Internet jako plac tortur

07/02/2012

Mamie małej Madzi grozi do pięciu lat pozbawienia wolności za nieumyślne spowodowanie śmierci córki. Do takiego wniosku doszła prokuratura po sekcji zwłok dziecka. W trakcie postępowania zarzuty mogą jeszcze ulec zmianie. Ale czy w tej sytuacji surowość kary ma jakiekolwiek znaczenie? Bo jaka kara może być surowsza od życia ze świadomością swojego czynu? Ze świadomością, od której  nigdy już nie będzie ucieczki. Czy nie warto się nad tym chwilę zastanowić, czekając na ostateczne ustalenia prokuratury i wyrok sądu?

Niestety, przeglądając najbardziej  popularne portale internetowe, które podsycają atmosferę sensacyjnymi informacjami i wyrwanymi z kontekstu zdaniami, wydaje się, że wyrok został już wydany. W sieci wszelkie granice podłości dawno już zostały przekroczone. I to przekroczone przez ludzi, których zadaniem jest przedstawianie rzetelnej, obiektywnej informacji.  Tu nie ma analizy ani spokojnej refleksji nad stanem rodziny. Jest za to brutalna nagonka, nastawiona na rozgłos.  Dały się w nią wkręcić tzw. autorytety, specjaliści z różnych dziedzin – od psychologii po kryminalistykę – którzy swoimi domysłami tworzą nowy, wirtualny wymiar tej historii. Coraz bardziej zaczyna to wszystko przypominać  średniowieczny rytuał palenia ofiar na stosie lub ścinania im głów na rynkach miast i miasteczek. Po upodleniu winnego trzeba go publicznie zabić ku uciesze gawiedzi.

Taki sposób przedstawiania i komentowania tragedii niepokoi, zwłaszcza w Internecie, który zajmuje coraz  większą część przestrzeni publicznej. Sprawa małej Madzi z całą bezwzględnością obnaża Internet jako medium pozbawione etycznych granic. Takich granic etycznych brakuje także wydawcom popularnych portali, dla których jedyną miarą wydaje się liczba kliknięć. Nic więcej.

Czy naprawdę chcemy, aby tak była opisywana i definiowana nasza rzeczywistość? Czy nowoczesne narzędzie komunikacji, które ma ambicje zastąpienia mediów tradycyjnych, będzie spełniać jedynie funkcję średniowiecznego placu, na którym katuje się ofiary? Może to tragiczne wydarzenie jest właściwą okazją, żeby zacząć o tym poważną dyskusję.

Internet – twardy orzech do zgryzienia dla Tuska

06/02/2012

Konsultacje rządu z internautami nie przyniosły chyba spodziewanego efektu.

Donald Tusk długo szukał sposobu na rozbrojenie bomby, jaką były coraz silniejsze kontrowersje wokół ACTA. Wybrał wariant sprawdzony, testowany podczas kampanii wyborczej na kibicach. Wtedy była debata twarzą w twarz z grupą niezadowolonych obywateli, deklaracje, że do sprawy trzeba wrócić i rozwiązać po wyborach tak, aby nikt nie był poszkodowany. A do społeczeństwa poszedł sygnał, że ognisko zapalne udało się opanować.

Tym razem nie wszystko się powiodło. Część organizacji, bardzo aktywnych w sprawie ACTA, zbojkotowała spotkanie, gdyż nie chciała uczestniczyć w propagandowym spektaklu. Wyszli bowiem z założenia, że na sali, w której może zmieścić się kilkaset osób, żadnych konstruktywnych wniosków – poza propagandowym sygnałem, że „premier rozmawia i rozwiązuje problem” – nie da się wypracować.

Ponieważ jednak internauci dysponują znacznie potężniejszą siłą przekazu niż kibice, premier nadal może mieć problem. Zwłaszcza że za dużo błędów on sam i jego ludzie popełnili na samym początku. Kluczowy był brak szerokich konsultacji, kiedy decydowały się losy ACTA. Obywatele zostali zaskoczeni tajemniczym dokumentem, który może mieć bliżej nieokreślone konsekwencje dla ich podstawowych wolności. Drugi poważny błąd popełniono później – kiedy polski ambasador w Tokio złożył podpis pod dokumentem. A zapowiedzi premiera, że „nie będzie wycofania podpisu”, ale również „nie będzie wniosku o ratyfikację” tak długo, jak długo Donald Tusk będzie miał wątpliwości, mogą być tylko pustym sloganem. Jeśli bowiem Unia Europejska przyjmie ACTA, a większość państw UE ratyfikuje umowę, nawet bez udziału Polski, będzie ona obowiązywała na całym jej obszarze.

Na razie urzędnicy w Brukseli wypowiadają się w uspokajającym tonie. Od kilku dni ślą do mediów ciepłe komunikaty na temat skutków ACTA i braku zagrożeń dla wolności obywatelskich. Prawdziwa dyskusja pewnie się tam jednak rozpocznie. Zwłaszcza, że Europejski Trybunał Sprawiedliwości wydał już orzeczenie, które podobne mechanizmy kontroli Internetu (jak te przewidziane w ACTA) kwestionował jako niezgodne z prawem unijnym. Parlament Europejski, który zajmie się tą sprawą, będzie miał ciężki orzech do zgryzienia. Nie uniknie tego również Donald Tusk, gdyż debata, którą zorganizował, nie uspokoiła coraz bardziej wrogiego mu  Internetu.

Szpitale w matni

20/01/2012

Wygląda na to, że szykuje się bubel prawny porównywalny z ustawą refundacyjną. Tym razem chodzi o obowiązujące od nowego roku przepisy, które miały zagwarantować ofiarom błędów medycznych szybkie odszkodowania.

System — stworzony przez Ministerstwo Zdrowia — w zamyśle był bardzo prosty. Szpitale wykupują obowiązkowo specjalne polisy, z których będą szły pieniądze dla pokrzywdzonych pacjentów, jeżeli udowodnią wcześniej przed specjalną komisją, że są ofiarami błędów szpitala.

Ustawa weszła 1 stycznia i od razu powiało horrorem. Najpierw okazało się, że zainteresowany sprzedażą takich polis, i to bardzo drogich, jest jedynie PZU, a zadłużonych szpitali nie stać na spełnienie nowego kosztownego obowiązku. W efekcie system może mieć problem z funkcjonowaniem.

Teraz, o zgrozo!, okazuje się, że w ustawie znajduje się przepis, zgodnie z którym jeżeli szpitale, nie wykupią specjalnej polisy mogą stracić kontrakty z NFZ, a nawet zaprzestać działalności leczniczej, przez wykreślenie z rejestru wojewody. Znając krwiożercze zapędy urzędników z NFZ dyrektorzy szpitali mają się więc czego obawiać.

Absurd tej sytuacji jest jednak tak duży, że zaskoczył samych urzędników. Nikt w Funduszu nie chce powiedzieć jak zachować się w obecnej sytuacji, milczy też Ministerstwo Zdrowia.

A sprawa wydaje się poważna. Bo niepozorny przepis, który miał pomoc pacjentom w dochodzeniu odszkodowań, może wysadzić w powietrze cały system finansowania szpitali.

Panie ministrze Arłukowicz! Po raz kolejny wzywamy do odpowiedzi.

Przeczytaj także artykuły:

Kolejna zmora pacjenta

Nie wiadomo, kto zapłaci chorym

Czy będzie bitwa o prokuraturę

18/01/2012

Sprawa generała Parulskiego może wywołać konflikt na szczytach władzy.

Samobójcza próba płk. Mikołaja Przybyła ma swój dalszy ciąg. Prokurator Generalny złożył dziś wniosek o odwołanie swojego zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego gen. Krzystofa Parulskiego.

Wygląda więc na to, że ujawniony po sprawie Przybyła  spór  na szczytach prokuratury będzie miał swoje konsekwencje.

Po ostrej publicznej krytyce jaką Seremet usłyszał od swojego podwładnego w ubiegłym tygodniu, wydawało się, że sprawa jest przesądzona, gdyż Prokurator Generalny otwarcie twierdził, że nie wyobraża sobie dalszej współpracy z Parulskim”. Żadnego ruchu w tej sprawie jednak nie wykonał, przeszkodą była zapewne niejasna postawa Prezydenta i premiera, którzy dalecy byli od deklaracji, że potrzebne są   pilne zmiany kadrowe.

Teraz wydaje się, że decyzje polityczne przynajmniej w Kancelarii Premiera zapadły i Seremet otrzymał zielone światło, składając odpowiedni wniosek do szefa MON.

Dużym znakiem zapytania będzie teraz stanowisko prezydenta, gdyż to w jego rękach ostatecznie leży los generała. Warto przypomnieć, że Bronisław Komorowski nie zgodził się już na wymianę szefa pionu śledczego IPN, o co wnioskował Andrzej Seremet. Wato też pamiętać, że awans Parulskiego na stopień generała brygady był jedną z pierwszych nominacji generalskich obecnego prezydenta.

Prezydentowi może więc nie być na rękę osłabianie swoich wpływów w prokuraturze. Taka decyzja osłabiłaby również Andrzeja Seremeta, z które zdaniem w sprawie kluczowych zmian personalnych, w instytucji, w której kieruje nikt się nie liczy. A to oznacza początek chyba pierwszego poważnego konfliktu między głównymi ośrodkami władzy Prezydentem i premierem.

Zgodnie z ustawą Naczelnego Prokuratora Wojskowego, który jest zastępcą Prokuratora Generalnego, powołuje i odwołuje prezydent. Wniosek w tej sprawie składa Prokurator Generalny w porozumieniu z szefem MON.

Posłowie nie nadążą z poprawkami

15/01/2012

Aż strach zaglądać do ustawy refundacyjnej, gdyż nie ma dnia, aby jej treść nie przynosiła nowych sensacyjnych wiadomości.

Po wpadce z zasadami refundacji leków oraz problemach z receptami i rozliczeniami z NFZ, z którymi nie możemy się uporać do dziś, wydawało się, że limit lekkomyślności, niechlujstwa pomieszanego z kompletną ignorancją naszych legislatorów został wyczerpany. Nic bardziej mylnego!

Twórcy ustawy wyszli z założenia (skądinąd słusznego), że trzeba ograniczyć patologię na linii koncerny farmaceutyczne – szpitale. Koncerny bowiem różnymi sposobami, niekoniecznie etycznymi, próbowały zwiększyć sprzedaż swoich produktów.

Jednym z tych sposobów były darowizny. Szpitale chętnie przyjmowały w darze np. refundowane leki, których nadwyżki (nierzadko przeterminowane) miały być utylizowane.

Ustawodawca zakazał więc wszelkich zachęt związanych z refundacjami, w tym również darowizn sprzętu, jeżeli ich stosowanie wiąże się z wydatkami budżetowymi. Najlepszym przykładem są pompy insulinowe, na które ostatnio zbierała pieniądze orkiestra Jerzego Owsiaka. Wiele wskazuje więc na to, że zgodnie z nową ustawą pompy  zakupione przez Owsiaka  nie będą mogły trafić do szpitali.

Najwyraźniej w legislacyjnym zapale zabrakło wyobraźni, nikt bowiem nie przewidział, że niektóre dary wcale nie wynikają z biznesowej kalkulacji, ale z potrzeby serca. I dotyczy to nie tylko Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ale też innych fundacji wspierających naszą służbę zdrowia, których jest całkiem sporo. Niejasne przepisy sprawiają, że organizacje te muszą się teraz dobrze zastanowić nad tym, jak dalej funkcjonować.

Problem jest poważny, bo kara za nieprzestrzeganie przepisu to 100-krotna wartość przekazanych darów. Doświadczenie uczy, że odpowiednie urzędy i inspekcje nie mają litości, a dobre serce darczyńcy nie jest tu żadnym argumentem. Naliczenie podatku od bezpłatnej pomocy prawnej czy charytatywnych esemesów może być najlepszym przykładem.

Sejm właśnie dokonał pilnej nowelizacji ustawy refundacyjnej, która ma zgasić pożar związany z receptami. Jednak jeśli w podobnym tempie będą ujawniane kolejne niedoróbki, posłowie mogą nie nadążyć z poprawkami.

Strażnik mętnej wody

02/01/2012

Od kilku tygodni trwa medialny spektakl związany z zamieszaniem wokół list leków refundowanych i recept. Rząd działa chaotycznie, sprawiając wrażenie, jakby całą sprawą był bardzo zaskoczony. Sprowadza ją zresztą wyłącznie do hasła walki z krwiożerczymi koncernami farmaceutycznymi o tańsze leki oraz do grożenia buntującym się lekarzom, w imię dobra pacjenta – oczywiście. Takie działania nastawione na medialny efekt wydają się jednak coraz mniej przekonujące.

Wpadka jest bowiem zbyt duża i dotyczy bardzo delikatnej i ważnej sfery, jaką jest zdrowie publiczne. W tym obszarze na żadne niejasności czy znaki zapytania nie powinno być miejsca. Państwo tymczasem zafundowało i funduje nadal obywatelom, często ludziom chorym i starszym, niepewność, i to poczucie bezpieczeństwa bezmyślnie niweczy.

Czytaj cały tekst

Ziobro w butach Palikota

19/12/2011

Partia tworzona przez wyrzuconych z PiS eurodeputowanych Zbigniewa Ziobrę i Jacka Kurskiego ma się stać prawicową odpowiedzią na Ruch Palikota. Zdaniem ekspertów, jeśli zrealizuje swoje założenia, może przemeblować prawą stronę sceny politycznej – tak jak Ruch Palikota wstrząsnął lewicą – pisze dzisiejsza Rzeczpospolita.

Jak Solidarna Polska zamierza do tego doprowadzić? Pierwszy krok to mocne akcentowanie w mediach, że nowy ruch to partia Zbigniewa Ziobry. „Poprosiliśmy już sondażownie, by w swoich badaniach używały nazwy Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry” – przyznaje Patryk Jaki, rzecznik Klubu SP.

Partia, która balansuje na krawędzi 2 proc. poparcia, nie ma nic do stracenia. Fantazji liderowi SP tymczasem nie brakuje. – W czasie studiów prawniczych potrafił wdrapać się na sosnę i tam wkuwać kodeks cywilny, podziwiając przy tym piękne widoki górskie! – pisze „Super Ekspres”, pokazując inną twarz Zbignirwa Ziobro.

- Moją pasją w czasach studenckich było chodzenie po górach. W pięknym punkcie widokowym wchodziłem na sosnę, zostawałem tam i studiowałem kodeksy – wyznaje „SP” europoseł.

Wsparciem dla działań Ziobro ma być Tadeusz Cymański, który jak informuje Polska the Times ma być specjalną twarzą SP.

Europoseł na ostatniej konferencji już zapowiedział legislacyjną  ofensywę. Jego klub zgłosi pakiet projektów ustaw, które wprowadzają m.in. 40 proc. podatek dla najbogatszych.

- Nasze propozycje to jest wyraz solidaryzmu. W wielu krajach Europy Zachodniej tak się dzieje – twierdzi Cymański

Szerzej propozycje SP analizuje „Nasz dziennik”. Ugrupowanie proponuje podwyżkę podatków dla najlepiej zarabiających z 32 proc. do 40 proc. przy jednoczesnej obniżce stawki podatkowej dla osiągających najmniejsze dochody – z 18 proc. do 12 procent. Solidarna Polska postuluje także podwyżkę zasiłków rodzinnych i podniesienie progu dochodowego uprawniającego do korzystania z zasiłku, aby wsparciem objąć większą liczbę rodzin. Propozycje w formie  projektów ustaw mają trafić do Sejmu – informuje „Nasz Dziennik”.

Ubezpieczenie od kolejki do lekarza

13/12/2011

Rząd chce wprowadzić dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne dla pacjentów. Ma to rozwiązać problem dostępności do świadczeń medycznych i skrócić kolejki do lekarza. Krok w stronę komercjalizacji służby zdrowia rodzi jednak kontrowersje. Rzecz bowiem w szczegółach.

Jedną z zachęt do wykupienia polisy jest możliwość szybszego skorzystania z leczenia. W efekcie o szybkości dostępu do zabiegu w państwowym szpitalu mogą już nie decydować względy medyczne, ale zasobność portfela pacjenta. Rodzi to poważne wątpliwości konstytucyjne.

Problematyczna jest też powszechność takiego systemu. Brak ulg podatkowych i innych wyraźnych zachęt może spowodować, że z dodatkowego ubezpieczenia skorzystają nieliczni. Zwłaszcza że – jak pokazują badania – obecnie prywatną (dodatkową) opieką zdrowotną zainteresowany jest zaledwie co 16. Polak. Powód jest prozaiczny: rodzin nie stać na comiesięczny wydatek rzędu co najmniej kilkudziesięciu złotych za osobę w zamian za abonament w prywatnej firmie medycznej.

Po drugiej stronie są osoby zamożne, dla których wykupienie abonamentu nie jest wielkim wysiłkiem. Problem jednak polega na tym, że ci już płacą za leczenie, np. w prywatnych firmach medycznych. Szacuje się, że rocznie Polacy wydają na zdrowie blisko 30 miliardów złotych. Pytanie, jak tych wszystkich ludzi zachęcić do przejścia do nowego systemu. Ustawodawca musi mieć to na względzie.

W przeciwnym razie nowy system przerodzi się jedynie w maszynkę do wyciągania pieniędzy od zamożniejszych pacjentów w zamian za lepsze traktowanie w państwowych placówkach służby zdrowia. W istocie dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne stanie się ubezpieczeniem od kolejki dla wybranych.

Czytaj również: Bez kolejki do lekarzy?

Stan do ruszenia

12/12/2011

Pomysł likwidacji stanu spoczynku sędziów i prokuratorów był nieprzemyślany, stąd też zgasł bardzo szybko.  Nad reformą emerytur wymiaru sprawiedliwości warto się jednak zastanowić – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Myśl premiera Donalda Tuska rzucona w expose o konieczności zmian „specyficznych uprawnień wynikających ze stanu spoczynku” zaczęła żyć własnym życiem. Zapowiedzią wydawali się być zaskoczeni zarówno w resorcie finansów, jak i sprawiedliwości, gdzie – jak się wydaje – nie powstała wcześniej rzetelna analiza skutków ewentualnych reform.

Pomysł od samego początku wydawał się karkołomny, a cel, jaki miał osiągnąć, czyli oszczędności budżetowe – wątpliwy.

Akademicko – bo żadne konkrety nie padły – pomysł można było rozważać w dwóch wariantach. W pierwszym stan spoczynku byłby „skasowany” wszystkim, pracującym sędziom i prokuratorom oraz tym, którzy weszli już w stan spoczynku i korzystają z uprzywilejowanych emerytur. I w drugim wariancie: przywileje emerytalne traciliby tylko nowi przychodzący do zawodu.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl/opinie

Najwyższy czas otworzyć reglamentowane zawody

28/11/2011

Jest taka dziedzina, w której Polska jest absolutnym liderem w Europie. A pewnie i poza nią również. Chodzi o liczbę zawodów, na których wykonywanie potrzebne są zezwolenia, licencje, koncesje, zgody państwowych i branżowych komisji oraz gremiów. Mamy obecnie blisko 400 zawodów reglamentowanych. To prawie osiem razy więcej niż w krajach bałtyckich. Daleko w tyle pozostawiamy też kraje skandynawskie i naszych zachodnich sąsiadów.

Część reglamentowanych profesji swoimi korzeniami tkwi głęboko w PRL, gdzie pieczątki i zaświadczenia były podstawą funkcjonowania. Niektóre powstały całkiem niedawno, a jeszcze inne wciąż powstają – tak jak profesja doradcy energetycznego, a wkrótce doradcy ds. klimatyzacji. Już nie zwykły hydraulik, ale taki ze specjalnym państwowym certyfikatem i po płatnym szkoleniu będzie mógł stwierdzić, czy w naszym samochodzie lub mieszkaniu nie wycieka groźna substancja – zabójcza dla klimatu.

Sztandarowym bodaj przykładem koncesjonowania zawodu jest przewodnik turystyczny. Varsavianista, podobnie jak historyk sztuki, ma zgodnie z polskim prawem zbyt niskie kwalifikacje, aby oprowadzać wycieczki po Warszawie. A gdyby mimo wszystko chciał to robić, grozi mu za to surowa grzywna. Do prawdziwego absurdu doprowadzono też zawód pośrednika pracy. Reglamentacja przebiega stopniowo: mamy pośrednika-stażystę, zwykłego pośrednika, pośrednika I i II stopnia. Szczeble awansu są ściśle określone ministerialnymi rozporządzeniami.

Takich przykładów mamy setki, nic więc dziwnego, że nawet skończenie specjalistycznych studiów nic nie daje. Dla młodego człowieka dyplom magistra to dopiero początek co najmniej kilkuletniej drogi przez mękę do upragnionego zawodu: przez płatne szkolenia, komisje i zgody łaskawych prezesów, którzy bardzo dbają o czystość swojej profesji i o to… aby na rynku nie było zbyt dużej konkurencji.

Dlatego rządowym planom dotyczącym otwarcia reglamentowanych zawodów można tylko przyklasnąć.

Wiele się mówi w ostatnich miesiącach o umowach śmieciowych i braku perspektyw dla młodych ludzi po studiach. Zniesienie ograniczeń lub ich liberalizacja jest właściwym krokiem, by to zmienić. Bez specjalnych wydatków budżetowych można ułatwić wejście na rynek pracy tysiącom ludzi.

Zobacz także artykuły:

Rząd zdejmie młodym korporacyjne dyby

Kudrycka: będzie mniej magistrów