

26 maja 2011

Proponuję zapoznać się z wystąpieniami w sądzie dwóch byłych kandydatów na prezydenta Białorusi Mikołaja Statkiewicza i Dzmitryja Wusa w jednym wpisie. Współpracowali oni podczas kampanii prezydenckiej i dzisiaj, 26 maja, razem słuchają wyrok (aktualizacja o 15.40 przed chwila ogłoszono wyrok – Statkiewicza skazano na 6 lat kolonii karnej, a Wusa na 5,5 roku kolonii karnej – tłum.) za rzekomą organizację masowych zamieszek w Mińsku 19 grudnia zeszlego roku.

Mikołaj Statkiewicz to weteran białoruskiej opozycji, zahartowany w bojach politycznych i akcjach ulicznych przeciwko reżimowi Łukaszenki. Dzmitryj Wus natomiast – człowiek, który w polityce znalazł się raczej przypadkiem. Niedługo przed wyborami przeżył ciężką chorobę, skutki której było widać między innymi po niekontrolowanych grymasach twarzy. Podczas wystąpień publicznych był małomówny i tylko powtarzał na okrągło, że chce zmienić w kraju ordynację wyborczą. Chwilami przypominał białostockiego kandydata na posła do Sejmu Krzysztofa Kononowicza. Wyborcy naśmiewali się z Wusa, nazywali „politycznym błaznem”. Teraz jednak – gdy Wus z godnością znosi wypróbowania, które na niego spadły – coraz więcej ludzi na Białorusi widzi w nim bohatera narodowego.

Oto, co powiedział w ostatnim słowie przed sądem Mikołaj Statkiewicz:

„19 grudnia rzeczywiscie popełniono szczególnie ciężką zbrodnię.

Popełnił ją jeden z kandydatów na prezydenta. Ta zbrodnia przewiduje odpowiedzialność z paragrafu 357 część 2 Kodeksu Karnego. Kwalifikacja zbrodni brzmi: przejęcie władzy państwowej wbrew przepisom konstytucyjnym. Byłem kandydatem na prezydenta i uważałem za swój obowiązek dokonanie wzystkiego, co w mojej mocy, aby zapobiec popełnieniu tej zbrodni. Próbowałem donieść do szerokich mas społecznych informację o tym, jak ta zbrodnia zostanie popełniona. Doświadczenie bowiem popełniania podobnych zbrodni niestety już mieliśmy.

Zwracałem się bezpośrednio do tego kandydata zarówno na piśmie, jak i na antenie telewizji białoruskiej z propozycją, aby zrezygnował z popełnienia przestępstwa, i wiedząc, iż nie osiągnę wyniku, próbowałem zorganizować masowy protest. Żeby poprzez obecność dużej liczby ludzi, demonstrujących swoją niezgodę, zmusić władzę do przestrzegania prawa.

Słyszeliśmy tu dużo o tym, że protest był bezprawny, niedozwolony i tak dalej. Szanowni państwo, w życiu zdarzają się sytuacje, w których trzeba popełnić drobniejsze wykroczenie, aby zapobiec następstwom o wiele cięższym.

Nikomu, na przykład, nie przyjdzie do głowy oskarżyć człowieka, który wybiegł na jezdnię, żedy ratować dziecko przed nadjeżdżającym samochodem. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wypisze mu mandatu za złamanie przepisów ruchu drogowego. Albo przykład bardziej brutalny. Chyba nikt nie oskarży człowieka o pobicie zabójcy w celu zapobieżenia morderstwu. Co prawda, zdarza się, że jest odwrotnie. Czytałem jak w Homlu, człowiek, który zapobiegł kradzieży własnego magnetofonu, rzucił się w pościg za złodziejem, zranił go, a potem złapał zranionego i go zabił. Później został zwolniony z więzienia na mocy rozporządzenia kierownika państwa. Zdarzają się i takie przypadki.

Ale władza postanowiła po raz kolejny sfałszować wybory i zaplanowała kolejną zbrodnię – rozprawienie się z siłami demokratycznymi, z tymi, kto protestował przeciwko fałszerstwom. Ta rozprawa była szykowana zawczasu.

Powołam się na białoruską telewizję państwową, która po nadejściu nowego roku demonstrowała świadectwa i dokumenty tego, iż opozycja zamawiała produkcję białej broni na państwowym przedsiębiorstwie.

W rzeczywistości świadczy to o tym, iż na długo przed 19 grudnia w państwowych zakładach zamówiono produkcję tasaków, żeby potem oskarżyć o to, być może, mnie. Później jednak, chyba, zrozumiano, że taka sprawa byłaby zszyta zbyt białymi nićmi. Tym nie mniej, próbę podjęto. W areszcie KGB opowiedzieli mi, iż zawczasu szykowano się tam do dużej ilości aresztowanych, zbijano drewniane prycze, dla nowych aresztowanych, gdyż miesc w areszcie brakowało.

Nawet z materiałów sprawy widać, że milicja odwiedziła wszystkie lokale i instytucje,mieszcząe się wzdłuż Alei Niepodległości i ostrzegła, że dojdzie do nasowych zamieszek, więc zamykajcie lokal. W materiałach sprawy jest list od McDonald’sa, w którym napisano, że restaurację zamknięto o 20.15 w związku z masowymi zamieszkami. Tymczasem dopiero o 20.15 zaczął się więc na Placu Październikowym. To wszystko świadczy o tym, że akcja milicyjna została zaplanowana zawczasu.

Prowokcja zaczęła się od napadu na dwóch kandydatów o 19.30, kiedy jeszcze nie skończyło się głosowanie w wyborach. Celem napadu było nie tylko skaleczenie, lecz także wywołanie wśród uczestników protestu na Placu Październikowym chęci zemsty, to była próba wywołania agresji w tłumie i stworzenie pretekstu do siłowego rozprawienia się z nim.  Ludzie zachowali się jednak odpowiedzialnie i nie poddali się na prowokację. Gdy się rozpoczęła manifestacja, władze celowo blokowali kandydatów, zatrzymali czoło idącej ulicą kolumny demonstrantów, aby wywołać zamieszki. Ludzie jednak zachowali się porządnie i odpowiedzialnie.

Później podczas wiecu na Placu Niepodległości, jacyś nieznani sprawcy zaczęli tłuc szyby. Potem, gdy wkroczył OMON (białoruskie ZOMO – tłum.) krzyczeli „jesteśmy z milicji” (widzieliśmy to na nagraniach wideo). Dołączyli do nich niektórzy manifestanci. Nie osądzam ich. Ktoś zrobił to odruchowo, a ktoś w ten sposób próbował zapobiec większej zbrodni – krajem kieruje samozwaniec. Myślę, że również teraz znaczna część społeczeństwa postrzega tych młodych ludzi jako bohaterów. Być może wkrótce wielu będzie się chwaliło, iż brało udział w tych wydarzeniach.

Szef reżimu w wywiadzie dla Washington Post chwalił się, iż na żywo kierował sytuacją przy gmachu rządu. Setki ludzi pobito, choć oni nie stawiali oporu. Później, gdy wszystko się skończyło, stwierdzili, iż za mało. Celem ataku było bowiem odwrócenie uwagi od prawdziwej zbrodni – przywłaszczenia władzy. Popatrzyli, zabrakło dowodów. Wtedy zdecydowali się na spreparowanie dowodów. Przywieźli butelki z jakoby koktajlem mołotowa, porozrzucali i spisali protokół. Znaleźli się jednak biegli, którzy stwierdzili, iż w butelkach jest woda, istnieje potwierdzający to dokument. Jednak te rzeczy w ciągu doby, przed ich zbadaniem musiały leżęć na mrozie, a więc zawartość butelek zamieniła się w lód, napisano jednak, że w butelkach jest płyn. Unikatowa białoruska woda, która nie marznie przy mrozie 14 stopni.

Uwaga społeczeństwa została odwrócona. Aresztowano bowiem dziesiątki ludzi. Zamiast dyskutować o przejęciu władzy, rozmawiamy więc o tym. Rzeczy nieporównywalne. On przywłaszczył władzę, a jemu stłuczono drzwi na 14 milionów rubli białoruskich. Teraz, zgodnie z oficjalnym kursem, stanowi to około 2 tysiąca dolarów. Za kilka miesięcy będzie warte jednego tysiąca dolarów. Z drugiej strony dochody Gospodarstwa Pomocniczego Prezydenta, przez nikogo w państwie nie kontrolowanego, wynoszą 100 milionów dolarów na miesiąc. W ciągu 5-letniej kadencji prezydenckiej to 6 miliardów dolarów.

Do naszej sytuacji bardzo pasuje wyraz – „atrapy”.

Teraz zobaczymy atrapę wymiaru sprawiedliwości. Od zewnątrz wszystko jest w porządku – adwokaci, prokurator, sędzia – ale w rzeczywistości to atrapy, które mają doprowadzić do wyznaczonego z góry wyniku. To samo z wyborami – atrapa. Parlament – atrapa. Czy ktoś ma co do tego watpliwosci?

Nawet naszą gopodarkę, którą odziedziczyliśmy po rozpadzie ZSRR w niezłym stanie, roztrwoniliśmy i powoli zamieniamy w atrapę, podobnie jak białoruską walutę.

W ten sposób nasze życie zamieniają w atrapę – niby jesteśmy Europejczycy, normalnie ubrani. Ale tak naprawdę żyjemy jak atrapy. Tak naprawdę za każdym stoi strach, uzależnienie i bezbronność przed każdą niespodzianką, przed tym, jaka jezcze bzdura strzeli do wysoko postawionej głowy. Najwyższa jest pora, aby przywrócić Białoruś do normalnego życia. Niestety, nie jest to możliwe bez walki. Niestety ta walka nie obchodzi się bez ofiar.

Dziękuję za męstwo tym, kto się nie przestraszył i wyszedł na Plac. Proszę o wybaczenie tych, kogo bez winy pobito i wrzucono do celi. Chcę powiedzieć krewnym i bliskim tych ludzi, nie powinniście się wstydzić za swoich synów, braci, którzy siedzą w klatce. Obecnie jest to bardzo prestiżowe miejsce. O wiele bardiej prestiżowe, niż po tamtej stronie sali sądowej.

Zwracam się do dyplomatów rowiniętych krajów Europy – nie proponujcie reżimowi pieniędzy za naszą wolność. Jeśli to zrobicie, będziemy mieli kolejnych zakładników. Jestem gotów ofiarować sobą. Nie wolno wykupywać zakładników od zbrodniarzy. Jeśli zrobicie to, wtedy będą kolejni zakładnicy i sytuacja jeszcze długo się nie zmieni.

Co się tyczy mnie osobiście i propozycji prokuratora (chodzi o żądanie ukarania Statkiewicza 8-ma latami kolonii karnej o zaostrzonym rygorze – tłum.). Jestem gotów ofiarować wolność osobistą w imię zbliżenia się chwili wolności dla mojego kraju. Wierzę, że Białoruś będzie wolna.”

A to jest wystąpienie Dzmitryja Wusa:

„Bez idei nie kandydowałbym na prezydenta. Na czym ta idea polega, na pewno zrozumieliście. Chcę, aby u nas na Białorusi był demokratyczny, przejrzysty system wyborczy.

Teraz, zapoznając się z ustawodawstwem wyborczym chociażby Ukrainy, widzę, iż kandydaci na prezydenta wszystkich swoich przedstawicieli w lokalnych i terenowych komisjach wyborczych mianują osobiście, lub robią to ich mężowie zaufania. My tego na razie nie mamy. Mam jednak nadzieję, iż podczas najbliższych wyborów prezydenckich będziemy mieli demokratyczną ordynację. I nasz system wyborczy się zmieni. Co powinniśmy zrobić, aby tak się stało? Planowałem zbierać podpisy pod petycją o zmianie ustawodawstwa wyborczego. Nie mamy demokratycznego systemu wyborczego. W ten sposób de facto legalizujemy władzę.

Rozporządzeniem prezydenta są mianowani sędziowie, prokuratorzy i reszta urzędników w państwie. Jeśli zmienimy ten system zmieni się cały układ władzy w państwie. Dlatego ten system walczy nie ze mną osobiście, nie z ludźmi na Placu, na który przyszedłem. Walczy właśnie z tym, co może doprowadzić do zmiany układu władzy w państwie.

Planowałem zebrać sto tysięcy podpisów za wniesieniem zmian do kodeksu wyborzcego. Ale teraz, po tym procesie, zrozumiałem, że zbiorę milion podpisów. Jeśli trzeba za to odpokutować, odpokutuję.”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ostatnie słowo Sannikaua

22 maja 2011

Andrej Sannikau jest dla mnie politykiem szczególnym. Nie tylko dlatego, że w przypadku uczciwego liczenia głosów w wyborach to właśnie on miałby zmierzyć się z Łukaszenką w drugiej turze. Andrej Sannikau jest politykiem, który przed ogłoszeniem swojego startu w wyborach odwiedził wszystkie największe miasta Białorusi, by porozmawiać z ludźmi i ocenić nastroje społeczne. Gdy wybierał się do Grodna – zadzwonił do mnie i poprosił, o spotkanie. Chętnie się zgodziłem i byłem przyjemnie zaskoczony tym, jak polityk, wytrawny dyplomata, mający rangę ambasadora, uważnie słucha moje skromne uwagi na temat opozycji, władzy i nastrojów panujących w Grodnie. Andrej Sannikau został ukarany jak dotąd najsurowiej ze wszystkich opozycjonistów – pięc lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze i wydaje mi się, że ma szansę zostania białoruskim Nelsonem Mandelą. Bardzo cieszy mnie, że w sytuacji, gdy władze próbowały zlamać psychicznie Sannikaua, szantażując go aresztem żony i próbą skierowania Daniiła, małego synka polityka, do sierocińca – udało mi się wnieść swój skromny wkład w walkę o Daniiła i opublikować w „Rz” reportaż o tym, przy okazji informując czytelników gazety, że żona Sannikaua, znana białoruska dziennikarka Iryna Chalip, jest wnuczką wybitnego – przed wojną polskiego, a w trakcie wojny i po jej zakończeniu – białoruskiego jazzmana i kompozytora Jerzego Belzackiego.

Z Iryną Chalip jesteśmy laureatami tej samej nagrody imienia porwanego i zamordowanego przez łukaszenkowski „szwadron śmierci”, białoruskiego kolegi Dzmitryja Zawadzkiego. Co prawda Iryna otrzymała tę nagrodę dwa lata wcześniej ode mnie i za większe niż moje osiągnięcia zawodowe.

A oto, ostatnie słowo Sannikaua przed wymierzeniem mu kary:

„Nie będę wdawać się w szczegóły postawionych mi zarzutów. Śledztwo sądowe w tej sprawie z całą oczywistością ujawniło ich zmyśloną i nieuzasadnioną istotę.

Wydarzenia 19 grudnia i ten proces postrzegam jako przejaw strachu panującej władzy przed nieodwracalnymi zmianami, jako chęć ukarania wszystkich, kto się tej władzy sprzeciwia. To jest zemsta za odwagę i otwartość.

W stosunku do mnie jest to także polityczne wyrównywanie porachunków z kandydatem na prezydenta, który stworzył realną konkurencję Łukaszence, który zdołał stworzyć mocną ekipę profesionalistów, cieszących się poważaniem zarówno w kraju, jak i zagranicą, który oświadczył, że jest gotów wziąć na siebie odpowiedzialność za kierowanie państwem. Byłem i pozostaje zwolennikiem zdecydowanych i otwartych działań, skierowanych na zmianę panującej na Białorusi władzy, jestem jednak także zwolennikiem działań absolutnie pokojowych.

Uważam, że wszystko, co obserwujemy, jest przemyślaną, zakrojoną na wielką skalę operacją władzy. Wszystko, co dzieje się od 19 grudnia i po dzień dzisiejszy. Wskazuje na to także oświadczenie Łukaszenki w czasie kampanii wyborczej, w którym ostrzegł, że „ze wszystkimi się policzy już po wyborach”. Świadczą o tym również oświadczenia kierownika łukaszenkowskiej kancelarii Makieja, który mówił o rzekomo niezbitych dowodach szykowanej na 19 grudnia zbrojnej prowokacji opozycji z wykorzystaniem materiałów pirotechnicznych i wybuchowych.

W tej sprawie nie przewdstawiono ani jednego takiego dowodu, choć inwigilacja mnie, na przykład podsłuch telefoniczny, prowadzona była od lata 2010 roku. Wówczas nie tylko nie byłem kandydatem na prezydenta, nawet nie zapowiedziałem startu w wyborach.

Warto przypomnieć także oświadczenie szefowej CKW Jermoszynej, która ogłosiła publicznie, iż prawa kandydatów na prezydenta wygasają o 20.00 19 grudnia, nie zaś po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów. Tym oświadczeniem podała ona sygnał resortom siłowym, iż z kandydatami można się rozprawić bez skrupułów.

Wskazują na to także działania tychże resortów. Początkowo nie przeszkadzały one w biciu szkła i wyważaniu drzwi w siedzibie rządu, nie zatrzymywały łamiących prawo ludzi. W ten sposób dodały  chuliganom poczucia bezkarności. Świadczą o tym również obietnice władz, iż wypuszcza na wolność kazdego, kto złoży zeznania przeciwko kandydatom.

Chcę wyrazić głęboki szacunek dla tych, kto dokonał wyboru na rzecz prawdy. Jestem dumny z tego, iż w tej klatce przebywam z wami – Illem Wasilewiczem (19-letni uczestnik protestu opozycji, skazany na 3 lata kolonii karnej o zaostrzonym rygorze – tłum.), Fiodorem Mirzojanowem (20-letni uczestnik protestu opozycji, skazany na 3 lata kolonii karnej o zaostrzonym rygorze – tłum.), Alehiem Hniedczykiem (25-letni uczestnik protestu opozycji, skazany na 3,5 roku kolonii karnej o zaostrzonym rygorze – tłum.), Uładzimirem Jaromienkiem (20-letni uczestnik protestu opozycji, skazany na 3 lata kolonii karnej o zaostrzonym rygorze – tłum.). I zapewniam, dzięki nim w tej klatce jest więcej patriotyzmu, więcej nadziei na przyszłość Białorusi, więcej rozumienia tego, co się dzieje w państwie,niż w resortach, które nas tu wsadziły.

W wyniku swoich działań 19 grudnia władza ostatecznie utraciła zaufanie obywateli, dobry stosunek ze strony sąsiedzi i całej społeczności światowej. Skutki tego są widoczne już dzisiaj w polityce, ekonomice, i nawet w sporcie.

19 grudnia w Mińsku doszło do wielotysięcznej manifestacji, w której, podkreślam, brała udział cała Białoruś. Przeważna większość obywateli Białorusi chce przemian. To stało się oczywiste podczas kampanii prezydenckiej. Miliony obywateli delegowali swoją wolę tym dziesiątkom tysięcy manifestantów, którzy wyszli na plac. Demonstracja 19 grudnia różniła się od tych, które odbywały się po poprzednich wyborach – w latach 2001, 2006, 2008.

19 grudnia 2010 roku doszło nie do akcji protestu, lecz do aktu nadziei. Przecież protestowaliśmy nie tylko przeciwko fałszowaniu wyborów, przeciwko bezwstydnemu rabowaniu ludzi, którym skradziono głosy wyborcze. Proponowaliśmy władzy negocjacje po to, by razem szukać wyjścia z kryzysu.

Zamiast podjąć uczciwy dialog, władza użyła przeciwko narodowi siłę. We władzy nie znalazło się ludzi odważnych i uczciwych, którzy by wyszli na plac i podjęli negocjacje z narodem, jak zrobili to kierownicy państwa w 1991 roku. Na tym samym placu przed tym samym gmachem rządu, dialog doprowadził wówczas do wzmocnienia niepodległosci i państwowości kraju.

Propozycja dialogu 19 grudnia 2010 roku doprowadziła do pobicia pokojowo nastawionych obywateli, w tym – kandydatów na prezydenta. Skutkiem tego jest to, że obecnie dziesiątki ludzi siędzą i są poddawani torturom, są niszczeni za pomocą sądów. Wśród nich jest moja żona Iryna Chalip, moi bliscy przyjaciele Zmicier Bandarenka, Aleksander Atroszczankau, i ci ludzie, którzy pomagali mi w mojej kampanii, jak chociażby Zmicier Drozd (historyk, naukowiec, skazany na 3 lata kolonii – tłum.). Wielu musiało uciec z kraju i prosić o azyl polityczny.

Wszyscy chcemy jednego – żyć w swoim kraju, być wybierani w uczciwych wyborach i nie martwić się o życie swoje i swoich bliskich. Właśnie za to dzisiaj jesteśmy sądzeni, fabrykuje się przeciwko nam sprawy karne, a prawo jest ignorowane. Chcę ostrzec wsztstkich, kto ignoruje prawo – nieuniknione jest, że zasiądziecie na ławie oskarżonych i poniesiecie zasłużoną karę. Co gorsze – będziecie musieli spojrzeć w oczy swoim dzieciom.

Ponad miesiąc, przebywając w areszcie KGB odmawiałem składania zeznań, w nadziei, że ten absurd się skończy, spodziewając się, że zwycięży jakiś zdrowy rozsądek. Byłem poddawany torturom, znieważany, słyszałem groźby, i, zgodnie z zamysłem głównego zleceniodawcy tego spektaklu, będę musiał znowu znosić ciężkie wypróbowania. Mimo to jednak, nie mam poczucia nienawiści, nie pragnę zemsty. Jak przedtem uważam, że nawet dzisiaj mamy szansę uregulowania ewidentnego kryzysu politycznego w drodze negocjacji. Po prostu ktoś powinien się wykazać męstwem, zacząć wykonywać przepisy prawa.

Jeszcze raz apeluję do sądu, by wydał w tej sprawie zgodny z prawem wyrok. Przy tym chcę zwrócić uwagę na to, iż zgodność z prawem nie oznacza wykonania sprzecznych z prawem poleceń przedstawicieli władzy, lecz zgodność z ustawami, Konstytucją Republiki Białoruś, międzynarodowymi zobowiązaniami Republiki Białoruś. Żaden urzędnik nie ma prawa żądać łamania przepisów ustaw, żadna ustawa nie może być wykorzystana do ukarania niewinnych, łamania praw człowieka i poniżania jego godności.

Chcę wyrazić najgłębszą wdzięczność wszystkim, kto okazał mi, a szczególnie mojej rodzinie, wsparcie moralne, wykazał się solidarnością, pomógł obronić mojego syna (jeszcze w grudniu KGB podjął próbę skierowania trzyletniego syna Sannikaua i Chalip do sierocińca – tłum.). Zostałem pozbawiony możliwosci podziękowania ludziom, którzy pomagali mi w mojej kampanii. Chcę zrobić to dzisiaj. Dziękuję wszystkim, kto zagłosował na mnie 19 grudnia. Bardzo cenię to, że podzielacie mój pogląd na przyszłość naszego kraju.

Wiem, że jesteśmy w większości. Wiem, że wywalczymy wolne wybory.

Kocham swoją rodzinę bardziej niż życie. Kocham Białoruś. Bardzo kocham wolność. Wiem, że moja rodzina, wszyscy mieszkańcy Białorusi będą szcześliwi, kiedy wywalczymy wolność, a to nie jest możliwe bez przestrzegania prawa.”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ostatnie słowo Niaklajeua

20 maja 2011

Czytając przemówienia opozycjonistów, które wygłosili w ostatnim słowie podczas procesów za protest, do którego doszło w Mińsku 19 grudnia zeszłego roku – złapałem siebie na myśli, iż dawno już nie czytałem tak dobrej białoruskiej publicystyki. Pomyślałem, iż może być ona interesująca także dla czytelników tego bloga. Więc zacząłem tłumaczyć te „ostatnie słowa” na język polski. Dzisiaj chcę zaprezentować to, co powiedział w swoim ostatnim słowie wybitny białoruski poeta, były kandydat na prezydenta, pobity przez milicję jeszcze przed rozpoczęciem demonstracji opozycji Uładzimir Niaklajeu.

Życzę przyjemnej lektury:

„Śledczy w mojej sprawie, kiedy zakończyły się przesłuchania i można było porozmawiać mniej więcej po ludzku, opowiedział mi historię o swoim małym synku.

Jego syn chodzi do przedszkola. Ojciec odbiera go stamtąd, prowadzi do domu i, jak zwykle, pyta: „Co robiłeś dzisiaj, co było ciekawego?” „Uczyliśmy się rozmawiać po angielsku!” – odpowiada synek. „Naprawdę?! – dziwi się ojciec. – I jakich wyrazów nauczyłeś się?” „Dziakuj i da pabaczennia!” – odpowiada Białorusinowi ojcu Białorusin syn.

Śledczy Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego opowiedział tę historię jako zabawną – długo się zastanawiał, kiedy spytałem go: „Czy pan chociaż rozumie, co mi pan opowiedział?..”

Chcę, żebyśmy myśleli szybciej. Czasu bowiem, żeby pomyśleć i zrozumieć, a co ważniejsze, zdążyć coś zrobić, nie mamy. Prawie.

Jeśli maleńki Białorusin, wymawiając słowa w ojczystym języku, myśli, że rozmawia w języku obcym, mamy do czynienia z katastrofą narodową! I jej się już nie da oddalić wysiłkami edukacyjnymi i kulturologicznymi. Zachowanie nas jako narodu jest możliwe tylko za pomocą decyzji politycznych! To jest pierwszy powód, dla którego ja, poeta, znalazłem się w polityce. Wcześniej wykorzystałem wszystkie dostępne możliwości. Pisałem białoruskie wiersze, poematy, piosenki, nowele, opowieści, pracowałem w czasopismach, gazetach, w telewizji, w Związku Pisarzy, prowadziłem negocjacje z włądzą, prosiłem, aby stała się białoruskojęzyczna – nic nie pomogło! Nigdzie nic się nie udało! Ja przekonuję, a mi odpowiadają, że po białorusku nie da się powiedzieć niczego wybitnego (nawiązanie do wypowiedzi Łukaszenki o niedostatecznej wartości języka białoruskiego – tłumacz). I kto mi to mówi? Imperator Chin? Car Rosji? Królowa Anglii? Nie, białoruski prezydent. W takim przypadku „dziękuję i do widzenia”!

Oto spotkaliśmy się na wyborach prezydenckich. Ich wynikiem jest ten sąd.

Rzecz jasna znalazłem się tu nie tylko dlatego, że walczę o białoruską Białoruś.Jestem tu przede wszystkim dlatego, że nie godzę się z Białorusią dyktatorską, walcząc o Białoruś demokratyczną.

Ale znowuż, demokracji nie da się zbudować na niczym. Niezbędny jest fundament – mamy go. To nasza historia, w której mieliśmy parlament, wybierający tych, kto kierował państwem. To nasz język, w którym napisano Statut Wielkiego Księstwa Litewskiego: konstytucji, która stała się wzorem dla późniejszych konstytucji demokratycznych Europy i świata. To nasza kultura, która dała Europie Wschodniej postać pierwszego drukarza Franciszka Skaryny. To są te głazy, na których powinna powstać i powstanie demokratyczna Białoruś, zmiatając z tego fundamentu gruzy i pył dyktatury.

Stoje przed tym sądem dlatego, że chciałem, aby w zamiataniu śmieci dyktatury pomogły nam sąsiedzi ze wschodu i zachodu, Rosja i Unia Europejska. Chciałem, żeby się porozumieli w tej kwestii – i nie ciągnęli Białorusi jak kołdry, każdy w swoją stronę. Żeby dostrzegli Białoruś nie między sobą, lecz obok siebie, razem z sobą. Tak samo jak Ukrainę. Tylko w takim przypadku może powstać wspólna Europa od Alp po Ural – ta geopolityczna przestrzeń, którą musimy stworzyć, żeby zachować cywilizację europejską.

Cywilizacja Europejska to konglomerat kultur narodowych, idei narodowych, które energetycznie zasiliły potężne gospodarki narodowe, zbudowały silne państwa, wchodzące w skład Unii Europejskiej.

Pozytywna idea potrafi wypracować więcej energii, niż każda elektrownia atomowa. Tak było i jest w Europie, i w Ameryce, i na całym świecie. Amerykanie nie mieli niczego, żeby stać się Amerykanami, ale oni, zdobywając niepodległość, stworzyli kulturę narodową, ukształtowali idee narodową – i zostali Amerykanami.

My zaś, żeby stać się Białorusinami, mieliśmy wszystko, lecz, otrzymując niepodległość, z niczego, co zostawili nam przodkowie, nie skorzystaliśmy – i pozostaliśmy nikim. Albo, jak dumnie oświadczył ten, kto nazywa siebie białoruskim prezydentem, staliśmy się „Rosjanami najlepszego gatunku”. Co to za naród?..

Takie „rozstrzygnięcie kwestii narodowej” obraża zarówno Rosjan jak i Białorusinów, z którymi dyktatura bawi się w grę o nazwie „kochany naród i kochany przywódca”. To ulubiona gra każdej dyktatury. Jest instrumentem manipulowania świadomością zbiorową, wolą narodu. To mrzonka w momencie, gdy prawdziwą miłością jest prawda. Właśnie w taki sposób – przez ujawnienie prawdy  – ujawnił swoją miłość do ludzi Bóg, który dał nam prawo moralne.

Uświadomiona idea narodowa to uświadomiona odpowiedzialność przed tym i tymi do kogo należysz. Pozwala ona na podniesienie poziomu wymagań moralnych od każdego obywatela i społeczeństwa. Wymaga mówienia, nawet gorzkiej, ale prawdy. Mówiłem i będę mówił: ten, kto gardzi honorem i wolnością, nie zasługuje na poważanie. To uniwersalny imperatyw, tak samo sprawiedliwy w stosunku do konkretnego człowieka, jak i do narodu.

Jestem wdzięczny Białorusinom, którzy 19 grudnia wyszli na Plac (dużą literą, bo ma się na myśli cała demonstracja opozycji, która odbyła się na dwóch placach Mińska – Październikowym i Niepodległości – tłumacz) – i zachowali honor narodu.

Najwyższy czas ratować naród. Do groźby zniknięcia języka i kultury dodała się groźba upadku gospodarki, a przez to – groźba utraty niepodległości.

Konieczne są natychmiasowe działania, aby tego uniknąć.

Najgorsze, co w tej sytuacji można zrobić – szukać winnych. Pogłębiać rozłam w społeczeństwie. Ale właśnie tym, pokazowo sądząc swoich oponentów politycznych, zajmuje się władza.

Proponuję inne wyjście. Władza rezygnuje z represji – my rezygnujemy z żądania natychmiastoego powtórzenia wyborów prezydenckich. Wypuszczeni zostają wsyscy więźniowie polityczni i z udziałem przedstawicieli władzy i wszystkich ugrupowań opozycyjnych powstaje Komitet Narodowego Zbawienia. Samodzielnie władza nie jest zdolna do naprawienia sytuacji. Upadnie wraz z upadkiem gospodarki, ale nie możemy dopuścić, zeby pod tymi gruzami poległa niepodległa Białoruś.

Tragizm sytuacji, w jakiej znalazło się nasze społeczeństwo, przedstawiony został w dramacie genialnego Janki Kupały „Tutejsi” jeszcze na początku minionego stulecia. A jeszcze wcześniej Wincenty Dunin-Marcinkiewicz, którego imię nosi ulica, na której jestem sądzony, przewidział nawet ten proces sądowy. (tu Niaklajeu cytuje fragment utworu Dunina-Marcinkiewicza, w którym sędzia czyta absurdalny wyrok w sprawie bójki i wymierza karę nawet tym, którzy bójki nie widzieli – tłumacz)

Czyż nie tak samo dzieje się teraz? Czy ta fantasmagoria, ten sąd w psychuszce, w której – kogo sędzią, kogo prokuratorem, kogo oskarżonym – obsadziła władza, nie jest naszą rzeczywistością?.. Czyż nie jestem sądony za to, że „nie widziałem bójki, a więc nie mogłem powtrzymać bijących się”?

Wszyscy wiedzą: łatwo jest trafić do psychuszki – trudno jednak z niej wyjść. Zwłaszcza, jeśli ciebie przekonują, iż sam dokonałeś wyboru: zagłosowałeś na to, by zamieszkać w psychuszce. Jednak, jeśli jesteśmy normalnymi ludźmi, jeśli Białorusin to nie jest diagnoza, powinniśmy wyjść ze szpitala dla chorych psychicznie. Wraz z lekarzami i sanitariuszami.

Nie doczekamy się zmian, jeśli nie zaczniemy zmieniać się sami.

Nie chcę powiedzieć, że ktoś, sędzia, czy prokurator, nie martwi się tym, że znika nasz język, kultura, że Białoruś niby istnieje – a jednocześnie jej jakby nie ma. Nie twierdzę, iż nie boli to nikogo oprócz mnie. Boli. Różnica w tym: jak? Różnica polega na stopniu bólu.

Ja nie mogłem znieść tego bólu. Dlatego zająłem się polityką, dlatego wystartowałem w wyborach – dlatego dzisiaj jestem sądzony.

To jest proces polityczny. Za co jestem sądzony?

Jestem sądzony za to, że próbowałem zostać prezydentem. Gotów jestem przyznać się do winy, która polega na tym, że prezydentem nie zostałem.

Jestem sądzony za to, że żądałem wolnych, sprawiedliwych, demokratycznych wyborów. Jestem gotów przyznać: to moja wina, że nie potrafiłem wymóc przeprowadzenia  wolnych, sprawiedliwych, demokratycznych wyborów.

Sądzony jestem za Plac. Pryznaje się do winy, iż do niego nie doszedłem. Jeśli zostanę skazany za to, zgodze się z wyrokiem. Niczego innego nie zawiniłem i nie zgodze się z żadnym wyrokiem oprócz uniewinniającego!

Dziękuję i do zobaczenia!”

Mam nadzieję, że było warto przeczytać.

Jeśli tak – w kolejnych wpisach zamieszcze tłumaczenia  wystąpień w sądzie innych skazywanych przez reżim Łukaszenki białoruskich opozycjonistów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak broniłem niepodległości Litwy

7 kwietnia 2011

Gdy odbywałem studenckie praktyki w “Rz”, koledzy z redakcji namawiali, abym napisał o radzieckim wojsku. Nie napisałem. Ani dla „Rz”, ani dla innej gazety, z którą współpracowałem, gdyż moja służba nie obfitowała w społecznie, czy politycznie istotne wydarzenia. Nie walczyłem z bronią w ręku, choć przez dwa lata byłem angażowany do niesienia warty. Wystrzeliłem za dwa lata służby, i to na samym początku, raptem sześć nabojów z „kałasznikowa” do tarczy. Wynik okazał się nie najgorszy, więc zapisano mi w książeczce wojskowej specjalizację „strzelec”.

Nie uważałem, zatem swoje doświadczenia z wojska za warte papieru gazetowego.

Prowadząc bloga na „blog.rp.pl”, pomyślałem, że jest to bardziej właściwe miejsce, by opowiadać takie rzeczy.

Dzisiaj będzie o tym, jak broniłem niepodległości Litwy jeszcze zanim Litwini ją proklamowali.

Do wojska trafiłem wiosną 1989 roku. Z Grodna wraz z grupą poborowych zawieziono mnie do Mińska, skąd samolotem przerzucono do Krasnojarska, do Szkoły Młodszych Specjalistów Lotnictwa, albo, jak nazywaliśmy to – uczebki. Nie byłem komsomolcem (odmówiłem wstąpienia), miałem narodowość Polak i nosiłem imię Andrzej (nie Andriej, jak sugerowano ojcowi w urzędzie stanu cywilnego, gdy mnie rejestrował w 1970 roku, lecz Andrzej, jak kazał zapisać urzędnikom tata). Taki zestaw nietypowych dla radzieckiego obywatela faktów ankietowych wespół z pozytywną charakterystyką szkolną i świadectwem maturalnym z samymi „czwórkami” i „piątkami”, wzbudził ciekawość ze strony oficera politycznego (zampolita) kompanii, do której mnie przypisano. Chyba podejrzewał, iż jestem nośnikiem jakiejś wrogiej ideologii, więc – na wszelki wypadek – zaczął mnie kompromitować, publicznie zniekształcając brzmienie mojego nazwiska i kładąc akcent na pierwszą sylabę. Z rosyjskiego to, jak mnie nazywał, można przetłumaczyć jako „Siusialnik”. Pewnego razu zwróciłem zampolitowi uwagę, iż przed nim w taki sposób próbowały mnie ośmieszyć koleżanki w szkole podstawowej. Zampolit nauczył się prawidłowego wymawiania nazwiska, ale mi nie odpuścił.

Rok 1989 był rokiem rozkwitu Pieriestrojki i Głasnosti, więc do zadań zampolita należało wychowanie patriotyczne żołnierzy między innymi w formie organizowania zalecanych przez partię debat na ostre tematy społeczne.

Jednym z takich tematów były niepokoje na Litwie, w której Sajudis nawoływał do proklamowania niepodległości od ZSRR. Właśnie to wybrał na temat debaty w moim plutonie zampolit. Mieliśmy rozstrzygnąć czy Litwini chcą niepodległości. Mnie, jako „elementowi” najbardziej antyradzieckiemu, zampolit kazał bronić tezy, iż Litwini niepodległości chcą.

W dniu debaty cały pluton zasiadł w Komnacie Leninowskiej. W prezydium – dowódcy kompanii i plutonu, zampolit oraz jakiś oficer, ze sztabu pułku. Pod bocznymi ścianami – koledzy z plutonu, a naprzeciw prezydium – ja i kolega, który zgodził się mi asystować.

Zampolit opowiedział, iż garstka rozrabiaków podżega naród litewski do buntu, choć zwykłym, normalnym, Litwinom podoba się życie w internacjonalnej rodzinie narodów ZSRR. Zaprzeczyłem, mówiąc, iż Litwini tak naprawdę nienawidzą władzy radzieckiej. Na poparcie swych słów opowiadałem, jak grodnianie (moja rodzina nie była wyjątkiem) tłumnie jeździli do leżącyh 20 kilometrów od Grodna Druskienik na zakupy (głównie po parówki i serdelki, które na Białorusi były strasznym deficytem). Otóż w Druskienikach w sklepie, aby kupić pożądany deficyt trzeba było odstać w długiej kolejce z Białorusinami. My jednak nigdy nie staliśmy, bo tata zawsze szedł na zaplecze sklepu, skąd po kilku minutach wracał z zakupami. Zagadywał z litewskimi sprzedawcami po polsku, a oni – na znak szacunku, iż jako Polak nie uległ totalnej w Białoruskiej SRR rusyfikacji – chętnie obsługiwali go bez kolejki. Dzisiaj rozumiem, iż tata po prostu znajdował wśród pracowników sklepu litewskich Polaków, których nie brakuje w południowej Litwie i dogadywał się z nimi. Obserwując bowiem dzisiejszy stosunek państwa litewskiego do Polaków, wątpie, iż posługiwanie się językiem polskim w komunikacji z Litwinami pomaga w załatwianiu jakiegokolwiek interesu.

Wtedy w Krasnojarsku posłużyłem się jednak tym i innymi przykładami niechęci Litwinów do władzy radzieckiej, dowodząc, iż marzą oni o samodzielnym bycie państwowym. Po debacie zampolit demokratycznie zaproponował, by o zwycięscy zdecydowali, słuchający dyskusji żołnierze. To był błąd. Koledzy z plutonu, po kolei wstając, ogłaszali: „Andrzej ma rację”. Uzasadniali werdykt tym, że pochodzą z różnych zakątkow ZSRR i nigdy nie byli na Litwie, więc skłonni ufać czlowiekowi, który tę Litwę i Litwinów widział na własne oczy.

Zampolit później „odwdzięczył” mi się za porażkę. Ale to już inna historia.

Około pół roku po debacie w Krasnojarsku parlament Litewskiej SRR proklamował niepodległość Republiki Litewskiej

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

Zaproszenie od redakcji rp.pl: Złóż swój wpis w refleksyjnej księdze wspomnień

Jak wyglądał Twój dzień 10 kwietnia 2010? Czy pamiętasz swoją reakcję po ogłoszeniu komunikatów prasowych? Podziel się z nami swoimi wspomnieniami w rocznicę tragedii smoleńskiej. Zjednoczmy się, celebrując w ten sposób pamięć o zmarłych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop