Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Panie pośle, coś na katar!

12 gru 2009

„Są dwa podejścia do skandali seksualnych z udziałem polityków“ – pisze Mira Suchodolska w komentarzu redakcyjnym „Polski“. „Francuski, który z grubsza polega na tym, że ludzi nie obchodzi, co inny człowiek, choćby senator robi we własnym łóżku (…) i anglosaski, który sprowadza się do tego, że facet który daje się przyłapać na tym, jak ubrany w kwiecistą sukienkę wciąga kreskę w towarzystwie dwóch wulgarnych dziwek, nie ma prawa mówić innym, jak powinni się zachowywać. Polacy są tutaj bardzo angielscy“ – ocenia publicystka, w kontekście dalszych losów senatora Krzysztofa Piesiewicza. Dlatego „może jeszcze jakoś by się wykpił, ludzie uwierzyliby, że zażywał tabletki od bólu głowy przez nos, bo się upił i zapomniał, gdzie ma usta. Ale ta sukienka pogrzebała Piesiewicza zupełnie“.Dlatego lepiej, aby Piesiewicz (chociaż jej zdaniem nie zrobił „niczego strasznego“) „usunął się w cień“.

I to chyba najrozsądniejsze słowa, jakie napisano w tej sprawie w dzisiejszych gazetach. Bo poza tym można przeczytać pocieszne tłumaczenia przyjaciół którzy – według „Polski“ – „przypominali niewątpliwe zasługi senatora Piesiewicza w walce z komunizmem“. Albo sensowny we fragmentach, ale nie dostrzegający sedna problemu komentarz Magdy Żakowskiej w „Wyborczej“, który skupia się głównie nad tym, jakie świństwo wyrządził tabloid wieszając w internecie dwa filmiki.

Piesiewicz pozostaje dla niej „autorytetem moralnym i prawniczym“. Ale czy pozostaje nim w oczach wyborców? Autorka przechodzi do porządku dziennego nad prostym faktem, że istotą takich skandali jest naruszenie obłudnej zmowy, jaką wszelkie osoby wywyższone w życiu publicznym zawierają z ludem. W gruncie rzeczy każdy z nas wie, że polityk składa się z cnót na równi ze słabostkami a poza tym ma prawo po godzinach bawić się jak mu się żywnie podoba („podwójne życie prowadzi wielu z nas, ja także“ – przyznaje Żakowska). Ale wolimy udawać, że jest inaczej i nagłe opadnięcie zasłony, choćby odbyło się za sprawą podłych szantażystek, skutkuje utratą majestatu niezbędnego do tego, żeby grać w teatrze władzy.

Może to niezbyt rozumne, ale politykowi ujdzie wódka czy narkotyk, ale nie ma prawa być żałosny, nawet jeśli sposób, w jaki został „wystawiony“ jest skądinąd wstrętny. Zresztą założenie, że nie mogą nami rządzić ludzie z substancjami odurzającymi w żyłach doprowadziłoby do nagłego wyludnienia na Wiejskiej. Bartosz Arłukowicz przepytywany przez „Polskę“ o relację z Grzegorzem Napieralskim jako podstawowy parametr jej bliskości uznaje fakt, że „możemy pójść na wódkę, pogadać“. Ostatnio jednak panów połączyła aspiryna. Arłukowicz przyznaje , że koledzy „masowo“ proszą go o recepty, jest bowiem lekarzem (pediatra ze specjalizacją „duzi chłopcy“?). „Ostatnio badałem Napieralskiego, który był chory. Poprosił mnie, aby przyjechać do niego do domu. I modliłem się, żeby jakiś paparazzi nas nie sfotografował. Bo to była taka scena: stoi rozebrany Napieralski, leci mu z nosa, ma 40 stopni gorączki a ja stoję i go badam“. Może ta gorączka częściowo tłumaczy dlaczego „Napieralski chce się uczyć od Chaveza“, jak donosi „Wyborcza“ relacjonując dyskusję nad programem SLD szykowanym na konwencję partii.

Arłukowicz zapewnia również, że koledzy z klubu nie proszą go przepisanie viagry, bo „SLD jest odmłodzone (…) poza tym dla nas liczą się uczucia“. I to w sumie jedyne dobre słowa, jakie padają w tej rozmowie o SLD ze strony człowieka, który ponoć ma szansę zdrowo na tzw. lewicy zamieszać. Reszta to sprzeczne wykręty („od miesiąca nienawet nie myślałem o lewicy“. „Nie zgadzam się na żadną formę współpracy z PiS“ a zaraz potem: „wszystko co rozbija dominację konserwatywnej myśli w TVP wyjdzie nam na zdrowie“) albo lekko zawoalowane odsyłanie mandarynów na aut. O Kwaśniewskim uprzejmie – „chciałbym żeby zaczął z nami rozmawiać, ale tak naprawdę“. Co nie nastąpi, także dlatego, że były prezydent, jak czytamy w „Fakcie“ został kurą domową i „ze znawstwem oglądał wołowinę i jak doświadczona gospodyni wybierał warzywa“.

Pojawiają się też istotniejsze wątki – związane z obecnością Arłukowicza w komisji śledczej (w największym skrócie: „Platforma już odwróciła tę aferę“). Odnajdą je państwo także w w wywiadzie, jaki publikuje z Arłukowiczem „Rzepa“.

Reszta tego, co przykuwa uwagę w gazetach dotyczy świata. W „Wyborczej“ celny, krótki komentarz anglo-holenderskiego publicysty Iana Burumy po szwajcarskim referendum w sprawie minaretów. „Czy Szwajcarzy są większymi bigotami od reszty Europejczyków? Pewnie nie. Referenda wyrażają nie tyle wyważone opinie, ile instynktowne odczucia, które rzadko bywają liberalne“. Dalej Buruma próbuje te uczucia zrozumieć, kreśląc wizję Europejczyków, którzy z rozmytą własną tożsamością czują się nieswojo wobec wyrazistych muzułmanów. „Większość Europejczyków cieszy się większą swobodą niż kiedykolwiek (…) Jednak za tę nowo zdobytą swobodę trzeba było zapłacić. Nie zawsze uwolnienie od religii i tradycji dawało więcej szczęścia – raczej więcej zagubienia, lęku, resentymentów (…) muzułmanom zazdrościmy, że zachowali wiarę, że wiedą kim są, że mają coś, za co warto umierać“. Buruma wskazuje też, że „najzagorzalszych zwolenników znalazł antymuzułmański populizm na byłej lewicy, bo ona też utraciła wiarę w światową rewolucję itp. Wielu lewicowców (…) pochodziło z religijnych rodzin. Przeżyli więc podwójną stratę. Zwalczając islam mówią wiele i chętnie o obronie oświeceniowych wartości, a w rzeczywistości opłakują upadek religijnej czy świeckiej wiary“.

Dla Burumy na „chorobę społeczną, jaką ujawniło szwajcarskie referendum, nie ma niestety szybkiego lekarstwa“, ale w każdym razie „im mniej referendów tym lepiej“. Zabawnie to się czyta w w zestawieniu z umieszczonym obok streszczeniem pióra Piotra Burasa pewnej niemieckiej książki zawierającej „wizję wielkiej kulturowej transformacji“. Tak, zgadli państwo, chodzi o to, żeby przestać niszczyć klimat i upierać się przy wzroście gospodarczym. W jaki sposób możemy w trosce o dobro planety przekonać polityków, by przestali gonić za dobrobytem, by przestali tworzyć warunki do bogacenia się? Tylko przez demokrację bezpośrednią. Już ja widzę te referenda, w których Niemcy wybierają „strategiczną konsumpcję“ zamiast tej beprzymiotnikowej.

Mniej zrozumienia niż Buruma co do „lęków i resentymentów“ miał w „Wyborczej“ Maciej Stasiński, autor ciekawej relacji z walki Katalonii o coraz większą autonomię. Sporo znajdziemy tam epitetów w rodzaju „zapalczywi nacjonaliści“, „przypływ obłędnych pasji“, „kamień, którym nacjonaliści rzucą w Hiszpanię“. A szkoda, bo w sumie tekst pokazuje z wielu stron ciekawy problem – oto nacjonalizmy ogólnohiszpański i kataloński „przestały się targować o pieniądze, a zaczęły wadzić się o godności i tożsamości“. Trzeba tylko odsiać „obłędną pasję“ autora do ciepło/zimnej dychotomii „rozwaga-namiętności“ gdzie – rzecz jasna – dobrą rozwagę reprezentują nieokreśleni „obywatele Hiszpanii“ a zgubne namiętności żywią Hiszpanie i Katalończycy, chcący „spruć państwo“.

Z zimnej, obywatelskiej półkuli przybyła działaczka Partii Kobiet, Anna Nowicka, która w „Wyborczej“ garść sensownych uwag o np. opiece przedszkolnej na prowincji musiała poprzedzić paroma refleksjami o idealnej Szwecji. Nauczyła się tam „pracy społecznej, samodzielnego myślenia, życzliwości, zaufania społecznego“. Oto obrazek przesycony samodzielnym myśleniem: „w czasie studiów pracowałam w knajpie studenckiej, szef spytał mnie, czy nie zechciałabym sprzątnąć toalet. Bo w Szwecji szef nie może ‘kazać’, to wynika z zasady szacunku dla każdego. Ja zaś, w myśl tej samej zasady nie mogę odpowiedzieć, że nie zechciałabym. Chyba że są ku temu ważne powody“. Prostą rzeczywistość, że kiedy jest do umycia kibel, to za szczotkę nie złapie mężczyzna na kierowniczym stanowisku, a podwładna jest od wykonywania poleceń, można zakamuflować szacunkiem. Szkoda tylko ważnego słowa i jego zwyczajnego sensu.

„Po Szwecji trudno żyć gdzie indziej“ – dodaje Anna Nowicka. Takie rzeczy mówić w grudniu? Proszę bardzo, ja wybieram zatrutą resentymentem Katalonię.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komisarze ds. zmywaka

28 lis 2009

Autorski przegląd prasy

„Lewandowski będzie panem miliardów UE“ – triumfuje „Polska“ a „Wyborcza“ opatruje tablicę ze zdjęciami 27 unijnych komisarzy tytułem „Oni będą rządzić Unią Europejską“. Na szczęście obie gazety poza tytułowym picem dają czytelnikowi materiał do oceny nowego składu KE. „To jak wpływowy będzie komisarz ds. budżetu zależy w dużej mierze od niego samego (…) rola Lewandowskiego wzrośnie, gdy rozpocznie się debata o przyszłych finansach Wspólnoty“ – mówi cytowany przez „Polskę“ ekspert. „Wokół Barrosa powstanie krąg zaufanych komisarzy o największym wpływie na bieg spraw (…) Pozycja Lewandowskiego zależeć będzie nie tylko od znaczenia jego teki, lecz także od tego, czy się w tym kręgu znajdzie“ – pisze „GW“ w komentarzu zatytułowanym „Szanujmy nową Komisję“.

Wśród zdjęć osób, które mają „rządzić“ Unią zabrakło mi dwóch podobizn – Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego. Zresztą sama „GW“ sugeruje ten brak, relacjonując, jak się skończyła podjęta przez szefa KE próba osłabienia kompetencji komisarza ds. rynku, które to stanowisko zaklepała sobie Francja. „Prezydent Sarkozy dzwonił ostatniej nocy do Barrosa, aby wybić mu ten pomysł z głowy“. To by było na tyle, jeśli chodzi o rządzenie Komisji.

Sama lista nie-rządzących Unią zasługuje jednak na moment uwagi. Nie po to, by wkuć na pamięć ich nazwiska – z całym szacunkiem dla Janeza Potocznika, Connie Hedegaard i ich kolegów. 10 członków nowej KE zasiadało już w poprzedniej – i warto przyjrzeć się rotacji stanowisk. Ze zdrowia – do edukacji, z rybołóstwa – do zdrowia, ze społeczeństwa informatycznego – do sprawiedliwości, z konkurencji (znana w Polsce pani Kroes) – do społeczeństwa i technologii cyfrowych, z administracji – do transportu.

Przypomina to praktykę znaną wszystkim, którzy dorabiali na studiach w knajpie: każdy musiał sobie poradzić ze wszystkim a więc tydzień pracy za barem, potem tydzień na zmywaku, potem w kuchni i tak dalej. Albo sposób funkcjonowania biurokracji w monarchii absolutnej, gdzie zasada dowolnego przerzucania na inny „odcinek“ czy do innego miasta pozwalała uniknąć sytuacji, gdy urzędnik nabędzie zbyt wiele kompetencji i stworzy sieć relacji, które naruszą jego lojalność wobec państwa. W Unii, noszącej coraz więcej cech francusko-pruskiej hybrydy, ma to jakiś sens, ale o merytokracji można zapomnieć. Zwłaszcza gdy niektórzy długo nie dostaną szansy, by wyjść poza zmywak.

Na polskim podwórku dalszy ciąg mętnej akcji konstytucyjnej. „Uwaga, Lech jeszcze dłużej“, alarmuje „GW“. Otóż kombinacja miałaby być taka: nowa konstytucja zmniejsza prerogatywy prezydenta, ale przedłuża jego kadencję. PiS, obawiając się przegranej Lecha Kaczyńskiego w następnych wyborach, ma się ponoć zgodzić na osłabienie jego urzędu, bo dzięki temu dłużej pozostałby na stanowisku. Dodatkowa korzyść dla braci: Zbigniew Ziobro będzie musiał dłużej poczekać z przewrotem w partii (na co liczy po przegranej PiS w wyborach roku 2010 i 2011). Tuskowi to się opłaca, bo „chciałby pozostać premierem także po zwycięstwie PO w wyborach do sejmu. A osłabiony prezydent nie blokowałby mu ustaw“.

Rzecz jasna „Schetyna i inni ważni politycy Platformy mogą być zainteresowani tym, by do zmian w konstytucji nie doszło i Tusk został prezydentem. Wtedy dzieliliby schedę po Tusku – w partii lub rządzie“ – ciągnie dalej „GW“. Tak więc plan (o ile istnieje) może nie wypalić z tego lub wielu innych powodów i wszystko może skończyć się jak inne partie politycznych warcab, o których zaraz zapominamy. Wyborcy PO – ostrzega jednak Piotr Stasiński w komentarzu – poczują się oszukani „Nie tylko dlatego, że wspierają PO z obawy przed PiS. Również dlatego, że w polityce Tuska cyniczna kalkulacja wzięłaby górę nad troską o demokrację i dobre rządzenie“. Nie mogę się nadziwić sile rytuału, który każe czołowym publicystom z całą powagą udawać, że gdzieś się uchowała jakaś troska. Ja ostatni raz widziałem dobre rządy na alegorycznych freskach Lorenzettich w ratuszu w Sienie.

Kilka stron dalej Witold Gadomski w tekście „Rządy bezsilnych idoli“ – o władzy Sarkozy’ego i Tuska jako wymyślaniuu „narracji“ – dochodzi do przytomnego wniosku, że w polityce „zbyt często idą w górę miernoty“ zaś „rozmawianie z takimi osobami o misji, dobru publicznym jest żartem“. Jak żarty, to koniecznie znany z dowcipu Waldemar Pawlak. Na pytanie dziennikarzy „Polski“, jak to robi, że pozostaje tak długo w grze, odpowiada: „Bardzo ważne jest odnoszenie się do uniwersalnych zasad: dobra wspólnego, solidarności, subsydiarności“. Większość rozmowy to jednak wcale enigmatyczne uniki. I w sumie o wiele śmieszniej, jak Filip z konopi, wypadł przy wicepremierze Marek Borowski, który dwie strony dalej opublikował treściwą analizę tego, co w konstytucji warto teraz zmienić i dlaczego. Wyliczył przy okazji, że z „piętnastu wet prezydenta osiem zostało odrzuconych. Koalicja rządząca mogła więc skutecznie porozumieć się z opozycją“.

„Polska“ rozmawia też z duńskim ekologiem Bjornem Lomborgiem. Nieraz jego tezy były mocną prowokacją wobec prawd przyjętych jako kanony wiary przez front walki z globalnym ociepleniem. Tym razem Lomborg, pytany o sens grudniowego szczytu klimatycznego w Kopenhadze, mówi spokojniej: „proponuję, by przestać wydawać pieniądze na walkę z redukcją emisji CO2 – bo to właśnie ona jest najdroższa. Te pieniądze lepiej przeznaczyć na badania i rozwój zielonych technologii“ Podczas szczytu „znów usłyszymy nierealistyczne obietnice redukcji poziomu emisji. A realne byłoby szukanie tanich, zielonych źródeł energii“.

Lomborg zdecydowanie grzeszy brakiem wiary w ludzki zapał. Oto jak jego rodacy poważnie się zabierają za zmniejszenie emisji: „Dwie duńskie diecezje luterańskie skrzyknęły się i w imię oszczędności oraz ratowania klimatu zbudują wspólne krematorium“ – pisze „GW“. Zamknięte zostanie siedem lokalnych krematoriów, a do nowego, centralnego „zmarłych zawiezie karawan przystosowany do transportu czterech trumien. Do czasu aż uzbiera się odpowiednia ich liczba, będą czekać na przewiezienie w chłodniach“. Autor tekstu nie podaje, czy duńscy pastorzy dowiedzieli się, ile gramów CO2 powstaje przeciętnie przy spopieleniu ludzkiego ciała i czy ta ilość uzasadnia tę oszczędnościową komasację rytuałów pogrzebowych, ale nie wątpię, że takie studium zamówiono. Szczęśliwy to kraj, gdzie można mieć z nudów takie problemy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kwantowa mechanika wyborcza

7 lis 2009

Autorski przegląd prasy

„Skończyło się wspólne robienie polityki emocjonalnej, opartej na bliskich osobistych relacjach (…) Spędzaliśmy czas, lubiliśmy ze sobą być, przebywać tutaj, w Warszawie”. „Dojrzeliśmy. Kiedyś była przede wszystkim przyjaźń, a teraz na pierwszym miejscu jest polityka”. Ale nie wszystko stracone: „piłka zostanie, nawet wczoraj oglądaliśmy razem mecz”. To Grzegorz Schetyna w „Polsce”, w wywiadzie, który redakcja zapowiada jako twardy i do bólu szczery. Niemal dwadzieścia lat trwało to dojrzewanie, były wicepremier zauważa przecież, i trudno mu odmówić racji, że „jest politykiem nieco doświadczonym”. Ładne mi nieco, dwadzieścia lat.

Oprócz rzewnego żalu za przyjaźnią (to miał być chyba ten zapowiadany „ból”) mamy też konkrety, za które ceni się Schetynę. „Jeżeli dobrze, uczciwie i nic nie ukrywając przejdziemy przez komisję śledczą, to wszystko się uda” – odpowiada na sugestię, że prezydenckie plany Tuska uległy komplikacji. I znów nieco dalej: „Teraz musimy przejść przez komisję śledczą”. Dobrze, że i po stronie Platformy nie ma udawania, że komisja ma cokolwiek rozjaśnić, chodzi tylko o to, żeby „przejść” obronną ręką przez spektakl, w którym opozycja postara się utrącić prezydenckiego pewniaka na parenaście miesięcy przed wyborami. Na minutę przed pierwszą rundą nawalanki Schetyna wydaje się dość spokojny: „Jesteśmy jak membrana. Pojawiło się uderzenie, wszystko drga, wpadło w rezonans. Ale to już się kończy (…) To są tylko chwilowe medialne błyski i sensacje. Wszystko jest OK”.

W cieniu medialnych błysków toczą się zaś takie sprawy, jak opisane np. w „Wyborczej” odrzucenie w Sejmie poprawki do ordynacji, która umożliwiałaby organizowanie dwudniowych wyborów. Przeciw były PiS, PSL i SLD. Partie niezainteresowane tym, żeby więcej mieszczuchów mogło wygodnie zagłosować, bez konieczności wyboru między urną wyborczą a pozostaniem do końca niedzieli w lesie czy nad wodą. Po co opozycja ma robić przysługę Platformie, tej „partii grillujących”? To więcej mówi mi o jakości polskiej demokracji niż wszystkie afery tej jesieni.

W „Polsce” Stanisław Gomułka o innym wycinku rzeczywistości, w którym politycy plują nam w twarz. Rozmowa dotyczy majstrowania przy II filarze emerytalnym. Minister finansów, zdaniem Gomułki „myśli krótkowzrocznie i jest na politycznych usługach premiera Donalda Tuska. Wspólnie z minister pracy Jolantą Fedak próbuje rozmontować to, co udało się zbudować w drodze konsensusu politycznego przez wiele lat. (…) Rządzący robią dziś wszystko, by zbić wysokie zadłużenie państwa i dziurę w budżecie. Idzie o pokazanie obywatelom, że władza stara się wszelkimi sposobami walczyć z kryzysem i robi to skutecznie. (…) Wszystko po to, by udowodnić opozycje, że jest się pomysłowym i silnym. Ale strategii nie ma w tym żadnej. Może dlatego, że Tusk jest historykiem, otacza się dziennikarzami a jedynym ekonomistą w tym towarzystwie jest Rostowski – całkowicie od premiera uzależniony?”.

Niewypowiedziana przez Gomułkę wprost konkluzja, że przydałoby się więcej ekonomistów w tym towarzystwie brzmi zabawnie przy lekturze połajanek tuzów amerykańskiej ekonomii, jakie przedrukowuje „Wyborcza” (to reakcje na publikowany tydzień temu esej noblisty Paula Krugmana o odpowiedzialności ekonomistów za kryzys). „Fajnie jest mówić że nie przewidzieliśmy nadchodzącego kryzysu, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, w jakim kierunku zmierza rynek: ani dobroczynni rządowi biurokraci, ani przebiegli menedżerowie funduszy, ani akademicy w wieżach z kości słoniowej” (John Cochrane). „Ta porażka nie jest problemem dyscypliny – jest problemem dla tych, którzy mają wrażenie, że powinniśmy być w stanie przewidywać kryzysy” – mówi David K. Levine, zwracając się do swojego utytułowanego kolegi „robi mi się niedobrze, kiedy sławny ekonomista zdradza taką ignorancję we własnej dziedzinie”. I pyta: „Czy fizycy się mylą, bo ich teoria twierdzi, że nie mogą przewidzieć, gdzie wyląduje foton wystrzelony przez wystarczająco wąską szczelinę?”.

Nieprzypadkowo „Wyborcza” uwzględniła w wyborze ten cytat, bowiem to okazja, żeby przeskoczyć do ważnej rocznicy – doświadczalnego potwierdzenia ogólnej teorii względności. Andrzej Kajetan Wróblewski sporo z tej okazji opowiada o trudnych początkach Alberta Einsteina w środowisku akademickim („ogromna większość badaczy była przekonana, że fizyka jest nauką niemal zakończoną”) i próbuje uświadomić laikom konsekwencje mechaniki kwantowej, którą uznaje za ważniejszy pomnik XX wieku od teorii względności. „Z równań mechaniki klasycznej wynika, że obecny stan Wszechświata całkowicie determinuje jego przyszłość. (…) Tymczasem mechanika kwantowa mówi, że to niemożliwe. Można podać tylko prawdopodobieństwo, że cząstka znajdzie się tu lub tam. Pewności jednak nie będziemy mieli nigdy”.

Ale to nie koniec krótkiej lekcji pokory, jaką warto wynieść z tego tekstu. Otóż Einstein „był przekonany, że mylimy się w interpretacji tej teorii. Również obecnie są fizycy, którzy tak sądzą. Bo z jednej strony są matematyczne równania teorii, które bardzo dobrze opisują fakty doświadczalne, a z drugiej strony – interpretacja tych równań, która wcale nie musi być poprawna (…) Za interpretację wzorów żaden fizyk nie da głowy, zwłaszcza ten, kto zna historię fizyki i wie, jak ona się zmieniała”.

Sympatię i szacunek dla historyków, którego brak prof. Gomułce, budzi dziś w „Polsce” Piotr Zaremba. W tekście o nadtytule „Co nam zostało dziś z międzywojnia?” ten publicysta polityczny przypomina o swojej historycznej formacji umysłowej. Zaremba kreśli bogatą ewidencję rozmaitych kostiumów i rekwizytów, jakie przez ostatnie 20 lat politycy i publicyści zechcieli wyciągać z II RP na własny użytek. Generalnie, z jego tekstu wynika, że zostało nam dziś niewiele i to raczej „w sferze nadbudowy”. Ale clou tekstu to konkluzja czysto polityczna: „Była jedna jedyna okazja, aby na polu przeoranym przez PRL II RP mogła powrócić także w swojej bardziej praktycznej, możnaby rzec materialnej postaci”. Był, pisze Zaremba, cień szansy na powrót etosu pracy i nowoczesnej działalności gospodarczej – a nie tylko tradycji wojskowych parad i ułańskich biesiad w Adrii (tradycji tak żałosnej dziś, jak kandydaci na współczesnego Wieniawę).

Szansą tą mogła być reprywatyzacja. Zaremba nie popada w iluzje, że wcielenie tego projektu przeorałoby społeczeństwo. Ale „że eksperymentu tego nigdy nie spróbowano, to tak jakby kawałek dawnej Polski na chwilę odkopano i zaraz znów zagrzebano w ziemi. Pozostają nam tylko nazwy, symbole i sentymenty”. Czyli materiał dla interpretacji, którą, jeśli wierzyć dzisiejszym gazetom, porządny historyk czy fizyk nigdy nie nazwie ostateczną. W przeciwieństwie do polityka i – niestety, chyba – ekonomisty.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Napoleon, tyle że niższy

24 paź 2009

Autorski przegląd prasy

„Przyszła dekada to ostatnie 10 lat, gdy mamy jeszcze korzystną demografię, gdy możemy szybko rosnąć. To rzeczywiście może być złota polska dekada, najlepsza w naszej historii” – głosi w „Polsce” Krzysztof Rybiński, ekonomista znany mi z trzeźwości umysłu.

Jak sięgnąć po złoto? „Pod warunkiem podjęcia mądrych, zbiorowych decyzji”. Chodzi tu o np. inwestycje w nowe elektrownie i sieci przesyłowe, ograniczenie emisji dwutlenku (Rybiński nie wnika w to, czy one szkodzą, tylko zwraca uwagę, że za chwilę zaczniemy płacić za to drakońskie kary), o zachęcanie ludzi do mnożenia się i lepszą edukację.

Co nam grozi, jeśli prześpimy dekadę? „Staniemy się małym krajem starych ludzi, w dodatku nieszczęśliwych”. A któż ma nas mądrze w tym wszystkim pokierować? Wiadomo – politycy. I tu Rybiński na chwilę wychodzi z luksusowej pozycji eksperta od zjawisk w makroskali i przygląda się bardzo małym realiom: „Jedna połowa POPiSu rządziła dwa lata, a potem druga połowa przez kolejne dwa, nie zrobiono nic, żeby ograniczyć ryzyka, o których mówiłem wcześniej. (…) Idąc do najbliższych wyborów, wrzucę pustą kartkę, bo nie ma na kogo zagłosować”.

To tyle jeśli chodzi o złoty róg, a co do kartki – to od znalezienia się niej odżegnuje się Włodzimierz Cimoszewicz (w „Polsce”). Lud go błaga: „Na stacji benzynowej dwóch facetów przerywa tankowanie, żeby mi powiedzieć, że muszę kandydować. I tak wszędzie”. Na darmo. „Jadę do puszczy (…) Muszę jeszcze skończyć szafki” niezmiennie odpowiada nasz swojski Cyncynat. „W Wielkiej Brytanii Partia Pracy 14 lat czekała na Tony’ego Blaira” – odpowiada Cimoszewicz, na pytanie, czy widzi kiełkujące nowe postaci na lewicy. Nie precyzuje przy tym, od kiedy trzeba liczyć te 14 lat w przypadku SLD. I ile to będzie w przeliczeniu na szafki?

Po czołówkach gazet nie widać, że jesteśmy świeżo po fali wstrząsów, które miały coś odmienić w polskim życiu politycznym. Jest już pozamiatane i trudno nie zgodzić się z Cimoszewiczem gdy mówi, że „komisja śledcza niczego nie wyjaśni”. „Wyborcza” eksponuje coś nie mniej bulwersującego, czyli dalsze cięcia w finansowaniu zabiegów przez NFZ. Dziennikarze dotarli do planu katalogu świadczeń na 2010 r., z którego wyłania się np. szatański pomysł zniechęcenia specjalistów do wystawiania skierowań np. na tomografię (przez przerzucenie kosztów badania na placówkę, gdzie pracuje kierujący lekarz), obcięcie stawek na rozmaite operacje i pozbycie się kosztów opieki nad przewlekle chorymi.

Tnie się dlatego, że pieniędzy jest za mało. Oglądani przez okienko rejestracji w przychodni już jesteśmy małym krajem nieszczęśliwych ludzi. Cytowani przez gazetę lekarze pokazują wiele rachunkowych absurdów i każą wątpić, czy wszystkie oszczędności mają sens. Czy warto, byśmy podnieśli sobie składkę na zdrowie? „Od Platformy – sejmowej i rządowej – nie można tego oficjalnie usłyszeć, bo premier jest przeciw”.

A za czym mianowicie jest? Chyba na wyrost Marek Beylin porównuje dziś Tuska do Napoleona – bo taki jest sens jego wstępniaka do „Świątecznej”, który stanowi z kolei streszczenie 5-kolumnowego tasiemca pióra Adama Michnika o marnym końcu jakobinów.

Rozmowy o miliardach są trudne dla laika, ale 90 tysięcy złotych to suma dostępna wyobraźni. Tyle nie chce dać miasto Warszawa na dalsze działanie przychodni dla bezdomnych na dworcu – jak donosi „Wyborcza” na czołówce działu stołecznego. Magistrat zdobył opinię prawną, że ustawa o pomocy społecznej „nie przewiduje” finansowania usług medycznych przez samorząd. Z kolei NFZ nie zapłaci za zastrzyk dla człowieka bez papierów, jeśli ten nie wydębi od urzędów zgody, której załatwianie trwa trzy tygodnie. „Coś jest nie tak z prawem” – zauważa w rozmowie z „Gazetą” osoba zajmująca się tą sprawą. Coś jest nie tak z sumieniem ludzi w ratuszu.

Ale co tam paruset kloszardów. Dziś mamy „Dzień planetarnej sprawiedliwości”, zarządzony z łamów „Wyborczej” przez bioetyka Petera Singera. Musimy „odwrócić największe moralne zagrożenie naszych czasów” – czyli wystąpić na rzecz ograniczenia liczby cząsteczek CO2 w atmosferze do 350 na milion. „Wspinacze zawieszą transparenty w Himalajach, a nurkowie na australijskiej Wielkiej Rafie Koralowej (…) 350 rowerzystów okrąży miasta a w wielu miejscach zasadzone zostanie 350 drzew. (…) Nie siedźcie z założonymi rękami w nadziei, że inni zrobią dość”. W równie purnonsensowym duchu „Wysokie obcasy” na okładce pytają: „Ile lesbijek jest potrzebnych do wkręcenia żarówki?”. Obstawiam w ciemno, że 350.

„Kapitalistyczna cywilizacja, w której jesteśmy zanurzeni, towarzyszące temu poczucie chaosu i zarazem jakiegoś nierozpoznanego porządku – wszystko to wymaga nowych form opowiadania” – pisze w „Wyborczej” Tadeusz Sobolewski zachęcając do obejrzenia filmu „Zero” . „Jesteśmy przyzwyczajeni, że opowieść o naszym życiu musi zatrącać o los, o niebo, piekło, o zbawienie i potępienie. Zgodnie z naszym światopoglądem wywiedzionym z Biblii chcemy wierzyć, że poza przepływem zdarzeń istnieje jakiś Byt – dobry, a może zły? Tu jednak niczego takiego nie ma (…) jest tylko przepływ zdarzeń, bezduszny przyczynowo skutkowy proces”.

Na moment autor schodzi z wyżyn traktatu moralnego, w jaki potrafi obrócić krótką recenzję, czyniąc uwagę co do detalu: „film rozmija się z polskimi realiami, o ile wiem, nie odmawia się u nas przeszczepu ratującego życie – nawet wtedy gdy pacjent jest nieubezpieczony”. Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale to wskazuje na dobry trop, jak odreagować strumień śmiesznych i strasznych słów z dzisiejszych gazet. Iść do kina na „Zero”. Będzie mniej więcej to samo, tylko w lepszym wydaniu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zatkać nosy

3 paź 2009

„Nie wiem, kto tę akcję przeprowadził, ale rzeczywiście uważam, że była to prowokacja wymierzona w Donalda Tuska, w celu osłabienia jego szans w wyborach prezydenckich. To chyba oczywiste dla dużej części opinii publicznej w Polsce” – ogłasza w „Polsce“ Jarosław Gowin.

Nad stanem tejże opinii, która być może ma to wszystko w nosie, pochyla się kilka stron dalej Piotr Zaremba. Wstęp jego tekstu zatytułowanego „Prosty test na demokrację“ zapowiada wyliczenie pięciu powodów, dla których Tuskowi może się udać wyciszyć aferę hazardową. Tak naprawdę ten zazwyczaj ważący słowa autor strzela prosto z mostu o wiele dalej.

Wymieńmy te pięć powodów, dla których z Rysia nie będzie drugiego Rywina i garść uwag Zaremby, które wykraczają poza tak zakreślone ramy: 1. wszyscy kochamy premiera. „Nie wiem, na ile jest to produkt świadomej gry PR-owców (…) a ile zbieg okoliczności i wynik społecznych, niewygórowanych potrzeb“. I jeszcze o tym samej w końcówce tekstu: „zgodnie ze swoistym cyklem koniunkturalnym, po czasie obywatelskiego ożywienia w latach 2003-5 nadchodzi czas zobojętnienia jeśli nie cynizmu“

2. za rogiem czają się Kaczory. „Czy w obecnej Polsce byłoby możliwe zdemaskowanie nadużyć ludzi władzy, gdyby nie istniała antykorupcyjna służba kontrolowana przez opozycję?“.

3. SLD był wymarzoną ofiarą. „W 2003 r. napisałem na łamach Newsweeka, że mamy do czynienia z rządami nad Polską czegoś w rodzaju mafii (…) Z dzisiejszej perspektywy ta konkluzja jawi się jako nader drastyczna. Nie dlatego, aby zarzuty wobec różnych fragmentów postkomunistycznego obozu się wtedy nie potwierdziły. Dlatego, że tracą one z wolna na wyjątkowości (…) Dzięki stenogramom CBA oglądamy styk świata polityki z… no właśnie, czy tylko światem biznesu?“.

4. Tusk nie powtórzy błędów Millera. :“Tusk wie, czego nie wiedział jeszcze Miller, że polska demokracja to ustrój, w którym władzy można bardzo dużo. Przede wszystkim iść w zaparte. Sprzyja temu atmosfera partyjnej polaryzacji (…) Wyjaśnianie czegokolwiek serio możliwe jest wówczas, gdy między rządzącymi i opozycją istnieje choćby cień dorozumianego porozumienia co do wspólnego dobra. On istniał wbrew pozorom także w czasach afery Rywina (…) Atmosfera działa więc na korzyść rozmydlenia sprawy, zagubienia jej w jałowych sporach między ‘Pisowskim CBA‘ a ‘platformerską prokuraturą‘ “.

I punkt piąty: „Atmosfera nie sprzyja, chociaż…“ Pod koniec tekstu Zaremba waha się przez moment i asekuracyjnie dodaje – „a może się mylę?“, na pociechę wskazując, że nawet pro-Tuskowe TVN relacjonuje rzetelnie aferę. Ale dalej prowadzi swoje myśli do logicznego końca. Zakłada, że jeśli sondaże nie pokażą spadku pozycji Tuska, ten nie zrobi nic. „Można do niego apelować, ale chyba niewiele to będzie miało sensu. Takie są żelazne prawa obecnej polityki. Platformie, trawestując słowa Ewy Milewicz, będzie wolno coraz więcej“.

„Dla mnie to najważniejszy od lat test na oblicze, na charakter polskiej demokracji. Nie chcę zatykać nosa głosując…“. No cóż, niezależnie od niewykluczonych przecież spektakularnych zaskoczeń, które burzą konstrukcje analityków, to już tyle co Zaremba napisał wystarczy, aby mieć pewność, że zatka nos w następnych wyborach. A ja wraz z nim, o ile nie wrzucę pustej kartki. Udział w wyborach, ale z nieważnym głosem jawi mi się dziś ostatnią możliwością pokazania za jednym zamachem, że ciągle mnie obchodzi to, w czyich rękach jest państwo ale wszystkie te ręce śmierdzą tak samo.

Rafał Zasuń w „Wyborczej“ w komentarzu „Drzewiecki musi odejść“ wylicza dziwne zbiegi okoliczności i zdumiewające posunięcia ministra, po czym chowa się za parawan Cycerona. Otóż gdy sądził on pewnego urzędnika tłumaczącego, iż nie wiedział, że popełnia przestępstwo, orzekł: „Można założyć, że rzeczywiście tak myślał. Ale oznacza to, że był zbyt głupi, aby sprawować urząd“. Bez erudycji, za to do rymu mówi mniej więcej to samo Paweł Śpiewak w wywiadzie w „Polsce“: „do polityki trafiają osoby ambitne, ale nie wiem, czy wybitne“. I o Chlebowskim: „czy można go nazwać elitą? Czego?“.

Prowadzący ten wywiad próbuje połączyć pobłażliwość dla Chlebowskiego z pytaniem na ile należenie do elicty stanowi podstawę dla innej wyrozumiałości, jaką wielu okazuje Romanowi Polańskiemu. Śpiewak odpiera tę próbę, uzasadniając swoją niechęć do karania reżysera innymi argumentami niż to, że jest „wielki“. O tej sprawie, w sumie ważniejszej życiowo niż Zdzisie-Rysie, traktuje rozmowa z antropologiem Wojciechem Bursztą w „Wyborczej“. Mówi on ciekawe, niejednoznaczne rzeczy o kontrrewolucji obyczajowej, jaka trwała w latach 70. w Ameryce (co znaczy, że Polański musiał mieć świadomość, że stąpa po cienkim lodzie),, wskazuje na okazję do terapeutycznej „wiwisekcji nas samych“. I jako badacz mitu dodaje: „Zawsze tego typu postaci i wydarzenia obrastały w legendy. Dzisiaj tak tego nie nazywamy, ale taka opowieść się na naszych oczach buduje. To jest opowieść o winie i odkupieniu. Być może tym odkupieniem będzie śmierć w więzieniu, ale my przecież lubimy takie sekwencje.“

Znajdziemy w gazetach jeszcze jedną śmierć, tym razem prawdziwą, jeszcze bardziej oddalającą nas od nachalności politycznych zdarzeń. Marka Edelmana żegnają wszystkie dzienniki łącznie z Faktem. Ale większym hołdem od naprędce zmontowanych wspomnień jest jedno zdjęcie na drugiej stronie „Wyborczej“, widzimy Edelmana z 1945 lub 46 roku śpiewającego na pogrzebie przyjaciela w Łodzi. Jest w tym kadrze jakaś niedzisiejsza siła w fizjonomiach, jakby pełniejsze człowieczeństwo rysów, które tak często widać na zdjęciach robionych ludziom tuż po wojnie.

Może to naiwność z mojej strony, ale często przy takich zdjęciach myślę o tym, że ci ludzie byli z innej ulepieni gliny. Z czego ulepieni są ludzie przeważnie zaludniający polityczne działy współczesnych gazet? Państwo wybaczą, ale na to nie znajdę bezpiecznego cytatu u Cycerona.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Od skarbówki do obyczajówki

27 wrz 2009

Wiedza o tym, że Roman Polański regularnie bywa w Szwajcarii i gdzie lubi się zatrzymywać, jest na wyciągnięcie ręki każdego posiadacza Google’a. Nie sądzę, by federalnym, kantonalnym czy innym piramidalnym organom tamtejszej władzy brakowało ludzi umiejących włączyć komputer.

Czemu akurat teraz Szwajcarów zaczął uwierać fakt, że taki przestępca paraduje po ich praworządnej ziemi? Wysilam swą najlepszą wolę, ale nie umiem odmówić racji cynicznym uwagom o handelku, w którym chodzi o odparcie amerykańskich nacisków na tajemnicę bankową. Głośna tego lata sprawa z bankiem UBS znalazła jakieś rozwiązanie, którego szczegółów oszczędzono opinii publicznej. Zapewne amerykański fiskus dostał przynajmniej część listy nazwisk ludzi, którzy korzystali z pomocy tego banku w podatkowych przekrętach. Co jeszcze obiecano Waszyngtonowi?

Niedorzecznie brzmi teoria, że na stole położono również głowę Polańskiego – purytanów ze służb skarbowych interesują podatkowi grzesznicy i ich bankowe raje, a nie rozpustnicy i rozważania, czy ktoś wygląda jeszcze na dziecko, czy już na kobietę. Ale już nie tak księżycowo brzmi przypuszczenie, że może ktoś pomysłowy w Bernie wpadł na pomysł, że taka sumienna pomoc w ściganiu Polańskiego jakoś per saldo się opłaci, kiedy przedstawiciele IRS przyjadą znów z kolejną listą żądań. Ot, taki akt dobrej woli.

Być może jest jeszcze całkiem inaczej, czego się nigdy nie dowiemy – należy tylko sobie życzyć, by adwokat Polańskiego coś z tej kombinacji rozumiał. Tak czy owak godne jest podziwu, jak dzielnie Szwajcarzy bronią tajemnicy. Dla kilkuset majętnych ludzi
w Polsce zapuszkowanie Polańskiego to dobra wiadomość.

Dla całej reszty niech kino Iluzjon urządzi przegląd Polańskiego. Przyjdziemy tam tłumnie i nikt, nawet wychodząc z „Tess,” nie będzie marudził, że i w Polsce jest coś takiego jak wiek prokuratorski.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mazowiecki między laurką a pamfletem

12 wrz 2009

Autorski przegląd prasy

Między laurką a pamfletem – taką przestrzeń w ocenie rządów Tadeusza Mazowieckiego próbuje zagospodarować Piotr Zaremba w „Dzienniku“.

Nie sili się na eseistyczny chłód, jego tekst przenikają wspomnienia. Zamiast powtarzalnych sporów o to, czy był to rząd zdrady, zblatowania z czerwonym i zmarnowanej szansy, czy raczej gabinet patriotów prowadzących najmądrzejszy przełom pod słońcem lepiej zająć się tym, jak reagowaliśmy wówczas na rzeczywistość, na ówczesne podstawowe, założycielskie spory.

Zaletą tekstu jest wydobycie z zapomnienia niektórych z ówczesnych wielkich dylematów i całkiem przyziemnych „zagwozdek“, związanych np. z faktem, że z dnia na dzień Mazowiecki przestał być „nasz“ a stał się człowiekiem władzy. „Jak przestać być zakładnikami społecznego oburzenia, bezkrytycznymi pasami transmisyjnymi tego, czym żyją ludzie, a stać się rzeczywistą władzą? (…) Na ile się zna Mazowieckiego, ożna przypuszczać, że dla niego, szczerze wierzącego w przymiotnik ‘społeczna‘ przed ‘gospodarka rynkowa‘, było to ciężkie doświadczenie“.

Autor przypomina też rozmaite konkretne zarzuty formułowane wspólnie przez oponentów rządu potem bardzo od siebie odległych. Laurkowi chwalcy Mazowieckiego lubią zapominać, że były sprawy, w których Andrzej Celiński miał do powiedzenia te same zarzuty co Porozumienie Centrum, a i środowisko gdańskich liberałów atakowało nieraz równie zajadle, co bracia Kaczyńscy lub inni odesłani później do zagrody oszołomstwa.

Każda rozmowa o tamtym rządzie szybko prowadzi do pytania, w jaki sposób traktujemy pojęcie sprawiedliwości. Do tego w gruncie rzeczy sprowadza się kłótnia o grubą kreskę. Sam Mazowiecki daje wykładnię ładu moralnego, jaki powinno się przyjąć, aby uznać jego czyny za sprawiedliwe. „Wyborcza“ drukuje przydługawy fragment mającej się ukazać książki pana premiera. Oprócz standardowej argumentacji w duchu „nikt przecież nie wiedział, że komunizm zaraz upadnie“ znajdziemy taką oto perspektywę: „w wielkich chwilach historycznych liczyć się muszą zasady głębsze, które bardziej niż cokolwiek innego odróżniają czas przyszły od czasu przeszłego“. Jak by ktoś miał wątpliwości, w jaki horyzont Mazowiecki chce przenieść swoją kreskę, czytamy dalej: „przypomina mi się wystąpienie kardynała Wyszyńskiego na soborze, w którym (…) mówił, że różnica między zasadami cywilizacji zachodniej a komunizmem na tym polega, że komunizm nie uznaje zasady pacta sunt servanda“. I dalej: „Łatwo zapomina się i ówczesne warunki, i że to przedstawiciele Kościoła obecni przy tych rozmowach dawali rękojmię, że pacta sunt servanda, to znaczy że na obu stronach spoczywa odpowiedzialność za pokojowe urzeczywistnienie przyjętych ustaleń“.

Tak oto wypchane pseudoempirowymi rupieciami salki Belwederów, URM-ów (i gdzie tam jeszcze uzgadniano owe pacta) napełnia blask prawd wiekuistych, a biskupi nadają naradom sakramentalnej powagi. Nie wątpię w szczerość pana premiera, ale zanim zamknę buzię oszołomiony cywilizacją zachodnią, warto zauważyć, że rzymskie prawo i nauczanie Kościoła mają coś więcej do powiedzenia o rządzie sprawiedliwym, niż tylko to, że dochowuje zawartych umów.

Wrócmy na chwilę do Zaremby, który stosuje bardziej przyziemne kryteria oceny. „Byli ludźmi niedoświadczonymi w rządzeniu, popełniali grube błędy i dodającymi sobie otuchy poczuciem własnej nieomyślności. (…) Powinna ich jednak ratować w oczach potomnych, także tych niechętnych ich dorobkowi, zaskakująca, nieraz granicząca z naiwnością bezinteresowność“. Trochę wydaje mi się to na wyrost wobec całości „onych“, chyba że bezinteresowność Zaremba rozumie bardzo wąsko jako niezbijanie prostackich profitów materialnych. Gdyby podmiotem tego zdania uczynić samego Mazowieckiego, łatwiej byłoby o zgodę.

Zaraz potem Zaremba wraca do postaci premiera i kreśli obraz tyle prościutki, co symboliczny. „Gdy po latach zobaczyłem byłego premiera Mazowieckiego w skromnej mokotowskiej kawiarni blisko jego domu, wyglądał na człowieka, który nigdzie się stamtąd nie ruszał“. Dlatego zarówno ludzie wdzięczni, jak i wrodzy „muszą widzieć w byłym premierze człowieka skromnego, nawet jeśli omylnego“. I to wcale nie jest takie nic. Jeśli ktoś wątpi, niech zajrzy do dwóch wywiadów – z Józefem Oleksym (rozmowa Mazurka po raz ostatni w „Dzienniku“) i z Kazimierzem Marcinkiewiczem (rozmawiają Anita Werner i Paweł Siennikci w „Polsce“).

Domyślają się państwo, gdzie obaj panowie raczą trzymać swoją skromność… „Zawodowo zajmuję się tym, co mnie pasjonuje, czyli przyszłością świata, kapitalizmu, społeczeństw“ – mówi Oleksy. „Gdyby Lech Kaczyński miał jakiekolwiek szanse na zwycięstwo w wyborach prezydenckich, to czułbym się w obowiązku stanąć przeciwko niemu“ – obiecuje Marcinkiewicz, który zauważył właśnie, że „poza pracą istnieje jeszcze życie“ (odmawia jednak rozmowy o sukni ślubnej). U Oleksego są też fragmenty mniej narcystyczne, w tym jeden poniekąd o grubej kresce: „Wie pan dlaczego lewica jest najlepszym gwarantem systemu demokratycznego w Polsce? Bo wielu ludzi lewicy działało w warunkach braku demokracji i wie, co to znaczy z własnego doświadczenia (…) trochę to przewrotne, przyznaję. Wybierajcie nas, bo jak nikt inny doceniamy walory demokracji“. Upiorne to, chociaż słuszne.

„Człowiek ma tylko jedną twarz“ – mówi Marcinkiewicz, nieświadom groteski w tych słowach. A zdanie to traktowane na serio pasuje do Mazowieckiego. Dał swoją twarz rządowi i przejściowej epoce, o którą nie przestaniemy się kłócić, a jednak, dzięki skromności, budzi szacunek. Nazbyt łagodnie konkluduje Zaremba: „Współczesnym liderom dużo trudniej o taką reputację“.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Stuprocentowy deficyt poznawczy

5 wrz 2009

Autorski przegląd prasy

„Jak twierdzą nasze źródła w resorcie finansów“ – rozpoczyna „Dziennik“ swój czołówkowy tekst o przyszłorocznym deficycie budżetowym planowanym na 52,2 miliarda. Rzut oka na resztę gazet pozwala łatwo ustalić drogą dedukcji tożsamość owego cennego dziennikowego „źródła“ – bowiem zarówno w „GW“, jak i „Rz“ kwotę deficytu ujawnia pod nazwiskiem minister finansów Jacek Rostowski.

Oto wymowna lekcja hierarchii dziobania narzuconej przez władzę wobec prasy, kiedy zachodzi potrzeba puszczenia ważnej informacji w korzystnym dla nadawcy momencie (czyli na progu weekendu, kiedy rynek nie może zareagować impulsywnie): Rostowski dla „GW“ napisał autorski tekst, „Rz“ udzielił wywiadu, a „Dziennik“ musiał zadowolić się kontrolowanym anonimowym przeciekiem. Temu na łyżeczce, temu na miseczce, a z ukręconym łebkiem zostaje „Polska“ – która wybija na czołówce news z własnego wywiadu „Schetyna broni Grada“, gdy tymczasem minister skarbu w ten weekend stał się elementem układanki, w której sprawa groźby dymisji jako kary za niesprzedanie stoczni zeszła na drugi plan.

Chodzi bowiem o to, że oprócz wyjaśniania wysokości deficytu oraz zapewnień, że i tak jest dobrze („to i tak mniej niż podczas ostatniego kryzysu z lat 2001-2“) Rostowski wysyła jasny komunikat: jedynym ratunkiem przed bolesnymi konsekwencjami ewentualnego przekroczenia przez dług publiczny ustawowego progu 55 procent PKB będzie wyciśnięcie z prywatyzacji 28,5 miliardów. „Prywatyzacja jest kluczowym elementem powodzenia planu konsolidacji finansów publicznych“ – pisze w „GW“. „Jeżeli ambitny program ministra Grada nie zostanie zrealizowany, to kasa państwa znajdzie się w sytuacji nie do pozazdroszczenia“ – podchwytuje tę myśl w „Dz“ Marcin Piasecki.

W innym tekście „Dziennik“ daje Gradowi 70 procent szans na przeżycie, to znaczy na to, że premier nie spełni niedawnej obietnicy, że go wyrzuci jeśli skrewi ze sprzedażą stoczni.

Czy w kontekście „prywatyzacja jako ratunek przed wyższymi podatkami“ premierowi Tuskowi łatwiej przyjdzie zrobić np. to, co doradza mu Michał Karnowski w „Polsce“? Sugeruje on, że skoro premier nie odwoła ministra (wynika to z publikowanego w środku numeru wywiadu z Grzegorzem Schetyną), to zamiast kombinować z jakimiś kolejnymi terminami, lepiej żeby powiedział „przepraszam“ i przyznał się, że z tamtą zapowiedzią karnej dymisji się zagalopował. „Chodzi o elementarną powagę władzy“ – dodaje, nieświadomy, że kiedy pisał te słowa, władza już korzystała z konkurencyjnych gazet, by sytuacja nabrała odpowiedniej, wielomiliardowej, powagi.

Zwłaszcza że jak zauważa „Dziennik“ wyliczenie kwoty deficytu (prawie dwa razy więcej niż w tym roku) nie oznacza, że wpadamy w dwa razy głębszy dołek – po części ten liczbowy skok to wynik czysto papierowych przesunięć w klasyfikacji kosztów, zatem ruch Ministerstwa Finansów „ma znaczenie wyłącznie polityczne“. Anonimowy polityk Platformy mówi w tym samym tekście o „rezygnacji z czysto wizerunkowego efektu niższego deficytu budżetowego“.

Nie pierwszy raz w rękach ekonomistów zimne liczby nabierają piarowego ciepełka (jeśli ktoś twierdzi, że w ekonomii nie ma wcale dymu i poezji, to zapytam, kto nagminnie opowiada np. o „wzroście ujemnym“?). Trudno łączyć podwojenie kwoty deficytu tylko z obroną jednego ministra i nową rundą kampanii prezydenckiej. Ale jak słusznie przypomina „GW“ akurat przed chwilą prezydent Kaczyński potępiał wyprzedawanie „rodowych sreber“ (myśl tę rozwija dziś w „Polsce“ prezydencki minister Paweł Wypych). Żeby było zawilej, tym razem atak Kaczyńskiego nie wystarczy, by „GW“ broniła Grada. W komentarzu na pierwszej stronie Witold Gadomski pisze o łataniu dziury pieniędzmi z prywatyzacji i podsumowuje: „to jest możliwe, jeśli na czele Ministerstwa Skarbu stanie ktoś cieszący się autorytetem i opinią prawdziwego menedżera“. Na tekst wyjaśniający, dlaczego warunków tych nie spełnia obecny szef resortu, jednak się nie natknąłem. Z budżetowym się zobaczy, ale deficyt poznawczy pozostaje bez zmian.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rajd po trupie Szwejka

8 sie 2009

Autorski przegląd prasy

„Historia dzieliła, dzieli i będzie dzielić Polaków i Ukraińcow. Być może na zawsze” – pisze Marcin Wojciechowski w GW. „W stosunkach polsko-ukraińskich potrzebny jest dialog. On będzie trwał przez pokolenia” – mówi Jarosław Gowin w wywiadzie dla „Polski”, a choć pada słowo „dialog”, to Gowin jest równie pesymistyczny, co Wojciechowski. „Można zrozumieć ich racje historyczne nawet gdyby były sprzeczne z naszymi. Ciężko przejść do porządku dziennego nad zbrodniami. Ale oni będą próbowali przechodzić, naginając fakty do narodowych potrzeb. Jeśli robią to na swojej własnej ziemi pozostaje perswazja i jednak jakaś forma tolerancji” – Piotr Zaremba w „Dzienniku” również widzi sprzeczność polsko-ukraińską, dla której incydent z przerwanym na polskiej granicy rajdem im. Bandery stał się tylko kolejnym przejawem.

Autorzy wszystkich gazet mają w zasadzie ten sam stosunek do decyzji polskiego rządu, akceptują go, wskazując, że w tej sytuacji nie było dobrego wyjścia. (Poseł Gowin dodaje wprawdzie w duchu czystego chciejstwa „wolałbym, aby uczestnicy tego rajdu przekroczyli granice Polski. Ale należało im zorganizować spotkania z młodymi Polakami, którzy przedstawiliby nasz punkt widzenia”, ale sam przyznaje, że akurat w tym miejscu i czasie takie spotkania to nie najlepszy pomysł).

Wszyscy trzej próbują też określić, na jakich innych płaszczyznach można coś zrobić dla współistnienia i pod jakimi warunkami. Najkrócej ten problem ujmuje Zaremba: „Nie musimy na całą historię patrzeć tak samo, aby rozmawiać o współczesności”. Wcześniej jednak odpowiada, gdzie leży granica wspomnianej tolerancji, która pozwala zająć się innymi, niekonfliktowymi sprawami: porównując niedoszły rajd ukraiński z odbudową cmentarza Orląt we Lwowie (czyli z przykładem ukraińskiej tolerancji) wyznacza tę granicę w punkcie, gdzie zaczyna się gloryfikacja zbrodni. „Orlęta Lwowskie nie dokonywały zbrodni, ta różnica wyznacza polskie non possumus”. A co ze sporem o to, gdzie kończą się prawowite działania wojenne, a gdzie zaczynają się zbrodnie?

Co więc ze współczesnością? Bliżej konkretu schodzi dziennikarz „Polski” rozmawiający z Gowinem, wskazując na organizację mistrzostw Euro 2012 i rozmaite sytuacje, które mogą rozpalić resentymenty. To choćby opisywana w dzisiejszych gazetach nieoficjalna wiadomość o możliwości przeniesienia meczu finałowego do Warszawy. Gowin wskazuje na „przewrażliwienie” Ukraińców gdy odbiera im się prawo do uczczenia postaci, które mogą służyć za symbole walki o niepodległość, bo tych postaci mają tak dramatycznie niewiele. Ja bym dodał, że ponieważ w kwestii mistrzostw żywią oni przekonanie, że bez nich Polska dostałaby od UEFY figę z makiem, to nie trzeba wielkiej empatii, żeby wyobrazić sobie „przewrażliwienie” na punkcie prestiżowych porównań – kto lepiej się do Euro szykuje. Miejmy więc na sercu, że bez względu na to, ile hoteli powstanie (a raczej nie powstanie) w Kijowie, to od naszych słów, w których będziemy to opisywać naszą przewagę i stylu, w jakim ewentualnie przejmiemy od Ukraińców ten czy inny punkt programu, zależy, czy z tych mistrzostw zrobi się kolejny zatruty węzeł, na podobieństwo krwawych wydarzeń lat 30 i 40.

Marcin Wojciechowski pisze ogólnie, że byłoby „głupotą”, gdyby incydent z rajdem wpłynął na politykę Polski wobec Ukrainy i Ukrainy wobec Polski. Przypomina przy tym trzeciego gracza w tym starciu, czyli „zacierającego ręce Moskala” i odsyła po przykłady do „> Jerzego Hoffmanna” (myślałem, że od reżysera ważniejszy jest Sienkiewicz, ale cóż, ze wszystkich sztuk najważniejsze jest dla nas kino…). Wprost lub pośrednio Moskalowi służą „radykałowie po obu stronach granicy”, których historia z rajdem stanowi „triumf”. Jest w tym trochę racji – byłbym tylko ostrożniejszy przed łatwością etykietowania. Wątpię, czy mamy prawo zwać ludzi, którzy w rzeziach wołyńskich potracili rodziny i domagają się szacunku dla grobów i prawa do żalu „radykałami”…

Ale, jak powiadam, Wojciechowski ma swoją rację i powinien koniecznie o niej opowiedzieć swojemu koledze Pawłowi Smoleńskiemu, który 14 stron dalej w tym samym wydaniu GW zajmuje się wywoływaniem radykałów niczym duchów z beskidzkiej mgły. Popełnił mianowicie reportaż o dwujęzycznych tablicach w kilkunastu łemkowskich wsiach. Z tekstu wynika, że odbyło się wszystko po bożemu – lokalne społeczności wyraziły w głosowaniu wolę, sprawa poszła biurokratyczną drogą i w majestacie prawa oraz demokracji lokalnej tablice pisane cyrylicą już stoją albo zaraz staną. Smoleńskiemu udało się nasycić cały reportaż pełną napięcia aurą dzięki jednemu działaczowi łemkowskiemu, który odczuwał niepokój (chociaż sprawy szły do przodu) i jednemu działaczowi PiSu, który zagłosował przeciw, choć do tego celu musiał przemeldować się aż z Puław. W puencie sugeruje, że łemkowska tablica jest nieco większa od polskiej, co ani chybi okaże się powodem do jej zniszczenia. Nic wprost, tylko „niedopowiedziana obawa” – ja bym to nazwał samosprawdzającą się przepowiednią.

Żeby zamknąć nieradykalnie ten rowerowy rozdział w dziejach Lachów i Rusinów wspomnijmy, o czym informuje „GW”, że uczestnicy rajdu we wniosku o wizę wpisali jako cel „przejażdżkę rowerową po fortach w Przemyślu szlakami Szwejka na zaproszenie Bieszczadzkiego Towarzystwa Cyklistów”. Cóż, kiedy impreza ta odbyła się już miesiąc temu! Dzielny wojak i na to znalazłby wykręt. Czy aby na pewno ostanie się dzielny i czy nadal będzie wojakiem, to się okaże w poniedziałek, kiedy na rynek trafi nowy przekład Haszka, który, jak donosi „Polska”, tytułuje Szwejka „dobrym żołnierzem”. Tłumacz Antoni Kroh jest odważnym człowiekiem, bo kiedy się rzuca rękawicę ugruntowanym już wielkim przekładom łatwo wylądować na śmietniku obok nieszczęsnej „Fredzi Phi Phi”. Zapowiada się bitwa na szwejkowe tłumaczenia, czym prędzej warto sobie odświeżyć przekład Hulki-Laskowskiego. Nieco C.K. harmonii przyda się nam wszystkim w czas tej kanikuły.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

44 i 09: każdemu jego tragedia

1 sie 2009

Autorski przegląd prasy

„Dobre muzeum zawsze opowiada o historii, o naszym kraju, o narodzie. Jak dobry film. Przeżywamy go naprawdę, gdy nie mówi nam o postaciach, tylko o nas samych” – mówi Jan Ołdakowski swoim rozmówcom z „Dziennika”.

Z jego słów przebija świadomość, że to, co udało się jemu i całej ekipie „muzealników” wynika po części ze swego rodzaju koniunktury w zbiorowych sentymentach. I że opowieść o powstaniu warszawskim przedstawiona przez jego muzeum za jakiś czas przestanie być tak mocno odbierana. „Ciągle jesteśmy przed szczytem”. A kiedy „frekwencja tutaj zacznie spadać, wezmę się za coś nowego”.

Wywiad z Ołdakowskim jest tym bardziej ciekawy, że dyrektorowi muzeum ostatnio co najmniej dwa razy w sposób bardzo słyszalny zarzucono tępą stronniczość polityczną – mógłby więc sprowadzić swoje odpowiedzi do kategorii czysto politycznych. Ma jednak do powiedzenia sporo mądrych rzeczy i oprócz przypomnienia politycznego tła niechęci do historii i patriotyzmu w latach 90., opowiada np. o pokoleniowym mechanizmie, w którym „dzieci powstańców miały trudności z zaakceptowaniem powstania (…) dopiero wnuki do niego wróciły”. Trudno nie zgodzić się też z jego cierpką uwagą, że rozdmuchiwanie w komentarzach przykrych scen wygwizdywania pewnych polityków jest samospełniającą się przepowiednią i napędzi w tym roku jeszcze więcej nawiedzonych gwizdaczy na Powązki (Ołdakowski zresztą sugeruje, jakie środowisko gwiżdże –wskazuje na Toruń, chociaż oczywiście nie rozumie tego miasta dosłownie, w przeciwieństwie do pewnej szacownej postaci, której przywidziały się autobusy).

Co nam mówi opowieść o Powstaniu, w wersji obecnie najpopularniejszej w mediach, o nas samych? Na pewno to, że lubimy kategorie prostej dumy i walecznego heroizmu. Marcin Wojciechowski w „Wyborczej” próbuje delikatnie przekierować te impulsy, pisząc: „żyjemy w innych czasach. Inne są wyzwania, inne formy okazywania patriotyzmu. Heroizm i poświęcenie zastępują pozytywistyczna praca, uczciwość (…) troskliwość o to, by oprócz zarobkowania znaleźć czas na zrobienie czegoś dla innych – słabszych, biedniejszych, gorzej wykształconych, dyskryminowanych”.

Nie chcę się zabierać głosu w sposób autorytatywny, ale z opowieści słyszanych wprost od własnej babci i niewprost w tak zwanym przekazie kulturowym, w jakim się wychowałem wśród pokolenia dzieci powstanców, odnoszę jasne wrażenie, że ludziom którzy w 1944 roku poczuli proste powołanie, by Niemca bić, chodziło raczej o to, bym i ja zachował odwagę bicia się, kiedy będzie trzeba, o honor. Żywe w nas powstanie to jest opowieść o walce, o zabijaniu i umieraniu, o ostatecznych wyborach i o walce z Niemcem (a nie z jakimś abstrakcyjnym nazistą), choćbyśmy nie wiem jak opakowali ją w zaklęcia o nowym wymiarze patriotyzmu.

Nie mam nic przeciwko „troskliwości”, „robieniu czegoś dla słabszych” itd.; przeciwnie, to wysokie cnoty – ale wmawianie, że taka może być w nas spuścizna powstania, to moim zdaniem przegięcie. Już lepiej od powstańców odwrócić się plecami, potraktować jak gliniane wojsko sprzed wieków, uznać ich honor za rzecz całkowicie martwą, ale nie robić z nich kukiełek w naszych teatrzykach.

Podobne kukiełkowe skojarzenia mam patrząc na coraz bardziej „mainstreamowe” traktowanie rocznicy, w sensie politycznym (stąd coraz więcej barierek czy sznurków na Powązkach) i w wymiarze beztroskiej mody (czego wyrazem np. gadżecik – kotwica na szpilce dołączona dziś do „Polski”). W „Polsce” mówi o tym Tomasz Lis, punktując bezsens upaństwawiania obchodów i ustanawiania urzędowych Dni Pamięci. „Nie potrzebowaliśmy jakoś za komuny Narodowego Dnia Pamięci o Powstaniu, by o nim pamiętać, to niby teraz potrzebujemy? (…) Świetnie że Lech Kaczyński pomógł stworzyć Muzeum, ale zaczyna być irytująca intensywność, z jaką próbuje on skleić swoją osobę i swój polityczny interes z tradycją powstańczą”. Dalej Lis kpi, przypominając, że przy wyborach za rok okrągła rocznica Grunwaldu też będzie jak znalazł. Z pewnością przerysowuje, ale trudno mi zaprzeczyć, że wiem o jaki dyskomfort mu chodzi.

Ze spraw nierocznicowych warto odnotować wywiad w „Dzienniku” z zastępczą matką, która teraz chce odzyskać urodzone przez siebie dziecko od ludzi, płacących jej za noszenie ciąży. Sprawa została przez „Dziennik” rozdmuchana z posmakiem sensacji i stanowi powtórkę tego, co prawnicy na Zachodzie ćwiczą od lat, ale warto się nad tym zatrzymać. Nie żeby ta rozmowa uświadamiała nam coś, czego nie wiemy o uczuciach matki do dziecka w brzuchu. Chodzi raczej o to, że nieraz irytująco sprzeczne emocje od jakich kipi wywiad, wymownie odzwierciedlają niemożliwość sytuacji, w jakiej znalazła się matka-niematka oraz rodzice- zleceniodawcy. „Gdybym mogła cofnąć o rok, nigdy nie zdecydowałabym się na zostanie matką zastępczą”. W opowieści tej kobiety przebija sytuacja rodem z greckiej tragedii. Medea u Eurypidesa wyraża się w sposób być może bardziej wyrafinowany niż pani Grzybowska, ale w gruncie rzeczy rozpacz i pomieszanie zmysłów jest to samo. Ta sama kara bogów za ludzką hybris, za samozwańcze naginanie granic ludzkiej kondycji i przeznaczenia. Z wywiadu dowiaduję się, że stłamszenie jednego z kilku kardynalnych instynktów człowieka i igranie z sensem słowa „matka” wycenia się w dziś w Polsce na 30 tysięcy. Tyle, co za mały samochód.

Karą losu za pychę bogatych społeczeństw ma być apokalipsa emerytalna, jaką zapowiadają nam ekonomiści. Minister Boni, jak twierdzi na 1. stronie „Polska”, chce ją powstrzymać posyłając każdego po 50. roku życia na roczny urlop, dla nabrania sił przed jak najdłuższą pracą. Niech kobyła odsapnie, to dalej uciągnie. Do siedemdziesiątki bez emerytury. Czasami kiedy czytam o takich pomysłach, to wydaje mi się, jakby Boni i jego technokratyczni koledzy ocierali się w swej mentalności o postawę humanitarnego właściciela niewolników. Na szczęście, o czym „Polska” informuje dopiero pod koniec materiału, są to tylko konsultanckie głodne kawałki, bo oczywiście nikt nie ma pomysłu jak masowy roczny urlop sfinansować, skoro i tak jest krucho z pieniędzmi na świadczenia.

Cytowany przez „Polskę” jeden z krytyków ministra Boniego sugeruje, że prościej jest pobudzać przyrost naturalny. Czyli zrobić coś z okropną sytuacją, gdy „życie gospodyń domowych marzących o sprostaniu roli idealnej matki i pani domu” jest porównywalne z „sytuacją więźniów obozów koncentracyjnych”. To cytaty z okładkowego reportażu w „Wysokich Obcasach”. Rzecz jest o kobietach, dla których „praca znaczy więcej niż nadziewanie schabu śliwkami”, ale „snucie marzeń o własnej, niesłużącej rodzinie aktywności wywoływało poczucie winy”. Czytelników płci męskiej, którzy boją się czytać tekst najeżony oskarżeniami w stylu „płakałam, jak tylko robiłam zupę” (dlatego była za słona?) zapewniam, że następuje happy end i poczucie winy zostaje zmyte u terapeuty. Poza wszystkim, kogoś do nadziania schabu można wynająć na pewno taniej niż za 30 tysięcy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop