Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Kapłani żegnają błazna

18 lip 2009

Autorski przegląd prasy

Śmierć Leszka Kołakowskiego poza wymiarem osobistego żalu osób z nim związanych (którego w żadnej mierze prasa nie może ująć) wywołała osamotnienie w dwóch kręgach ludzi. Pierwszy to szeroka formacja złożona inteligentów etykietowanych jako „rewizjoniści” i ludzi nieco młodszych, dorastających intelektualnie i politycznie w ich cieniu. Ona żegna dziś swojego mędrca, rozpamiętując na różne sposoby jego wyjątkowość. „To on ukuł całe nasze pokolenie” (Marcin Król w „Dzienniku”), „Dla nas był królem Leszkiem I” (Tadeusz Sobolewski w „GW”), „Był dla całego środowiska punktem orientacyjnym na naszej mapie myśli i uczuć przez całe nasze dorosłe życie” (Jerzy Jedlicki w „GW”), „Dla pokolenia, które zbuntowało się w 1956 r, był największym guru” (Karol Modzelewski w „Dz”).

Chociaż – jak to bywa z pisanymi naprędce pożegnaniami – w sporej części składają się z utartych klisz, z ich lektury wynika melancholijny pożytek. Oto widać, jak rzadki jest dar słusznie przypisywany Kołakowskiemu: mówienia tak, by odbiorcy narzucało się natychmiast, dlaczego przedmiot danego wykładu lub tekstu jest bezwzględnie ważny i dotykający najzupełniej podstawowych spraw w życiu słuchacza i jego zbiorowości.

Pożegnanie niewątpliwego mistrza jasności i celnego wywodu przeradza się w hołdowniczą kakofonię, z której tu i ówdzie wybijają się frazy, które przewrotnie tłumaczą tę bezradność. „Nikt z nas nie marzył, by sięgnąć poziomu mistrza”, „górował nad nami wszystkimi” – pisze uczciwie Marcin Król (obecny dziś nie tylko w „Dz”, ale i w „GW” i „Polsce”), a Jadwiga Staniszkis jakby echem dopowiada w „Polsce”: „Lepiej niż ktokolwiek inny znał ułomności, powierzchowności, samozadowolenie polskiej inteligencji”. I w tej samej gazecie Zdzisław Krasnodębski: „Nie był w Polsce dostatecznie doceniony (…) Po 1989 roku w polskiej filozofii lewicowo-liberalnej nic się ciekawego nie stało, to myśmy się wszyscy zachwycali tym, że był sławny (…) ale nie pozostawił po sobie uczniów, którzy kontynuowaliby jego przemyślenia”.

Jerzy Szacki (w „GW”) wspomina: „Już pierwszego dnia na UW w 1948 r. trafiłem na zebranie, na którym toczyła się dyskusja o poważnych błędach towarzysza Kołakowskiego”. A co młodszymi, którzy wspomnień mieć nie mogą, a epopeja rewizjonistów jest dla nich tylko historyczną anegdotą? „Bardzo wcześnie przeszedł na pozycje niezależne i zapoczątkował wielki ferment rewizjonistyczny”, „przeszedł z pozycji lewicowych na centrowe” – tyle usłyszymy od Sławomira Sierakowskiego, który dziś w „Dzienniku” zabrał głos w imieniu młodzieży. Kołakowski zdążył przez kolejne 60 lat zbuntować się, przyłożyć się walnie do odesłania marksizmu na półkę z utopiami, odejść ze swoją myślą w rewiry metafizyczne, ale mam wrażenie, że wspomniana przez Szackiego egzekutywa siedzi jakby nigdy nic i dalej roztrząsa odchylenia.

„Wszelkie słowa wydają się daremne”, zauważa Adam Michnik i rzeczywiście, chciałoby się już zamknąć te wszystkie gazety. Ale wpierw trzeba wyjąć z „Wyborczej” trzy teksty Kołakowskiego: króciutki sławny szkic „Jak być konserwatywno liberalnym socjalistą?” (wbrew pozorom wcale nie jest ironiczną zabawą pojęciami) i dwa eseje z lat 70., w których mowa jest o godności i nienawiści w horyzoncie bardzo polskich i bardzo naszych spraw. Cytowanie fragmentów mija się z celem, Kołakowski pisał i mówił tak, że każde zdanie narzuca się ze swoją ważnością.

Dopiero gdy dotarłem do tych stron, zdałem sobie sprawę, że jest jeszcze drugi, rozległy krąg uczniów Kołakowskiego – ludzi wszelkiej proweniencji środowiskowej, których jego teksty poruszały. Jedne w charakterze moralnych powiastek dla każdego, inne, które zaganiały umysł do roboty. Ten drugi krąg nie zabiera dziś w sprawie Kołakowskiego głosu – bo jedyne, co jesteśmy mu winni, to uważne czytanie jego tekstów. Od nich najlepiej dziś zacząć lekturę gazet. I chyba na nich skończyć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na co zaszczepię córkę

8 lip 2009

Nie zgadzam się z ostrą diagnozą Jana Pospieszalskiego, że większość przemian w szeroko pojętych obyczajach, na które patrzymy z różnym stopniem niechęci, da się sprowadzić do walki z szóstym przykazaniem. Że z przyjemności z seksu uczyniono zwornik ludzkiej tożsamości. To atrakcyjny skrót myślowy, ale pomija mnóstwo różnych wyborów, które nie są dyktowane wyłącznie prostym zaspokojeniem libido.

Co np. z antykoncepcją stosowaną przez ludzi żyjących w trwałym związku, którzy już dochowali się kilkorga dzieci i uznają, że teraz stop? Co z ojcem, który wcale nie życzy córce, aby rozsmakowała się w seksie grupowym (więcej nawet – tak ją wychowuje, by seks kojarzył jej się z patrzeniem na drugiego człowieka podmiotowo), ale jednak nie ma nic przeciwko temu, żeby zaszczepiła się na wirusa HPV? Skoro można go uniknąć, tak jak unika się grypy czy żółtaczki, to czemu nie?

Tak, zapłacę za szczepionkę dla swojej córki. Ale z pewnością nie będę mówił, że zaszczepiłem ją „na raka”. I tak jak Pospieszalski budzi mój odruch niezgody, tak jeszcze mocniejszy sprzeciw budzi postawienie sprawy przez jego polemistę. Szef działu nauki w „Wyborczej” Sławomir Zagórski podtrzymuje nieścisłe wyrażenie, użyte przez Pospieszalskiego i pisze: „HPV wywołuje nie tylko raka szyjki macicy, ale również całą gamę innych chorób(…)”.

Silna korelacja między faktem zakażenia wirusem HPV a wystąpieniem raka szyjki macicy to nie jest związek przyczynowo-skutkowy. Wkurza mnie, że wmawianie ludziom, iż jest jakaś „szczepionka na raka”, a nie „szczepionka na wirusa, który wywołuje określone zmiany w organizmie mogące sprzyjać rozwojowi nowotworu” (prawda, że brzmi drętwo?) przechodzi z kolorowej prasy dla kobiet – łatwo łykającej piękne słówka podsuwane przez PR producentów szczepionek – do poważnych gazet.

Pisze z ironią Zagórski, że na „zdemoralizowanym Zachodzie już się na niego [czyli raka] nie umiera” – pełna zgoda, ale jaki to ma związek ze szczepionką? Obecny spadek śmiertelności na raka szyjki macicy w bogatych krajach to wynik upowszechnienia badań profilaktycznych. Przykro myśleć, że w zapale ośmieszania Pospieszalskiego autor zwyczajnie naciąga czytelnika. Nie każdy w pośpiechu skojarzy, że pierwsze roczniki masowo szczepionych przeciw HPV dziewczyn osiągną wiek, kiedy wzrasta w sposób istotny ryzyko nowotworu, dopiero za ładnych paręnaście lat. Wtedy zobaczymy.

Spokojne wykazanie, jak Pospieszalski się zapędził w swoich przykładach jest mniej efektowne od hasła, że on nie chce, byśmy chronili córki przed rakiem. To jest dopiero cep polemiczny. Oprócz szczepionek z apteki jest jedna, którą żmudnie wstrzykuję swojej córce przez lata: krytyczne myślenie. Coś mi się wydaje, że przyda jej się nie mniej niż ochrona przed brodawczakiem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ostatnie delicje na Woronicza

4 lip 2009

Autorski przegląd prasy

„PiS wrócił do władzy w TVP po półrocznej przerwie“ – ogłasza „Wyborcza“ i to jedyna gazeta, która już uznała wczorajszy tumult na Woronicza za rozstrzygnięty. „Dziennik“ ostrożniej pisze, że „PiS chce odbić TVP“, a Polska (podobnie zresztą jak „Rz“) koncentruje się na tym, że na razie nie wiadomo, kto rządzi (przypomina zresztą, że „Na Woronicza trzech zawieszonych prezesów“).

Skąd ta jasność w głowie Agnieszki Kublik? Lektura jej tekstu i komentarza Krystyny Naszkowskiej („I znów bez zgody Jarosława Kaczyńskiego nic się w telewizji nie ma prawa wydarzyć“) wzbudza we mnie niejasne poczucie, że dla obu autorek Sławomir Siwek na czele telewizji to coś gorszego od Farfała a przypominanie co i rusz, że ten drugi to „neonazista“ to tylko rytualny wtręt. A zatem „kaczysta“ gorszy? Mam wrażenie, że to wynik trzeźwej oceny sytuacji – ludzie z brunatnej stajni (o ile Farfał w ogóle do niej należy) to co prawda odpychający, ale groteskowo cienki margines. Co innego PiS – to jednak prawdziwa wataha.

A o tym, że Farfał jest poręczny dla rządzących słusznie przypomina Piotr Gursztyn w komentarzu „Dziennika“ oraz np. eksprezes TVP Robert Kwiatkowski cytowany przez „Polskę“. Ten sam Kwiatkowski zwalnia nas na razie z próby wyrobienia sobie zdania, o co chodzi i kto ma jakie karty: „liczba zmiennych jest zbyt duża. Ustawa medialna – nie wiadomo, co zrobi z nią prezydent. Sprawozdanie KRRiT – nie wiadomo, czy i kiedy zostanie odrzucone. Nowe rady mediów publicznych – nie wiadomo, kiedy powoła je KRRiT. No i wyrok KRS [w sprawie legalności mianowania Siwka], którego nikt nie jest w stanie przewidzieć“.

Nawet Robertowi Mazurkowi nie udało się wydusić z Grzegorza Napieralskiego choćby paru jasnych zdań w sprawie ustawy medialnej (mimo że wywiad nagrywał przed ostatnim zamieszaniem), przez co ze smutkiem zmarnował dobrą połowę swego wywiadu w magazynie „Dziennika“. Z tej samej gazety dowiemy się, że rozgrywającym z ramienia PiS jest Adam Bielan. Zostawmy więc na razie temu wytrawnemu graczowi wolne pole, zwłaszcza że jako europoseł ma stały dostęp do brukselskich pralinek. A to ważny atut, bo jak się okazuje, w bitwie o publiczne media są idzie również o dosłowne konfitury i łakocie. Członek rady nadzorczej TVP Krzysztof Czabański skarży się na pierwszej stronie „Dziennika“, że po tym, jak minister Grad zakończył kadencję rady „zabrano nam talerze, ciastka i owoce“. Kto trzyma klucz do szafy, w której leżą delicje i pierniczki – to mam nadzieję też zostanie w tym rozdaniu ustalone, bo bez tego trudno robić show, a co dopiero misję.

Jakość konkretnych ruchów w telewizji zresztą świadczy o tym, że ostatnio na Woronicza jada się coraz gorszego sortu ciastka. W „Wyborczej“ nieco głębiej znajdziemy ukrytą informację o „restrukturyzacji“ kanałów tematycznych (to znaczy o ścinaniu budżetu np. TVP Kultura) a Gursztyn w swoim komentarzu przypomina o zamkniętym właśnie programie „Studio Wschód“.

Od 20 lat nie mam w domu telewizora, do czego państwa również serdecznie namawiam. Z całego tego zamieszania rozumiem na razie tyle, że premier i jego „totumfaccy“ nie tyle „schrzanili sprawę“, jak pisze w „Wyborczej“ Witold Gadomski, ile doszli do podobnego co ja wniosku: lepiej nam wszystkim obyć się bez telewizji. Tylko ich projekt jest na razie połowiczny, pracują krok po kroku nad zamknięciem publicznej. Czekam z ciekawością, jakim sposobem zlikwidują te prywatne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gdzie jest Bismarck?

20 cze 2009

Autorski przegląd prasy

„Żeby nie mieć poczucia winy, trzeba było zacząć tymi protestującymi stoczniowcami czy górnikami pogardzać. Taka zmiana postawy była dla mnie i dla Jacka nie do przyjęcia“ – wspomina Karol Modzelewski w wywiadzie poświęconym w większości jego wspólnym losom z Jackiem Kuroniem. To najwartościowsza lektura weekendu.

Ma się wrażenie uczciwej rozmowy o ważnym kawałku przeszłości. Modzelewski mówi z goryczą i unika prostych podsumowań, cierpko kpi ze swoich rewizjonistycznych mrzonek z lat 60. („nie jestem w stanie tego dziś czytać“), ale myśli o tamtych działaniach i postawach z sympatią.

„Szybko się połapał, że budujemy co innego niż chciał (…) Do końca życia robił potem publiczny rachunek sumienia. Jego uczniowie uważali, że zwariował“ – mówi Modzelewski. Choć sporo możnaby zarzucić Kuroniowi z lat 90., to opinia wariata – którą sam doskonale pamiętam – w kręgach dobrze sytuowanych materialnie i psychicznie, powoduje, że nie sposób go po ludzku nie lubić. Czasy mamy takie, że w publicznych sprawach jest się albo wariatem, albo świnią.

Te same wątki, co w rozmowie z Modzelewskim, poodnajdujemy w paru innych miejscach, tyle że już bez takiej uczciwości. Marcin Król w „Europie“ narzeka, że nierówności w Polsce rozkwitają, pisze o „coraz większej rzeszy białych Murzynów“, odkrywa przed wszystkimi nieznany dotąd fakt, że ok. 20 proc. zatrudnionych zarabia ok. tysiąca miesięcznie, pisze o wykluczonych z budowania projektu wspólnoty patriotycznej i nowoczesnej Polski. Dodaje, że zamiast jednego społeczeństwa lepiej mówić w Polsce o funkcjonowaniu setek jeśli nie tysięcy zamkniętych (w sensie Popperowskim) społeczności, czyli układów przez małe u. „Tego wszystkiego zamożni ludzie w wielkich centrach miejskich po prostu nie wiedzą i wiedzieć nie chcą. Nie chcę też tego wiedzieć politycy i publicyści“. Na szczęście Marcin Król to wszystko im wykrzyczy i dorzuci parę recept w stylu „stworzyć szanse“.

Tuż obok w „Europie“ socjolog Henryk Domański o tym samym, ale bliżej faktów. Jego tekst przy liryzmie Króla brzmi drętwo, ale warto się dowiedzieć, że „nierówności edukacyjne“ na początku XXI wieku nie odbiegają jednak w znaczącym stopniu od sytuacji w latach 80. i we wcześniejszym okresie“ a „hierarchie społeczne są raczej źródłem stabilności niż kontestacji stosunków społecznych“.

Wie o tym dobrze Grzegorz Schetyna (notabene wedle cytowanych u Domańskiego badań jego prestiż jako ministra powoli od 2004 r pnie się w górę i właśnie wyprzedził prestiż sprzątaczki). W Magazynie Dziennika mówi: „Spokój dla ludzi to też jest atut. (…) Mówi się, że PO to partia postpolityczna. Ja odpowiadam: a może taka właśnie dziś jest potrzebna?“. A w innym miejscu: „Budujemy ją tak, by była na zawsze“. Miłośnicy żucia kitu docenią zapewne jeszcze takie cudo jak „Platforma jest partią zarządzaną twardą ręką ale jednocześnie jest realnie spluralizowana i zdemokratyzowana“. Ale przez większość wywiadu wicepremiera cechuje jego przysłowiowa przytomność; zaznaczając , że „w polityce nic nie jest dane na zawsze“ zajmuje się unikaniem odpowiedzi o konkretne personalne rozgrywki na partyjnym topie. Mieszkańcy Wrocławia wezmą sobie do serca sugestię, że już pora by oswajali się z myślą o nowym prezydencie, bo z obecnym Schetyna jeszcze nie skończył się rachować: „zobaczymy na ile Dutkiewicz będzie zajmował się „wielką“ polityką, a na ile będzie miał czas żeby zadbać o Wrocław“. Festung Breslau ma szczęście do oblężeń.

Spokój dla ludzi… słusznie zatem zauważa Edwin Bendyk w „Polsce“, że autorzy rządowego raportu „Polska 2030“ unikają pojęcia konfliktu. A do dostatku prowadzi wedle nich coś, zwane „polaryzacyjno-dyfuzyjnym modelem rozwoju“. To, jak się zdaje, kolejny wytrych na problem nierówności i „białych Murzynów“, wedle schematu: najpierw dać szczurom pobiec („polaryzacja“), a potem te z przodu odpalą resztki żarcia zdechlakom („dyfuzja“). Podziwiam Bendyka, że potrafił się przebić przez technokratyczny żargon, za którym Michał Boni i jego eksperci ukrywają chciejstwo i jałowość swoich raportów i epistoł. W swoim tekście uwypukla ideologiczny charakter „Polski 2030“ („liberalny manifest o konserwatywnym odcieniu, który ma ustawić oś dominującego myślenia o rozwoju Polski“), pokazuje, jak przez niechęć do dostrzegania sprzeczności własnych pomysłów autorzy tworzą zamki na piasku. Ale przede wszystkim wskazuje bezużyteczność zaklinania „innowacji“ skoro i tak nie sposób przewidzieć, gdzie się ona zdarzy i od której strony wywróci nasze prognozy.

Za komentarz znów parę słów Modzelewskiego: „Kiedyś teoretyzowałem, ale było to dawno i chyba pisałem głupoty. To jest dobre, jak się człowiek nie zajmuje życiem realnym, tylko siedzi w gabinecie i pisze książki: czym z istoty swojej jest totalizm?“.

A w gabinetach wciąż siedzą i piszą, tylko głupoty nieco inne. W„Wyborczej“ Wiktor Osiatyński drukuje manifest „Czy jesteś feministą“. Obok mnóstwa wzruszająco słusznych życzeń („jestem feministą bo chciałbym żyć w świecie bez wojen“ (…) marzy mi się świat ludzi prawdziwie równych“ itd.) pan profesor podłożył minę pod budowaną przez siebie równościową konstrukcję: „uważam, że ze względu na swoją naturę biologiczną kobiety lepiej czują, co ludziom, ziemi i środowisku jest potrzebne“. A więc jednak jakaś „natura“ i to do tego, aż bierze obrzydzenie, „biologiczna“? Czyżby więc jednak immanentne, przypisane do ciała, różnice? Nie wiem, czy uczestniczki dzisiejszego kongresu kobiet, na cześć którego to wydrukowano, będą całkiem zadowolone, gdy usłyszą, że autor daje im prymat w obejmowaniu drzew….

Tuż obok głos na szczęście zabiera Stefan Chwin, dając wyraz rozsądnego podejścia do równouprawnienia (którego nie myli on ze zniesieniem wszelkich różnic). „Jestem feministą, ponieważ słyszałem, że sporo feministek nie lubi zasady „jeden drugiego brzemiona noście“, tymczasem gdyby na tej odpowiednio rozszerzonej zasadzie wzajemności oprzeć świat, już dawno nie byłoby na nim nierówności, pogardy i dyskryminacji płci“.

Zanim na koniec znów namówię do lektury Modzelewskiego, powiem jeszcze, czego na pewno czytać nie warto. Wywiadu w „Wyborczej“ z Eriką Steinbach. Jest wykrętny, przewidywalny i nudny. Sam wicenaczelny we wstępniaku przyznaje, że jest „nieciekawy“ i zauważa że pani S. próbuje statusem ofiary wypędzeń zamydlić status oprawcy. Po co więc to drukować? Jak pisze Kurski: „chcemy pokazać (…) jak bardzo postać ta została zdemonizowana przez rodzimych germanofobów. Naprawdę Erika Steinbach to nie kanclerz Bismarck“. Pełna zgoda. Ale w takim razie poproszę w następnym numerze o zajęcie się dzisiejszym Bismarckiem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dieta dla dziczy

23 maj 2009

Polska wyjdzie na lekkim zerze – przyznam, że ta prognoza ministra Rostowskiego uwiodła mnie najbardziej z potoku słów, jaki wczoraj płynął wczoraj przez sejm i spodziewałem się, że któraś z gazet wybije je mocniej. Owo „lekkie zero“ ma w sobie tyle poetyckiego potencjału co „plusy ujemne“. Mogła też posłużyć za szybkie podsumowanie jałowości wczorajszej debaty – z której każda gazeta uczyniła czołówkę, ale raczej z obowiązku.

Kiedy minister poniewiera matematyką, wiarę w to, że jej pojęcia służą czemuś zacnemu przywraca ksiądz prof. Michał Heller w wywiadzie udzielonym „Wyborczej“. Tu jedynym newsem jest to, że w pierwszych trzech dekadach ubiegłego stulecia teoria względności i mechanika kwantowa dokonały skoku, którego do tej pory nie jesteśmy w stanie strawić, a dzisiejsze odkrycia są tylko jego dalszą konsekwencją. Rozmowa dotyczy więc rzeczy istotnych, choć nie aż tak pilnych, żeby 70 lat czyniło różnicę i właśnie dlatego warto ją przeczytać od razu.

Resztę stron weekendowych wydań wypełniają bowiem sprawy pozornie znacznie świeższe niż początek Wszechświata, ale o tyle mniej istotne. W Dziennikowym „Magazynie“ wyróżnia się ogromny wywiad Piotra Zaremby i Michała Karnowskiego z Jerzym Urbanem, który „gdyby nie przeszłość, głosowałby na Platformę“. W obecnej fazie celebrowania rocznicy 4 czerwca wybór rozmówcy wydaje się oczywisty – to skarbnica danych z wielu poziomów historycznego procesu, nawet jeśli dawkuje ją wedle sobie znanych kryteriów. A co najważniejsze, nie wydaje się być zainteresowany obroną niczyjego mitu i wizerunku poza swoim własnym, więc łatwo jest odsiać wszystkie nachalne krętactwa.

Rozmowa trochę rozczarowuje.. Poza ogólną wizją „odgórnej rewolucji“ spapranej przez pogrążonych w chaosie wykonawców, były rzecznik nie opowiada niczego nowego. Paradoksalnie tworzy dobre dopowiedzenie, na poziomie cynicznego kronikarstwa, do arcyciekawego, panoramicznego tekstu prof. Andrzeja Nowaka „Kto obalił komunizm?“ z dzisiejszej „Rz“. Tam gdzie Nowak kreśli syntetyczną wizję ZSRR pogrążonego w 1989 r. we własnych ostrych rozgrywkach, a więc niezdolnego do kontroli nad trzaskającym w szwach imperium, Urban swoje: po wyborach pojechał do Moskwy, zapewnia tam jednego towarzysza, że wszystko idzie dobrze, ale: „widzę, że go to gówno obchodzi“. Bezsensowne i naiwne pytania, po co bronił komuny, Urban ma tę samą śpiewkę, co zawsze, ale odświeżoną o nowy kontekst: „Patrzyłem na ówczesną „Solidarność“ jak teraz Donald Tusk na związki w obecnej Stoczni Gdańskiej. – Co pan widział? – Demagogiczną dzicz, niszczącą, anarchizującą (…) na dokładkę klerykalną“. W analogie między ekipą generała a rządem Tuska jednak Urban dalej nie brnie, świadom, że „tylko mu zaszkodzi“.

Z innej zupełnie półki ale z podobnym chłodem i beznamiętnością w oglądzie ostatnich 20 lat przemawia Jadwiga Staniszkis. „Europa“ urządziła jej numer monograficzny, można wręc rzec niedźwiedzi: duża zajawka na czołówce „Dziennika“ eksploduje od patetycznych komplementów („jest najważniejszym punktem odniesienia w polskich debatach. Jest tym kim w latach 70 i 80 byli Czesław Miłosz i Leszek Kołakowski“), w środku samej „Europy“ kwitną takie cuda jak „Gombrowicz polskiej socjologii“. Tymczasem nie trzeba fanfar, żeby uznać nietuzinkowość i swoistą urodę myśli Staniszkis. Dlatego warto przeczytać wywiad z nią, chociaż Cezary Michalski stara się jak może, żeby utopić rozmówczynię w dobrze ubitej pianie („Dlaczego warto zajmować się Polską? Bo jest tutaj pewien potencjał podmiotowści?“). Kiedy mowa o „Solidarności“, Staniszkis wspomina: „Żeby się w tym wszystkim emocjonalnie nie zgubić, wymyśliłam sobie teoretyczny bricolage uwalniający mnie od emocji“. Autoironia zawarta w tym zdaniu jest warta przeczytania tych pięciu stron. A skoro bricolage, to sami jesteśmy śrubkami i listewkami: „Wszelkie radykalne zmiany są podejrzane, bo uważam, że człowiek ma bardzo niewielki potencjał przemiany. Człowiek to tak naprawdę maszyna. Albo co najwyżej oscylacja, przechodzenie z poziomu na poziom“.

Gdyby komuś się zrobiło od tego za zimno, właściwy zastrzyk emocji dostanie czytając Stefana Niesiołowskiego w „Polsce“. Pan wicemarszałek mówi mniej więcej to, co zawsze ale odnotowuje dla porządku, że wprowadził do dyskursu politycznego nową kpinę z kobiet w PiS („jakby wyszły z magazynu GS-u“) a przede wszystkim – dwa nowe gatunki owadzie: chrząszcz kołatek i mrzyk muzealny. Jak miło jest sobie uświadomić, że są jeszcze politycy, którzy naprawdę na czymś poważnym się znają.

Również dla porządku odnotujmy, że „Wyborcza“ przedrukowuje fragment – a w sieci całość – słynnego artykułu ze „Spiegla“ o wspólnikach Niemców w dziele zagłady Żydów. Doceniam ten wysiłek, szkoda że Marek Beylin nie może sobie darować we wstępniaku, żeby rozstawić potencjalnych czytelników po jasno określonych stronach barykady. U publicystów wyrażających niezadowolenie z powodu publikacji w Niemczech tego tekstu („zbiorowe tupanie polskich polemistów“) dostrzega tylko jedno: „strach ludzi zaczadzonych przed rozrachunkiem i debatą“. W myśleniu tych ludzi „najbardziej groźna jest sugestia (…) że od wojny w stosunkach z Niemcami więcej jest ciągłości niż nowego. Więcej wojny niż pokoju. Szczęśliwie to głosy nieliczne, pochodzące ze zrujnowanej już piaskownicy“.

Po pierwsze, jeśli to naprawdę piaskownica, to po co marnować na nią dwie bite kolumny? Nie wiem, ja bym w swoim Plusie nie trwonił placu na piaskownicowe bzdety, ale cóż, każdy gospodarzy po swojemu. Po drugie i ważniejsze, korci mnie zapytać, czy autor naprawdę nie zdaje sobie sprawy, że resentyment wobec Niemców jest żywy i żwawy we wszystkich warstwach Polaków, choć z rozmaitą siłą bywa wyrażany i powoli przechodzi w kpinę raczej niż lament? Widać dawno nie jechał taksówką albo nie był na targu po ziemniaki.

Chociaż w sumie to oczywiste. Ziemniaki przezwyciężyliśmy. W „Wyborczej“ kolorowa tabela dietetyczna (plus znów trzy calutkie strony o odchudzaniu kuszące tytułem „Teraz to mam tyłeczek“). I oto w tej tabeli w rubryce „unikaj“ jak wół stoją ziemniaki z tłuszczem. Jako człowiek posiadający tylko pół polskiej tożsamości, patrzę na to z pół-dystansu i nie jestem władny rozstrzygnąć, co jest bardziej szalone: wiara, że da się Polaków namówić tekstami w gazecie, by przestali się boczyć na Niemców, czy żeby przestali jeść ziemniaki?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Paweł Bravo: Dobijanie gadów

16 maj 2009

Najpierw obowiązkowa dawka kryzysowego strachu: Prawie cała Europa już tonie („Wyborcza“), Europa tonie w recesji („Polska“), Tak źle w Unii dotąd nie było („Dziennik“). „Wyborcza“ jeszcze dorzuca bezrobocie (26 mln za rok) i informuje, że ludzie wychodzą na ulice. Ale jak trochę poskrobać, to znów okazuje się, że jest źle a nawet dobrze. Dojechawszy na 32 stronę „Wyborczej“ możemy np. się pocieszyć tytułem: „EBOR: zbliża się koniec kryzysu“.

Apokaliptyczne hasła na pierwszych stronach to streszczenie danych o PKB za I kwartał, dopiero co opublikowanych oficjalnie, ale mających w sumie wartość historyczną i na pewno nie mogących stanowić o całości obrazu sytuacji. Pamiętam, że nie dalej jak we wtorek polskie wydanie „Financial Times“ w sieci omawiało świeższe dane i bardziej subtelne wskaźniki tytułem: „Kryzys już po punkcie przesilenia“ – za co ręczyli w tekście prezes Europejskiego Banku Centralnego oraz eksperci OECD. Jeszcze tydzień wcześniej ta sama gazeta zapewniała, że „Bruksela widzi koniec recesji“, choć przewiduje dalszy wzrost bezrobocia (ten sam, który „Wyborcza“ zauważa dopiero dziś). Najrozsądniej chyba stwierdzić: „jakoś to będzie“. Obawiam się, że nic mądrzejszego nie będę mógł Państwu zaproponować przez następne paredziesiąt kryzysowych weekendów.

Na poziom konkretu schodzi za to niezawodna językowo Zyta Gilowska. „Świat jest ciężko chory na niewydolność wątroby. Wyglądało na to, że będzie marskość“ – mówi w wywiadzie w „Polsce“. Była minister finansów przebija dotąd najgorszą prognozę deficytu budżetowego stawianą przez prof. Gomułkę i mówi o 80 miliardach, oraz wiesza psy na rządzie za bezczynność i opieszałość. Dowiadujemy się też, że pani profesor nie ma planów powrotu do polityki – co za wszelką cenę chcą podważyć autorzy jej sylwetki w „Dzienniku“(„PiSowska Wunderwaffe“). Autorzy silą imaginację, ale jedyne, co zostaje po lekturze, to wiedza, że prezes Kaczyński Gilowską lubi, a prezydent Kaczyński być może mianuje ją za rok do Rady Polityki Pieniężnej.

W wywiadzie z Gilowską wątek „bajek“ opowiadanych przez Platformę musiał zahaczyć o obowiązkowy punkt analiz politycznych tej wiosny, czyli PR i pytanie komu służy Janusz Palikot. „Nie uważam że rząd ma znakomity PR. To raczej PR ma rząd“ i dalej: „Palikot jest marionetką w rękach Donalda Tuska? – Nie w rękach Donalda Tuska – W czyich? – Ostre pytane“. Ten suspens trochę rozładuje nam czołówkowy materiał „Dziennika“, którego clou stanowi opis związków żołądkowego magnata z PR-owcem tytułującym się „magikiem głównym“ Jackiem Prześlugą. To on miał jakoby wynaleźć gumowego penisa jako narzędzie walki politycznej oraz stoi za innymi głośnymi zgrywami Palikota.

Dziennikowy tekst idzie w stronę śledztwa na temat lukratywnych kontraktów od instytucji państwowych, jakie dostają firmy Prześlugi od kiedy pracuje dla Palikota. Ale mi czerwoną lampkę zapaliła krótka wzmianka przypominająca, że tenże Prześluga kierował przez półtora roku spółką PKP-Intercity i to w czasach, kiedy zaczęła się ona dobrze wyróżniać na tle reszty zdychających polskich kolei. Pamiętam akcje marketingowe, które świadczyły, że ktoś myśli o pasażerach jak o klientach, a nie jak o ładunku i próbuje np. zachęcić ich różnymi sprytnymi zniżkami. Materialnych zmian w Intercity nie było wiele, przemalowane na biało wagony śmierdziały tak samo, ale „doświadczenie konsumenta“ zmieniło się skokowo na lepsze. Zaiste twórca biletu weekendowego to naprawdę godny przeciwnik PiSowskich spin-doktorów.

„Czwartym spin-doktorem nie jestem“ – zarzeka się Marek Migalski który opowiedział swoje rozterki politologa wchodzącego do polityki jednocześnie Piotrowi Zarembie z „Dziennika“ i Małgorzacie Subotić z „Rz“. Ciekawsza wydaje mi się ta druga rozmowa, może dlatego, że sam ją redagowałem, ale żeby było sprawiedliwie przyznam, że Zarembie udało się wydusić z pana doktora frapujące wyznanie: „Mówię panu o swoim rozczarowaniu zawodem komentatora. A nauka? (…)Te wszystkie ‘demokracje w dobie globalizacji‘, słuchając tego marnowało się czas .(…) Jak patrzę na swoich dawnych kolegów politologów, mam poczucie że bredzą“. Zarembie nie wypadało, ale ja mogę podsumować, że i on, i każdy inny doświadczony publicysta polityczny z porządną wiedzą historyczną umie formułować równie sensowne analizy jak naukowiec zwany politologiem. A nieraz i ciekawsze, bo pisanie do prasy wymaga jednak lepszych kwalifikacji językowych. Nie wiem, jak się sprawdzi Migalski jako polityk, ale obawiam się, że za ten wybuch szczerości powrót do akademickiego bredzenia będzie miał mocno utrudniony.

Na firmamencie „zjawisk“ mielonych przez prasę weekendową w tym sezonie pojawiła się tymczasem nowość – Declan Ganley. „Dziennik“ rozrabia na trzeciej stronie oczywistość, to znaczy rolę Romana Giertycha w polskiej odnodze partii Libertas, „Polska“ na trzeciej stronie drukuje wywiad z Irlandczykiem, z którego dowiadujemy się, że jedyna cena, o jakiej rozmawiał z Lechem Wałęsą to „cena wolności“, reszta to standardowe frazy zachodniego eurosceptyka w stylu brytyjskim. Za to „Wyborcza“ gruntownie prześwietla jego majątek – bo przecież wiadomo, że to co najbardziej boli, to nie jego wypowiedzi, ale skuteczność kampanii poparta solidnymi pieniędzmi. Żeby czytelnik mógł sprawnie wyrobić sobie zdanie, z jakim potworem mamy do czynienia, w tekście wytłuszczono różne słowa, które pozwolę sobie tu zestawić: „Nie wiadomo – nie opowiada – nigdy tego nie ujawnił – nie wspomina – milczy też – splajtował – wysokiej rangi amerykańskich wojskowych – koniem trojańskim Putina“. Wsio paniatno?

Drugim czarnym ludem dzisiejszej „Wyborczej“ jest Paul Cameron, twardy przeciwnik homoseksualizmu. Człowiek o poglądach nieraz szalonych, jakie błąkają się po obrzeżach opinii publicznej, ale podniesiony do rangi ważnego partnera dyskusji przez uwagę, jaką gazeta zdążyła mu już poświęcić. Zamiast odfajkować sukces w odwołaniu jego wykładu w murach warszawskiej uczelni i zapomnieć o całej sprawie, postanowiła udowodnić, że nie jest naukowcem (ergo – musi być w błędzie). Przypomina mi się uzasadnienie leningradzkiego sądu, który skazując niegdyś Josifa Brodskiego stwierdził, że podsądny „nie jawliajetsa poetom“, więc za słowa ponosi odpowiedzialność kryminalną a nie artystyczną. Ale całość wypadłaby zbyt cienko, w końcu autorytet nauki już nie jest taki jak kiedyś. Dlatego autor , choć deklaruje „nie chcę zaglądać Cameronowi do łóżka“ stawia tezę, że „może jest kryptogejem“.

Skąd ta zapalczywość w dobijaniu gada? W przypadku Ganleya znamienne są słowa Róży Thun, wypowiedziane w krótkiej rozmowie z Agnieszką Kublik z „Wyborczej“. Wydają mi się więcej warte od opasłych analiz mentalności unijnego establishmentu. Na pytanie o możliwą frakcję Libertas w Brukseli pani Thun wypsnęło się: „Taka malutka frakcja nie będzie miała żadnego wpływu. Ale może zatruć atmosferę“. Atmosferę może zatruć nieokrzesany gość na przyjęciu, ale nie poseł w ciele ustawodawczym, w parlamencie nie chodzi o to, żeby było przyjemnie – rzekłbym naiwnie, gdybym nie podejrzewał, że w eurowyborach chodzi przede wszystkim o zebranie miłej paczki na bankiet. I żeby nikt nie puszczał bąków przy stole.

Trochę zawilej, ale w podobnym duchu wyjaśnia nam to Slavoj Żiżek, skądinąd zwycięzca weekendowego rankingu gwiazd, obecny w „Rz“, „Dzienniku“ i „Wyborczej“. W tej ostatniej mówi o fenomenie „toksycznego podmiotu“, który zaprzecza idei miłości bliźniego. Może nim być imigrant, terrorysta, fundamentalistyczny ideolog, ksiądz, który molestuje dzieci. „Jeśli pójdziemy za tą logiką do samego końca, okazuje się, że toksyczny jest Bliźni jako taki, ponieważ nie jesteśmy w stanie urefleksyjnić otchłani jego pragnienia. (…) a zatem ostatecznym celem wszystkich reguł kierujących relacjami międzyludzkimi jest (…) zneutralizowanie tego toksycznego wymiaru, sprowadzenie Bliźniego do poziomu zwykłego sąsiada. Wszyscy kochamy naszych sąsiadów, ale nie chcemy, by byli toksyczni, tak jak lubimy pić kawę bez kofeiny, piwo bez alkoholu, colę bez cukru“.

Życzę wszystkim weekendu z kofeiną, alkoholem, cukrem. Nawet za cenę posiadania niewygodnych, niedomytych sąsiadów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O co biega gazetom

25 kwi 2009

Autorski przegląd prasy

Gdyby nie Hanna Lis, trudno byłoby się domyśleć po spojrzeniu na pierwsze strony gazet, że odnoszą się wszystkie do tego samego świata w tym samym dniu.

„Wyborcza“ na dzień dobry straszy, że afgańscy talibowie mają nowe pukawki przeciw śmigłowcom, co prawda nie tak dobre jak legendarne stingery. „Dziennik“ daje nadzieję na „Odwilż na Kremlu“, co okazuje się zapowiedzią cyklu reportaży „Listy z Rosji“. W zeszłym roku ta sama gazeta wysłała Cezarego Michalskiego do Ameryki, żeby udawał de Tocqueville’a, teraz Paweł Reszka sprzedawany jest jak nowy markiz de Custine, tak jakby jego własny warsztat i wyrobione oko nie wystarczały, by zachęcić do czytania.

Czy o ten sam świat chodzi, można również zwątpić przeskakując na piąte strony „Dziennika“ i „Wyborczej“, gdzie czytamy odpowiednio: „UJ nakłada sobie kaganiec“, „Historycy przeciw Zyzakowi“. Z dłuższego dziennikowego tekstu dowiadujemy się, że rada wydziału historii postanowiła tematykę przyszłych prac magisterskich dostosować do możliwości intelektualnych studentów, co zostało ocenione jako dyskretny sygnał dla młodszych adeptów, żeby łapy trzymali przy sobie. Ta sama rada wydziału „skrytykowała książkę Zyzaka“, twierdzi „Wyborcza“ i cytuje na tę okoliczność prof. Stanisława Waltosia z UJ.

Waltoś to znamienity prawnik, a nie historyk, a w dodatku od 7 jest lat na emeryturze, więc w tym posiedzeniu brać udziału nie mógł – ale któż by się tym przejmował, ważne że profesor UJ. Bardziej uwiera to, że przy najlepszych chęciach trudno jest znaleźć w uchwale krytykę, raczej zręczne umycie rąk: „Niezbywalnym prawem każdego autora jest swoboda wypowiedzi, za którą ponosi on wyłączną odpowiedzialność zgodnie z obowiązującym prawem i przyjętymi normami zachowań społecznych. Rada Wydziału nie jest powołana do formułowania odrębnych ocen w tym zakresie”. A w ogóle w tym wypadku dziennikarze nie są potrzebni, wystarczy samodzielnie przeczytać u źródła krótki, oględny dokument.

Że dziennikarskiego warsztatu można jednak dobrze użyć w tej samej sprawie przekonamy się dzięki „Polsce“, która drukuje świadectwo Jerzego Surdykowskiego. Bywał wspominany już mnóstwo razy w kontekście awantury o „historię oralną Ziemi Dobrzyńskiej“, jako ten, który pierwszy w 1980 roku przejechał się w rodzinne strony Wałęsy i ciągał ludzi za języki. Wreszcie ktoś wpadł na to, żeby dać mu publicznie skonfrontować własne doświadczenia z tym, co u Zyzaka można wyczytać. Niecierpliwym zdradzę, że żadnego sikania i bękartów Surdykowski nie wytropił i dezawuuje całość „czarnej legendy“ zebranej w tej książce, cierpliwym radzę przeczytanie „Uciążliwego męża stanu“ bo to normalna dyskusja o błędach i słabościach książki a nie kolejna „bitwa o prawdę“.

Mam problem z dziennikowym „Magazynem“. Otwierają go dwa teksty-diagnozy stanu życia politycznego popełnione przez Michała Karnowskiego i Piotra Zarembę. Obowiązek każe doczytać i odnieść się do szeroko zakrojonego szkicu Karnowskiego o „wojnie o duszę Platformy“, w której to wojnie chodzi o „zakres wolności w życiu publicznym“ i o to, mówiąc po ludzku, na ile Tusk ześlizgnie się w stronę „Polski Michnika“.

Ale i tak wzrok ucieka bez przerwy na kolumnę obok, gdzie Zaremba zajmuje się 20 latami picia polskich polityków. Pod pozorem kolekcji pijackich anegdotek z pałaców władzy, znajdziemy coś znacznie ważniejszego. Zdanie „’Kolejka’ w parlamentarnych kontaktach załatwia coraz mniej“ brzmi groźniej od uczonych analiz upadku kultury debaty i polityki jako pracy na rzecz wspólnego dobra. „Odporność na alkohol jawi mi się czasem jako jedna z ważniejszych predyspozycji ludzi zajmujących się polityką“ – to oczywiste, a kto w takim razie ma mocniejszy łeb? To znacznie ważniejsze od kwestii, kto jakie wina woli… premier ponoć nie uznaje białych, co wydaje się rozsądne, dopóki grozi mu degustacja napojów, jakimi jeden z jego posłów wyrobił sobie wdzięczną pamięć na rynku sikaczy.

O żadnym piciu mowy za to nie ma jeśli ktoś woli świat według „Wyborczej“. Jej redaktorzy są bezlitośni w trosce o społeczeństwo: albo odchudzanie, albo biegi. Jak ktoś lubi maszerować zwartym szykiem do szczęścia i zdrowia, to niech się rejestruje i głodzi. Ochotnicy awangardy dietetycznej z Agory pozbyli się już 72 kilo. Zanim ktoś się zapyta, co takie bzdety robią na pełnej rozkładówce poważnej gazety, niech rzuci okiem na dół strony. Produkty dietetyczne, pastylki przeczyszczające, link do wielkiej sieci siłowni… ot, akurat takie się reklamy wydrukowały. Przypadek? W każdym razie budżet na pewno wzbogacił się o parędziesiąt kilo-złotych.

Bieganie jest za to bezinteresowne, w imię wyższych racji – wyzwolenia kobiet. Widać prowadzona niedawno akcja nawracania facetów „Męska muzyka“ nie przyniosła efektów, kobiety więc muszą od nich wiać. Wydawać by się mogło, że do przebieżki wystarczą dwie nogi i para jako-takich butów – ale nie, żeby bieg był słuszny, trzeba metodycznie ustalić „O co biega kobietom“. Przeczytałem, już wiem. „Gdy trzeci raz zaliczyłam 20 km, endorfiny zalały mi mózg“… „Większość z nas ma zakodowane, że trzeba żyć dla innych, a bieganie to coś dla siebie“: no właśnie, po co te gonitwy we dwoje, nawet endorfiny się same wytworzą. Zdrowiej, wygodniej i bez ryzyka, że się podłapie meksykańską grypę.

Było już o Hannie Lis, niech i na koniec znów zaszumi nam wielkim światem. W krwistym wywiadzie Mazurka w „Dzienniku“ Andrzej Żuławski zajmuje się swoją kupą (ergo filmami), krytykami, Teresą Rosati („handlara“) i tak dalej, w przewidywalnej konwencji. Pod koniec robi się jednak ciekawie. Reżyser wspomina o swojej licznej „familii“ czyli rodzinie ojca solidnie rozlokowanej w kulturalnej warszawce powojennych lat. „A dlaczego ja w wieku 19 lat zostałem asystentem Wajdy? Przecież nie z ulicy“. Celne i szczere. Zwłaszcza kiedy rozmowa schodzi na reżyserską karierę syna Xawerego…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ludzkim głosem

11 kwi 2009

Autorski przegląd prasy

Rzut oka na czołówki głównych gazet sugeruje, że jak w wielu innych ważnych przemianach, polska sekularyzacja osiągnęła stan połowiczny. Dwa tytuły („Rzeczpospolita“ i „Polska“) reprodukują obrazy Chrystusa zmartwychwstałego, z pozostałych dwóch można raczej wywnioskować, że jutrzejsza niedziela jest z ważnym dniem dla branży drobiarskiej.

„Jest Wielkanoc, zaczynamy od jaja“ głosi „Dziennik“ drukując na pierwszej stronie pstrokatą kolażową pisankę opatrzoną kilkoma życzeniami w jajcarskiej formie („50-latkom życzymy, aby damy ich serca nie pokazywały kozaczków w Szkle kontaktowym”). W „Wyborczej“ widzimy dwóch Atlasów (a może Syzyfów?) dźwigających pokaźne jajka, z których jedno ma zarys ziemskich kontynentów. Dla porządku dodajmy, że tradycyjny motyw ikonograficzny widnieje na okładce wielkanocnego dodatku.

(Miło, że przy tej okazji chociaż „Rz“ i „Wyborcza“ przypomniały, jak się zorientować po napisach na skorupce, w jakich warunkach żyje kura, która zniosła jajka w naszym koszyku. Cyferka 3 to znamię katorgi w klatce wielkości zeszytowej kartki).

Ponieważ Wielki Piątek staje się powoli w Polsce dniem de facto wolnym od pracy i interesów, to próżno szukać w sobotnich gazetach śladów świeżych spraw. Ludziom uzależnionym od polityki można co najwyżej polecić kilka odgrzanych potraw; w „Dzienniku“ znajdziemy np. rekonstrukcję „żenady“ czyli niedogadania się Tuska i Kaczyńskiego podczas szczytu w Pradze, której drobiazgowość i sumienność stoi w ostrym kontraście z tym, jak żałosny i bez żadnego głębszego sensu jest sam temat artykułu.

„Wyborcza“ za to próbuje, czy da się wykryć i wskazać kolejne miejsce, gdzie IV RP podnosi nie całkiem urżniętą głowę. Oto na 2. stronie komentarz w sprawie ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych: okazuje się bowiem, że kibole i ich „adwokaci z PiS“ w obawie, że nowe prawo na serio zagrozi ich obyczajom i ulubionym zajęciom, lobbowali u prezydenta (jednak bez skutku, w końcu ustawę podpisał) a teraz ich ostatnią nadzieją jest ten niedobry rzecznik praw obywatelskich („robił wszystko, by nowe prawo okaleczyć“). Czy nowe prawo, które narzuca ostre procedury identyfikacji ludzi na stadionach i drakońskie kary za posiadanie w kieszeni czegokolwiek poza paczką miętusów, zachęci zwykłych ludzi, którzy ponoć marzą, żeby w sobotę z dzieckiem przejść się na mecz? Tego już autor tekstu nie tłumaczy.

Z prowadzonych w prasie remanentów najważniejszych newsów politycznych ostatniego tygodnia warto jeszcze zauważyć krótki tekst w „Wyborczej“ ciągnący kwestię karania pijanych rowerzystów (piszę bez ironii, obchodzi mnie to więcej niż to, jakie kukiełki wyciągają główne partie na listy wyborcze do euroteatrzyku). Resort Sprawiedliwości w swej łaskawości chce, jak czytamy, zastąpić karę więzienia konfiskatą roweru i robotami publicznymi. To pocieszające, że do 2 tysięcy ludzi więzionych obecnie przez polskie państwo za pedałowanie po piwie, nie dojdą następni. Ale nachodzi mnie obawa, czy w trosce o bezpieczeństwo i wszelką pomyślność społeczeństwa za rok wprowadzi się zasadę konfiskaty butów pijanych przechodniów?

W sytuacji, gdy śpi giełda i sejm, czyli nie nastręczają się nam sprawy pilne, można spokojnie spożytkować trzy dni na czytanie w gazetach o sprawach ważnych. Czyli przede wszystkim o losach i doświadczeniach ludzi opowiedzianych własnym głosem. Wydania wielkanocne obfitują w dobre wywiady. Trudno być sędzią we własnej sprawie, ale jako rzecz najlepszą polecam z własnego podwórka rozmowę z Krystyną Jandą, o filmie „Tatarak“, ale przede wszystkim o byciu w samotności.

W „Wyborczej“ Jacek Podsiadło bezpretensjonalnie opowiada o dystansie do dóbr materialnych, który jednakowoż nie jest formą wyrafinowanej ascezy lecz po prostu dbaniem o w miarę szeroki margines osobistej wolności. W sam raz lektura dla ludzi, którzy właśnie odczuwają smutek na myśl, że w poprzednie święta wielkanocne stać ich było na catering zamiast własnoręcznie krojonej sałatki. I wreszcie jakiś tekst opublikowany w cyklu „Męska muzyka“, w którym nie chodzi o zagranie mężczyznom marsza pogrzebowego.

W tej samej gazecie rozmowa z Wiesławem Ochmanem, trochę o urokach niebanalnego życiorysu chłopaka z Targówka, który o mało nie został ceramikiem, trochę o kolekcjonowaniu malarstwa, które nie musi być od razu sposobem na inwestowanie a na koniec o zbiorach portretów własnej, nieskromnej osoby.

W inne rejony muzyki przenosi magazyn „Dziennika“ i jego wywiad z Lechem Janerką, niepogodzonym z rolą schorowanego emeryta (Jak wygląda świat po odrzuceniu używek? – Pachnie zdradą…). Tak jak w przypadku Podsiadły szczerze brzmiała jego pogarda dla działalności publicznej, tak u Janerki zabawnie, bez zadęcia, a więc chyba też szczerze wypada opowieść o jego pracy dla wrocławskich notabli przy komponowaniu hymnu miasta („punktów im nie natłukę, ale jeśli coś sensownego zaproponuję, to się dogadujemy“). Na końcu dziennikowego magazynu Mazurek przepytuje Marię Czubaszek, „autorkę rozrywkową“, która dowodzi swoim przykładem, że ten przymiotnik może mieć pozbawione obciachu a zarazem śmieszne konotacje.

Chociaż i tak najbardziej się uśmiałem czytając w tej samej gazecie „Spowiedź Gerharda Schroedera“. „Spowiedź, która należała się opinii publicznej“ – dodaje redakcja we wstępie do przedruku z „Die Zeit“. Dziennikarze pytają więc odważnie o Rosję, karesy z Putinem i bałtycką rurę. W Rosji „są deficyty w egzekwowaniu konstytucji“, przy zabójstwach niepokornych dziennikarzy „prokuratura robi, co może, by je wyjaśnić“ a gazociąg północny polepszy bezpieczeństwo energetyczne całej Europy. „Czy ma pan jakiś kompas moralny? – To zasada: zachowuj się zawsze tak, abyś mógł spojrzeć w oczy innym i samemu sobie w lustrze“.

O odzyskiwaniu wiary w człowieka, zniszczonej przez ukrzyżowanie, traktuje krótkie kazanie ks. Tischnera przedrukowane przez „Wyborczą“. Warto przeczytać je sobie po cichu, na wypadek, gdybyśmy akurat w tych dniach musieli spojrzeć w oczy panu Schroederowi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jędze, kochanki, mantyki, czyli strata czasu (zimowego)

28 mar 2009

Dni były ostatnio spokojne i bez wyraźnych tematów, które narzucałyby swoją ważność. Dlatego jedyne, co łączy czołówki dzisiejszych gazet jest zmiana czasu na letni – czyli smutna wieść, że ten weekend mamy o godzinę krótszy. Poza tym od sasa do lasa.

Trudno przegapić mały festiwal Jana Krzysztofa Bieleckiego. W „Rz“ były premier z obawą przyznaje się, że nie ma mądrych na kryzys, za to w „Wyborczej“ uspokaja, że prawdziwy kryzys to był w 1991 roku. Wywiad z „Wyborczej“ w dużej mierze jest poświęcony polskiej historii najnowszej (bo należy do rocznicowo-obrzędowego cyklu rozmów z premierami 20-lecia) ale paradoksalnie działa odświeżająco – przypomnienie syfu w gospodarce i wcale niewesołych okoliczności politycznych premierowania Bieleckiego stawia nasze problemy ze skokiem kursu franka o 20 groszy w innym świetle.

O polityce gospodarczej obecnego rządu były premier w obu gazetach wypowiada się lakonicznie, w „Rz“ głosząc pochwałę powściągliwości. Może szkoda że tak mało, jeśli wierzyć Romanowi Giertychowi, który w wywiadzie dla „Polski“ mówi bez wahania: „nie jesteśmy pod wodzą Jacka Rostowskiego, wiadomo, że tym wszystkim kieruje Bielecki“. Jest to jedno z nielicznych konkretnych stwierdzeń w tej bardzo zabawnej rozmowie, która poza tym składa się z samych szarad i uników. „Pan jest osobą, która wprowadza do polskiej polityki Declana Ganleya? – A jak myślicie?“ Albo: „Za jakie sznurki Pan pociąga w TVP? – Opiniowałem tylko sprawy prawne dla kilku osób“ – i tak dalej.

Przy okazji były wicepremier zdejmuje czapkę z głowy przed Piotrem Farfałem „za skuteczność“. O której to skuteczności piszą dość wyczerpująco Anna Nalewajk i Luiza Zalewska w magazynie „Dziennika“ – dając solidny przegląd kadrowych zdobyczy nowej ekipy na Woronicza. Czapka więc z głów przed autorkami za bogactwo zestawu nazwisk i wyliczanek, kto co chapnął i jak robi dalsze miejsce dla swoich – ale to jednak lektura tylko dla zatwardziałych masochistów, bo jako żywo nie pamiętam, żebym w ostatnich kilkunastu latach czytał o telewizji w innych kontekstach niż kadrowej dintojry, nacisków i ręcznego sterowania dziennikarską robotą. (Ale nie mam telewizora i teksty poświęcone TVP na ogół omijam, więc może umknęła mi jakaś wyjątkowa epoka w jej dziejach).

Roman Giertych nie dał się też naciągnąć na rozmowę o Januszu Palikocie, co jest zrozumiałe, skoro występuje w procesie jako adwokat jego byłej żony . Nie miał za to nic przeciw temu, by jego klientka w tym tygodniu wygarnęła coś pod adresem lubelskiego arcyposła –„Dziennik” drukuje rozmowę Mazurka z Marią Nowińską pod tytułem „Nie mogę tknąć wina Palikota” (z tym że nie chodzi o sikacze, które uczyniły go bogatym, a jego prywatną piwniczkę). Warto przeczytać ten rodzaj powściągliwej skargi, cierpkiej i dotyczącej nie tylko osławionych sporów o miliony wyprowadzone na Curacao czy liczenie łyżeczek we wspólnym pałacu. Oprócz smacznych złośliwostek pod adresem gustów i próżności byłego męża („nie będzie już czytania Rilkego w winiarni“) oraz charakteru intelektualnych dworaków wiszących u jego klamki, pani Nowińska, wypowiada całkiem trzeźwą uwagę: gdyby była mężczyzną, to jej spór Palikotem o podział pieniędzy wspólnie zarobionych byłby potraktowany jako męska sprawa między poróżnionymi wspólnikami. „Nikt nie pozwoliłby sobie na kpinki, gdyby chodziło o konflikt dwóch równorzędnych partnerów, ale była żona to zawsze zachłanna jędza…“. Zwłaszcza, gdy „targetem“ są czytelnicy „SuperExpressu“, który pisał – jak twierdzi Nowińska, kłamliwie – o jej największych alimentach w Polsce.

„Super Express“ w ogóle lubi upraszczać sprawy: „Boruc wyrzucił kochankę z hotelu“ – czytamy na pierwszej stronie. Jak twierdzi tabloid, piłkarz wyprosił ją z hotelu po niecałej godzinie, aby seks (przepraszam: „miłosne igraszki“) nie odebrał mu energii przed meczem z Irlandią Płn. Pomijam fakt, że godzina to mnóstwo czasu dla dwojga a Boruc na drugim zdjęciu ma inne spodnie niż na pierwszym; ważne jest co innego: uważna lektura artykułu (hmm, o ile te trzy akapity można nazwać artykułem) prowadzi do wniosku, że chodzi o narzeczoną piłkarza, w każdym razie kobietę, z którą spotyka się oficjalnie i regularnie. Ale dzielny Artur poślubion jest Polsce, niech więc inna kobieta nie spodziewa się dobrego traktowania. Mogły paść jeszcze gorsze słowa.

Konkurencyjny „Fakt“ za to zdobywa moją prywatną tygodniową nagrodę imienia Kopalińskiego za obronę słów rzadkich a pięknych za tytuł „Partyjne mantyki mają milczeć“. Oby!

Z rzeczy, których tylko z „Faktu“ się dowiemy, czuję się w obowiązku przytoczyć ku przestrodze: „Zmiana czasu może zabić“. Zawał mamy niemal gwarantowany, przynajmniej według szwedzkich naukowców. Spieszmy się więc wykorzystać ten o godzinę krótszy weekend nieśmiałej wiosny – a mantyki, kabotynów i sykofantów zapełniających pozostałe strony gazet zostawmy sobie na niedzielny wieczór. Może szwedzcy uczeni tym razem się mylą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Marcowe kwiatki

14 mar 2009

„Eksport padł“ – głosi „Polska” na czołówce. To odważne zagranie, bo w sobotę czytelnicy mają więcej czasu i może się zdarzyć, że któryś zajrzy na stronę 29, gdzie tytuł dłuższej wersji materiału brzmi: „Eksport mocno w dół, ale niedługo wzrośnie“. Choćby dlatego, że przez słabą złotówkę znów staliśmy się krajem taniej siły roboczej.

A może być jeszcze piękniej dla eksporterów, jeśli prawdą jest że „Goldman Sachs uwziął się na złotego“, jak straszy czołówka „Dziennika“. 4,90 za euro – tę liczbę wybitą w wyimku widać z daleka. Kilka minut zainwestowanych w lekturę tekstu na stronach gospodarczych opłaci się, dowiemy się bowiem, że „nie wszystkie banki“ grają na spadek naszej waluty, a „w ciągu najbliższych 2 tygodni złoty powinien umocnić się do 4,2 za euro“.

O padaniu i wstawaniu gospodarki oraz o tym, że cykliczność reguluje również mody wśród profesorów ekonomii i stosunek do rynku, pisze Jacek Kochanowicz w „Wyborczej“. Swoją wciągającą, choć napisaną trudnym językiem panoramę ostatnich stu lat w myśleniu o gospodarce kończy sakramentalnym „Kto ma rację, okazuje się dopiero po pewnym czasie“. Odważniej by było wyrazić wniosek, nie okazuje się nigdy, chyba że pod koniec świata, kiedy naprawdę zakończy się kołowrót lat tłustych i chudych oraz wahań między pragnieniem zmian a ucieczką w bezpieczny bezruch.

W końcu świata zaś okaże się, że rację mieli wszyscy i bilans wyniesie idealne zero. Tak wynika z tekstu Piotra Cieślińskiego „Bajka o stworzeniu świata na kredyt“, również w „Wyborczej“, zdecydowanie najciekawszej lektury tego weekendu. Ten krótki wykład podstawowych kategorii współczesnej kosmologii wyjaśnia, jak można, utrzymując się w granicach dyskursu nauk eksperymentalnych, mówić tym, że coś powstaje z niczego a w próżni coś przepływa z miejsca na miejsce. Do tego podaje zabawne analogie z pojęciami ze świata inżynierii finansowej – w końcu o tworzeniu czegoś z niczego coś do powiedzenia mają także bankowcy. Wszechświat jako bańka spekulacyjna – to naprawdę obiecujący temat myśli na weekendowy spacer. Konkluzja tekstu Cieślińskiego – o granicy rozważań naukowych (jak się rodzą prawa natury?) prostą drogą prowadzi zresztą do miejsc, które większość zwykła odwiedać w niedzielę…

Do tej większości nie należał Zbigniew Religa, którego wczorajszy pogrzeb trafił na pierwsze strony wszystkich dzienników, ale tylko „Dziennik“ pragnął się uczepić faktu, iż był to pogrzeb świecki. „Był krzyż, ale nie było biskupów“ głosi tytuł – jakby nieobecność biskupa na pogrzebie człowieka nie uznającego się za członka danego kościoła była faktem godnym odnotowania. Tymczasem nawet „Nasz Dziennik“ nie zwraca uwagi na takie drobiazgi, odnotowując w lakonicznym podpisie pod zdjęciem na pierwszej stronie prosty fakt pożegnania kardiochirurga i polityka.

O śmierci i patrzeniu wstecz na przeżyte lata opowiada „Wyborczej“ Irena Kwiatkowska w miejscami rozczulającym a miejscami głębokim wywiadzie „Wybieram się na Księżyc“.

Wspominkowo ale całkiem bez uroku wyszło roztrząsanie życiorysów pampersów w krajoznawczym cyklu „Lonely Planet Cezarego Michalskiego“, który ma służyć za przewodnik szlaków środowisk politycznych minionego 20-lecia. W „Europie“ wywiad z Wiesławem Walendziakiem. Zaczyna tu i ówdzie ciekawe wątki rozmowy, np. o procesie „uzgadniania przekonań z realiami“, utopione niestety przez prowadzącewgo wywiad, który zdaje się mieć jeden tylko cel – stworzenie z cudzych wypowiedzi słusznej historii własnych politycznych przygód. Dlatego lepiej już czytać rozmowę Mazurka z Janem Pospieszalskim w „Magazynie”, też pełną odniesień do przemian pampersów od końca lat 90.

Osobom zupełnie nie mającym ochoty na artykuły o tym, jak to naprawdę było – polecam trzecią stronę „Wyborczej”, czyli tekst o tym, czego nie było. Całokolumnowe ogłoszenie z przeprosinami Jerzego Urbana pod adresem Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Profesjonalna typografia przyciąga wzrok o wiele bardziej niż typowe ramki z tego typu komunikatami. A sprytnie sformułowany tekst sprawia, że zarzuty wobec Ćwiąkalskiego – choć formalnie odszczekane – z niszy „Nie” wyszły teraz na szersze wody.

W tę sobotę część weekendowa „Wyborczej” nie nazywa się „Świąteczna”, lecz „Gazeta na koniec zimy” – to rozsądne posunięcie, bo mimo braku śniegu pisanie o wiośnie byłoby dziś ryzykowne. Przypominam sobie, że kiedyś na taką pogodę mówiło się po polsku „przedwiośnie”, ale rozumiem, że to słowo budzi zbyt wiele polityczno-historycznych skojarzeń, zwłaszcza gdy numer otwiera zapis debaty Tusk-Mazowiecki. Ale co robi w takim razie na okładce wetknięty w chodnikową szparę hiacynt? To aż się prosi o złośliwe skojarzenia. A wszystko dlatego, że ktoś w peerelowskiej milicji odpowiadający za inwigilację homoseksualistów, czytał grecką mitologię. Jest zresztą problem z marcowymi kwiatami – krokus ma jeszcze gorzej, bo używano go jako symbolu trzeźwości.

Ale bez względu na to, jakich nazw użyją gazety, dziś, 14 marca, za oknem świeci po prostu słońce. Lody ruszyły, panowie przysięgli.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop