Komercjalizacja szpitali: kolejne podejście

20/05/2012

Ministerstwo Zdrowia chce, aby szpitale, którym wyczerpały się limity zakontraktowane w NFZ na dany rok, mogły swobodnie leczyć pacjentów za pieniądze.

Pomysł na pierwszy rzut oka wygląda racjonalnie. Bo po co lekarze i specjalistyczny sprzęt mają stać bezczynnie, czekając czasami długimi miesiącami na nowy kontrakt z Funduszem? Pacjent i tak na tym nic nie traci, a nawet może zyskać. Ma prosty wybór: czekać na nowy kontrakt albo zapłacić i zostać przyjętym od ręki.

Korzyści dla chylącej się ku upadkowi służby zdrowia będą ogromne. Znikną wreszcie problemy wielu zadłużonych szpitali, którym otworzy się źródło stałej i pewnej gotówki – innymi słowy służba zdrowia zostanie uratowana przed kryzysem na miarę greckiego.

Wszystko więc wydaje się OK. Tyle, że w rzeczywistości tak nie jest.

Obecnie bowiem powszechną praktyką w placówkach służby zdrowia, którym kończą się limity, są tzw. nadwykonania. Szpitale, mimo że pieniądze się skończyły, leczą dalej bezpłatnie, z nadzieją, że później uda im się wyszarpać pieniądze z NFZ. I zazwyczaj się udaje. Gra idzie co roku o setki milionów złotych, dzięki którym tysiące pacjentów nie muszą czekać.

A jak sytuacja będzie wyglądać, jeśli nowe przepisy wejdą w życie? Czy szpitale, zwłaszcza placówki specjalistyczne, nadal będą skore do takich nadwykonań? Po co dyrektor kliniki z najnowocześniejszym sprzętem miałby się szarpać o każdy grosz z Funduszem za nadwykonania bezpłatnych zabiegów, skoro kolejka pacjentów z grubymi portfelami, również z zagranicy, ustawi się sama?

Na tym polega przewrotność tego rozwiązania. NFZ tanim kosztem zaoszczędzi miliony złotych, ale kosztem obywateli – nie będzie ich leczył za darmo, choć państwo wcześniej pobrało za to składki.

Pacjent przeżył już zamieszanie wokół list refundowanych leków, wzorów recept, bunty lekarzy i farmaceutów. Czy i tym razem sobie poradzi?

Jak radca z adwokatem

15/05/2012

Uzyskanie przez radców prawnych możliwości reprezentowania klientów w sprawach karnych może być początkiem prawdziwej rewolucji w zawodach prawniczych. Zniknie bowiem jedna z niewielu różnic, która oddzielała tę profesję od zawodu adwokata.

Kolejnym krokiem, uczciwym z tej perspektywy, może być więc zlikwidowanie zakazu pracy na etatach dla samych adwokatów. Wtedy różnica między zawodami pozostanie jedynie iluzoryczna. A to może oznaczać, że upadną ostatnie argumenty przeciwko fuzji obu zawodów, o której w środowiskach rządowych mówi się od kilku lat.

Plany resortu sprawiedliwości nie wszystkim się podobają. Niezadowoleni są przede wszystkim adwokaci, którzy podnoszą, że radcowie nie mają wystarczających kompetencji, aby prowadzić sprawy karne. Skutkiem tego mogłoby być obniżenie standardów obrończych.

Oczywiście jest takie zagrożenie, jednak patrząc w przód w perspektywie kilku lat, kiedy obecnie przeprowadzana zmiana wymusi również zmiany w systemie kształcenia aplikantów, świeżo upieczony radca nie będzie ustępował wiedzą młodemu adwokatowi. I oceniając projekt Ministerstwa Sprawiedliwości, warto o tym pamiętać.

Niewątpliwie zmiana dla części środowiska adwokackiego może mieć przykre skutki finansowe. Blisko 14-tysięczna korporacja będzie musiała bowiem zaakceptować w sądach karnych  -  przynajmniej teoretycznie  -  znacznie większą grupę 30 tys. radców. Zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, gdzie zapotrzebowanie na usługi prawnicze jest ciągle niewielkie, może to mieć znaczenie dla prawniczych kieszeni.

Z perspektywy klienta korzystającego z usług prawniczych sytuacja będzie wyglądać jednak zupełnie inaczej. Dla przeciętnego zjadacza chleba podział między radcami i adwokatami był kompletnie niezrozumiały. A poszerzenie kręgu kompetentnych obrońców może mieć tylko pozytywne skutki.

Kto się boi prokuratury

22/04/2012

Pomysł, aby posłowie za pośrednictwem komisji sejmowych mieli kontrolować pracę prokuratury, jest niebezpieczny.

Resort sprawiedliwości, forsując zmiany, przekonuje, że władza powinna mieć wpływ na politykę karną państwa. Wszelkie próby protestów, krytyki – że jest to krok w stronę upolitycznienia tej instytucji – gasi stwierdzeniem, iż posłowie nie będą mogli pytać o pojedyncze śledztwa, gdzie łatwo o nacisk i przecieki. Będą mogli dowiadywać się jedynie ogólnie – np. o przestępczość narkotykową czy drogową.

Na pierwszy rzut oka wszystko jest OK. Bo niby dlaczego politycy, którzy przecież nas reprezentują, nie mieliby prawa mieć ogólnych informacji na temat przestępczości, aby w razie problemów szybko reagować, zmieniając przepisy.

Jednak praktyka, jak często bywa, może dalece odbiegać od teorii. Bo posłowie, którym nie będzie wolno spytać wprost o np. katastrofę smoleńską, mogą zapytać o politykę karną i stan śledztw w sprawach katastrof lotniczych w ostatnich latach. A tą ścieżką z łatwością dojdą nawet do wrażliwych szczegółów konkretnego śledztwa.

Warto też pamiętać, że już obecnie rząd i posłowie nie mają najmniejszych problemów z uzyskaniem informacji o działaniach prokuratury. Prokurator generalny składa bowiem co roku obszerne sprawozdanie ze swojej działalności, a bardzo rozbudowana prokuratorska statystyka jest na wyciągnięcie ręki.

Po co więc zmiany? Czy wydarzyło się coś nadzwyczajnego? Czy np. gwałtownie wzrosła przestępczość w jakiejś dziedzinie? Nic takiego.

Trudno znaleźć powód do zmian. Być może przesądziła o nich medialna, choć nieistotna z punktu widzenia państwa, samobójcza próba płk. Przybyła i późniejsza awantura na szczytach prokuratury. A może sprawa więzień CIA, gdzie prokuratura chyba po raz pierwszy na taką skalę zaczęła w sposób niekontrolowany pytać o rolę politycznych elit…

Jedno jest pewne, dwa lata po uniezależnieniu się prokuratora generalnego od polityków nie ma żadnego merytorycznego powodu, aby teraz tę niezależność ograniczać. Pomysł Jarosława Gowina może być początkiem takich ograniczeń. Jest więc niebezpieczny z punktu widzenia państwa i obywateli. Dlatego minister powinien się z tych propozycji jak najszybciej wycofać.

Informacje coraz mniej ściśle tajne

18/04/2012

Wczoraj Trybunał uznał za niezgodną z konstytucją procedurę przyjęcia słynnej poprawki Rockiego. Miała ona ograniczać obywatelom dostęp do informacji publicznych w sytuacjach, gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo gospodarcze państwa. Co się pod tym kryje, poprawka nie precyzowała, stwarzając ogromne pole do nadużyć.

Dlatego z decyzji Trybunału należy się cieszyć, bo sama poprawka, jak i forma jej uchwalenia, była skandaliczna i słusznie, że znalazła swoje właściwe miejsce, czyli w koszu na śmieci. I może będzie to dostateczne ostrzeżenie dla naszych legislatorów, aby więcej tego rodzaju kpin z prawa i z wyborców nie robić.

Zwłaszcza że coraz częściej obywatele mają ochotę patrzeć władzy na ręce, coraz śmielej korzystając z ustawy o dostępie do informacji publicznej. Po prostu wiemy, jakie są nasze konstytucyjne prawa, i chcemy z nich korzystać.

Szkoda, że nie zawsze tę wiedzę mają urzędnicy, którzy bardzo niechętnie dzielą się swoją wiedzą i dorobkiem. Najbardziej oporne są urzędy najniższych szczebli oraz wszelkiego rodzaju służby ze swoim zamiłowaniem do utajniania wszystkiego.

Ich opór (np. w sprawie informacji o liczbie zakładanych podsłuchów) zazwyczaj kruszą dopiero orzeczenia sądów administracyjnych. Na szczęście w ostatnich latach takich orzeczeń jest coraz więcej.

To pokazuje, że system dostępu do informacji publicznej nieźle działa, gdy spojrzeć na regulacje prawne, ale gorzej wypada przestrzeganie przepisów. Tu nawyki mentalne, zakorzenione w głębokim PRL, są nieraz silniejsze, stanowiąc jedyny drogowskaz dla urzędników.

Niestety zdarza się, że zły przykład dają też politycy. Nie tak dawno prezydent RP przegrał w sądzie, gdyż nie chciał udostępnić ekspertyz dotyczących OFE, twierdząc, że nie są informacją publiczną. W sądzie przegrywał też premier Donald Tusk. To, że zły przykład dają najważniejsze osoby w państwie, jest niepokojące, bo, jak wiemy, ryba psuje się od głowy.

Prawo podatkowe powinno być dla ludzi

17/04/2012

Tuż przed świętami został opublikowany raport Lewiatana prezentujący czarną listę barier dla rozwoju przedsiębiorczości. Spora część tego raportu była poświęcona regulacjom podatkowym, które niejasne, zbyt rozbudowane utrudniają życie firmom.

W tym samym czasie na łamach Rzeczpospolitej tekst ustawy o VAT analizował językoznawca, nazywając go wyrafinowanym tekstem prawniczym. Bo zwykły przedsiębiorca bez specjalistycznych konsultacji, kompletnie tej ustawy nie zrozumie. A jeśli podejmie próbę zrozumienia, może to okazać się ryzykowne i skończyć się, mimo najlepszych intencji, na konflikcie z fiskusem. A konsekwencje finansowe tego konfliktu bywają dotkliwe.

Dlaczego ustawa, która została stworzona dla przedsiębiorców i ma im ułatwić życie, być drogowskazem w prowadzeniu biznesu, jest tego kompletnym zaprzeczeniem? Nie wiadomo.

Najnowszy projekt ustawy o VAT autorstwa urzędników z resortu finansów w zamyśle miał wprowadzić ułatwienia dla przedsiębiorców. Jednak nie dokonał się tu żaden przełom. A pozorne ułatwienia i udogodnienia mogą tylko dodatkowo skomplikować życie podatnikom. Bo są trudne do zrozumienia  a do obecnych przepisów, chociaż także niezrozumiałych, przedsiębiorcy zdążyli się już przyzwyczaić.

Teraz wyrywkowych zmian jest tak dużo, że trzeba będzie dobrych kilku lat, aby przedsiębiorcy, a tak naprawdę opłacani przez nich doradcy podatkowi, nauczyli się przepisów od nowa, bez ryzyka, że popełnią błąd przy ich stosowaniu.

Dlatego trudno się spodziewać, aby zmiany – nawet jeśli propagandowo będą reklamowane jako probiznesowe – wywołały entuzjazm u przedsiębiorców. Bo przedsiębiorcy wolą stabilność przepisów, niż zmiany na lepsze, których efekt jest niejasny, a wymowa niejednoznaczna.

Czas już, aby zmieniła się w Polsce filozofia podejścia do prawa podatkowego  powinno być ono tworzone dla zwykłych przedsiębiorców, a nie tylko dla grupy wtajemniczonych. Być może stanie się to, kiedy w resorcie finansów dojdzie do wymiany pokoleniowej legislatorów.

Sądy wyręczą państwo przy reprywatyzacji

23/03/2012

Polskie państwo w sprawie reprywatyzacji stało się niewiarygodne. Trudno brać jakiekolwiek deklaracje za dobrą monetę, skoro najważniejsze urzędy w Polsce w dalszym ciągu mieszczą się w budynkach zabranych przez komunistów byłym właścicielom.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy na sprawę reprywatyzacji, można stwierdzić, że przez ostatnie 20 lat nic się nie zmieniło, a zarazem zmieniło się bardzo wiele.

Państwo zawiodło, a jego stosunek do prywatnej własności niewiele się różni od tego, jaki mieli komunistyczni dygnitarze. W czasach III RP powstało blisko 20 różnych projektów ustaw, zakładających różne modele reprywatyzacji. Kolejne partie polityczne niosły na sztandarach hasła zwrotu prywatnej własności. Finał był zawsze podobny. Projekty i ustawy upadały.

Przed kilkoma laty pozbawił złudzeń byłych właścicieli rząd Donalda Tuska, wycofując się z prac legislacyjnych nad reprywatyzacją. Od tej pory zapadło milczenie. Dla rządzących problem zwrotu majątków przestał być istotny, tak samo jak przy każdym poprzednim podejściu.

Równocześnie jednak przez ostatnie 20 lat bardzo wiele się zmieniło. Inne jest podejście byłych właścicieli, którzy stracili nadzieję, że ktoś im coś po dobroci zwróci. Ruszyła lawina procesów sądowych i sporów z urzędnikami. Byli właściciele dostrzegli, że jest to jedyna droga i szansa na odzyskanie swoich majątków.

Te długoletnie już batalie sądowe zaczęły przynosić skutek. Coraz częściej udawało się przełamywać upór urzędników niechętnych reprywatyzacji.

Pewne znaczenie miała też wymiana pokoleniowa kadr urzędniczych. Młodsi, nieskażeni komunistyczną ideologią, nie prezentują już takiej zawziętości jak ich koledzy jeszcze w latach90.

W efekcie o zwrot nieruchomości jest łatwiej. Najlepiej idzie byłym właścicielom gruntów warszawskich. Ukształtowana linia orzecznicza i wyspecjalizowani prawnicy bardzo skutecznie upominają się o zawłaszczone majątki. Byli właściciele powoli odzyskują też dwory i pałace.

W najgorszej sytuacji są byli posiadacze ziemscy, którzy stracili swoje majątki na mocy reformy rolnej. Tutaj bolszewickie metody działają nadal. W najlepszym razie byłym właścicielom proponuje się łaskawie prawo pierwokupu zawłaszczonej przed laty nieruchomości.

Pewnie proces ten będzie się toczył jeszcze długo. Pojawia się jednak nadzieja, że sądy stopniowo będą wyręczać państwo zamknięte w gmachach zawłaszczonych pałaców.

Czy warto otwierać korporacje

15/03/2012

Jarosław Gowin, minister sprawiedliwości, ogłosił plan deregulacji blisko 50 profesji. Docelowo zniesienie bądź ograniczenie barier może objąć ponad sto zawodów.

Zdaniem autorów reforma ma zmniejszyć bezrobocie wśród młodych ludzi wchodzących na rynek pracy, a także zwiększyć konkurencję na rynku.

Sprawa budzi ogromne emocje i kontrowersje, zwłaszcza wśród zainteresowanych środowisk. Słyszy się, że  taka reforma to jedynie propagandowy zabieg,  że na rynek pracy nie będzie miała wpływu,  pogorszy tylko jakość usług  taksówkarzy  czy pośredników nieruchomości.

Inne zarzuty dotyczą sposobu przeprowadzenia reformy. Czy forsowanie zmian szybko, bez pogłębionej analizy i debaty, nie spowoduje, że wielka deregulacja okaże się kolejnym bublem prawnym? Jakie jest Państwa zdanie na ten temat? Zachęcam do dyskusji na naszych łamach, a także na stronach www.rp.pl/deregulacja.

Raport NIK i co dalej

09/03/2012

Raport NIK w sprawie organizacji lotu do Smoleńska potwierdził dotychczasowe informacje na temat rażących zaniedbań, jakie miały miejsce podczas organizacji lotu 10 kwietnia.

Raport stawia ostre tezy, że  podczas „tragicznego lotu” procedury złamano wiele razy  Zdaniem NIK tragiczny lot „w ogóle nie powinien się odbyć”. Izba stwierdza też jasno, że to strona rządowa była gospodarzem procesu organizacji wizyt, a przy organizacji lotów „brakowało spójnego systemu procedur, a istniejące przepisy były w wielu wypadkach lekceważone

Jakie raport może  mieć znaczenie dla prowadzonego śledztwa i ewentualne postawienie zarzutów winnym zaniedbań?  Z punktu widzenia samego dokumentu -  niewielkie. Raport może być dla śledczych raczej   materiałem poglądowym, niż konkretną wskazówką. Zapewne zresztą raport powiela część ustaleń  prokuratury, które nie były upublicznione z uwagi na tajemnicę śledztwa.

Moc sprawczą mają   natomiast  tzw. wystąpienia pokontrolne, które znajdują się w załącznikach do raportu.

Są one skierowane do instytucji  zaangażowanych w organizację  tragicznego lotu: Dowództwa Sił Powietrznych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów  czy Ministra Obrony Narodowe, które zalecenia NIK będą musiały zareagować. Chodzi tu  np.o poprawę procedur, koordynację działań  z instytucjami odpowiedzialnymi za organizację lotu najważniejszych  osób w państwie.

Trudno nie przecenić znaczenia politycznego raportu, który ( mimo, że kontrola dotyczy lat 2005-2010) daje jasny sygnał, że winnym zaniedbań lotu 10 kwietnia, trudno będzie uciec od odpowiedzialności. Ale to już w rękach prokuratury.

Strasburg: ofiara własnego sukcesu

23/02/2012

Trybunał w Strasburgu przez długie lata był ważną instytucją kształtującą standardy postrzegania praw człowieka. Piętnującą wadliwe systemy prawne, opieszały wymiar sprawiedliwości czy dyktatorskie zapędy europejskich legislatorów. Z czasem wokół jego orzeczeń pojawiło się wiele kontrowersji, kiedy angażował się w sprawy światopoglądowe, takie jak słynna sprawa krzyża we włoskiej szkole czy prawa mniejszości seksualnych. Z tego powodu liczne mniejszości, upominając się o poszerzenie swoich praw, wypisywały na swoich sztandarach orzeczenia Trybunału, często przeceniając ich rangę i wpływ na krajowe  porządki prawne.

Z czasem jednak Trybunał – jak się wydaje – padł ofiarą własnego sukcesu i niewykluczone, że niebawem stanie się instytucją archaiczną, niezdolną do szybkiego działania i refleksji. Dziś na rozpatrzenie czeka tam blisko 150 tys. spraw. W efekcie „szczęśliwi poszkodowani”, których sprawa zostanie zakwalifikowana do rozpatrzenia (tych jest ok. 1 proc.), i tak czekają na sprawiedliwość latami. Dochodzi tym samym do absurdalnej sytuacji, że obywatel, który skarży się np. na przewlekłe procedury sądowe w swoim kraju, staje się ofiarą przewlekłego działania także w europejskim Trybunale. I chyba dużo w tym winy samego Strasburga, który mimo wielu sygnałów alarmowych nie był zdolny do zreformowania swoich procedur.

To już ostatni dzwonek, aby konkretne działania zastąpiły liczne rozważania, seminaria i debaty gadających głów nad kształtem Trybunału. W przeciwnym razie może się on stać instytucją, którą trudno będzie traktować poważnie.

Czytaj więcej: Oblężony Trybunał i Europejski Trybunał Praw Człowieka czeka reforma

Dopalacze: ostrzeżenie dla Tuska

20/02/2012

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie uchylił decyzję głównego inspektora sanitarnego w sprawie  zamknięcia dwóch sklepów z dopalaczami. Teraz inspekcja sanitarna musi wykazać,  że sprzedawane w sklepach substancje rzeczywiście były niebezpieczne dla zdrowia i życia.

Sytuacja sklepów z dopalaczami jednak na razie się nie zmienia, gdyż w mocy pozostaje ogólna decyzja mówiąca o zamknięciu wszystkich tych placówek.

Sprawa może mieć jednak poważne konsekwencje, jeżeli Inspekcji nie uda się wykazać, że dopalacze są niebezpieczne. Wtedy bowiem również ogólne zakazy wobec konkretnego przedsiębiorcy przestaną mieć znaczenie. Mogłoby to wywołać falę procesów wytaczanych państwu przez właścicieli sklepów, domagających się odszkodowań za utracone korzyści.

Teraz w sprawie prawdopodobnie wypowie się Naczelny Sąd Administracyjny. Niewątpliwie jednak poniedziałkowy wyrok jest poważnym ostrzeżeniem dla administracji rządowej i premiera Donalda Tuska. I ostrzeżeniem, że podejmując ryzykowną decyzję (nawet i najsłuszniejszą), za której konsekwencje może zapłacić budżet państwa, lepiej kierować się zimną kalkulacją, popartą solidnymi analizami prawnymi, niż piarem. A w sprawie dopalaczy, jak i później w sprawie zamykania stadionów, piaru było co niemiara.

Słynna deklaracja Tuska – „Będziemy działali na granicy prawa, ale w jego ramach, żeby handlarzy dopalaczy dopaść” – wprawiła wielu prawników w osłupienie. Medialny show i wizerunek nieugiętego premiera szeryfa niewątpliwie robią wrażenie na opinii publicznej. Do czasu, kiedy ktoś wystawi za to rachunek.

Czytaj także: Sąd nad dopalaczami