Posts Tagged „prawo”<

Pożywka dla polityków

15 lis 2011

Po zamieszkach, które kilka dni temu miały miejsce w Warszawie, politycy dwoją się i troją, przedstawiając kolejne proste recepty na rozwiązanie problemu. Pomysł jest zawsze taki sam: prawo trzeba zmienić, kary zaostrzyć, skazywać szybciej.

„Na pewno będzie zalecenie pana premiera, żeby karać zatrzymanych z całą bezwzględnością, bez względu na przynależność czy sympatie polityczne, czy narodowość. Wszyscy, którzy dopuszczali się dziś łamania prawa, muszą liczyć się z tym, że zostaną surowo ukarani” – powiedział po zamieszkach rzecznik rządu Paweł Graś. „Już nigdy żaden obcokrajowiec nie odważy się przyjechać do Polski, aby wywoływać burdy, (…) nigdy nie odważy się przyjechać na gościnne występy”– wtórował mu Krzysztof Kwiatkowski, minister sprawiedliwości.

Wypowiedzi te wydają się co najmniej zastanawiające, biorąc pod uwagę niezależność władzy sądowniczej od wykonawczej. Całe szczęście, że wymiar sprawiedliwości wydaje się odporny na tego rodzaju medialne akcje. W przeciwnym razie zalecenia polityków, jak mają orzekać sądy, prowadziłyby Polskę raczej do Rosji Putina niż demokratycznego europejskiego państwa prawa.

Czytaj cały tekst

Rodzina pod nadzorem

9 lis 2011

Państwo powinno zdecydowanie reagować na przemoc wobec najmłodszych. Pod jednym wszakże warunkiem: że w jego imieniu działają ludzie kompetentni i wyszkoleni. Niestety, nowe przepisy tego nie zapewnią.

Chodzi o tzw. niebieską kartę – można założyć ją rodzinie, jeżeli zajdą uzasadnione podejrzenia, że dziecku w domu dzieje się krzywda. Niebieska karta oznacza oddanie rodziny pod specjalną obserwację, swego rodzaju wotum nieufności wobec metod wychowawczych rodziców. Do niedawna prawo nadawania jej miały osoby specjalnie przeszkolone: policjanci oraz pracownicy socjalni.

Teraz takie uprawnienia uzyskały także szkoły. Idea szczytna, ale niesłychanie ryzykowna. Kolejna, bardzo liczna grupa zawodowa – nauczyciele – może ingerować w sprawy rodzin. W dodatku bez niezbędnego przeszkolenia i bez weryfikacji sytuacji (rozpoznania prawdomówności, wywiadu środowiskowego itp.).

Czy twórcy nowych przepisów wzięli pod uwagę możliwe nadużycia? Wszak w każdej szkole toczą się nieustanne wojny między nauczycielami i rodzicami. A niebieska karta może się stać niebezpieczną bronią w tej wojnie i przynieść więcej krzywd niż pożytku.

Rodzina jest nadzwyczaj delikatną tkanką, państwo powinno ingerować w nią jak najrzadziej i bardzo ostrożnie. Nowe przepisy to krok w stronę modelu skandynawskiego, który rodziny traktuje przedmiotowo, a wychowanie dzieci przekazuje w dużej mierze pod kuratelę urzędników. W myśl niebezpiecznej filozofii, że państwo jest mądrzejsze od obywateli.

Przeczytaj także artykuły:

Każdy nauczyciel może założyć niebieską kartę

Kto zagra niebieską kartą

Szpitali problem z osobowością

7 lip 2011

Ledwo ucichły kontrowersje związane z prywatyzacją służby zdrowia, a już mogą się pojawić nowe. Wszystko za sprawą obowiązującej od 1 lipca ustawy o działalności leczniczej, która umożliwi przekształcanie zakładów opieki zdrowotnej w spółki prawa handlowego.

Przez nieostry przepis kłopoty mogą mieć te szpitale i przychodnie, które nie zamierzają się przekształcić w spółki lub chcą to zrobić później. Eksperci nie są pewni, czy po zmianie przepisów wciąż mają one osobowość prawną. Bez niej ich funkcjonowanie na rynku może być bardzo utrudnione. Mogą mieć problemy np. z zawarciem kontraktu z NFZ, zakupem specjalistycznego sprzętu czy nawet zwykłym remontem.

Jako pierwszy na nieostry przepis zareagował rynek, a nie nasi legislatorzy. Firmy windykacyjne zaniepokoiły się, co będzie z egzekucją długów z takich placówek.

Diagnoza Biura Analiz Sejmowych jest prosta: ustawę lepiej znowelizować, tak na wszelki wypadek, aby nie było problemów, gdy sprawy zaczną trafiać do sądów. Bo sędzia siłą swojej dedukcji może wyczytać coś innego, niż chciał ustawodawca.

I tak to już u nas jest, że zamiast tworzyć dobrze przemyślane prawo, lepiej zrobić to szybko, a później nowelizować. Aż do skutku. Niektóre z dużych aktów prawnych, takie jak: kodeks pracy, kodeks karny czy ustawy podatkowe, nowelizowane są corocznie nawet kilkanaście razy. W ogromie zmian zagubieni są wszyscy, nawet prawnicy, którzy nie wiedzą, kto i kiedy czymś jeszcze ich zaskoczy.

Ofiarami zaś jesteśmy my, zwykli obywatele – w tym przypadku pacjenci, którzy za niechlujstwo legislacyjne zapłacą, nie mogąc się dostać do lekarza. Wśród twórców prawa natomiast odpowiedzialnych brak.

Jaka jest cena przetrwania Seremeta

9 maj 2011

Prokuratura, odseparowana od rządu, miała być całkiem apolityczna. Miało już nigdy nie być populistycznych konferencji prasowych, na których rzucane są genialne pomysły na walkę z przestępczością…

Andrzej Seremet wytrzymał cały rok. Od czasu objęcia stanowiska prokuratora generalnego wydawał się być odporny na różnego rodzaju „akcje” podejmowane przez rząd, mające – przynajmniej w teorii – służyć poprawie naszego bezpieczeństwa. Aż do wczoraj – kiedy nagle, w świetle reflektorów, zaczął rzucać pomysły na walkę z chuligaństwem doskonale wpisujące się w piarowską akcję rządu. Zaskoczył wszystkich, którzy wierzyli w nową jakość w prokuraturze.

Do tej pory dyżurnym orędownikiem populistycznych zmian w prawie karnym był Krzysztof Kwiatkowski. Minister gładko, niemal drukowanymi literami potrafił wskazać opinii publicznej niebezpieczeństwa i sposób ich szybkiej prawnej likwidacji. Teraz dołączył do niego prokurator generalny. Kwiatkowskiego można zrozumieć, wszak to polityk. Seremeta usprawiedliwiać trudno.

Szkoda, że tak się stało. Po rozdzieleniu stanowisk ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego miał dbać o prokuratorską niezależność i sprawne działanie struktur tej instytucji, z dala od polityki i telewizyjnych kamer. Dając się wciągnąć w polityczną akcję rządu, prokurator generalny zaprzeczył swojemu posłannictwu.

A może taka jest cena przetrwania? Sprawozdanie z rocznej działalności Andrzeja Seremeta ciągle przecież czeka na opinię premiera. To ona zdecyduje o jego losie.

Tylko, czy dla niezależnej prokuratury nie będzie to cena zbyt wysoka?

Mit szybkiej sprawiedliwości

4 maj 2011

Do niedawna na stadionach piłkarskich mieliśmy sędziego głównego, technicznego i liniowych. Ostatnio dołączono dwóch sędziów bramkowych. Wiele wskazuje na to, że podczas Euro 2012 pojawi się kolejna nowość – sędzia odmiejscowiony.

To spektakularny pomysł naszego resortu sprawiedliwości. Celem jest zagwarantowanie bezpieczeństwa podczas piłkarskich mistrzostw Europy. Miecz sprawiedliwości ma być wyjątkowo szybki. Zatrzymany pseudokibic zostanie osądzony od razu na miejscu – za pomocą połączenia wideokonferencyjnego.

Prokuratorzy już na internetowych forach żartują, że procesy powinny się odbywać podczas przerw, na płycie boiska, w obecności 50 tys.widzów. Widowisko byłoby nie lada, taki powrót do średniowiecza, kiedy nieszczęśników sądzono na rynkach miast i miasteczek.

Rzeczywiście, projekt ministerstwa trąci absurdem. Jako żywo przypomina osławione sądy 24-godzinne, które przez swój krótki żywot zajmowały się sądzeniem głównie woźniców i rowerzystów za jazdę po pijanemu. Czystym populizmem można nazwać argument, że dzięki sądom na stadionach uniknie się odbijania z policyjnych konwojów zatrzymanych. Bo nic nie wiadomo o tym, jakoby takie napady na konwoje były dotąd poważnym problemem.

Mało przekonujący jest też argument o szybkim tempie, w jakim sprawiedliwość dosięgnie pseudokibiców. Doświadczenia sądów 24-godzinnych pokazują, że szybko osądzić się nie da. Bo albo pseudokibic nietrzeźwy (a takiego sądzić nie wolno), albo nieletni, albo na dowód z monitoringu trzeba będzie czekać kilka dni, albo nie będzie obrońcy… A do tego większość pomeczowych burd wszczynana jest poza stadionami.

Pytanie więc po co to wszystko? Odpowiedź jest prosta. Akcja „kibic” wpisuje się w ton taniego piaru, którym raczy nas rząd Tuska, gdy pojawiają się jakieś problemy. Kibice demolują Litwę, na Legii rządzi „Staruch”, na meczach IV ligi tłuką się niemiłosiernie – trzeba więc pokazać, że coś robimy, nieważne jak, nieważny efekt, ważne, żeby było głośno i spektakularnie.

Dlatego dobrze się dzieje, że już teraz – zanim jeszcze przepisy zostały uchwalone, krytycznie reaguje środowisko prawnicze i Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego, która wcześniej wielokrotnie populistyczne zmiany w prawie karnym akceptowała bez protestu.

Populiści grzebią w kodeksie

7 kwi 2011

W mijającej kadencji Sejm uchwalił ponad 30 nowelizacji kodeksów karnych, z czego aż połowę w 2010 r. Kolejnych kilkanaście projektów zmian w kodeksie karnym, kodeksie postępowania karnego i kodeksie karnym wykonawczym czeka lub jest przygotowywanych w Ministerstwie Sprawiedliwości. Dalszych sześć znajduje się w Sejmie, ich autorami są posłowie i senatorowie.

Liczba tych zmian może wskazywać, że w Polsce zachodzą nieustannie jakieś istotne procesy społeczne mające wpływ na przestępczość, stąd potrzeba permanentnej reformy prawa karnego. Czy rzeczywiście?

Przeczytaj cały tekst

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

Zaproszenie od redakcji rp.pl: Złóż swój wpis w refleksyjnej księdze wspomnień

Jak wyglądał Twój dzień 10 kwietnia 2010? Czy pamiętasz swoją reakcję po ogłoszeniu komunikatów prasowych? Podziel się z nami swoimi wspomnieniami w rocznicę tragedii smoleńskiej. Zjednoczmy się, celebrując w ten sposób pamięć o zmarłych.

Prawo nie uznaje narodu śląskiego

5 kwi 2011

Eksperci Głównego Urzędu Statystycznego, konstruując ankiety dotyczące spisu powszechnego, otworzyli pole nie tylko politycznego, ale i prawnego sporu. Jak się bowiem okazuje, dopuszczenie do wpisywania w ankiecie spisu narodowości śląskiej jest sprzeczne z obowiązującym prawem, orzecznictwem Sądu Najwyższego, a także orzecznictwem strasburskim.

Jak wygląda ankieta? Narodowość śląska nie została w niej wymieniona, ale respondent będzie mógł ją wpisać sam. W efekcie w oficjalnym urzędowym raporcie podsumowującym spis znajdzie się najpewniej grupa ludzi przyznająca się do narodowości śląskiej.

A to z pewnością dla wielu Polaków będzie podstawą do kwestionowania prawomocności całego wpisu.

Sprawa narodowości śląskiej budzi emocje od wielu lat, dlatego GUS, przygotowując ankiety, powinien wykazać się większą ostrożnością.

Podczas poprzedniego spisu rachmistrzowie mogli odmówić wpisania w tę rubrykę nazwy grupy etnicznej, jeśli nie była ona narodowością. W tym roku urząd jednak uległ politycznej poprawności, a raczej po prostu presji niewielkiej, acz głośnej, grupy od lat głoszącej hasła odrębności Śląska. Gdzieś z tyłu pozostawiono nie tylko obowiązujący w Polsce porządek prawny, ale i powszechną świadomość społeczną, zgodnie z którą narodowość śląska nie istnieje.

Spór o narodowość Ślązaków był zawsze sprawą ogromnie drażliwą. Gdyby rozpatrywać tę kwestię jedynie w kontekście lokalnym, biorąc pod uwagę tradycje małych ojczyzn czy regionów, przyznawanie się do śląskości nie jest niczym nagannym. Można by nawet szukać pozytywnych stron takiego faktu.

Jednak deklaracja przynależności do narodowości śląskiej w oficjalnym spisie powszechnym może przynieść bardzo złe skutki, gdyż da polityczną legitymację grupie działaczy, którzy niekoniecznie biorą pod uwagę interes Rzeczypospolitej. A to musi niepokoić.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

Zaproszenie od redakcji rp.pl: Złóż swój wpis w refleksyjnej księdze wspomnień

Jak wyglądał Twój dzień 10 kwietnia 2010? Czy pamiętasz swoją reakcję po ogłoszeniu komunikatów prasowych? Podziel się z nami swoimi wspomnieniami w rocznicę tragedii smoleńskiej. Zjednoczmy się, celebrując w ten sposób pamięć o zmarłych.

Reprywatyzacyjna naiwność

31 mar 2011

Trzeba przyznać, że amerykańscy Żydzi, oburzeni przerwaniem prac nad ustawą reprywatyzacyjną, wykazali się dużą naiwnością. Sądzili, że przepisy naprawdę mogą zostać uchwalone. My nad Wisłą dawno już z tej naiwności zostaliśmy wyleczeni.

Od początku lat 90. w Polsce wszystkie kolejne rządy planowały swoje ustawy reprywatyzacyjne. W ciągu 20 lat powstało wiele projektów. Żadnego nie udało się przeforsować. Powód był zawsze ten sam: brak pieniędzy w budżecie.

Wiedzą o tym byli właściciele kamienic, dworów, nieruchomości ziemskich, więc informacje o kolejnej legislacyjnej porażce przyjęli z chłodną obojętnością. Są świadomi, że dla nich jedyną drogą do odzyskania własności są wieloletnie batalie sądowe. Cierpliwe znoszenie upokorzeń jest przy tym bezwzględnie pożądane, gdyż urzędnicy, a także sądy, piętrzą kolejne przeszkody.

Agencja Nieruchomości Rolnych oferuje np. byłym właścicielom ich własność na zasadzie pierwokupu. Składa propozycje typu: jeśli pan nie chce kupić, to sprzedamy pana dawną własność komuś innemu. Sprawy nie polepszył Naczelny Sąd Administracyjny, który orzeczeniem sprzed tygodnia utrudnił życie starającym się o rekompensaty zabużanom. W urzędach wojewódzkich uzasadnienia odmownych decyzji dotyczących zwrotu brzmią jak scenariusze kiepskich komedii.

Dlatego z dużym niepokojem oczekiwano w czwartek na werdykt Sądu Najwyższego, który mógł dobić i tak ledwo pełzającą reprywatyzację. Sąd stwierdził, że roszczenia byłych właścicieli nie przedawniły się i nadal mogą oni dochodzić swoich praw. Sukces jest jednak połowiczny, bo mogą żądać tylko majątku lub odszkodowań, ale nie utraconych korzyści.

Zbliżają się wybory i pewnie z ust najważniejszych polityków znowu padną deklaracje o konieczności rozliczenia się z przeszłością i zamknięcia wstydliwej karty. Jak jednak zaufać państwu, którego głowa urzęduje w prywatnych nieruchomościach Koniecpolskich, a prezydent stolicy rezyduje w dobrach Leszczyńskich?