Posts Tagged „reprywatyzacja”<

Sądy wyręczą państwo przy reprywatyzacji

23 mar 2012

Polskie państwo w sprawie reprywatyzacji stało się niewiarygodne. Trudno brać jakiekolwiek deklaracje za dobrą monetę, skoro najważniejsze urzędy w Polsce w dalszym ciągu mieszczą się w budynkach zabranych przez komunistów byłym właścicielom.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy na sprawę reprywatyzacji, można stwierdzić, że przez ostatnie 20 lat nic się nie zmieniło, a zarazem zmieniło się bardzo wiele.

Państwo zawiodło, a jego stosunek do prywatnej własności niewiele się różni od tego, jaki mieli komunistyczni dygnitarze. W czasach III RP powstało blisko 20 różnych projektów ustaw, zakładających różne modele reprywatyzacji. Kolejne partie polityczne niosły na sztandarach hasła zwrotu prywatnej własności. Finał był zawsze podobny. Projekty i ustawy upadały.

Przed kilkoma laty pozbawił złudzeń byłych właścicieli rząd Donalda Tuska, wycofując się z prac legislacyjnych nad reprywatyzacją. Od tej pory zapadło milczenie. Dla rządzących problem zwrotu majątków przestał być istotny, tak samo jak przy każdym poprzednim podejściu.

Równocześnie jednak przez ostatnie 20 lat bardzo wiele się zmieniło. Inne jest podejście byłych właścicieli, którzy stracili nadzieję, że ktoś im coś po dobroci zwróci. Ruszyła lawina procesów sądowych i sporów z urzędnikami. Byli właściciele dostrzegli, że jest to jedyna droga i szansa na odzyskanie swoich majątków.

Te długoletnie już batalie sądowe zaczęły przynosić skutek. Coraz częściej udawało się przełamywać upór urzędników niechętnych reprywatyzacji.

Pewne znaczenie miała też wymiana pokoleniowa kadr urzędniczych. Młodsi, nieskażeni komunistyczną ideologią, nie prezentują już takiej zawziętości jak ich koledzy jeszcze w latach90.

W efekcie o zwrot nieruchomości jest łatwiej. Najlepiej idzie byłym właścicielom gruntów warszawskich. Ukształtowana linia orzecznicza i wyspecjalizowani prawnicy bardzo skutecznie upominają się o zawłaszczone majątki. Byli właściciele powoli odzyskują też dwory i pałace.

W najgorszej sytuacji są byli posiadacze ziemscy, którzy stracili swoje majątki na mocy reformy rolnej. Tutaj bolszewickie metody działają nadal. W najlepszym razie byłym właścicielom proponuje się łaskawie prawo pierwokupu zawłaszczonej przed laty nieruchomości.

Pewnie proces ten będzie się toczył jeszcze długo. Pojawia się jednak nadzieja, że sądy stopniowo będą wyręczać państwo zamknięte w gmachach zawłaszczonych pałaców.

Bolszewicki styl kontra reprywatyzacja

9 lis 2011

Spór o zamek w Suchej Beskidzkiej pokazuje jak na dłoni stosunek państwa do zwrotu nieruchomości byłym właścicielom.

Większość byłych właścicieli o zagrabione nieruchomości walczy na drodze administracyjnej i sądowej, bo ustawy reprywatyzacyjnej wciąż nie ma.

To często walka z wiatrakami. Choć orzeczenia sądowe wskazują, że nieruchomości należy zwracać, urzędnicy nie dają za wygraną i przedstawiają coraz to nowe dowody, często sięgające granic absurdu, tylko po to, aby nieruchomości nie oddać. Uaktywnili się, gdy kilka lat temu nastąpił przełom w orzecznictwie reprywatyzacyjnym. NSA stwierdził, że jeżeli nie było tzw. związku funkcjonalnego między dworem czy pałacem a nieruchomością rolną, budynki nie podlegają dekretowi o reformie rolnej i trzeba je zwracać.

Pojęcie „związek funkcjonalny” jest jednak pojemne, co łatwo wykorzystują urzędnicy.

Kiedy walcząca o nieruchomość w Lesku rodzina Krasickich udowodniła, że zabrany im po wojnie zamek nie był powiązany z majątkiem ziemskim, szybko znaleźli dowody, że to nieprawda. Stwierdzili, że w przyzamkowej stajni trzymano od siedmiu do dziesięciu koni cugowych i nie ulega kwestii, iż były karmione sianem pochodzącym z majątku.

W sprawie o zwrot Karczmy Wilanowskiej w Warszawie minister rolnictwa tak uzasadnił swoją negatywną decyzję: „Działalność gastronomiczna Karczma Wilanowska była związana z przemysłem rolnym, który opiera się na produktach rolnych służących produkcji żywności, a także produkcji piwa, alkoholu”. Inaczej mówiąc, jeżeli w restauracji się jadło, była to działalność rolnicza i podlegała dekretowi.

Taka argumentacja sprawia, że spory trwają latami. Z ogromną szkodą dla zabytkowych nieruchomości. Dziś w rękach państwa jest ponad 1000 dworów i pałaców. Jak pokazuje raport NIK z ubiegłego roku, ogromna część w fatalnym stanie. Gminy, a także Agencja Nieruchomości Rolnych nie są bowiem zainteresowane łożeniem na ich remont czy odbudowę, skoro roszczenia zgłaszają dawni właściciele. Determinacja, aby nie zwracać, jest jednak ogromna. Doprowadzenie do ruiny też jest sposobem na rozwiązanie problemu roszczeń. Bolszewickim.

Reprywatyzacyjna naiwność

31 mar 2011

Trzeba przyznać, że amerykańscy Żydzi, oburzeni przerwaniem prac nad ustawą reprywatyzacyjną, wykazali się dużą naiwnością. Sądzili, że przepisy naprawdę mogą zostać uchwalone. My nad Wisłą dawno już z tej naiwności zostaliśmy wyleczeni.

Od początku lat 90. w Polsce wszystkie kolejne rządy planowały swoje ustawy reprywatyzacyjne. W ciągu 20 lat powstało wiele projektów. Żadnego nie udało się przeforsować. Powód był zawsze ten sam: brak pieniędzy w budżecie.

Wiedzą o tym byli właściciele kamienic, dworów, nieruchomości ziemskich, więc informacje o kolejnej legislacyjnej porażce przyjęli z chłodną obojętnością. Są świadomi, że dla nich jedyną drogą do odzyskania własności są wieloletnie batalie sądowe. Cierpliwe znoszenie upokorzeń jest przy tym bezwzględnie pożądane, gdyż urzędnicy, a także sądy, piętrzą kolejne przeszkody.

Agencja Nieruchomości Rolnych oferuje np. byłym właścicielom ich własność na zasadzie pierwokupu. Składa propozycje typu: jeśli pan nie chce kupić, to sprzedamy pana dawną własność komuś innemu. Sprawy nie polepszył Naczelny Sąd Administracyjny, który orzeczeniem sprzed tygodnia utrudnił życie starającym się o rekompensaty zabużanom. W urzędach wojewódzkich uzasadnienia odmownych decyzji dotyczących zwrotu brzmią jak scenariusze kiepskich komedii.

Dlatego z dużym niepokojem oczekiwano w czwartek na werdykt Sądu Najwyższego, który mógł dobić i tak ledwo pełzającą reprywatyzację. Sąd stwierdził, że roszczenia byłych właścicieli nie przedawniły się i nadal mogą oni dochodzić swoich praw. Sukces jest jednak połowiczny, bo mogą żądać tylko majątku lub odszkodowań, ale nie utraconych korzyści.

Zbliżają się wybory i pewnie z ust najważniejszych polityków znowu padną deklaracje o konieczności rozliczenia się z przeszłością i zamknięcia wstydliwej karty. Jak jednak zaufać państwu, którego głowa urzęduje w prywatnych nieruchomościach Koniecpolskich, a prezydent stolicy rezyduje w dobrach Leszczyńskich?

Bolszewicka mentalność

14 paź 2010

Przeglądałem wczoraj niedawny raport Najwyższej Izby Kontroli na temat stanu nieruchomości przejętych przez państwo na mocy dekretu PKWN o reformie rolnej. I lektura, i dołączona do niej dokumentacja fotograficzna są porażające.

Stan większości dworów, pałaców i innych budynków, którymi zarządzają samorządy i Agencja Nieruchomości Rolnych, jest katastrofalny. Część nieruchomości bezpowrotnie popadła w ruinę i nie nadaje się do celów mieszkalnych. NIK w raporcie stwierdziła rażące niedbalstwo ANR i gmin, które przez wiele lat nie podjęły żadnych działań, aby zabezpieczyć zniszczone lub niszczejące obiekty.

Dlaczego? Nowym zarządcom nie opłaca się czynić nakładów na coś, co jest obciążone roszczeniami reprywatyzacyjnymi. O zwrocie byłym właścicielom też nie ma mowy. Administracyjne i sądowe batalie o zwrot nieruchomości przypominają zabawę w kotka i myszkę. Orzeczenia sądowe potwierdzające najczęściej prawa byłych właścicieli są bowiem nagminnie ignorowane przez urzędników, którzy wymyślają ciągle nowe powody, aby nic nie oddać.

Argumentacja, jakiej używają, jest często groteskowa. Kiedy walcząca o nieruchomość w Lesku rodzina Krasickich udowodniła, że zabrany im po wojnie zamek nie był powiązany z majątkiem ziemskim, w związku z czym nie mógł podlegać reformie rolnej, szybko znaleziono dowody, że to nieprawda.

Urzędnicy stwierdzili, że w zamku przebywało od siedmiu do dziesięciu koni cugowych i nie ulega kwestii, iż były one karmione sianem pochodzącym z majątku. To według nich dowodzi, że związek między zamkiem a majątkiem jednak istniał. Sprawa ciągle się toczy. Takie argumenty w sporach reprywatyzacyjnych to dziś standard.

Teraz wiele wskazuje na to, że urzędnicy wpadli na szatański plan, aby ostatecznie rozwiązać problem kłopotliwych nieruchomości. Komunikat jest krótki: państwo zabrało wam po wojnie nieruchomości, ale teraz może je łaskawie oddać, pod warunkiem że zapłacicie za nie cenę rynkową. Jeżeli nie chcecie, to sprzeda je w otwartym przetargu. Nie liczcie na żadne odszkodowania czy rekompensaty.

Niewiarygodne? Ale tak się naprawdę dzieje. Takie postępowanie to nic innego jak przypieczętowanie działań komunistów sprzed 60 lat w iście bolszewickim stylu. Pytanie tylko, czy przez ten czas naprawdę nic się nie zmieniło.