Zabierz dziadkowi stołek

20 marca 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

„Odnoszę wrażenie, że prawyborami zachwyceni są politycy i dziennikarze, natomiast dla społeczeństwa jest to pusty spektakl (…) Polityka spektaklu jest jak narkotyk – tak wciągnęła obecną ekipę, że ona nie jest zdolna do prowadzenia realnej polityki“ – ocenia Zdzisław Krasnodębski w wywiadzie dla „Polski“. Jego konkluzje nie są wesołe: „Może tę chorobę będziemy musieli przechorować do końca? Może dopiero zderzenie z rzeczywistością pozwoli nam wyjść z tego matriksa?“. W innym miejscu rozmowy pada opinia: „realny świat nas prędzej czy później dopadnie“.

Z podobnym problemem, gdzie jest „podłoga polskiej polityki“, a więc punkt odniesienia dla np. oceny dokonań rządu, zmaga się Michał Karnowski w komentarzu do sejmowej debaty nad dorobkiem gabinetu Tuska. Wskazuje na ochronę zdrowia, z którą jest coraz gorzej. „To nie lekarze są temu winni. To rząd w Polsce odpowiada za ochronę zdrowia. I niestety najwyraźniej sobie nie radzi“. Problem w tym, że każdego z nas, kto poważnie zachoruje, rzeczywistość „dopada“ wprawdzie okrutnie, ale jednostkowo, z osobna. Czy z sumy tych doświadczeń może wyniknąć „zderzenie“ w skali makro, na które, z mieszaniną grozy i nadziei zdaje się czekać prof. Kransodębski?

Bezsilnym głosem „realnego świata“ próbuje być w „Polsce“ Paweł Zalewski, kreślący rzeczowym językiem ramy dyskusji, od której jego zdaniem kandydaci na zwierzchnika sił zbrojnych nie mogą uciec –  jak zapewnić bezpieczeństwo w ramach NATO. Przeprowadza następnie rozbiór dotychczasowych kroków Sikorskiego w tej materii, z lekka je kontestując: „Sikorski wciąż broni tezy, że przyszłość Sojuszu Północnoatlantyckiego będzie rozstrzygać się w Afganistanie. Czy dziś wobec braku porozumienia między sojusznikami odnośnie możliwych zagrożeń w Europie jest ona nadal słuszna? (…) Nic nie wskazuje na to, że powinniśmy się angażować w misję afgańską gorliwiej, niż Niemcy, Hiszpania, czy Włochy, ktore ograniczyły wykorzystanie tam swoich sił“. Od odpowiedzi na pytanie o bezpieczeństwo Zalewski „uzależnia swoje poparcie dla kandydata“. Dziwnie jestem pewny, że nikt tego pytania nie zada, a europoseł PO będzie musiał polegać na własnej rekonstrukcji.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o sensowne głosy wokół prawyborów. Mimo uprawiania dziennikarskiego zawodu nie odczuwam wobec nich zachwytu, na tym więc poprzestanę. Poza horyzont wyznaczony dyskusją: kto jest za „wąsami“, a kto za „Oksfordem“, wychodzi w „Wyborczej“ Witold Gadomski, zadając już w tytule swojego tekstu pytanie: „Kto zastąpi starych?“. Najpierw proste metrykalne podsumowanie obecnego establishmentu: w 1989 r. Kaczyńscy mieli po 40 lat, Tusk 32, Kwaśniewski 35 i tak dalej, po dodaniu 21 lat wychodzi w każdym przypadku powyżej pięćdziesiątki. Potem kilka porównań historycznych, w tym to najbardziej oczywiste: „W listopadzie 1918 roku Józef Piłsudski (…) miał 51 lat, o dwa lata mniej niż dziś ma premier Tusk. Powszechnie nazywano go dziadkiem. Najbliżsi mu generałowie – Kazimierz Sosnkowski i Edward Rydz-Śmigły mieli zaledwie 33 i 32 lata. (…) W 1939 roku legioniści z I Brygady wciąż byli przy władzy, tyle że dwadzieścia parę lat starsi, niż wówczas, gdy walczyli z Dziadkiem o Polskę“.

W przypadku legionistów wymianę pokoleniową załatwili za nas Hitler ze Stalinem. A dzisiaj? Wymiana ta zawsze boli, nawet w tak zwanych dojrzałych demokracjach, o czym Gadomski przypomina na przykładach tego, jak młodsi pozbywali Churchilla, de Gaulle’a, Thatcher czy Kohla. U nas „długie trwanie na scenie politycznej pokolenia powojennego sprawi, że ich odejście będzie wstrząsem. Istniejące partie nie przetrwają, gdy wodzowie odejdą na emeryturę“. Co prawda Gadomski zapewnia, że „szefowie partii nie są ludźmi pozbawionymi wyobraźni. Wiedzą, że powinni sterować awansami młodych, którzy zajmą ich miejsca“, ale chyba sam w to nie wierzy, bo jedyny pozytywny przykład dobrze zapowiadającego się młodzika, jaki mu przychodzi na myśl to obecny minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski („o ile nie będzie musiał zbyt długo czekać na swoją szansę“).

Młodym czekającym (zbyt długo?) na szansę  jest także Zbigniew Ziobro, którego Sławomir Nowak w wywiadzie dla „Polski“ wskazuje jako na możliwego kandydata PiS do prezydentury w razie wycofania się Lecha Kaczyńskiego. „Wiem, że Lech Kaczyński naprawdę się waha, czy wystartować“ – zapewnia i dodaje: „przegrana Kaczyńskiego byłaby pierwszym etapem pokoleniowej zmiany w PiS, młodzi politycy poczuliby wiatr w żagle. Inaczej ta zmiana nastąpi najwcześniej w 2015 r“. Sławomir Nowak, jeden z bardziej zasłużonych twórców polskiego wodewilu politycznego, nie jest wiarygodnym analitykiem sytuacji w PiS, ale ta akurat jego wypowiedź wydaje mi się sensowna (reszty wywiadu czytać nie warto, chyba że bawią Państwo zdania w rodzaju: „wkładanie fizjonomii do języka debaty jest bardzo częste“). Nawet jeśli Nowak blefuje, to mówi w sumie to samo, co Gadomski, tylko że nie wypada mu głośno rozważać, ile jeszcze pociągnie „dziadek“ w jego własnym legionie.

Jak trzeźwo zauważa Gadomski – „może się też okazać, że kolejna fala wyniesie polityków wcale nie lepszych od tych, na których narzekamy od lat“. Czas pokaże. O sprawie, którą można i trzeba załatwić od razu, pisze za to Jarosław Kurski w tekście „Karykatury Jana Karskiego“. We Francji toczy się od pół roku spór o tę postać, w którym, jak zauważa publicysta „Wyborczej“ chodzi nie tyle o poważną konfrontację ocen postaw Polaków wobec Holokaustu, ile o „narcystyczną kłótnię“ pisarza Yannicka Haenela (autora zbeletryzowanej biografii Karskiego) i dokumentalisty Claude’a Lanzmanna (znanego z filmu „Shoah“). Dzieje się to niejako za naszymi plecami i raczej niewiele możemy w tym względzie uczynić. „Nie dość zadbaliśmy o ukazanie światu postaci Jana Karskiego. Zrobili to za nas Francuzi“.

Trudno, stało się. Ale okazji Kurski bardzo trafnie podnosi jeden problem. Lanzmann wypuścił właśnie w telewizji Arte 45-minutowy film, będący kompilacją fragmentów ośmiogodzinnej rozmowy z Karskim nagranej w 1978 r. (na potrzeby „Shoah“). Zdaniem publicysty ten najnowszy film to nieuczciwy, „koronny przykład, jak kamera potrafi zakłamać postać“. Ale rzecz nie w tym, by krytykować reżysera, tylko w pytaniu: a co z resztą nagrań? „Dziś powinnością państwa polskiego jest uzyskanie integralnej kopii wszystkich nagrań Claude’a Lanzmanna (…) Polacy powinni mieć wgląd w całość nagrania, by poznać i zrozumieć Karskiego bez żadnych pośredników“.

Święte słowa. Jest kilka co najmniej instytucji, które powinny się poczuć w obowiązku poprosić o taką kopię. Gdy wicenaczelny czołowej gazety stawia sprawę publicznie – choć mógłby bez trudu zwrócić się do Lanzmanna przez wspólnych znajomych – czy oznacza to, że wie, albo przypuszcza, iż filmowiec nie jest wcale skory podzielić się swoim archiwum? A może to tylko moja mylna, złośliwa intuicja.

Dziki kraj czeka na Bonę

27 lutego 2010 autor pawelbravo

Autorski przegląd prasy

„Wykryliśmy produkt sprzedawany pod nazwą parówki cielęce, w którym nie było ani grama cielęciny. Producent tłumaczył, że przecież dodał kupioną w sklepie przyprawę do parówek cielęcych. (…) Jak się robi ser za 9 zł? Niektórzy producenci zamiast mleka dodają dużo tańsze tłuszcze roślinne. I mamy ser trochę podobny do sera“. „Wyborcza“ na pierwszej stronie drukuje materiał o tym, że Polacy częściej niż kiedyś kupują tanie rzeczy w tanich sklepach, a to musi prowadzić do tego, że mimowolnie są nabijani w butelkę. Ale nie sam fakt, że chodzimy masowo do Biedronki jest w tym tekście frapujący, lecz zestawienie z sondażami: wynika z nich, że „tylko co czwarty Polak przyznaje się do kupowania jak najtaniej“. Cytowany przez gazetę ekspert podsumowuje: „Bierze się to stąd, że w deklaracjach strugamy kozaka“.

„Sikorski tylko rżnie lorda. (…) przedstawia się jako dżentelmen, którym nie jest – szepczą zwolennicy Komorowskiego“ – tak relacjonuje inną narodową grę pozorów Tomasz Lis w „Polsce“. „Jestem chłopakiem z Woli, a nie paniczykiem z morskiej piany“ – miał z kolei, wedle felietonisty,  chwalić się szlachcic Bronisław Komorowski. Zdaniem Lisa w walce prawyborczej przejdziemy wkrótce do „atomowych haków“, mimo że, jak podano w tekście na sąsiedniej stronie, „W razie gdyby te granice [kultury politycznej] zostały przekroczone, winowajca może ponieść konsekwencje. Donald Tusk, którego wolę przekazała Gronkiewicz-Waltz, nie życzy sobie bowiem wewnętrznych sporów“. Proszę przeczytać na głos te słowa i rozsmakować się w ich dworskim wdzięku. Najmiłościwszy Pan raczył przekazać, że nie życzy sobie, aby muchy latały w porze drzemki.

Zanim czytelnika zdąży zeżreć dylemat „rżnięty lord z czy lipny chłopak z Woli?“, w tejże „Polsce“ Kazimierz Marcinkiewicz podpowie idealne wyjście: „najlepszy polityk to jest ten, który „w czasie rozmowy z robotnikami w fabryce jest poklepywany po plecach ze słowami <> a na katedrze uniwersyteckiej jest oklaskiwany przez profesorów“. Były premier cechy takiej opływowej politycznej ameby widzi w Radku Sikorskim, bo to „typowy oksfordczyk“ a jednocześnie „chodził z kałasznikowem“

Wspominam jednak o tym komicznym wywiadzie, bo są w nim dwa poważniejsze argumenty na rzecz pana ministra. Oba są kobiecej, by tak rzec natury. Pierwszy – na Sikorskiego chce głosować Isabel; drugi – „ma świetną żonę (…) Anne Applebaum mogłaby być dla Polaków kimś takim jak królowa Bona“. Nowa Bona – to piękne, tylko co z nową włoszczyzną? Wprawdzie jesteśmy nadal dzikim krajem (gdzieżby indziej Drzewiecki zaszedł tak wysoko u dworu) ale od roku 1518 nieźle ewoluowaliśmy kulinarnie, żaden więc hamburger, sos tabasco czy inne ingrediencje królowej Anny nie odcisną się dziejowym śladem w języku i tradycji.

„Poglądy nie mają znaczenia“, przytakuje w „Wyborczej“ Marek Beylin. Wychodząc od szczegółowej kwestii zlekceważenia przez PO sprawy obsadzenia wakatu w Trybunale Konstytucyjnym („PO traktuje Trybunał jak kolejną państwową spółkę do wzięcia (…) bimba sobie na niego“), dochodzi do ogólnych wniosków: „demokracja stała się urządzeniem czysto technicznym – do liczenia głosów i kalkulacji siły“. Beylin ostro punktuje fakt, że sugestia dołączenia Romana Giertycha do Platformy nie wzbudziła w sumie niczyich oporów. „Polska polityka jest przeżarta myśleniem technokratyczno-sondażowym. Kwestie tak niewymierne i nieefektowne jak czyjaś wolność wymykają się z tego horyzontu“… Identyczną w zarysie diagnozę stawia w dzisiejszej „Rzepie“ Bronisław Wildstein (w tekście „Bezideowość polityki polskiej“). Obaj panowie zapewne nie będą zachwyceni porównaniem, a swój wywód czynią w imieniu skrajnie różnych wartości, ale warto przeczytać te teksty równolegle.

Partie unikają idei (a więc kategorycznych sądów), ich wyborcy strugają kozaków, nie dziwi więc, że Jarosław Kurski pyta we wstępniaku do Świątecznej: „Czym właściwie jest prawda?“. Redaktor w szczególności zaleca sceptycyzm przy ocenie książki Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim, której poświęcone są aż dwa artykuły, napisane przez Marka Beylina i Adama Leszczyńskiego. Przy tym pierwszym mam wrażenie, że czytałem kompletnie inną książkę – mój egzemplarz był wolny od złośliwego polowania na słabości bohatera (chyba że samo zestawianie ze sobą faktów, porównywanie relacji jest już naganne), potężnie naładowany empatią a autor ledwo musnął kwestie związków miłosnych i przygód z kobietami, nie wykazując przy tym plotkarskiej ekscytacji.

Tekst Leszczyńskiego jest bliższy mojej lekturze („Domosławski nie układa aktu oskarżenia“), ale przede wszystkim ubolewa nad ciosem, który książka zadała „polskiej szkole reportażu“… wydaje mi się, że to przesada, każdy reporter pracuje na własną chwałę lub niesławę. Oba jednak teksty proponuję odłożyć na bok i najpierw przeczytać książkę (jej fragmenty zresztą przedrukowuje i „Wyborcza“, i „Polska“).

Kapuściński miał, wedle relacji przyjaciół, rzec pewnego razu: „ja nie piszę, żeby się w szczegółach zgadzało, chodzi o istotę rzeczy!“. Z pewnością spodobałoby się to producentom sera z oleju roślinnego – jednak w dyskusji o jego biografii istota rzeczy tkwi w szczegółach.

Prawyborcze kukiełki

20 lutego 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

„Komorowski bo grubszy?“ – pyta „Wyborcza“, streszczając przesłanie tekstu o dziennikarskiej sondzie wśród platformerskich aparatczyków w całym kraju.

„Grubszy znaczy stabilniejszy“, ocenia pewien poseł. „Jest w nim harmonia“ – wtóruje Róża Thun. „Najczęściej można było usłyszeć, że marszałek jest ’swój’“, relacjonuje autor podsumowania Wojciech Szacki. Sikorski natomiast, jak ujęła to pani wójt z bieszczadzkich kniej, jest „nasz i nie nasz“. W dalszym ciągu tej prawyborczej parady komunałów czytamy, że Sikorski bardziej podoba się młodym.

„Minister ma charakter mniej wiernopoddańczy niż marszałek, w związku z czym jego szanse są dużo mniejsze. Niewykluczone zresztą, że tak właśnie należy czytać decyzję Tuska podjętą po zastanowieniu: robimy partyjne prawybory. Chyba premier zna ich wynik“ – ucina prawyborcze dyskusje Jan Rokita w wywiadzie dla „Polski“. „Tusk otworzył licytację na wiernopoddańcze oświadczenia, orientuje się, jaki jest układ sojuszy w PO, patrzy, na kogo postawią ci, których trzeba mieć na oku. Jest reżyserem, który chce zobaczyć, co kukiełki potrafią zagrać same, z której publiczność najbardziej się śmieje, a której bije brawo“.

Nawet jeśli cyniczna ocena Rokity jest słuszna, to zgrillowanie przez media obu pretendentów ma samoistny sens. Uświadomimy sobie przy tej okazji parę przeoczonych spraw, jak np. fakt, że Sikorskiemu towarzyszy bystra i wpływowa publicystka, za rzadko obecna w szerszym obiegu, choć jej teksty są co tydzień na wyciągnięcie ręki w witrynach Washington Post i Slate. (Przy okazji ktoś może wreszcie przypomni np. jej przenikliwy esej z New York Review of Books o polskich rozrachunkach z Rosją napisany przy okazji filmu „Katyń“). A także te nieprzyjemne, począwszy od charakteru pretendentów – nad czym np. rozwodzi się w „Polsce“ Witold Waszczykowski. Sikorski nie jest jego ulubieńcem, więc dowiadujemy się, że „w rzeczywistości jest bardziej prostolinijny a nawet brutalny i wulgarny dla współpracowników“, widać u niego „emocje i małostkowość“.

„Polityka Tuska i Sikorskiego jest gorsza niż Kwaśniewskiego, Millera, Belki i Rotfelda“ – ocenia ogólnie Waszczykowski, zaś dwie strony dalej Piotr Zaremba próbuje zanalizować na konkretnym, świeżym białoruskim przykładzie mentalność i taktykę Sikorskiego w jego obecnej ministerialnej roli. W tytule pada pytanie „Czy Sikorski przegrał z kretesem?“ na które autor w końcu odpowiada: „poniósł nie klęskę może, ale porażkę (…) Nie do końca wiem, czy grał z dyktatorem tak jak powinien – oferując coś za coś, racjonując koncesje i patrząc mu na ręce, czy obsypał go prezentami na kredyt“. Zaremba rozprawia się z „realizmem politycznym“, w tej wersji, jaką stosują Sikorski i jego szef na odcinku wschodnim. „Realpolitik musi mieć mocne uzasadnienie, jeśli warto po nią sięgać zamiast po politykę gestów“ – publicysta „Polski“ tego uzasadnienia jednak nie odnajduje. „Ci, którzy się za swoimi współplemieńcami nie ujmują, tracą w polityce międzynarodowej szacunek i jako uczestnicy najbardziej subtelnej dyplomatycznej gry liczą się mało“. Zamiast realizmu, kończymy zdani na „łaskę i niełaskę Łukaszenkowskich prowokacji“, co „jest przejawem braku zimnej krwi“.

Gdyby Sikorski nie ubiegał się o żyrandol, nie byłoby popytu na porządne analizy jego obecnych działań. Czekam na podobny rozbiór tego, jak Komorowski dzierży laskę marszałkowską. Więcej ostatnio słychać o jego zamrażarce pełnej projektów ustaw, sporo pretensji miały feministki za paternalistyczne traktowanie przy okazji projektu parytetowego. Kobiety ponoć złagodzą polityczne obyczaje, zwłaszcza, że jak się dowiadujemy z „Wysokich obcasów“ mają szansę gruntownie się przygotować. „Chcesz ukryć szerokie biodra? Noś spódnice w kształcie litery A. Masz duże piersi? Zapomnij o sukienkach z dekoltem w kształcie łezki “ – pisze profesor filozofii Uniwersytetu Warszawskiego Magdalena Środa. Skąd nagła zmiana u tej znanej z innych rejestrów tematycznych autorki? Czegóż się nie robi dla wypromowania świeżo wydanej przez Jolantę Kwaśniewską książki „Lekcja stylu“.

W charakterze figowych, profesorskich listków figurują Erazm z Rotterdamu, niemiecki klasyk wiedzy o antyku Werner Jaeger (ten od „Paidei“), historycy Jean Delumeau, Norbert Elias. Lotem błyskawicy przechodzimy od Homera do PRL, przyswajając sobie pojęcia decorum, courtoisie, civilité, politesse i jeszcze ładniej brzmiące. Dużo mądrej piany – a to wszystko po to, żeby przykryć niewygodny na tych łamach fakt, że etykieta jest elementem patriarchalnego etosu. Przelotnie wspomina o tym również autorka, pisząc np. że „etykieta dotyczyła w równym stopniu kobiet i mężczyzn, tyle że tym drugim znacznie łatwiej wybaczano uchybienia“, a „dopiero ruchy emancypacyjne (…) spowodowały liberalizację praktyk kształtowania własnego ciała i wyglądu“. Dziełko byłej pierwszej damy to zdrada emancypacji, pozostaję w podziwie dla akrobacji, jakich podjęła się prof. Środa w imię… no właśnie nie wiem czego.

Ale jeśli umysłowy filar feminizmu jest gotów zachwalać podręcznik ulegania konwenansom o rycerskich korzeniach, to znaczy że naprawdę wiele jest możliwe. Nawet to, że Donald Tusk nie zna wyników prawyborów.

Prezydencki woal

13 lutego 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

„Polacy to twórczy naród i stać nas nie tylko na Nokię, ale i na Google i Mercedesa. Takich rzeczy chciałbym“ – Rafał Dutkiewicz w wywiadzie dla „Polski“ śmiało kreśli horyzont, choć spora część rozmowy jest poświęcona właśnie temu, że już dawno PO pogoniła go z dużej polityki z powrotem do Wrocławia, gdzie „robi najlepsze miasto w Polsce“ – a więc międlenie nic nie znaczących porównań nie jest mu konieczne do żadnej kampanii.

Czytelnik ma jeszcze okazję poczytać refleksje, że „nie da się tak łatwo sklasyfikować ludzkich poglądów“ (to o jego nieudanej współpracy z jednoznacznie konserwatywną Polską XXI). Oto Dutkiewicz chce połączyć ogień z wodą, a mianowicie: „żeby Polacy chodzili w niedzielę do kościoła, ale też żeby mieli szerokopasmowy internet“. Szybkie łącze jako symbol laicyzacji? Sam do kościoła nie chodzę i mam tzw. broadband, ale jakoś nie odnajduję się w pokrętnej logice Dutkiewicza. Jego pogląd w sumie jest bliski przekonaniu Jarosława Kaczyńskiego, że internauci to tacy, co tylko piwko i pornosy, czyli nihilizm w wersji domowej.

Mnie najbardziej ujęło obrazowe ujęcie awansu, jakiego doznała nasza elita polityczna przez 20 lat. „Na początku lat 90. Grzesiu [nie muszę uzupełniać nazwiska, we Wrocławiu jest tylko jeden Grzesiu] mnie odebrał z lotniska, jechaliśmy do niego do domu, kupiliśmy majonez (…) i sok pomarańczowy. Grzesiek powiedział: ja bym kiedyś chciał być taki bogaty, żebym mógł zawsze pić sok pomarańczowy na śniadanie. Bo te kartonowe soki były drogie, wszyscy mniej zarabialiśmy“. Soku pomarańczowego się dorobiliśmy, za to transport z wrocławskiego lotniska nadal tkwi w epoce cytronety. Zamiast „chcieć Google’a“ Dutkiewicz mógłby zechcieć usprawnić to połączenie. Nie na każdego, kto przylatuje aeroplanem, czeka tam w samochodzie przyszły prezydent.

Na pytanie o ambicje ogólnokrajowe słyszymy o „zawoalowanych ofertach kolegów z PO“, które „są tak bardzo zawoalowane, że nie wiem“. Prawie tak samo gęsty woal spowija realnych pretendentów do prezydentury, czego dowodem bardzo „fusowe“ teksty czołowych publicystów „Polski“ Piotra Zaremby i Michała Karnowskiego. Obaj podjęli się odpowiedzi: Komorowski czy Sikorski i dlaczego akurat ten a nie drugi? Zaremba lekko przychyla się do Komorowskiego (zastrzegając, że nie „angażuje się emocjonalnie“), uznając, że jako stabilniejszy lepiej wytrzyma bardzo jednak zmienną kampanię a potem będzie bardziej przewidywalnym partnerem dla premiera Tuska.

Dla Karnowskiego życiowe doświadczenie i przewidywalność obecnego marszałka to raczej minus, a w ogólnonarodowym konkursie o „pałac z żyrandolem“ potrzeba mieć „jasną ofertę polityczną“, którą Sikorski wedle tego autora ma. W obu tekstach publicyści mieszają dwa porządki – cechy i przymioty przydatne z punktu widzenia Tuska i szeregowców PO, oraz atuty prowadzące do wygranej w wyborach powszechnych i dobrze sprawowanej prezydentury. A to dlatego, że po raz pierwszy mamy do czynienia z czymś na kształt prawdziwych prawyborów – tzn. realnej, nie do końca „ustawionej w drugim pokoju“ konkurencji o partyjną nominację do startu i prawie pewnego zwycięstwa w wyborach powszecnych. Dla odróżnienia od amerykańskich prawyborów Karnowski używa wprowadzonego chyba przez spin doktorów PO słownego potworka: „preelekcja“. Brzmi ohydnie, ale cóż, tu na razie jest ściernisko.

„Wyborcza“ dwukrotnie odwraca w tę sobotę kota ogonem, dając zarazem ciekawy materiał do lektury. Pierwszy raz, gdy dokładnie opisuje świeżo zakończoną gehennę krakowskich biznesmenów zgnojonych w 2003-4 przez prokuraturę (oraz pokrewne historie np. Romana Kluski). Warto przeczytać dokładny opis mechanizmu, w którym nierzetelny (delikatnie mówiąc) prokurator jest w stanie udławić ambitnych, działających śmiało ale w granicach uczciwości i prawa przedsiębiorców. Szczególnie gorzko brzmi uwaga, że dwaj główni bohaterowie tekstu nie poszli (w przeciwieństwie do współoskarżonych) na żadne zgniłe deale z prokuraturą, bo jako byli działacze opozycji zdążyli za komuny się otrzaskać z więzieniem i zastraszaniem przez funkcjonariuszy. „Nie spodziewałem się, że już niedługo polskie państwo – wolne, niepodległe i demokratyczne – może być głownym przeciwnikiem polskich firm. I to przeciwnikiem, który dosłownie rzuca się do gardła swoich ofiar (…) z brutalnością ktora wcześniej znana była w gospodarkach krajow położonych bardziej na wschód“ – stwierdził jeden z biznesmenów.

Dobry, wartko napisany tekst… i tylko szkoda, że tę historię dziejącą się pod dawnymi rządami SLD „Wyborcza“ wciska czytelnikom z dwukrotnie podbitym morałem – że to dowód na ekscesy działań antykorupcyjnych – czyli na pohybel CBA. „Bananowa republika? Latynoska junta? Nie, Kraków, Polska 2010“ podkreśla Jarosław Kurski w komentarzu na drugiej stronie. Otóż nie. Wcale nie Polska 2010, lecz Polska 2003-5. Nie każda historia nadużyć prokuratorskiej władzy w walce z biznesem nada się na bicz na Mariusza Kamińskiego.

Druga okazja, żeby podgryźć CBA, trafiła się w tę sobotę przy okazji skądinąd ciekawej historii o urządzaniu w Muzeum Powstania Warszawskiego uroczystości zaprzysięgania funkcjonariuszy różnych służb widnych, tajnych i dwu-płciowych. „Tomek Podrywacz i Antek Rozpylacz“ – zatytułował tekst Paweł Smoleński i od razu wiemy z kogo mamy się pośmiać, chociaż autor dochował staranności i wymienia wiele różnych służb, które przysięgają pod makietą Liberatora a przede wszystkim wskazuje na okres rządów lewicy i na ABW pod Andrzejem Barcikowskim jako na źródło nowej tradycji.

Autor daje się wypowiedzieć dyrektorowi Muzeum, który zapewnia, że są granice, w których jego placówka może służyć na użytek podmiotów „zewnętrznych“, inni rozmówcy w sumie zgadzają się, że pomysł nie jest taki absurdalny, bo lepiej, aby np. ABW szła przysięgać do muzeum, a nie do starej sali im. Feliksa Edmundowicza, a wszelka służba państwowa ma prawo do swego ceremoniału. No, chyba że to jest CBA i wtedy to jest „ślubowanie tajniaków“, z którego można sobie tylko robić jaja, w czym pomaga mniej rozrechotanym czytelnikom Marek Piwowski. Mam dystans do celebrowania służbistości zarówno mundurowej jak i utajnionej, ale przecież nikt nie każe ani mi, ani Smoleńskiemu się przyglądać rytuałom. To przecież tylko „teatrum“ (termin użyty w tekście przez Magadalenę Środę), co to komu szkodzi? Ale większy problem z tym tekstem to takie rozpisanie historii o ceremoniach wielu podmiotów, żeby na koniec zostało wrażenie, że szalony Mario mazał swoje falangi krwią powstańców.

Obiecywałem sobie jeszcze, że opowiem szczegółowo o liście ministra Michała Boniego do „drogiego Witka“ Gadomskiego w „Wyborczej“ i wywiadzie, jakiego tenże Boni udzielił wespół z minister Bieńkowską w „Polsce“. Miało być o zmienianiu Polski drogą małych kroków – już za chwilę, bo „strategia matka jest już właściwie gotowa“ a także „kalendarz realizacyjny“ z „punktami na osi czasu“, jest też „plan rozwoju i konsolidacji finansow oraz aktualizacji planu konwergencji“ oraz „alfabet reform“ i w ogóle wszystko zaraz będzie, tylko nie popędzać. Tam, gdzie padają jakieś konkrety, to człowiek nie wie, gdzie oczy podziać. Np. wzór młodych Polaków, „silniejszej generacji“ to rodzeństwo z filmu „Sztuczki“ (czyli np. dziewczyna tyrająca na zmywaku w podłym barze, której szanse na posadę sekretarki w lepszej firmie wynikają z tego, że wpadła w oko włoskiemu właścicielowi). Pan minister jest chyba zbyt zajęty, żeby dokładnie pamiętać filmy, a ja już nie mam siły mu towarzyszyć w tym szybowaniu: gdzieś między konsultancką gadką-szmatką a przemówieniami Gomułki, które obfitowały w dane o walcowaniu stali, a tak cudownie odklejały się od rzeczywistości.

Obłuda stopniała

23 stycznia 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

„Szefowie największych firm w Polsce zarabiają prawie 10 razy tyle, ile pracownicy średniego szczebla (…) Należymy do krajów o największym poziomie rozwarstwienia płac – w rankingu [56 krajów] wylądowaliśmy na 11 miejscu od końca“ – informuje „Wyborcza“. „Pod względem siły nabywczej zarobki polskich menedżerow należą do najwyższych na świecie“. Konsultanci cytowani w artykule mówią m.in. o tym, że ultrawysokie płace to jedyny sposób, żeby skusić zagranicznych menedżerów do pracy w Warszawie a nie np. w Pradze. „Z drugiej strony w naszym kraju pracownicy średniego szczebla należą do najsłabiej wynagradzanych nawet w porównaniu z innymi krajami regionu“ – wskazuje autorka, która polskie różnice w poziomie wynagrodzeń stawia w jednym rzędzie z sytuacją np. w Rumunii, Indiach i Egipcie.

„Trzecia droga to droga do Trzeciego świata“ – mówi Janusz Lewandowski w wywiadzie dla tej samej gazety, opowiadając o wariantach rozważanych przez ludzi decydujących w 1989 r. o kierunku przebudowy państwa. Wygląda na to, że wybór pierwszej drogi też nas do Trzeciego świata zaprowadził (choć inna sprawa, czy dało się inaczej).

Skoro Trzeci świat, to nie od rzeczy będzie poczytać Ryszarda Kapuścińskiego. „Wszyscy i wszędzie uczestniczymy w grze, której zasadą jest, że zwycięzca bierze wszystko (np. szef zarabia tyle, ile reszta załogi łącznie). Słowem – nowy feudalizm: na wierzchołku pan, władca suweren, poniżej cały podległy mu świat lenny – wasale, służba, kmiotkowie“. To jeden z kilkunastu cytatów, które Artur Domosławski przytacza w wywodzie o „reporterze z sercem po lewej stronie“ zatytułowanym „Kapuściński nieprzemyślany“, który drukuje „Wyborcza“. Nieprzemyślenie polega na tym, że „to co miał do powiedzenia o współczesnych wyzwaniach i konfliktach nie budzi autentycznego zainteresowania, jest przemilczane“. Przemilczane, bowiem – dowodzi Domosławski – uważnie czytany Kapuściński jest jak na polskie standardy liberalnej poprawności lewacki, kwalifikujący się do „celi śmiechu“.

Nikt go nie czytał, a jeśli już, to w wersji poprawionej – tu autor polemiki przytacza np. przypadek, gdy wydawca na okładce nowego wydania „Chrystusa z karabinem na ramieniu“ pisze o gwatemalskich „terrorystach“ tam, gdzie dla Kapuścińskiego są bojownicy, których godności bronił otwartym tekstem. „W kraju, w którym rządzi antykomunistyczna poprawność polityczna (dziś na dodatek mamy wojnę z terroryzmem) wielki reporter nie mógł przecież sympatyzować z czerwonymi partyzantami i porywaczami“. „Kłopotliwy ten prawdziwy Kapuściński, nieprawdaż?“ – prowokuje Domosławski i strzela celniej niż zamierzał – bo przecież nie sposób tego arcyciekawego artykułu czytać, nie myśląc o innych aspektach „kłopotliwości“, które jego zapowiadana książka ma poruszyć, a które w „Wyborczej“ nie zaistniały (w przeciwieństwie do np. „Polityki“, gdzie Daniel Passent zrobił z Domosławskim wywiad, obejmujący także kwestię podrasowywania relacji i stosunków Kapuścińskiego z władzami PRL).

Publicystą z sercem po prawej stronie jest za to Witold Gadomski, który w krótkim tekście „Normalne stosunki biznesu z polityką“ naświetla ich właściwy tok na przykładzie „pomocy“ udzielonej przez urzędników spółce Winterpol związanej z Ryszardem Sobiesiakiem. Gadomskiego oburza oburzenie mediów w obliczu tej pomocy, a przecież to całkiem zwyczajna rzecz. „Nie jestem naiwny i rozumiem, że pomoc urzędników udzielona właścicielom spółki Winterpol nie musiała być bezinteresowna. Zapewne nie wszystkim biznesmenom sprzyjają w tym samym stopniu, co jest niesprawiedliwe i wypacza konkurencję“ – zastrzega publicysta, ale zaraz potem naiwnego udaje, pisząc o „biznesmenie, który skrupulatnie i skutecznie zabiega o swoje interesy“. Niekoniecznie bezinteresowna pomoc urzędnika nazywana jest dalej „przyjaznym wsparciem“. Wszystkiemu zaś winne restrykcyjne, pogmatwane przepisy, które czynią ze starania się o zgody na budowy itp. istną katorgę.

Pełna zgoda, ale zamiast na lewych prawodawców, Gadomski przelewa swój gniew na wielkiego psuja przyjaźni, czyli Mariusza Kamińskiego: „zamiast oburzać się na biznesmena, który coś zdziałał wbrew polskiej biurokracji, powinien oburzać się na biurokrację, która hamuje przedsiębiorców i która zmusza ich do działań dwuznacznych“. Biedni ci przedsiębiorcy, bo nie dość, że są zmuszeni do korumpowania urzędników (Gadomski nazywa to „chodzeniem za własnymi sprawami“) to jeszcze niebożęta funkcjonują w „atmosferze podejrzliwości w kontaktach polityków z biznesem“.

Na myśl przychodzi wtedy Piotr Zaremba piszący w „Polsce“: „żyjemy w Sobiesiaklandzie, gdzie nie za bardzo istnieje już coś takiego jak zdrowa obłuda“. Reszta jego obszernej analizy kilku dni pracy komisji hazardowej („show z upudrowanym posłem Chlebowskim i trenerami od koncentracji i niepocących się dłoni“) jest dowodną ilustracją tego stanu. Rozważny jak zwykle Zaremba nie rozstrzyga, czy i jak coś zmienią zeznania Drzewieckiego, który „mógł więcej od Zbycha“, mnie się zaś nie chce nawet na to czekać.

Jeśli chodzi o brak zdrowej obłudy, są ciekawsze pola do obserwacji: „Polska“ za „Timesem“ pisze o „klimatycznej kompromitacji“: „Międzyrządowy Zespól ds. Zmian Klimatu (IPCC) przyznał, że przewidywania zawarte w absolutnie kluczowym raporcie tej organizacji z 2007 r. były słabo udokumentowane. Zostały włączone do raportu na skutek dużego obniżenia standardów (…) przewidywania nie były oparte na jednomyślnej zgodzie wszystkich ekspertów lecz na jednym wywiadzie udzielonym mediom przez jednego indyjskiego badacza lodowców (…) naukowiec ten powiedział The Times, że nigdy nie podawał konkretnych dat w wywiadzie“. I tak dalej, sprawa dotyczy rozdęcia, naciągnięcia i przekłamania obserwacji i prognoz co do topnienia lodowców w Himalajach (zasilają w wodę obszar zamieszkały przez 2 mld ludzi).

Dane zostały przesadzone o rząd wielkości w sposób, który kłóci się z naprawdę prostą kompetencją matematyczną. Mimo tego IPCC „wciąż utrzymuje swoją konkluzję, że lodowce w wysokich łańcuchach górskich będą zanikać“. Pożyjemy, zobaczymy, w tej chwili zanika nie tylko wiarygodność, ale i obłuda członków zespołu, którzy stracili okazję, by siedzieć cicho i patrzeć, jak modne staje się w mediach mówienie o oziębianiu klimatu.

W dzisiejszych gazetach zresztą jest więcej świadectw rozmaitej ściemy. Np. Agaton Koziński w „Polsce“ caluteńką kolumnę poświęcił na jakowąś strategię UE do roku 2020. „Do 15 stycznia swoje pomysły mogli zgłaszać mieszkańcy Unii“ – wiedzieli Państwo? Dwie strony dalej czytamy o „Pierwszej w Warszawie imprezie bez papierosów“. Tytuł jest połowiczny, bo tzw. Pure Party odbywa się też bez alkoholu. „Do dobrej zabawy wystarczy gorąca muzyka i fajni ludzie a wyskokowe napoje czy puszczenie dymka wcale jej nie gwarantują“. Któż generuje takie androny w duchu broszurek z klubu abstynenta? Otóż lokal powstały w miejscu sławnego onegdaj „Le Madame“.

Konserwatywna łza się w oku kręci: dawni najemcy ponoć nie płacili czynszu a prowadzona przez nich jaczejka multi-kulti bywała tyleż pocieszna co wkurzająca, ale jednak pić i palić było wolno, a jakże. Liberalna zaś złość mnie trzęsie, kiedy czytam w „Polsce“ kolejny tekst o idącej wielkimi krokami ustawie dyskryminującej kilka milionów palaczy. Ale to nie jest temat na weekendowe kpinki. Tu trzeba na serio i w każdy dzień powszedni.

Jakiego homara Polacy potrzebują

2 stycznia 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

„Podatki w górę“ – głosi czołówka „Wyborczej“. „Podatki nie wzrosną“ – uspokaja „Fakt“. No, zapowiada się rok pełen sprzeczności, skoro już na samym progu dwie czołowe gazety różnią się w przewidywaniu jednego z dwóch bezwzględnych pewników naszego życia. Skąd ta różnica?

„Fakt“ drukuje słowa premiera Tuska, który w wywiadzie zapewnia, że sam robił przed świętami zakupy i na własne oczy widział chleb baltonowski po 1,60; że waloryzacja emerytur to obowiązek rządu a nie uprzejmość (chociaż „sytuacja nie jest tak różowa jak kilka lat temu“ więc niech emeryt zna pańską łaskę); że tysiącczternasty Orlik został otwarty w Przasnyszu a niebawem koparki wyruszą też na budowę autostrad. I wreszcie: „nie przewidujemy w 2010 r. wzrostu podatków czy składek“.

„Wyborcza“ traktuje czytelników trochę poważniej, pisząc: „w 2010 r. obowiązuje taka sama skala podatkowa jak w 2009 r., takie same są koszty uzyskania przychodu i limity ulg. Można więc mówić o zamrożeniu podatków na poziomie z poprzedniego roku. Przy inflacji w praktyce oznacza to powolną podwyżkę podatków“. Autor tekstu przypomina poza tym historię, jak mechanizm waloryzacji progów podatkowych wyparowywał z przepisów podatkowych i nie zanosi się na to, by do nich wrócił. Jeśli do tego dodamy że państwo nie zapomina jednak o waloryzowaniu maksymalnych stawek podatków lokalnych (co oznacza, że co rok są nieco większe), to krótki artykulik w noworocznej „Wyborczej“ staje się wymownym podsumowaniem polskiej praworządności i relacji państwa do obywateli. I to bardziej boli niż wszystkie polityczne zadymy przed tegorocznymi wyborami, które prognozuje w kilku tekstach „Polska“.

Najlepszy jest artykuł Piotra Zaremby, który wybrnął z niewdzięcznego zadania: ciekawie i z jako-takim zaangażowaniem emocjonalnym podsumował drętwy pejzaż polityczny, w którym stoczą się co prawda „boje na śmierć i życie“ ale nic faktycznie to zmieni. Jakieś drgnięcia nastąpią w obszarze nastrojów: niemal pewny prezydencki sukces Tusk odniesie w atmosferze większego zniechęcenia wyborców i degrengolady swojej partii. „Kryzys Platformy rozłożony jest na raty, a Tusk osiągnie to, o czym marzył, nie będąc już kochanym przez Polaków, co najwyżej tolerowanym“.

Moją uwagę zwróciło to, jak często Zaremba w swym tekście sięga po jeden i ten sam przykład: czterokrotnie przywołuje Włochy a zwłaszcza karkołomne zabiegi o zapewnienie premierowi Berlusconiemu prawnej lub choćby faktycznej ochrony przed prokuratorami, raz nawet delikatnie sugeruje pewne typowo włoskie zjawisko, na literę „m“, które to słowo w polszczyźnie służy do nazwania gry towarzyskiej.  Dwukrotnie przy okazji zapewnia, że „Polska to nie Włochy“ – no, na pewno, klimatem i jedzeniem różnimy się dramatycznie. Ale po dalszym rozwinięciu porównania na niwie polityki wiele sobie obiecuję i mam nadzieję, że Zaremba do niego wróci.

„Z punktu widzenia Polaka nie ma znaczenia, czy rządzi PiS czy PO. Najważniejsze jest bowiem, czy władza zbuduje drogę z Warszawy do Lublina lub sprawi, że na wsiach będzie działał internet. Tymczasem żadna z partii tego nie gwarantuje“ – mówi kilka stron dalej Paweł Śpiewak. Między nim a Zarembą ulokował się w „Polsce“ wywiad z Michałem Bonim, czyli tym, który ponoć zajmuje się konkretem rządzenia. Pełen dobrej woli wziąłem się za lekturę, zwłaszcza że zauważyłem w tekście słowa „Lublin“ i „internet“. Niestety, rację ma Zaremba, który złośliwie ocenia pracę Boniego jako „wieloletnie scenariusze i bombastyczne konferencje o tym, co ma się zdarzyć w 2015 roku – ale przecież nic z tego nie zostanie zrobione“. Wywiad z szefem rządowych ekspertów to gejzer nowomowy w duchu „krzywa rośnie“ (np. „poziom rotacyjności i dynamiki na rynki jest dużo większy niż 10 lat temu“, „utrzymanie współczynnika skolaryzacji edukacji wyższej“, „jedną z istotnych dźwigni rozwojowych jest uruchamianie potencjałów społecznych“).

Raz się ministrowi wymsknęło coś zrozumiałego. „Jednym z najważniejszych napędów rozwoju są ludzkie aspiracje. Nie wolno ich wstrzymywać. Nawet jeśli to dobra materialne (…) w oparciu o to generują się kolejne potrzeby jak w piramidzie Maslowa. Te wyższe potrzeby już się rozwijają, niektórzy mówią o całym wzorcu postmaterialnym społeczeństw rozwiniętych“. Filozofia polityki dobrego rządcy – dać parobkom dość żreć i opał na zimę, to zaczną robić wycinanki, może nawet chór założą. Jeszcze po drodze zdarzył się drugi odruch szczerości technokraty: oto skoro minister Hall chce wprowadzić elektroniczne legitymacje szkolne, to można „odejść od formuły dowodu osobistego i zastąpić go identyfikatorem tożsamości, który wydawać będziemy już dzieciom. Taki identyfikator (…) otwierałby dostęp do potrzebnych nam na styku z jakąś instytucją określonych informacji, w zależności do jakiego czytnika go przytkniemy“. Wiadomo, że dzieci wszystko gubią, więc na pewno nie ten, to inny ekspert rozsądnie zasugeruje, że lepiej ten chip wszczepić pod skórę, jak psom. W tym wypadku się nawet cieszę, że cały ten wywiad to bicie eksperckiej piany, z której nic się nie ziści.

„Za dziesięć lat dogonimy Portugalię, najbiedniejszy kraj starej Unii“ – ocenia „Wyborcza“. Wtedy zacznie się u nas ten „postmaterialny wzorzec“ Boniego. Na razie kręcimy się na jeszcze w orbicie chleba po 1,60 i ziemniaków, które premier kupował „po mniej więcej złotówkę za kilogram“. Nowy horyzont aspiracji wskazuje za to w „Wyborczej“ autorka kącika porad dodatku kobiecego: „homary po ok. stówy za sztukę“. Jeśli chodzi o konieczność zanurzenia zwierzaka żywcem w osolonym wrzątku, to  „sposób jest humanitarny, bo homar ma system nerwowy mały jak u konika polnego i śmierć przychodzi bezboleśnie“. Nie bądźmy skąpi: „na dwie osoby jeden wystarczy, ale dwa to lepsza opcja, bo na niedojedzone resztki z homara jest masa pomysłów“.

Życzę czytelnikom wielu, wielu zbędnych stów, szerokich widoków ze szczytu piramidy Maslowa i jak najrzadszych kontaktów z ludźmi o sercu i sumieniu małym jak u konika polnego.

Panie pośle, coś na katar!

12 grudnia 2009 autor pawelbravo

„Są dwa podejścia do skandali seksualnych z udziałem polityków“ – pisze Mira Suchodolska w komentarzu redakcyjnym „Polski“. „Francuski, który z grubsza polega na tym, że ludzi nie obchodzi, co inny człowiek, choćby senator robi we własnym łóżku (…) i anglosaski, który sprowadza się do tego, że facet który daje się przyłapać na tym, jak ubrany w kwiecistą sukienkę wciąga kreskę w towarzystwie dwóch wulgarnych dziwek, nie ma prawa mówić innym, jak powinni się zachowywać. Polacy są tutaj bardzo angielscy“ – ocenia publicystka, w kontekście dalszych losów senatora Krzysztofa Piesiewicza. Dlatego „może jeszcze jakoś by się wykpił, ludzie uwierzyliby, że zażywał tabletki od bólu głowy przez nos, bo się upił i zapomniał, gdzie ma usta. Ale ta sukienka pogrzebała Piesiewicza zupełnie“.Dlatego lepiej, aby Piesiewicz (chociaż jej zdaniem nie zrobił „niczego strasznego“) „usunął się w cień“.

I to chyba najrozsądniejsze słowa, jakie napisano w tej sprawie w dzisiejszych gazetach. Bo poza tym można przeczytać pocieszne tłumaczenia przyjaciół którzy – według „Polski“ – „przypominali niewątpliwe zasługi senatora Piesiewicza w walce z komunizmem“. Albo sensowny we fragmentach, ale nie dostrzegający sedna problemu komentarz Magdy Żakowskiej w „Wyborczej“, który skupia się głównie nad tym, jakie świństwo wyrządził tabloid wieszając w internecie dwa filmiki.

Piesiewicz pozostaje dla niej „autorytetem moralnym i prawniczym“. Ale czy pozostaje nim w oczach wyborców? Autorka przechodzi do porządku dziennego nad prostym faktem, że istotą takich skandali jest naruszenie obłudnej zmowy, jaką wszelkie osoby wywyższone w życiu publicznym zawierają z ludem. W gruncie rzeczy każdy z nas wie, że polityk składa się z cnót na równi ze słabostkami a poza tym ma prawo po godzinach bawić się jak mu się żywnie podoba („podwójne życie prowadzi wielu z nas, ja także“ – przyznaje Żakowska). Ale wolimy udawać, że jest inaczej i nagłe opadnięcie zasłony, choćby odbyło się za sprawą podłych szantażystek, skutkuje utratą majestatu niezbędnego do tego, żeby grać w teatrze władzy.

Może to niezbyt rozumne, ale politykowi ujdzie wódka czy narkotyk, ale nie ma prawa być żałosny, nawet jeśli sposób, w jaki został „wystawiony“ jest skądinąd wstrętny. Zresztą założenie, że nie mogą nami rządzić ludzie z substancjami odurzającymi w żyłach doprowadziłoby do nagłego wyludnienia na Wiejskiej. Bartosz Arłukowicz przepytywany przez „Polskę“ o relację z Grzegorzem Napieralskim jako podstawowy parametr jej bliskości uznaje fakt, że „możemy pójść na wódkę, pogadać“. Ostatnio jednak panów połączyła aspiryna. Arłukowicz przyznaje , że koledzy „masowo“ proszą go o recepty, jest bowiem lekarzem (pediatra ze specjalizacją „duzi chłopcy“?). „Ostatnio badałem Napieralskiego, który był chory. Poprosił mnie, aby przyjechać do niego do domu. I modliłem się, żeby jakiś paparazzi nas nie sfotografował. Bo to była taka scena: stoi rozebrany Napieralski, leci mu z nosa, ma 40 stopni gorączki a ja stoję i go badam“. Może ta gorączka częściowo tłumaczy dlaczego „Napieralski chce się uczyć od Chaveza“, jak donosi „Wyborcza“ relacjonując dyskusję nad programem SLD szykowanym na konwencję partii.

Arłukowicz zapewnia również, że koledzy z klubu nie proszą go przepisanie viagry, bo „SLD jest odmłodzone (…) poza tym dla nas liczą się uczucia“. I to w sumie jedyne dobre słowa, jakie padają w tej rozmowie o SLD ze strony człowieka, który ponoć ma szansę zdrowo na tzw. lewicy zamieszać. Reszta to sprzeczne wykręty („od miesiąca nienawet nie myślałem o lewicy“. „Nie zgadzam się na żadną formę współpracy z PiS“ a zaraz potem: „wszystko co rozbija dominację konserwatywnej myśli w TVP wyjdzie nam na zdrowie“) albo lekko zawoalowane odsyłanie mandarynów na aut. O Kwaśniewskim uprzejmie – „chciałbym żeby zaczął z nami rozmawiać, ale tak naprawdę“. Co nie nastąpi, także dlatego, że były prezydent, jak czytamy w „Fakcie“ został kurą domową i „ze znawstwem oglądał wołowinę i jak doświadczona gospodyni wybierał warzywa“.

Pojawiają się też istotniejsze wątki – związane z obecnością Arłukowicza w komisji śledczej (w największym skrócie: „Platforma już odwróciła tę aferę“). Odnajdą je państwo także w w wywiadzie, jaki publikuje z Arłukowiczem „Rzepa“.

Reszta tego, co przykuwa uwagę w gazetach dotyczy świata. W „Wyborczej“ celny, krótki komentarz anglo-holenderskiego publicysty Iana Burumy po szwajcarskim referendum w sprawie minaretów. „Czy Szwajcarzy są większymi bigotami od reszty Europejczyków? Pewnie nie. Referenda wyrażają nie tyle wyważone opinie, ile instynktowne odczucia, które rzadko bywają liberalne“. Dalej Buruma próbuje te uczucia zrozumieć, kreśląc wizję Europejczyków, którzy z rozmytą własną tożsamością czują się nieswojo wobec wyrazistych muzułmanów. „Większość Europejczyków cieszy się większą swobodą niż kiedykolwiek (…) Jednak za tę nowo zdobytą swobodę trzeba było zapłacić. Nie zawsze uwolnienie od religii i tradycji dawało więcej szczęścia – raczej więcej zagubienia, lęku, resentymentów (…) muzułmanom zazdrościmy, że zachowali wiarę, że wiedą kim są, że mają coś, za co warto umierać“. Buruma wskazuje też, że „najzagorzalszych zwolenników znalazł antymuzułmański populizm na byłej lewicy, bo ona też utraciła wiarę w światową rewolucję itp. Wielu lewicowców (…) pochodziło z religijnych rodzin. Przeżyli więc podwójną stratę. Zwalczając islam mówią wiele i chętnie o obronie oświeceniowych wartości, a w rzeczywistości opłakują upadek religijnej czy świeckiej wiary“.

Dla Burumy na „chorobę społeczną, jaką ujawniło szwajcarskie referendum, nie ma niestety szybkiego lekarstwa“, ale w każdym razie „im mniej referendów tym lepiej“. Zabawnie to się czyta w w zestawieniu z umieszczonym obok streszczeniem pióra Piotra Burasa pewnej niemieckiej książki zawierającej „wizję wielkiej kulturowej transformacji“. Tak, zgadli państwo, chodzi o to, żeby przestać niszczyć klimat i upierać się przy wzroście gospodarczym. W jaki sposób możemy w trosce o dobro planety przekonać polityków, by przestali gonić za dobrobytem, by przestali tworzyć warunki do bogacenia się? Tylko przez demokrację bezpośrednią. Już ja widzę te referenda, w których Niemcy wybierają „strategiczną konsumpcję“ zamiast tej beprzymiotnikowej.

Mniej zrozumienia niż Buruma co do „lęków i resentymentów“ miał w „Wyborczej“ Maciej Stasiński, autor ciekawej relacji z walki Katalonii o coraz większą autonomię. Sporo znajdziemy tam epitetów w rodzaju „zapalczywi nacjonaliści“, „przypływ obłędnych pasji“, „kamień, którym nacjonaliści rzucą w Hiszpanię“. A szkoda, bo w sumie tekst pokazuje z wielu stron ciekawy problem – oto nacjonalizmy ogólnohiszpański i kataloński „przestały się targować o pieniądze, a zaczęły wadzić się o godności i tożsamości“. Trzeba tylko odsiać „obłędną pasję“ autora do ciepło/zimnej dychotomii „rozwaga-namiętności“ gdzie – rzecz jasna – dobrą rozwagę reprezentują nieokreśleni „obywatele Hiszpanii“ a zgubne namiętności żywią Hiszpanie i Katalończycy, chcący „spruć państwo“.

Z zimnej, obywatelskiej półkuli przybyła działaczka Partii Kobiet, Anna Nowicka, która w „Wyborczej“ garść sensownych uwag o np. opiece przedszkolnej na prowincji musiała poprzedzić paroma refleksjami o idealnej Szwecji. Nauczyła się tam „pracy społecznej, samodzielnego myślenia, życzliwości, zaufania społecznego“. Oto obrazek przesycony samodzielnym myśleniem: „w czasie studiów pracowałam w knajpie studenckiej, szef spytał mnie, czy nie zechciałabym sprzątnąć toalet. Bo w Szwecji szef nie może ‘kazać’, to wynika z zasady szacunku dla każdego. Ja zaś, w myśl tej samej zasady nie mogę odpowiedzieć, że nie zechciałabym. Chyba że są ku temu ważne powody“. Prostą rzeczywistość, że kiedy jest do umycia kibel, to za szczotkę nie złapie mężczyzna na kierowniczym stanowisku, a podwładna jest od wykonywania poleceń, można zakamuflować szacunkiem. Szkoda tylko ważnego słowa i jego zwyczajnego sensu.

„Po Szwecji trudno żyć gdzie indziej“ – dodaje Anna Nowicka. Takie rzeczy mówić w grudniu? Proszę bardzo, ja wybieram zatrutą resentymentem Katalonię.

Komisarze ds. zmywaka

28 listopada 2009 autor rp

Autorski przegląd prasy

„Lewandowski będzie panem miliardów UE“ – triumfuje „Polska“ a „Wyborcza“ opatruje tablicę ze zdjęciami 27 unijnych komisarzy tytułem „Oni będą rządzić Unią Europejską“. Na szczęście obie gazety poza tytułowym picem dają czytelnikowi materiał do oceny nowego składu KE. „To jak wpływowy będzie komisarz ds. budżetu zależy w dużej mierze od niego samego (…) rola Lewandowskiego wzrośnie, gdy rozpocznie się debata o przyszłych finansach Wspólnoty“ – mówi cytowany przez „Polskę“ ekspert. „Wokół Barrosa powstanie krąg zaufanych komisarzy o największym wpływie na bieg spraw (…) Pozycja Lewandowskiego zależeć będzie nie tylko od znaczenia jego teki, lecz także od tego, czy się w tym kręgu znajdzie“ – pisze „GW“ w komentarzu zatytułowanym „Szanujmy nową Komisję“.

Wśród zdjęć osób, które mają „rządzić“ Unią zabrakło mi dwóch podobizn – Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego. Zresztą sama „GW“ sugeruje ten brak, relacjonując, jak się skończyła podjęta przez szefa KE próba osłabienia kompetencji komisarza ds. rynku, które to stanowisko zaklepała sobie Francja. „Prezydent Sarkozy dzwonił ostatniej nocy do Barrosa, aby wybić mu ten pomysł z głowy“. To by było na tyle, jeśli chodzi o rządzenie Komisji.

Sama lista nie-rządzących Unią zasługuje jednak na moment uwagi. Nie po to, by wkuć na pamięć ich nazwiska – z całym szacunkiem dla Janeza Potocznika, Connie Hedegaard i ich kolegów. 10 członków nowej KE zasiadało już w poprzedniej – i warto przyjrzeć się rotacji stanowisk. Ze zdrowia – do edukacji, z rybołóstwa – do zdrowia, ze społeczeństwa informatycznego – do sprawiedliwości, z konkurencji (znana w Polsce pani Kroes) – do społeczeństwa i technologii cyfrowych, z administracji – do transportu.

Przypomina to praktykę znaną wszystkim, którzy dorabiali na studiach w knajpie: każdy musiał sobie poradzić ze wszystkim a więc tydzień pracy za barem, potem tydzień na zmywaku, potem w kuchni i tak dalej. Albo sposób funkcjonowania biurokracji w monarchii absolutnej, gdzie zasada dowolnego przerzucania na inny „odcinek“ czy do innego miasta pozwalała uniknąć sytuacji, gdy urzędnik nabędzie zbyt wiele kompetencji i stworzy sieć relacji, które naruszą jego lojalność wobec państwa. W Unii, noszącej coraz więcej cech francusko-pruskiej hybrydy, ma to jakiś sens, ale o merytokracji można zapomnieć. Zwłaszcza gdy niektórzy długo nie dostaną szansy, by wyjść poza zmywak.

Na polskim podwórku dalszy ciąg mętnej akcji konstytucyjnej. „Uwaga, Lech jeszcze dłużej“, alarmuje „GW“. Otóż kombinacja miałaby być taka: nowa konstytucja zmniejsza prerogatywy prezydenta, ale przedłuża jego kadencję. PiS, obawiając się przegranej Lecha Kaczyńskiego w następnych wyborach, ma się ponoć zgodzić na osłabienie jego urzędu, bo dzięki temu dłużej pozostałby na stanowisku. Dodatkowa korzyść dla braci: Zbigniew Ziobro będzie musiał dłużej poczekać z przewrotem w partii (na co liczy po przegranej PiS w wyborach roku 2010 i 2011). Tuskowi to się opłaca, bo „chciałby pozostać premierem także po zwycięstwie PO w wyborach do sejmu. A osłabiony prezydent nie blokowałby mu ustaw“.

Rzecz jasna „Schetyna i inni ważni politycy Platformy mogą być zainteresowani tym, by do zmian w konstytucji nie doszło i Tusk został prezydentem. Wtedy dzieliliby schedę po Tusku – w partii lub rządzie“ – ciągnie dalej „GW“. Tak więc plan (o ile istnieje) może nie wypalić z tego lub wielu innych powodów i wszystko może skończyć się jak inne partie politycznych warcab, o których zaraz zapominamy. Wyborcy PO – ostrzega jednak Piotr Stasiński w komentarzu – poczują się oszukani „Nie tylko dlatego, że wspierają PO z obawy przed PiS. Również dlatego, że w polityce Tuska cyniczna kalkulacja wzięłaby górę nad troską o demokrację i dobre rządzenie“. Nie mogę się nadziwić sile rytuału, który każe czołowym publicystom z całą powagą udawać, że gdzieś się uchowała jakaś troska. Ja ostatni raz widziałem dobre rządy na alegorycznych freskach Lorenzettich w ratuszu w Sienie.

Kilka stron dalej Witold Gadomski w tekście „Rządy bezsilnych idoli“ – o władzy Sarkozy’ego i Tuska jako wymyślaniuu „narracji“ – dochodzi do przytomnego wniosku, że w polityce „zbyt często idą w górę miernoty“ zaś „rozmawianie z takimi osobami o misji, dobru publicznym jest żartem“. Jak żarty, to koniecznie znany z dowcipu Waldemar Pawlak. Na pytanie dziennikarzy „Polski“, jak to robi, że pozostaje tak długo w grze, odpowiada: „Bardzo ważne jest odnoszenie się do uniwersalnych zasad: dobra wspólnego, solidarności, subsydiarności“. Większość rozmowy to jednak wcale enigmatyczne uniki. I w sumie o wiele śmieszniej, jak Filip z konopi, wypadł przy wicepremierze Marek Borowski, który dwie strony dalej opublikował treściwą analizę tego, co w konstytucji warto teraz zmienić i dlaczego. Wyliczył przy okazji, że z „piętnastu wet prezydenta osiem zostało odrzuconych. Koalicja rządząca mogła więc skutecznie porozumieć się z opozycją“.

„Polska“ rozmawia też z duńskim ekologiem Bjornem Lomborgiem. Nieraz jego tezy były mocną prowokacją wobec prawd przyjętych jako kanony wiary przez front walki z globalnym ociepleniem. Tym razem Lomborg, pytany o sens grudniowego szczytu klimatycznego w Kopenhadze, mówi spokojniej: „proponuję, by przestać wydawać pieniądze na walkę z redukcją emisji CO2 – bo to właśnie ona jest najdroższa. Te pieniądze lepiej przeznaczyć na badania i rozwój zielonych technologii“ Podczas szczytu „znów usłyszymy nierealistyczne obietnice redukcji poziomu emisji. A realne byłoby szukanie tanich, zielonych źródeł energii“.

Lomborg zdecydowanie grzeszy brakiem wiary w ludzki zapał. Oto jak jego rodacy poważnie się zabierają za zmniejszenie emisji: „Dwie duńskie diecezje luterańskie skrzyknęły się i w imię oszczędności oraz ratowania klimatu zbudują wspólne krematorium“ – pisze „GW“. Zamknięte zostanie siedem lokalnych krematoriów, a do nowego, centralnego „zmarłych zawiezie karawan przystosowany do transportu czterech trumien. Do czasu aż uzbiera się odpowiednia ich liczba, będą czekać na przewiezienie w chłodniach“. Autor tekstu nie podaje, czy duńscy pastorzy dowiedzieli się, ile gramów CO2 powstaje przeciętnie przy spopieleniu ludzkiego ciała i czy ta ilość uzasadnia tę oszczędnościową komasację rytuałów pogrzebowych, ale nie wątpię, że takie studium zamówiono. Szczęśliwy to kraj, gdzie można mieć z nudów takie problemy.

Kwantowa mechanika wyborcza

7 listopada 2009 autor rp

Autorski przegląd prasy

„Skończyło się wspólne robienie polityki emocjonalnej, opartej na bliskich osobistych relacjach (…) Spędzaliśmy czas, lubiliśmy ze sobą być, przebywać tutaj, w Warszawie”. „Dojrzeliśmy. Kiedyś była przede wszystkim przyjaźń, a teraz na pierwszym miejscu jest polityka”. Ale nie wszystko stracone: „piłka zostanie, nawet wczoraj oglądaliśmy razem mecz”. To Grzegorz Schetyna w „Polsce”, w wywiadzie, który redakcja zapowiada jako twardy i do bólu szczery. Niemal dwadzieścia lat trwało to dojrzewanie, były wicepremier zauważa przecież, i trudno mu odmówić racji, że „jest politykiem nieco doświadczonym”. Ładne mi nieco, dwadzieścia lat.

Oprócz rzewnego żalu za przyjaźnią (to miał być chyba ten zapowiadany „ból”) mamy też konkrety, za które ceni się Schetynę. „Jeżeli dobrze, uczciwie i nic nie ukrywając przejdziemy przez komisję śledczą, to wszystko się uda” – odpowiada na sugestię, że prezydenckie plany Tuska uległy komplikacji. I znów nieco dalej: „Teraz musimy przejść przez komisję śledczą”. Dobrze, że i po stronie Platformy nie ma udawania, że komisja ma cokolwiek rozjaśnić, chodzi tylko o to, żeby „przejść” obronną ręką przez spektakl, w którym opozycja postara się utrącić prezydenckiego pewniaka na parenaście miesięcy przed wyborami. Na minutę przed pierwszą rundą nawalanki Schetyna wydaje się dość spokojny: „Jesteśmy jak membrana. Pojawiło się uderzenie, wszystko drga, wpadło w rezonans. Ale to już się kończy (…) To są tylko chwilowe medialne błyski i sensacje. Wszystko jest OK”.

W cieniu medialnych błysków toczą się zaś takie sprawy, jak opisane np. w „Wyborczej” odrzucenie w Sejmie poprawki do ordynacji, która umożliwiałaby organizowanie dwudniowych wyborów. Przeciw były PiS, PSL i SLD. Partie niezainteresowane tym, żeby więcej mieszczuchów mogło wygodnie zagłosować, bez konieczności wyboru między urną wyborczą a pozostaniem do końca niedzieli w lesie czy nad wodą. Po co opozycja ma robić przysługę Platformie, tej „partii grillujących”? To więcej mówi mi o jakości polskiej demokracji niż wszystkie afery tej jesieni.

W „Polsce” Stanisław Gomułka o innym wycinku rzeczywistości, w którym politycy plują nam w twarz. Rozmowa dotyczy majstrowania przy II filarze emerytalnym. Minister finansów, zdaniem Gomułki „myśli krótkowzrocznie i jest na politycznych usługach premiera Donalda Tuska. Wspólnie z minister pracy Jolantą Fedak próbuje rozmontować to, co udało się zbudować w drodze konsensusu politycznego przez wiele lat. (…) Rządzący robią dziś wszystko, by zbić wysokie zadłużenie państwa i dziurę w budżecie. Idzie o pokazanie obywatelom, że władza stara się wszelkimi sposobami walczyć z kryzysem i robi to skutecznie. (…) Wszystko po to, by udowodnić opozycje, że jest się pomysłowym i silnym. Ale strategii nie ma w tym żadnej. Może dlatego, że Tusk jest historykiem, otacza się dziennikarzami a jedynym ekonomistą w tym towarzystwie jest Rostowski – całkowicie od premiera uzależniony?”.

Niewypowiedziana przez Gomułkę wprost konkluzja, że przydałoby się więcej ekonomistów w tym towarzystwie brzmi zabawnie przy lekturze połajanek tuzów amerykańskiej ekonomii, jakie przedrukowuje „Wyborcza” (to reakcje na publikowany tydzień temu esej noblisty Paula Krugmana o odpowiedzialności ekonomistów za kryzys). „Fajnie jest mówić że nie przewidzieliśmy nadchodzącego kryzysu, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, w jakim kierunku zmierza rynek: ani dobroczynni rządowi biurokraci, ani przebiegli menedżerowie funduszy, ani akademicy w wieżach z kości słoniowej” (John Cochrane). „Ta porażka nie jest problemem dyscypliny – jest problemem dla tych, którzy mają wrażenie, że powinniśmy być w stanie przewidywać kryzysy” – mówi David K. Levine, zwracając się do swojego utytułowanego kolegi „robi mi się niedobrze, kiedy sławny ekonomista zdradza taką ignorancję we własnej dziedzinie”. I pyta: „Czy fizycy się mylą, bo ich teoria twierdzi, że nie mogą przewidzieć, gdzie wyląduje foton wystrzelony przez wystarczająco wąską szczelinę?”.

Nieprzypadkowo „Wyborcza” uwzględniła w wyborze ten cytat, bowiem to okazja, żeby przeskoczyć do ważnej rocznicy – doświadczalnego potwierdzenia ogólnej teorii względności. Andrzej Kajetan Wróblewski sporo z tej okazji opowiada o trudnych początkach Alberta Einsteina w środowisku akademickim („ogromna większość badaczy była przekonana, że fizyka jest nauką niemal zakończoną”) i próbuje uświadomić laikom konsekwencje mechaniki kwantowej, którą uznaje za ważniejszy pomnik XX wieku od teorii względności. „Z równań mechaniki klasycznej wynika, że obecny stan Wszechświata całkowicie determinuje jego przyszłość. (…) Tymczasem mechanika kwantowa mówi, że to niemożliwe. Można podać tylko prawdopodobieństwo, że cząstka znajdzie się tu lub tam. Pewności jednak nie będziemy mieli nigdy”.

Ale to nie koniec krótkiej lekcji pokory, jaką warto wynieść z tego tekstu. Otóż Einstein „był przekonany, że mylimy się w interpretacji tej teorii. Również obecnie są fizycy, którzy tak sądzą. Bo z jednej strony są matematyczne równania teorii, które bardzo dobrze opisują fakty doświadczalne, a z drugiej strony – interpretacja tych równań, która wcale nie musi być poprawna (…) Za interpretację wzorów żaden fizyk nie da głowy, zwłaszcza ten, kto zna historię fizyki i wie, jak ona się zmieniała”.

Sympatię i szacunek dla historyków, którego brak prof. Gomułce, budzi dziś w „Polsce” Piotr Zaremba. W tekście o nadtytule „Co nam zostało dziś z międzywojnia?” ten publicysta polityczny przypomina o swojej historycznej formacji umysłowej. Zaremba kreśli bogatą ewidencję rozmaitych kostiumów i rekwizytów, jakie przez ostatnie 20 lat politycy i publicyści zechcieli wyciągać z II RP na własny użytek. Generalnie, z jego tekstu wynika, że zostało nam dziś niewiele i to raczej „w sferze nadbudowy”. Ale clou tekstu to konkluzja czysto polityczna: „Była jedna jedyna okazja, aby na polu przeoranym przez PRL II RP mogła powrócić także w swojej bardziej praktycznej, możnaby rzec materialnej postaci”. Był, pisze Zaremba, cień szansy na powrót etosu pracy i nowoczesnej działalności gospodarczej – a nie tylko tradycji wojskowych parad i ułańskich biesiad w Adrii (tradycji tak żałosnej dziś, jak kandydaci na współczesnego Wieniawę).

Szansą tą mogła być reprywatyzacja. Zaremba nie popada w iluzje, że wcielenie tego projektu przeorałoby społeczeństwo. Ale „że eksperymentu tego nigdy nie spróbowano, to tak jakby kawałek dawnej Polski na chwilę odkopano i zaraz znów zagrzebano w ziemi. Pozostają nam tylko nazwy, symbole i sentymenty”. Czyli materiał dla interpretacji, którą, jeśli wierzyć dzisiejszym gazetom, porządny historyk czy fizyk nigdy nie nazwie ostateczną. W przeciwieństwie do polityka i – niestety, chyba – ekonomisty.

Napoleon, tyle że niższy

24 października 2009 autor rp

Autorski przegląd prasy

„Przyszła dekada to ostatnie 10 lat, gdy mamy jeszcze korzystną demografię, gdy możemy szybko rosnąć. To rzeczywiście może być złota polska dekada, najlepsza w naszej historii” – głosi w „Polsce” Krzysztof Rybiński, ekonomista znany mi z trzeźwości umysłu.

Jak sięgnąć po złoto? „Pod warunkiem podjęcia mądrych, zbiorowych decyzji”. Chodzi tu o np. inwestycje w nowe elektrownie i sieci przesyłowe, ograniczenie emisji dwutlenku (Rybiński nie wnika w to, czy one szkodzą, tylko zwraca uwagę, że za chwilę zaczniemy płacić za to drakońskie kary), o zachęcanie ludzi do mnożenia się i lepszą edukację.

Co nam grozi, jeśli prześpimy dekadę? „Staniemy się małym krajem starych ludzi, w dodatku nieszczęśliwych”. A któż ma nas mądrze w tym wszystkim pokierować? Wiadomo – politycy. I tu Rybiński na chwilę wychodzi z luksusowej pozycji eksperta od zjawisk w makroskali i przygląda się bardzo małym realiom: „Jedna połowa POPiSu rządziła dwa lata, a potem druga połowa przez kolejne dwa, nie zrobiono nic, żeby ograniczyć ryzyka, o których mówiłem wcześniej. (…) Idąc do najbliższych wyborów, wrzucę pustą kartkę, bo nie ma na kogo zagłosować”.

To tyle jeśli chodzi o złoty róg, a co do kartki – to od znalezienia się niej odżegnuje się Włodzimierz Cimoszewicz (w „Polsce”). Lud go błaga: „Na stacji benzynowej dwóch facetów przerywa tankowanie, żeby mi powiedzieć, że muszę kandydować. I tak wszędzie”. Na darmo. „Jadę do puszczy (…) Muszę jeszcze skończyć szafki” niezmiennie odpowiada nasz swojski Cyncynat. „W Wielkiej Brytanii Partia Pracy 14 lat czekała na Tony’ego Blaira” – odpowiada Cimoszewicz, na pytanie, czy widzi kiełkujące nowe postaci na lewicy. Nie precyzuje przy tym, od kiedy trzeba liczyć te 14 lat w przypadku SLD. I ile to będzie w przeliczeniu na szafki?

Po czołówkach gazet nie widać, że jesteśmy świeżo po fali wstrząsów, które miały coś odmienić w polskim życiu politycznym. Jest już pozamiatane i trudno nie zgodzić się z Cimoszewiczem gdy mówi, że „komisja śledcza niczego nie wyjaśni”. „Wyborcza” eksponuje coś nie mniej bulwersującego, czyli dalsze cięcia w finansowaniu zabiegów przez NFZ. Dziennikarze dotarli do planu katalogu świadczeń na 2010 r., z którego wyłania się np. szatański pomysł zniechęcenia specjalistów do wystawiania skierowań np. na tomografię (przez przerzucenie kosztów badania na placówkę, gdzie pracuje kierujący lekarz), obcięcie stawek na rozmaite operacje i pozbycie się kosztów opieki nad przewlekle chorymi.

Tnie się dlatego, że pieniędzy jest za mało. Oglądani przez okienko rejestracji w przychodni już jesteśmy małym krajem nieszczęśliwych ludzi. Cytowani przez gazetę lekarze pokazują wiele rachunkowych absurdów i każą wątpić, czy wszystkie oszczędności mają sens. Czy warto, byśmy podnieśli sobie składkę na zdrowie? „Od Platformy – sejmowej i rządowej – nie można tego oficjalnie usłyszeć, bo premier jest przeciw”.

A za czym mianowicie jest? Chyba na wyrost Marek Beylin porównuje dziś Tuska do Napoleona – bo taki jest sens jego wstępniaka do „Świątecznej”, który stanowi z kolei streszczenie 5-kolumnowego tasiemca pióra Adama Michnika o marnym końcu jakobinów.

Rozmowy o miliardach są trudne dla laika, ale 90 tysięcy złotych to suma dostępna wyobraźni. Tyle nie chce dać miasto Warszawa na dalsze działanie przychodni dla bezdomnych na dworcu – jak donosi „Wyborcza” na czołówce działu stołecznego. Magistrat zdobył opinię prawną, że ustawa o pomocy społecznej „nie przewiduje” finansowania usług medycznych przez samorząd. Z kolei NFZ nie zapłaci za zastrzyk dla człowieka bez papierów, jeśli ten nie wydębi od urzędów zgody, której załatwianie trwa trzy tygodnie. „Coś jest nie tak z prawem” – zauważa w rozmowie z „Gazetą” osoba zajmująca się tą sprawą. Coś jest nie tak z sumieniem ludzi w ratuszu.

Ale co tam paruset kloszardów. Dziś mamy „Dzień planetarnej sprawiedliwości”, zarządzony z łamów „Wyborczej” przez bioetyka Petera Singera. Musimy „odwrócić największe moralne zagrożenie naszych czasów” – czyli wystąpić na rzecz ograniczenia liczby cząsteczek CO2 w atmosferze do 350 na milion. „Wspinacze zawieszą transparenty w Himalajach, a nurkowie na australijskiej Wielkiej Rafie Koralowej (…) 350 rowerzystów okrąży miasta a w wielu miejscach zasadzone zostanie 350 drzew. (…) Nie siedźcie z założonymi rękami w nadziei, że inni zrobią dość”. W równie purnonsensowym duchu „Wysokie obcasy” na okładce pytają: „Ile lesbijek jest potrzebnych do wkręcenia żarówki?”. Obstawiam w ciemno, że 350.

„Kapitalistyczna cywilizacja, w której jesteśmy zanurzeni, towarzyszące temu poczucie chaosu i zarazem jakiegoś nierozpoznanego porządku – wszystko to wymaga nowych form opowiadania” – pisze w „Wyborczej” Tadeusz Sobolewski zachęcając do obejrzenia filmu „Zero” . „Jesteśmy przyzwyczajeni, że opowieść o naszym życiu musi zatrącać o los, o niebo, piekło, o zbawienie i potępienie. Zgodnie z naszym światopoglądem wywiedzionym z Biblii chcemy wierzyć, że poza przepływem zdarzeń istnieje jakiś Byt – dobry, a może zły? Tu jednak niczego takiego nie ma (…) jest tylko przepływ zdarzeń, bezduszny przyczynowo skutkowy proces”.

Na moment autor schodzi z wyżyn traktatu moralnego, w jaki potrafi obrócić krótką recenzję, czyniąc uwagę co do detalu: „film rozmija się z polskimi realiami, o ile wiem, nie odmawia się u nas przeszczepu ratującego życie – nawet wtedy gdy pacjent jest nieubezpieczony”. Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale to wskazuje na dobry trop, jak odreagować strumień śmiesznych i strasznych słów z dzisiejszych gazet. Iść do kina na „Zero”. Będzie mniej więcej to samo, tylko w lepszym wydaniu.