Kraj świeży jak z gazetki

24 lip 2010

Autorski przegląd prasy

„Jeśli biskupi są ludźmi racjonalnymi powinni (…) zaakceptować zachodzące w Polsce zmiany cywilizacyjne, na które i tak nie mają wpływu“ – tak pieczętuje swój wstępniak do Gazety Świątecznej Witold Gadomski. I rzeczywiście, większość dzisiejszych „świątecznych“ kolumn GW promienieje zelektryfikowanym blaskiem postępu.

Zacznijmy od końca, czyli poradnika „dla odchodzących księży“. Szkoda, że rady takie jak „nie bądź śmieszny, nie wykonuj teatralnych gestów, nie rób wokół swojej osoby więcej zamieszania niż zwykle, przekłuj w sobie balon, który być może wyhodowałeś przez lata bycia księdzem“ albo „ważne abyś się nie radykalizował, nie krytykował Kościoła bezmyślnie“ na nic już się nie przydadzą panu Obirkowi czy Węcławskiemu/Polakowi. Ale tekst (w formie dekalogu, a jakże by inaczej) składa się z wielu zasad i refleksji nie uchybiających rozsądkowi. Tak się tylko zastanawiam, czy wysokonakładowa gazeta, niekoniecznie rozchwytywana po parafiach, to dogodne miejsce na artykuł adresowany do ściśle określonej garstki duchownych.

„Rób to, co jest dla ciebie ważne (…) napisz własne przykazania, abyś potrafił sam iść wybraną przez ciebie drogą“ – pisze autor, dominikanin i to z doktoratem. A mnie nachodzi kolejna wątpliwość, czy w ogóle ten tekst powstał jako wsparcie nominalnych jego adresatów, czy raczej jako manifest, ekspresja własnych problemów. Autor „korzysta z pozwolenia przełożonych na przebywanie poza klasztorem“. Nie mam prawa w tej materii wypowiadać się kategorycznie, ale coś mi się zdaje, że dalsze owocne pisanie własnych przykazań raczej utrudni mu powrót.

Polscy księża powinni czym prędzej korzystać z tego poradniczka, bo ludzie są „Wkurzeni na proboszczów“, o czym zawiadamia tytuł rozmowy z politologiem Radosławem Markowskim. Rozmowa miała szansę być ciekawa, w końcu Markowski „siedzi“ na wynikach Generalnego Studium Wyborczego, czyli pokaźnej górze danych. Miała szansę, gdyby nie nieszczęsny sposób jej poprowadzenia – zero ciekawości, chęci dowiedzenia się czegoś o świecie, jeno potrzeba utwierdzenia, tryskająca w pytaniach w stylu „Ludzie powiedzieli ‘nie’ Kościołowi?“ albo „PiS jest partią skazaną na wymarcie?“. Ale i tak Markowski zdołał powiedzieć parę istotnych rzeczy, np. o nowym zjawisku większego udziału kobiet i osób z wykształceniem podstawowym (niestety rozmówca nie chciał podrążyć tematu).

Do serca warto też wziąć wypowiedź „Rysowanie mapy Polski dwoma kolorami – ci na Kaczyńskiego, ci na Komorowskiego – jest zupełnie bez sensu. Tak naprawdę należałoby wziąć trzy kolory – żółty, niebieski i szary. Dla każdej gminy wziąć 50% szarego – to ci, którzy nie głosują. Do tego dodać 30% żółtego (to Komorowski) i 20% niebieskiego (Kaczyński) (…) tak naprawdę w każdym okręgu mieli poparcie i jeden, i drugi. Taka mapa wygląda jak wielka szara plama. Nie ma głębokiego podziału na dwie Polski“.

W innym miejscu prof. Markowski opowiada frapujący i mniej barbarzyński wariant mantry o niewykształconych małomiasteczkowych, starych, biednych i brudnych wyborcach PiS: „To typ zagubienia, nieradzenia sobie z życiem. (…) Tuska wybierali ludzie mieszkający tam, gdzie wytwarza się efektywnie dochód narodowy, a Kaczyńskiego głównie ci, którzy ten dochód konsumują, żyją z transferów. PiS to fenomen tzw. klas transferowych, czyli ludzi, którzy żyją z transferów budżetowych (…) zatrważająco znaczna część tego elektoratu wypracowała patenty na życie – metody, jak doić budżet“.

Dalej, nie kontrowany przez dziennikarza, zaczyna jednak snuć już ciężko nieuprawnione uogólnienia: „znaczna część elektoratu PiS powinna mieć (a nie ma) świadomość, że ich byt zależy głównie od tego, jak sprawnie i jakim kosztem zaradni i odpowiedzialni za swój los ludzie w większości głosujący na PO zapracują na siebie – i na wysokie podatki zapewniające znośny byt pozostałym“. Może szkoda, że tego wywiadu nie prowadził choćby Marek Beylin, który dwie strony dalej w felietonie o prowincji, jaką ujrzał z perspektywy mazurskiego letniska, pisze: „dziki kapitalizm, wpychający ludzi w niemal niewolniczą zależność stabilizuje się i instytucjonalizuje przez nieformalne porozumienia przedsiębiorców, lokalnych polityków i urzędników. Takie jest jedno z oblicz naszej modernizacji – Polska zaradna gniecie Polskę bezradną“. Szkoda, bo byłaby okazja do spięcia.

Podobnie odpuszczono Markowskiemu dowcip, który mógł zaowocować całkiem poważnym wątkiem rozmowy. Na pytanie o „PiS skazany na wymarcie“ mówi otóż, że to „fenomen generacyjny“ (elegancki sposób na powiedzenie, że PiS to ramole). „Niech pan zauważy: dziadek z Wehrmachtu zadziałał jeszcze pięć lat temu. Dziś już chyba coraz mniej – a wielu pewnie spyta, czy Wehrmacht to nowa gra komputerowa“. Nie całkiem mi do śmiechu, bo kilka stron wcześniej pewna nauczycielka licealna uświadamia to samo zjawisko: w pracach maturalnych, które sprawdzała, Marek Edelman pojawiał się jako gestapowiec. Może więc nie wystarczy czekać, aż „fenomen generacyjny“ sam się unieważni w drodze wymarcia? Markowski jako politolog z profesorskim tytułem miałby tytuł do napomnienia rządzących, jakie koszty dla jakości polityki niesie ze sobą degradacja wiedzy historycznej w szkole.

Zanim resort edukacji dokończy swojego dzieła, wciąż istniejące imaginarium historyczne próbuje przemeblować kolejny profesor, Andrzej Romanowski, autor tekstu o zgubnym patriotyzmie Solidarności a więc patriotyzmie PiS, który stanowi zagrożenie dla „naszej tożsamości“ (choć nie definiuje choćby pobieżnie, kto to „my“). Nie będę tekstu Państwu streszczał, jak kto pamięta ze szkoły, co pisali Stańczycy, to wie już o co chodzi. Ale odnotuję ku pamięci, że do pognębienia kaczystowskiego patriotyzmu spod ciemnej powstańczej gwiazdy przydał się nawet ten trędowaty Dmowski. Został dwukrotnie powołany w tekście jako niechętny legionom, jako działacz wznoszący się ponad historiozofię własnego obozu, o laickich korzeniach i tak dalej, no po prostu wzór rozsądnego umiaru.

Na razie jesteśmy zdaniem profesora na „pisowskim dnie“, bo „patriotyczne papu ma zawsze w Polsce klientelę i – jak widać – w ciemno jest aprobowane przez Kościół“. Kościołowi obrywa się też od innego profesora – Renaty Siemieńskiej-Żochowskiej, która narzeka na spowalnianie procesu emancypacji kobiet. A przecież „dzieci pracujących matek osiągają lepsze wyniki w testach“, bo „matka niepracująca z konieczności ogranicza krąg swoich zainteresowań, podczas gdy pracująca musi się rozwijać, bo tego wymaga od niej praca“. Nie będę z litości pytał, jak pani profesor wyobraża sobie rozwój, którego wymaga praca kasjerki w supermarkecie i jej podobne.

Żadnej litości natomiast dla osoby, której zespół The Scorpions kojarzy się ze „świeżością“. A tyle można się dowiedzieć z zapowiedzi na froncie GW korespondencji Bartosza Wielińskiego o nowej niemieckiej prezydentowej. Skoro słucha hard-rocka i jest rozwiedziona, to wniesie do pałacu świeżość. Traktowanie Scorpionsów jako oznaki buntu przypomina mi czasy, kiedy mama Pawła z „Wojny domowej“ załamywała ręce nad bigbitem. A co do rozwodu – udowadnianie, że „konserwatywni“ Niemcy przechodzą przemianę, bo ich pierwsza dama to rozwódka, jest karkołomne, bo tacy czy siacy Niemcy nie mają nic do powiedzenia w sprawie tego, kto im popilnuje żyrandoli w pałacu Bellevue. Pana Wulffa na to stanowisko wyznaczyła kanclerka, a posłowie niechętnie przyklepali.

Ale z tej dobrze napisanej korespondencji można się dowiedzieć innych, pouczających rzeczy: otóż, jak czytamy, Bettina Wulff nie potrzebuje doradców do spraw wystąpień publicznych, bo sama jest PR-owcem. „Zanim została pierwszą damą, pracowała w dziale PR sieci kosmetycznej Rossmann“. Wieliński być może sam nie wie, jak ważną rzecz uwypuklił: chyba już całkiem za normalne uważamy to, że elity państwowe zachowują się wobec nas w sposób co do istoty ten sam, jak cwaniaczki z reklamy. W takim kontekście rzeczywiście sztuczki przyswojone przy redagowaniu gazetki Rossmanna można przenieść wprost do prezydenckiej kancelarii. Od polityków w istocie oczekujemy już tylko, by przypominali nam, że latem trzeba szczególnie dbać o nawilżanie twarzy, zwłaszcza że maseczka z alg jest w promocji po dziewiętnaście dziewięćdziesiąt.

Pozostaje mi jeszcze polecić – bez streszczania, bo czyta się pięknie każdy akapit – wywiad z Etgarem Keretem w Wysokich Obcasach (rozmawia Paweł Smoleński). Ten, kto lubi tego pisarza, lepiej niech nie traci czasu na moje wynurzenia i ich bohaterów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prezydent nolens volens

10 lip 2010

Autorski przegląd  prasy

„Po fanach Gierka przyszła pora na zawojowanie fanów Krystiana Legierskiego“ – to propozycja Łukasza Warzechy z Faktu pod adresem Joanny Kluzik-Rostkowskiej, której felietonista proponuje – w nagrodę za kampanię – miejsce na czele parady szykowanej na przyszłą sobotę w Warszawie.

Złośliwostka Warzechy jest daremna, wspomniani przez niego fani zdecydowanie wolą się przypomnieć zwycięzcy obecnego rozdania. W Wyborczej znalazł się wywiad z prezydentem-elektem, złożony w większości z typowej politycznej mowy-trawy („wszystkie moje obietnice zostaną wykonane“, „możemy proponować nowe rozwiązania. Może cząstkowe, nieobarczone tak bardzo ryzykiem politycznym… bo przecież nie chodzi o to, żeby ludzi bolało“), zakończony pointą „traktuję moją wygraną jako dowód zaufania, że wspólnie z rządem zmodernizujemy kraj w zgodzie z tradycyjnym światem wartości“. Nie sam wywiad jednak jest ciekawy (choć wrócimy jeszcze do niego), ale sposób, w jaki redakcja go szczelnie opakowała.

Więcej szpalt niż słowa elekta zajmują wydrukowane przed i po nim teksty czterech przodujących piór. Jarosław Kurski przypomina groźnie formułę, że „jeżeli Platforma (…) nie pokaże że jest partią reformatorską, otwartą na kulturowe i obyczajowe postulaty demokracji europejskiej, to następne wybory przegra“. Marek Beylin ogłasza, że w wyborach ujawniło się „nowoczesne społeczeństwo“ i „idzie nowe“. Dla Pawła Smoleńskiego „Polska (…) zmieniła się radykalnie, to już nie ten sam kraj, co kilka lat temu“. Miernikiem tej zmiany jest to, że zwycięstwo Komorowskiemu dał języczek u wagi wystawiony przez rzesze domagające się refundacji kosztów in vitro, parytetu płci i związków jednopłciowych. I dalej: „głosowałem na pana w nadziei, że nie uzna pan zachodzących w Polsce zmian za zagrożenie, lecz za normalny proces modernizacyjny“. Mirosław Czech również zapowiada, że „potencjalnym źródłem odpływu sympatyków PO mogą być sprawy światopoglądowe jak kwestia in vitro, prawa mniejszości seksualnych, czy parytet“.

Nie dziwi ten kwartet w tempie gravissimo, skoro elekt twierdzi lekceważąco: „Mówiłem że jestem za refundacją in vitro. Nie zobowiązywałem się jednak, że podpiszę jakąś ustawę, skoro nie wiem, jaka ona będzie“. A jak nie przyjdą z Sejmu takie ustawy? – pyta redakcja. „To nie będzie czego podpisywać“. No tak, jak pisze Kurski, Komorowskiego Wyborcza poparła „nolens volens“ i teraz trzeba zadbać, by on sam nolens volens popłacił długi. Smuci mnie przy okazji fakt, że kwestię refundacji zapłodnienia pozaustrojowego podniesiono do rangi wyznacznika kondycji cywilizacyjnej Polski. Nie możnaby znaleźć innego pola, na którym się pokazuje figę Kościołowi (bo chyba o to chodzi), a kwestię dzieci z próbówki zostawić w spokoju z poszanowaniem ludzi, których to dotyczy osobiście? Dla jasności, jestem za tym by to w granicach rozsądku budżetowego dofinansować, ale nie widzę powodu, by czynić z tego casus belli.

„Do polskiego [śledztwa] trudno mieć zastrzeżenia, jestem też ostatni, który by wysuwał zastrzeżenia co do współpracy polsko-rosyjskiej“. Poza krótkim fragmentem wywiadu z Komorowskim Wyborcza nie odnotowuje dziś wcale kwestii stanu smoleńskiego śledztwa w 90 dni po katastrofie. „Rzeczpospolita“ tymczasem na czołówce woła, że jest „Coraz więcej pytań“, Fakt domaga się „Chcemy akt katastrofy“ i drukuje własną listę pytań, sprawa zajmuje także czołówkę „Naszego dziennika“. Może wyjaśnienie tkwi w przywoływanym już felietonie Marka Beylina: „Kaczyński będzie wykorzystywał propagandowo katastrofę smoleńską, ale to wydarzenie, jeszcze dziś politycznie gorące, szybko straci nośność“. Jak rozumiem, chodzi o to, żeby ostygło jak najszybciej, więc lepiej udawać, że w salonie nie ma żadnego słonia. Ciekawe, bardzo brzemienne w treści, choć mimochodem rzucone słowa.

W kategorii „zdań-mimochodów“, odnotujmy z kronikarską sumiennością jeszcze dwa nowe okazy: Jan Maria Jackowski w „Naszym dzienniku“ po raz pierwszy, z tego, co wiem, w prasie codziennej próbuje przypisać Komorowskiemu udział w masonerii. Swój wywód bierze ze zdania Janusza Palikota, że Kościół przegrał z Oświeceniem. A „przedstawiciel oświecenia“ to w domyśle „wolnomyśliciel a może nawet wolnomularz (…) Czyżby zatem sztuka królewska miała zagościć w Belwederze wraz z panami w fartuszkach z cielęcej skórki?“.

W „Wyborczej“ z kolei członkini zespołu Krytyki Politycznej Małgorzata Kowalska po raz pierwszy wypowiada dawno nie słyszane słowo na F w związku z Jarosławem Kaczyńskim: „równość proponowana przez Kaczyńskiego (…) to równość pomiędzy tak samo myślącymi obywatelami. To mi się kojarzy niemal z faszyzmem“. Tydzień temu w tekście na stronie internetowej KP ta sama autorka się nie certoliła w żadne „niemal“, tu widzimy tonizujący wpływ mainstreamowych mediów. Pani profesor Kowalska jest „badaczką francuskiej humanistyki XX wieku“, stosowną nagrodą za jej odważny gest byłaby ozdobna edycja „Bani w Paryżu“ Janusza Szpotanskiego, gdyby ten utwór istniał na rynku księgarskim. A nie istnieje, bo za dużo ważnych osób z lewa i prawa mogłoby wskutek upowszechnienia tej lektury ponieść szwank na swoich delikatnych ego.

Analogicznie – tylko zazdrością mandarynów i mandarynek polskiego kina tłumaczę sobie absurdalny fakt, że „Rękopis znaleziony w Saragossie“ najbliżej można kupić w brytyjskim Amazonie, ale nie w Polsce. Z jakiego innego powodu film uwielbiany przez Bunuela, wydany w świecie anglosaskim z rekomendacją Martina Scorsese i Francisa Forda Coppoli, nie doczekał się edycji w Polsce przez taki czy inny instytut do spraw szlifowania narodowych klejnotów rodowych? A przyszło mi to do głowy przy lekturze pięknej sylwetki Elżbiety Czyżewskiej pióra Anny Bikont w Wysokich Obcasach.

Zwykłem omawiać tu artykuły z gazet, by oszczędzić Państwu konieczności czytania. Tym razem odwrotnie – bardzo chcę zachęcić do lektury całości. Czyżewska umarła wcześnie jak na swoje pokolenie, zbyt wielu osobom musiałaby się autorka ponarażać, inkrustując jej sylwetkę większą liczbą plotek i smaczków. Ale i tak jest to tekst pasjonujący, jego streszczanie mija się z celem. Jak mówi jedna z rozmówczyń Bikont: „Ela miała ten sam typ tragicznej wrażliwości, co Marylin Monroe, Janis Joplin, Jimi Hendrix. Mogłaby stać się taką wielką legendą, gdyby nie urodziła się w Polsce (…) Nie pasowała do niczego i do nikogo. Mówi się, że nie wykorzystała talentu [w USA], bo nie miała właściwego akcentu, ona go nie wykorzystała, bo nie była gotowa się sprzedać“.

Ja jednak się cieszę, że stała się nie-wielką legendą, ale za to polską. Sentyment czuję osobliwie do roli rozpustnej Frasquity w „Rękopisie“ ale i tak pewnie najpierwsze, co trzeba zapamiętać, to jej samotny taniec z „Wszystko na sprzedaż“ Wajdy. „Komedie się gra na serio, bo tylko wtedy są śmieszne“ – mówiła parę lat temu w wywiadzie. Radzę więc czym prędzej zostawić źle zagrane polityczne komedie, nie myśleć o tych ludziach nie mających właściwego akcentu a i tak gotowych się sprzedać, a po prostu obejrzeć ten taniec http://www.youtube.com/watch?v=fMjUfKX9M3A&feature=related

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wszystko się może zdarzyć

26 cze 2010

Autorski przegląd prasy

„Jeśli Komorowski dobrze wypadnie w debatach, wszelkie dane wskazują na to, że ma większe szanse na wygraną. Jeśli wypadnie źle (…) wtedy wszystko się może zdarzyć“ – konkluduje swój wywiad dla GW szefowa CBOS Mirosława Grabowska.

Znamienne „wszystko“ – wypowiedziane w rozmowie prowadzonej wcześniej w dość chłodnym, zdystansowanym tonie, jaki przystoi dr hab. socjologii – sugeruje coś straszliwego, paletę złych scenariuszy, podczas gdy jedyne co się może zdarzyć, to po protu wygrana kontrkandydata. W ogóle czytelnika dzisiejszej prasy ogarnia apokaliptyczny zapaszek, jakbyśmy szykowali się na finis Poloniae (który to już raz za mojej nie tak przecież długiej pamięci? nie zliczę) – a nie na normalny w demokracji fakt, że ten czy ów podmiot spełniający formalne rygory uczestnictwa w grze, stosując się do reguł tejże gry, obejmuje jedną z funkcji będących akurat do obsadzenia w strukturze, którą mniej lub bardziej uznajemy za ramy naszej wspólnoty, obejmującej każdego, kto żyje na wspólnym terytorium.

„Dinozaury wyborów nie wygrają“, „Wyniku drugiej tury nie zna nawet Pan Bóg“, „Dr Jekyll i Mr Hyde“(nie muszę dodawać, kto), „Polska, którą przegapiliśmy“ (nie muszę dodawać, jacy my)– tytuły nie wróżą spokojnej lektury. Daję Państwu słowo, że trzon dzisiejszej GW można ominąć szerokim łukiem, chyba że ktoś zbiera materiał do magisterki o długim życiu toposów z barokowych kazań. „W okręcie, którym płynie kampania Komorowskiego i nadzieje milionów Polaków na powstrzymanie prezesa PiS, powstała ogromna wyrwa“ (Mirosław „Skarga“ Czech, w tekście o dinozaurach). Marek Beylin i Adam Leszczyński napominają marszałka i jego sztab, by zwrócili się mocniej do „młodych, dobrze wykształconych wyborców“. Ponoć oni „lubią decydować samodzielnie“, ale z góry wiadomo, że na Kaczyńskiego nie będą głosować. Komorowski, narzekają autorzy, nie ułatwia im decyzji, musi więc „zobaczyć współczesność“. A mieszkańcy tej współczesności „nie mają żadnego kanonu inteligenckich wartości i autorytetów“, łączą przywiązanie do wolności z „indywidualizmem, czyli pragnieniem życia na własnych warunkach i zdolnością porzucania (…) wszelakich instytucji, jeśli kłócą się one z własnym obrazem świata“. Młodzi Polacy, twierdzi Leszczyński, „są generalnie dobrze wykształceni“ – zanim czytelnik zdąży się zaśmiać, sam autor precyzuje: „Może nie czytali zbyt dokładnie Pana Tadeusza i nie wszyscy wiedzą, kiedy żył Tadeusz Kościuszko, ale mają umiejętności, których starsi mogą im pozazdrościć: świetnie odnajdują się w międzynarodowym środowisku i w nowych elektronicznych mediach“. To znaczy, jak rozumiem, dogadują się z wielonarodowym towarzystwem w pracy na zapleczu londyńskiego hotelu i umieją odpalić Internet w komórce.

Jest jednak inna redakcja, która umie odwołać się pozytywnie do tego, kim marszałek jest i co jest mu bliskie, zamiast narzekać, że nie potrafi przykucnąć do młodych. „Wielodzietność to skarb“ – głosi tytuł dużego materiału w „Naszym Dzienniku“, będący budującym opisem dobrych stron życia „małżonków hojnych w przekazywaniu życia“. Wprawdzie nazwisko Komorowskiego, człeka niewątpliwie wielodzietnego, nie pada tam ani razu, ale gdyby zastosować miarę paranoi i odczytywania wszystkiego wedle klucza „komu to służy“, jaka panuje w tym czasie w mediach, to wynik rozumowania jest oczywisty: ojciec Rydzyk udziela lekko skrytego poparcia, tym bardziej że dwie strony wcześniej mamy tekst o „Przekraczaniu Rubikonu“ czyli „uścisku Kaczyńskiego z lewicowym elektoratem“.

Ale właściwie zamiast dworować sobie z autorów, którzy odwracają się od rzeczywistości, powinienem gorąco zachęcić do sensownej lektury, która świadczy, że można zachować rodzaj idącej na skos podziałów ciekawości Polski. Wyborcza drukuje otóż wywiad z Arturem Żmijewskim, artystą działającym na wielu niwach, mocno związanym z „Krytyką Polityczną“.

Rozmowa dotyczy głównie oceny filmu „Solidarni 2010“. „Nie podoba mi się to, że Stankiewicz i Pospieszalskiemu odmówiono prawa do politycznej deklaracji. (…) Jak mówisz za siebie, to jest uczciwsze niż próba mówienia za wszystkich. Bywają filmy sprofilowane – w „Katyniu“, „Popiełuszce“, „Prymasie“ głos dostaje również tylko jedna strona i nie ma żadnych znaków zapytania, są propagitkami. (…) To był pierwszy głos tych ludzi niesformatowany przez media (…) Jakoś nie poszedł tam nikt związany z SLD i nie odsłuchał innej wersji zwierzeń. (…) Film zaszokował dziennikarzy, pośredników między światem polityki a ludem. (…) Taka wiedza o Polsce nie jest łatwa do przyjęcia“.

Żmijewski deklaruje, a wygląda to szczerze, gotowość poznawania ludzi z całkiem innej gliny. „Kiedy ludzie mówią autonomicznym głosem, to może wywołać szok. W dodatku okazuje się, że są w stanie formułować poprawne zdania, że jest w tym sensowna krytyka (bywa że obok szalonej), że umieją użyć słowa „suweren“ mówiąc o samych sobie. (…) Ciekawe jak mogłaby wyglądać dyskusja z tymi, którzy się w nim wypowiadają. Może to byłoby ciekawsze niż uleganie lękom elit, że to właśnie ci ludzie urządzą nam życie (…) wśród tych ludzi jest więcej pragnienia przeżywania wolności, więcej inteligencji niż można by się spodziewać. Krytyka tych ludzi z filmu to głos obrażonych elit i pogniewanych zniesmaczonych mediów“.

„Więcej by się wiedziało o tym kraju“ – przypuszcza Żmijewski na zakończenie rozmowy. Nie wiem, czy i jak jego interpretacja postaw ludzi ukazanych w filmie – którego nie widziałem – jest wierna obrazowi i słowom, ale budzi mój szacunek gotowość patrzenia czasami na bliźnich bez grymasu „elity, której nie sprawdził się jakiś modernizacyjny projekt dla tych ludzi“. Być może Żmijewski jest taki prędki w docinaniu elitom, bo w jego środowisku kluje się inny, konkurencyjny projekt modernizacyjny – nie wnikam. Sama gotowość użycia rozumu, unikania zbiorczych szufladkowań, gotowość na konkluzję, że rzeczywistość ma czasem krzywą gębę, to balsam na stadną chorobę tych tygodni.

Więcej by się wiedziało o kraju – ale trzeba umieć liczyć do stu. Wyborcza daje dziś bardzo frapującą czołówkę – „To już nie jest Nasza-Klasa“, o buncie użytkowników serwisu przeciw temu, że są zmuszani oddawać prawa do dysponowania wizerunkiem i danymi. Problem przemian w traktowaniu prywatności w sieciach społecznościowych ma kapitalne znaczenie, jest daleko ciekawszy od tego, kto za tydzień zostanie prezydentem (choć bywa niepotrzebnie demonizowany). Stąd wybór tematu na czołówkę nie powinien dziwić…

Jest jedno ale. Materiał jest dęty. Czytamy: „Internauci wycofują się z Naszej-Klasy“. Nieco niżej, drobnym już drukiem, rzeczniczka firmy mówi: „odsetek osób, które nie zaakceptowały nowych regulacji jest niższy niż 1 proc.“. To tak jakby dać na tytuł „Wyborcy nie chcieli wybrać żadnego kandydata“ do newsa, że odsetek nieważnych głosów tydzień temu wyniósł mniej niż 1 proc. Autor tekstu dalej nawet przyznaje uczciwie, że równie szerokie uprawnienia przyznaje sobie Facebook, więc NK nie jest tu jakoś szczególnie winna. Po co więc cała draka? Pojęcia nie mam.

„Jeśli Polska wierząca w bajki jest tak liczna, to chyba niedobrze“ – mówił Paweł Smoleński, rozmówca Artura Źmijewskiego. Mam nadzieję, że za dwa tygodnie nie będę musiał Państwu streszczać aż tylu bajek.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Starcie siwych panter

12 cze 2010

Autorski przegląd prasy

“Francuzi w 2002 r. mieli w drugiej turze do wyboru Jacquesa Chiraca i Jean-Marie Le Pena. Na pierwszego głosować nie chcieli, bo mieli dość jego polityki. Na drugiego, populistę, w poczuciu obywatelskiego obowiązku nie mogli. Podobieństwo z naszym 20 czerwca polega na tym, że oddając głos będę się czuł, jakbym wyboru nie miał. A głosować należy”. Misję odpalenia z grubej rury pocisku z Le Penem Gazeta Wyborcza powierzyła 26-letniemu autorowi, a imię jego Jakub Halcewicz-Pleskaczewski. W razie gdyby publiczność uznała to za nieczysty strzał, można zwalić na niewyparzony młody język.

Maturę z WOS-u jednak autor dostał niezasłużenie, bo 20 czerwca jako taki wybór przecież będzie (ja w każdym razie upatrzyłem sobie kogoś z pozostałej ósemki), tamten piekący dylemat dopadnie go dopiero 4 lipca. Z pewnością zostanie w mieście na wybory, wbrew temu, co mówi na stronie obok szefowa CBOS Mirosława Grabowska (“nikt nie odłoży wakacji z powodu wyborów”).

Chyba jednak niepotrzebnie tyle zawracam państwu głowę Halcewiczem-Pleskaczewskim, skoro pisze on najzupełniej serio że “za świeżego polityka uchodzić mógłby prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz. Jest taki jak Polacy lubią – tradycyjny ale też nowoczesny, proeuropejski”.

“Emocje grają na Kaczyńskiego” – ocenia Marek Beylin w tekście otwierającym publicystyczną część Gazety Wyborczej. Żeby było jasne, są to emocje z szeregu tych niedobrych, zwanych “społecznymi lękami”, spowodowane m.in. tym, że “tradycyjne państwo coraz słabiej przylega do wciąż zmieniających się społeczeństw”. Ale te lęki i koszmary to tylko “perturbacje” i “mało kto wierzy, że prezes PiS zostanie prezydentem”. Jego ewentualna mało-kto-wierzy-prezydentura oznaczałaby zaś “władzę czystego anachronizmu”.

I tu Beylin kreśli ciekawy portret Polaków w skali makro: “z badań wyłaniają się dwie tendencje: jesteśmy konserwatywni i aprobujemy zmiany obyczajów oraz tożsamości. Wbrew pozorom to się nie kłóci, stajemy się liberalni wobec własnego otoczenia, sami chętnie korzystamy z wolności i chcemy zarazem, by w tych rejonach rzeczywistości gdzie nasze życie już nie sięga, panował przewidywalny i konserwatywny raczej porządek. Wielość miniemancypacji sprzęga się z makrokonserwatyzmem”. Brzmi to dość dorzecznie, tylko gdzie tu Komorowski (już prędzej ten tradycyjno-nowoczesny Dutkiewicz)? Beylin nieraz wyrażał swoje niezadowolenie z tego, jak Platforma ma w nosie jego przepis na szczęście Polaków (chodzący pod etykietką “liberalno-demokratyczną”, cokolwiek by to miało znaczyć). Czyżby coś się zmieniło? “Ale co sądzi o tym sam Bronisław Komorowski? Chciałbym wiedzieć”.

Analogiczny problem mają w „Naszym Dzienniku“: jak sytuuje się Jarosław Kaczyński wobec innego, równie idealnego modelu ładu społecznego, który tkwi w głowach redaktorów. „Niech wybrzmią pytania“ tytułuje tekst Beata Falkowska, skarżąc się, że kandydat PiS nie znalazł wcale czasu na wywiad choć „nie zabrakło go dla wielu innych redakcji“. Wcale się nie dziwię, że Kaczyński wolał pozostawić w zawieszeniu pytania, które redakcja ND zdecydowała się wydrukować, m. in. o zakaz aborcji dzieci chorych i poczętych w wyniku przestępstwa, opodatkowanie wprost zależne od dzietności, badania nad komórkami macierzystymi, poparcie projektu wspólnej armii europejskiej.

„Dlaczego Kaczyński przypomina Komorowskiego?“ nosi tytuł przywołana już rozmowa z Mirosławą Grabowską. Trudno w niej znaleźć odpowiedź na to pytanie. Połamał sobie na tym zęby nawet Piotr Zaremba w „Polsce“, który pracowicie wyłuszczył po pięć punktów na rzecz i przeciw zwycięstwu każdego z dwóch kandydatów. Mimo zręczności jego warsztatu, który niezmiennie cenię, nie udało mu się wnieść nowych przesłanek do prognozy, co nas czeka w każdym z dwóch wariantów.

Jest inny sposób. Znalazłem go w dziale krajowym GW: Wojciech Czuchnowski i Mariusz Gierszewski w ramach niestrudzonego odczynania guseł nad truchłem CBA publikują informnację, że jeden z agentów tropiących latem 2007 r. Janusza Kaczmarka udał się po poradę do wróżki i zapłacił jej z funduszy operacyjnych. Pachnie to sprzeniewierzeniem środków publicznych – gdyby nie pewien szczegół: wróżka (czy też numerolożka) zapowiedziała agentowi, że w sierpniu 2007 r. Kaczmarek będzie miał kłopoty sądowe. Autorzy publikują tę notkę z intencją ośmieszenia CBA, ale ja wcale nie wiem, czy się śmiać. Chciałbym, żeby każda firma badawcza albo politologiczny think-tank potrafili za 100 złotych prognozować z taką skutecznością…

Jedną z niewielu rzeczy, jaką ekonomiści w moich oczach dość rzetelnie prognozują, to załamywanie się systemów emerytalnych. Anatole Kaletsky, publicysta Timesa (i stryjeczny wnuk naszego Michała Kaleckiego) napisał przedrukowany w „Polsce“ tekst – niezbyt odkrywczy ale za to tak szczery, jak się nie zdarza się u naszych autorów. Rzecz jest o nadchodzącej walce pokoleniowej, bowiem negatywny bohater tekstu, czyli pokolenie powojennego wyżu, zaczyna wyciągać z systemu coraz więcej emerytur i świadczeń zdrowotonych. „Szkoły i uniwersytety są ważniejsze dla przyszłości społeczeństwa niż emerytury, a jednak wszystkie demokracje na świecie dokonały przeciwstawnej oceny. Czy społeczeństwo powinno zapewniać darmowe przejazdy autobusem bogatym 80-latkom, czy raczej studentom? Dlaczego o tych konfliktach interesów między młodymi i starymi w ogóle się nie dyskutuje? (…) pokolenie wyżu demograficznego jest tak liczne, że żaden polityk nie odważy się prowadzić kampanii przeciwko jego interesom (…) w rezultacie demokracje w coraz większym stopniu będą zakładnikami partykularnych interesów „siwych panter“. Tak na marginesie: Kaczyński 1949, Komorowski 1952.

Równie ponuro jest czytać o coraz bardziej realnym zabraniu produkcji Pandy z tyskich zakładów Fiata. Pod naciskiem rzymskich polityków Fiat postanowił przenieść produkcję do Włoch, o czym już wiadomo od dawna. Wiadomością nową jest domknięcie negocjacji z większością związków zawodowych w fabryce pod Neapolem w sprawie zgody na gorsze – czyli polskie – warunki płacowo-pracowe. „Pandę zabierają, a rząd co?“ – pyta w tytule Wyborcza. „Ministerstwo gospodarki nie odpowiedziało nam, czy oszacowało jak przeniesienie (…) odbije się na polskim rynku pracy. (…) Rzecznik rządu Paweł Graś, którego pytaliśmy, co premier zrobił, by powstrzymać Fiata od przeniesienia produkcji, wysłał nam kopię odpowiedzi z resortu gospodarki“. Panda w Tychach to ok. 6,5 tys. miejsc pracy i ok. 20 tys. kolejnych u poddostawców. Ciekawe, co musiałoby zniknąć, żeby rząd się ocknął w taki upał – na przykład wszystkie warszawskie sushi-bary?

Zajrzałem do włoskich gazet, tamtejszy minister pracy ogłasza w „Corriere della Sera“, że wczorajszy dzień, gdy zawarto porozumienia w sprawie gorszych warunków pracy, „będziemy pamiętać jako krok, który udowadnia, że od teraz ten kraj jest jeszcze bardziej nowoczesny, bo dostosował się do konkurencji“. Taki więc kaganek nowoczesności przypadł nam w udziale. „Na Polskę należy patrzeć z perspektywy Malawi“ – pisze w „Wyborczej“ Dorota Jarecka, ale w zupełnie innej sprawie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O obrotach ciał wyborczych

22 maj 2010

Autorski przegląd prasy

„Moja legenda dotycząca Leszka zaczyna się powoli wyczerpywać. Dłużej już nie mogę udawać, że nic się nie stało. W ciągu najbliższych dni będę musiał powiedzieć mamie prawdę. Potwornie się tego boję” – to Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Super Expressu”. Ten fragment (obok kilku innych z „osobistej” części rozmowy), w którym jest przecież przyznanie się do kłamstwa (w zbożnym celu), niesie paradoksalnie najwięcej prawdy i treści ze wszystkich zdań i akapitów wypełniających parędziesiąt stron dzisiejszych gazet.

Bo cóż, reszta wywiadu mieści się konsekwentnie w formule „odmienionego Kaczyńskiego”. O krewkim Wajdzie i Bartoszewskim: „Mniejsza o nazwiska. Było kilka wypowiedzi, które nie powinny były paść […] Nic w Polsce nie wskazuje, żeby te wybory miały się odbywać w atmosferze konfliktu. Mam nadzieję, że taka sytuacja utrzyma się do wyborów […] jestem nastawiony na merytoryczną kampanię” itd. itp.

Ten pojednawczy rejestr ciągle budzi osobliwe reakcje w branży medialnej. Ot, choćby trzy godziny temu na portalu gazeta.pl, w aktualizowanej minuta po minucie relacji spraw związanych z powodzią, pojawił się taki news z wiecu, który kandydat miał  w Warszawie: „Szokująca deklaracja Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS przekazał swoje ‘pełne poparcie rządu w kwestii walki z powodzią’”. Pozostaje współczuć łatwej skłonności autora do popadania w szok.

Ale to tylko jakiś młody, anonimowy redaktor portalu. U bardziej otrzaskanych publicystów widać w ten weekend początek nowego trendu. Już nie jest istotne dyskutowanie, czy Kaczyński istotnie się zmienił (i zaklinanie, że zaraz pęknie na nim owcza skóra). To już nieważne, bo bez względu na to, jak trwała okaże się zmiana, „wykonał spektakularne sepukku, unieważnił swój cały dorobek, unieważnił też wizerunek politycznego fightera”, jak pisze Paweł Wroński. Hasło „prezes się zmienił” w jego ocenie może być odczytane przez centrowy elektorat jako kłamstwo, sztuczka. Pojawia się więc w elektoracie pytanie „po co wybierać podróbkę – Kaczyńskiego, który mówi jak Komorowski?”.

Mądre rzeczy lepiej dla utrwalenia powtórzyć, przecież ludzie czytają gazetę na wyrywki, dlatego kilkanaście stron dalej Witold Gadomski ubiera tę samą myśl w nieco inne słowa: „Jeśli jednak prezes PiS rzeczywiście zrezygnował z radykalnych pomysłów politycznych, pogodził się z realiami III RP (…) to właściwie jaki jest jego polityczny program? Czym się różni od PO a nawet dawnej Unii Demokratycznej? I czy jest pewien, że jego liczni zwolennicy za nim podążają?”. Zdaniem Gadomskiego Kaczyńskiemu „nie powiodła się próba przejęcia części elektoratu umiarkowanego”, dlatego żadne wpadki Komorowskiego „nie przesądzą o wyniku wyborów”, które tenże „wygra bez trudu”.

Gdyby jakaś gapa przeoczyła i ten artykuł, to o nieubłaganej logice dziejów przypomni jej tytuł „Kaczyński przegra te wybory”. Pod nim znajdziemy całkiem ciekawą rozmówkę z Antonim Mężydłą. Obecny poseł PO, dawniej działacz PiS mówi o swoich byłych kolegach: „to jest partia, która nie ma mocnego przekonania, że może znów dojść do władzy. (…) mam tam dużo kolegów, widzę że tam nie ma takiej wiary”. A o Jarosławie Kaczyńskim: „Pałac to nie jest jego cel. Myślę, że to byłaby krępująca dla niego sytuacja, gdyby został prezydentem po Leszku Kaczyńskim” (potwierdza to cytowany wyżej wywiad dla „Super Expressu” – Jarosław uchyla się od prostej odpowiedzi na pytanie o bycie dziedzicem Lecha). Szkoda, że Mężydło zajął ledwie ćwierć kolumny, bo jako osoba spoza kręgu zawodowych antypisowców miałby pewnie więcej rzetelnych, niemanipulanckich obserwacji o słabości i oczywistym braku następnych pomysłów, jaki widać po stronie PiS.

Kandydat, któremu nawet przy założeniu skrzywienia sondaży pozostaje dobre paręnaście procent straty do lidera, jest więc nadal obiektem codziennych zaklęć i egzorcyzmów, jakby nie o przeciwnika w politycznej rundzie chodziło, ale o inkarnację zła, godzącą w mistyczne ciało obywatelskie. Odgłos tego rytualnego tańca słychać nawet w specjalnym dodatku kopernikańskim (bowiem dziś odbył się uroczysty pochówek szczątków astronoma we Fromborku).

Niegdysiejszy guru psychoterapii Jacek Santorski analizuje psyche Kopernika, widząc w nim m.in. osobowość ekscentryczną: „Ta cecha może łatwo przechodzić w patologię i zaburzenia. W czasach gdy wielu z nas się zastanawiało, jaka to potrzeba władzy motywuje braci Kaczyńskich, ja polemizowałem – z perspektywy psychologii osobowości widzę w nich silne przejawy osobowości ekscentrycznej. Czasem może ona skutkować oderwaniem od rzeczywistości”. W odróżnieniu od Kaczyńskich, Kopernik był jednak „wolny od takich obciążeń”.

Tęgim ekscentrykiem okazuje się jednak sam Santorski, w dodatku obciążonym grubą warstwą wazeliny: „Przygotowując się do wywiadu, szukałem kogoś na miarę tej kopernikańskiej skali (…) I z jednej strony pomyślałem o ludziach takich jak Adam Michnik i Jacek Kuroń”. Dalej jest mowa o tym, jak Kopernik żył „pełnią życia”, czyli „Człowiek, który odkrywa, po prostu musi po ciężkiej pracy zjeść, napić się wódki i pośmiać”. Jak pełnia życia, to i kobiety. „Jest bardzo możliwe, że Kopernik wdał się w taką znajomość [chodzi o domniemany romans]. Przyglądałem się zrekonstruowanej na podstawie czaszki twarzy Kopernika. Tak zarysowany podbrodek znaczy, że testosteron odgrywał u niego rolę większą niż przeciętnie”.

Nadwiślański Lombroso jest również historykiem idei, więc na naiwne pytanie, co robił „wolnomyśliciel Kopernik” w środowisku kościelnym, zamiast urządzić dziennikarce powtórkę z jesieni średniowiecza, odpowiada serio: „Kościół mimo całej swojej hipokryzji w głoszeniu myśli naukowej dla wielu ludzi był w średniowieczu znaczącym punktem odniesienia. Kopernik chciał po prostu coś zrobić dla swojego umysłu”. Państwu, jeśli chcą zrobić coś dla umysłu, doradzam lekturę zamieszczonej w tym samym dodatku rozmowy z trojgiem uczonych pt. „Pierwszy olbrzym nowożytnej nauki” – to zdecydowanie najpoważniejszy materiał w dzisiejszej „Wyborczej”.

Pomny słów o hipokryzji w głoszeniu nauki, sięgnąłem po analogiczny dodatek kopernikański „Naszego Dziennika”. A tam rozmowa z fizykiem Zbigniewem Jacyną-Onyszkiewiczem, wykładającym na UAM oraz w toruńskiej szkole ojca Rydzyka. Profesor wpierw konstatuje, że pokopernikański „postęp astronomii doprowadził do coraz większej degradacji pozycji człowieka we wszechświecie”. Ale wcale tak nie musi być, bowiem „najnowsze badania naukowe pokazały, że struktura i historia wszechświata umożliwiają rozwój życia właśnie na Ziemi oraz istnienie w nim człowieka (…) Odkrycia XX wieku sugerują, że nie jest prawdą iż wszechświat jest tylko wielkim mechanizmem, w którym człowiek nie odgrywa żadnej roli. (…) jeśli chcemy właściwie zinterpretować fizykę kwantową, musimy uwzględnić istnienie ludzkiej świadomości, która nie jest opisywalna prawami fizyki (…) człowieka można uznać za strategiczny element wszechświata”.

Nie mam dość kompetencji, by kategorycznie odnieść się do tych zdań, choć wydają mi się efektem pomieszania „świadomości” rozumianej jako obserwator w eksperymencie kwantowym ze świadomością rozumianą teologicznie. Pachnie mi to przegięciem a rebours dawnego peerelowskiego urzędowego ateizmu, który Kopernika bezsensownie zaliczał do swoich patronów (dowodem, że to wciąż pokutuje, jest choćby tamto pytanie zadane Santorskiemu). W walce o to, czy Kopernik był „nasz” nie chodzi tylko o to, czy był Polakiem lub Niemcem albo czy wolał Olsztyn od Torunia…

Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że ktoś mi robi wodę z mózgu, gdy czytam na pierwszej stronie „Wyborczej” zapowiedź materiału o tańcu na rurze dla szerokich mas. Spory tekst ma nas najpierw przekonać o tym, że wcale nie jest to gimnastyczna odmiana striptizu, w którym chodzi o miłe wrażenia wzrokowe patrzącego, lecz tylko zaawansowany aerobik, a nawet potencjalna dyscyplina olimpijska (do tego poglądowe rysunki z nazwami mięśni, jakie ćwiczy w danej figurze tancerka odziana w trzy skrawki tkaniny). Ale zaraz okazuje się, że chodzi o to, o co przecież chodzi: „partnerka uprawiające pole dance może stworzyć erotyczny klimat w związku” a „bycie frywolną czy nawet wyzywającą może sprawiać przyjemność paniom”. „Panie chcą ćwiczyć bez narażania się na głupawe uśmieszki, ale wciąż budują prowokujący wizerunek tańca na rurze” – zauważa pewną dwoistość autorka, konkludując: „jak to zrobić, aby być postrzeganą jako seksowna, a jednocześnie być traktowaną poważnie?”.

Nie rozumiem, skąd wzięła się taka sprzeczność. W każdym razie rura, jak i inne narzędzia namolnej emancypacji jej nie zniosą. Ani seksu, ani powagi, tylko śmieszność. „Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar – Melania Kierczyńska, Adam Ważyk – informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie o tym, co to jest spółkowanie – dojrzałe, klasowo odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne” – ten opis Tyrmanda z 1954 r. nie pierwszy raz odzywa mi się z chichotem w pamięci.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak Zagłoba nie sprawdził żarówek

24 kwi 2010

Autorski przegląd prasy

Przegląd prasy z tego weekendu wypada zacząć od przypomnienia wywiadu jakiego Jan Rokita udzielił we wtorek „Tygodnikowi Powszechnemu“. „Ustawił” on niejako dyskusję nad tym, co doświadczenia ostatnich kilkunastu dni mówią o nas jako zbiorowości w sensie symbolicznym i jak ta symbolika przełoży się na najbliższy sezon polityczny.

Rokita stwierdził więc, że „wspólnie płyniemy znowu potężnym nurtem sarmacko-romantycznego zwycięskiego patriotyzmu. Ów nurt jest dzisiaj prawdziwie wielkim zwycięzcą o sens polskości (…) ma swojego nowego patrona na cały polski XXI wiek: spoczywającego na Wawelu męczennika Lecha Kaczyńskiego“. Dalej Rokita, znany przez kilkanaście lat z dość pragmatycznego etatyzmu, mówi, że „ludzie myślący tak jak ja ponieśli bolesną porażkę. Nie zaistniał inny model myślenia patriotycznego niż sarmacki neoromantyzm Kaczyńskiego (…) obowiązujej jeden rodzaj miłości do kraju. (…) Jak ktoś chce dzisiaj to wszystko podważyć, to musi się rozprawić nie ze zmarłym prezydentem, ale z Mickiewiczem, powstaniem styczniowym, konfederacją barską i księdzem Markiem. Także z Solidarnością, czyli z Polską. Życzę powodzenia“.

Stąd wynikła efektowna metafora, którą powtarzały media: „więc pokornie biorę pod jedną rękę Jacka Soplicę, pod drugą pana Zagłobę i idziemy razem do krytpty Srebrnych Dzwonów“. Co prawda część wywiadu Rokita poświęca na rozważania o możliwych scenariuszach rozegrania  zbiorowych emocji („zapotrzebowanie na narodową jedność“) w praktyce politycznej, ale pesymizm nie podsuwa mu gotowych scenariuszy obrócenia tego w pożytek dla wspólnoty. Mimo spaceru z Zagłobą, Rokita nadal rozumie ją przede wszystkim w kategoriach państwa. Wyraża wprawdzie życzenie, by „uwolniona energia romantyczna została przekuta w jakiś wysiłek państwowy“ – np. reformę konstytucyjną,  sam jednak stwierdza że to „mało prawdopodobne“, bowiem „Polska rozkochała się na nowo w swoim neoromantycznym micie, a nie w swojej państwowości“.

„Język romantyczny. Nie mamy innego“ – mówi dziś Jerzy Jedlicki w wywiadzie dla „Wyborczej“. „Ten język i liturgia katolicka świetnie się uzupełniają. Nawet młodzież, która przecież zwykle wyśmiewa się z rytuałów, z uroczystych słów, coś przeżywała i sięgała po stare symbole i pieśni (…) Nasi notable nie lecieli do Smoleńska na krwawy bój. To była katastrofa i tyle. A mimo to pojawia się język i obrzęd sakralno-romantyczny“. Dociskany przez dziennikarza o to, czy aby na pewno rytuał nie jest już całkiem pusty, Jedlicki dodaje: „Zgoda, że życie go drąży, ale jeszcze nie wydrążyło (…) zachowania nie są puste, nawet jeśli służą tylko na potrzeby takich uroczystości“.

Skąd ta żywotność – pada pytanie -  skoro Polska jest wolna, więc zanikły warunki sprzyjające myśleniu w kategoriach heroicznych? Jedlicki w odpowiedzi wypowiada kilka rzeczy ważnych, zwłaszcza w ustach szanowanego autorytetu umysłowego środowisk, które sama „Wyborcza“ określa od paru lat mianem liberalno-demokratycznych: „Dzisiaj, zgoda, mamy tę swobodną przestrzeń. A mimo to wielu ludzi odczuwa brak, ale zgoła inny. To brak ideałów, wzorów działania pospólnego, brak drogowskazów (…) nasza radosna transformacja nie zdołała jak dotąd stworzyć takiej kopuły wartości i symboli, które zastąpiłyby tę starą kopułę (…)“. Można przy okazji zapytać, czy więcej nam to mówi o trwałości „starej“ kopuły, czy o jakości naszej transformacji… Jedlicki opowiada nieco dalej o niej jako o „czasach postępującej anomii“.

„Gdy słyszę lub czytam, jak młoda Polka odlatując za granicę mówi ‘a na co mi ta Polska? Co ona mi daje?‘, to czuję gorycz. W poprzednich pokoleniach dziewczyny nie zadawały takich pytań“. Cóż można na taką anomię poradzić, poza konstatacją, że jedyny język wartości, jaki jeszcze jako-tako czasami nas wiąże, to idiom romantyczny i heroiczny, a więc mało przydatny w zwyczajne dni? „Chciałbym, aby wykształcił się u nas patriotyzm oparty na odpowiedzialności za dobro wspólne, za państwo (…) patriotyzm nieagresywny, nikogo niewykluczający (…) patriotyzm cywilizacyjny“. Profesor Jedlicki nie zdradza w rozmowie, czy jest w tym względzie pesymistą takim jak Rokita, ale z reszty rozmowy można chyba odczuć podobny nastrój.

Z Jedlickim koresponduje głos młodej Polki, wypowiedziany przez Miladę Jędrysik dwie strony wcześniej: „kondukt, który szedł na Wawel wyszedł prosto z serialu ‘Królowa Bona’ “. Serialowe porównanie jest – choć mogę się mylić – wyrazem dystansu, z jakim ktoś odbiera przede wszystkim dekoracyjny, inscenizowany aspekt rytuałów i obrzędów. Odsyła to nas do innej kapitalnej kwestii, o którą toczą spór publicyści. „Lud zdecydował“ – głosi tytuł wywiadu z Rokitą. „Nie sądzę, by archetypy poruszały wszystkich. W TV widzieliśmy tylko tych, którzy temu nastrojowi ulegali, stali w kolejce do trumien, poddawali się patosowi słów. Mniej było widać tych, którzy się rytuałom nie poddają“ – kontruje Jedlicki. „Nie do końca wiadomo kim byli ludzie gromadzący się na uroczystościach (…) z pewnością nie stanowili większości. Większość została w domach“ – pisze z kolei Piotr Zaremba w przenikliwej analizie meandrów polityki posmoleńskiej na łamach „Polski“.

Ta mniejszość była jego zdaniem na tyle liczna, że „i tak przestraszyła liberalno-lewicowe elity“. Poświęca więc swój tekst sposobom reagowania na ten strach oraz szansom i ryzyku wszelkich zabiegów na traumatycznych nastrojach elektoratu ze strony obu partii.  „W tym sensie skutki katastrofu miałyby się okazać paradoksalne. Śmierć prezydenta i dużej grupy polityków jego obozu mogłaby zaowocować odrodzeniem (…) Politycy na razie nie komentują tych paradoksów. Wiedzą, że jeden fałszywy ruch może z nich uczynić nieczułych, wyzbytych z empatii obrazoburców (PO) albo przekupniów handlujących tragedią (PiS). Ale niewątpliwie zaczęli już uważnie obserwować pole bitwy“.

Najwięcej miejsca poświęca Zaremba Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego dylematom „nie do pozazdroszczenia“. „Czy stanie się liderem mścicielem (…) czy też politykiem odbierającym Tuskowi monopol na jednoczenie Polaków?“. „Styl, w jakim lider PiS będzie zabiegał, może już w najbliższym czasie, o wyborców, może mieć znaczenie fundamentalne – i dla niego, i dla państwa“. Zaremba przytomnie zauważa, że Kaczyński nie zasiadł jeszcze do „partii szachów“ a jego wypowiedzi już dziś są interpretowane na wyrost (jak np. odwołania do wspólnej walki zawarte w mowach nad grobami zabitych towarzyszy politycznych). „Jeszcze Kaczyński, człowiek, który przeżył tragedię, nic nie powiedział, a już jest obwoływany rannym łosiem, który zburzy spokój Polski“.

Słowa Zaremby o dynamice procesów społecznych po tragedii, która sprawi iż „polityka mogłaby się stać odrobinę bardziej merytoryczna“ nie tchną dużym optymizmem, to raczej zaklęcia publicysty, który czuje się w obowiązku wskazać, że z każdej sytuacji jest możliwe jedno lepsze wyjście. Wiarygodniej za to brzmią adresowane wprost do Rokity uwagi: „w jakieś potężne oddziaływanie posmoleńskiego mitu nie wierzę (…) normalne objawy żałoby brano za wszechogarniający mesjanizm. W tym sensie strach  intelektualistów z kręgu Wyborczej i ledwie skrywana nadzieja niektórych postaci z kręgów okołopisowskich wydają mi się przesadne“.

Przesadą jest, wedle Zaremby ogłaszanie triumfu politycznego romantyzmu: „Tradycji stańczyków na miejscu Jana Rokity nie wyrzucałbym na śmietnik. Nie jest przecież tak, że PiS nie przechowało jakiegoś kawałka instynktu państwowego (…) niektórzy ministrowie, którzy zginęli w rozbitym samolocie, byli modernistami“. I o tym nieco zapomnianym modernizacyjnym dziedzictwie PiS przypomina stronę dalej Jadwiga Staniszkis, niezmordowana orędowniczka zimnego myślenia o procesach na styku idei i instytucjonalnej maszynerii: „Jarosław Kaczynski musi zacząć mówić językiem mechanizmow, instytucji i strategii na przyszłość. Musi przekonać, że jest w stanie je naprawiać. Przecież nawet ta tragiczna katastrofa jest wynikiem bylejakości instytucji i procedur w Polsce. Nie szukając teorii spiskowych, widać , że polskie służby nie pojechały do Smoleńska sprawdzić, czy (…) nawigacja jest sprawna. Administracja amerykańska to robi“.

Tę samą myśl prościej, ale bez brukowego prostactwa, artykułuje w „Fakcie“ Stanisław Janecki: „Lotnisko pod Smoleńskiem to postsowieckie dziadostwo. Z lampami przypominającymi plastikowe wiaderka z żarówkami (…) Polskie tajne służby, które odpowiadają za bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie, mogły się nie zgodzić na lądowanie tam najpierw premiera, potem prezydenta. Jeśli nie wiedziały, że lotnisko może być niebezpieczne, to do niczego się nie nadają. Jeśli wiedziały i nic nie zrobiły, to ktoś powinien trafić przed prokuratora. Nie zwalajmy zaniedbań naszych służb na Rosjan. (…) Między dziadostwem na lotnisku i w pracy komisji a zamachem jest jednak ogromna różnica. Słusznie mamy pretensje że nasi prokuratorzy mają w tej sprawie mało do gadania. Ale bez dowodów nie róbmy z Rosjan zamachowców. I pamiętajmy, że najpierw powinniśmy rozliczyć własne służby: ABW, SKW, BOR a wreszcie MON“.

Kwestia blokad, dziwnych luk i wątpliwości co do tego, jak się toczy w Rosji śledztwo w sprawie katastrofy, zajmuje dziś sporo miejsca we wszystkich tzw. poważnych gazetach. Ale najsensowniejszy do tego komentarz a przy okazji kontrapunkt do rozważań czołowych piór o mesjanizmie, sarmatyzmie i potrzebie myślenia o państwie, znalazłem dziś w tabloidzie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z pokorą dla symboli

14 kwi 2010

Ten tydzień, kiedy na niego spojrzymy za jakiś czas, będzie – mam nadzieję – lekcją pokory, jakiej udzielą nam symbole. Dla tych, którzy lubią się zżymać na rzekomy ich nadmiar w mentalności Polaków, uznających zbędność symbolicznego aparatu w życiu nowoczesnej sekularnej Europy. I w równym stopniu dla tych, którym myślenie w kategoriach wielkich metafor przychodzi łatwo i są prędcy w tworzeniu nowych punktów odniesienia zbiorowej wyobraźni.

Symbole mają bowiem to do siebie, że rządzą się prawami, których ani psychologia społeczna ani historiozofia nie są w stanie do końca opisać. Mają też dużą bezwładność – narastają powoli, po czym, gdy już raz się skrystalizują, ciążą nad naszym myśleniem choćbyśmy zaklinali po stokroć, że są „anachroniczne”, „nieprzystające” i zaskorupiałe.

Przyszło mi to do głowy po raz pierwszy, gdy słychać było od zeszłej soboty, sformułowania łączące Katyń z roku 1940 z obecną tragedią narodową. Niemądre było udawanie, że ludziom taka paralela nie przychodzi do głowy, nadając dodatkowy, potworny wymiar przeżywanemu przez wielu, choć w różnym stopniu, szokowi. Ale wcale nie było takie oczywiste, iż przez samo wypowiedzenie formuły „Katyń bis” tworzymy nową stację w  procesji dat i miejsc, które naszą wspólnotę losu „od zawsze” przeciwstawiają Rosji. Równie dobrze data 10 kwietnia 2010 może nabrać znaczenia pojednawczego. Nie da się zadekretować na gorąco sensu tego nieszczęścia. W którą stronie wyrośnie ten dąb pamięci – zobaczymy.

Jeszcze jaskrawiej widać to dziś, kiedy – wbrew wyczuciu wielu osób o krańcowo różnych postawach politycznych – toczy się w mediach spór o pochówek prezydenta na Wawelu. Wydaje mi się, że protestującymi powoduje obawa, by wybór najzacniejszej z polskich krypt nie skutkował natychmiastowymi narodzinami symbolu blokującego przyszłe oceny miejsca Lecha Kaczyńskiego w historii. Niepokoją się, że przez nadanie mu statusu „równego królom”, przez tę swego rodzaju świecką kanonizację, zamknie się usta każdemu, kto będzie chciał krytycznie wypowiadać się o jego prezydenturze.

Podobnie jest oczywiste, że gorący zwolennicy takiego pogrzebu uznają, że ten status Lechowi Kaczyńskiemu się należy, że przez wybór Wawelu oddadzą należną cześć, wywyższą jego misję dla kraju ponad poziom powszedniej walki politycznej. Ponad przyziemny magiel szyderstw, często naprawdę głupich, ale i merytorycznych sporów.

Z tym że te drugie, wprawdzie nie dziś, ani nawet za tydzień, staną się jak najbardziej dopuszczalne i uczciwe. Powiem wręcz, że obowiązkowe, jeśli chce się własną miłość do Polski obrócić nie w sentymentalną śpiewkę, ale troskę o pewien wymiar, który łączy losy nas wszystkch. Źle się dzieje, jeśli ludzie traktujący siebie jako depozytariuszy tej troski tego nie rozumieją i nie życzą sobie dalszej dyskusji. I równie źle, że inni, przez próbę stłamszenia ewentualnego symbolu w zarodku, dyskusję chcą raz na zawsze rozstrzygnąć, zanim nadszedł na nią czas.

To pospieszne przeciąganie symbolicznej liny jest smutne, bo od razu zaprzecza nadziei, że ta tragedia naprawdę realnie nada polityce tonu republikańskiej godności i nauczy trochę respektu dla bliźnich, z którym przyszło nam dzielić miejsce na polskim wózku. Nic z tego nie będzie, skoro debata na dzień dobry zostanie ustawiona w kategoriach „czy zasłużył na Wawel?”

Może pocieszające jest tylko to, że symbole, które próbujemy naprędce zmontować albo zdemontować, i tak nauczą nas pokory. Bo z samego faktu złożenia doczesnych szczątków człowieka na Wawelu niewiele da się wywieść w sprawie przyszłego życia jego postaci w naszej pamięci. Przykład marszałka Józefa Piłsudskiego niech wystarczy – pochówek na Wawelu nie jest tym, co przesądza o jego wielkości, którą jedni traktują z czcią, a inni ze zgrzytaniem zębów.

Nikt nie wie, czy grobowiec na Wawelu będzie  zimną, zapomnianą na codzień przez większość przestrzenią, gdzie kilka razy do roku spocznie oficjalny wieniec? Czy celem prawdziwych odwiedzin, miejscem gdzie zawsze będą świeże kwiaty, kupione przez ludzi schodzących do krypty w odruchu serca? To, jakim cieniem położy się ostatecznie postać Lecha Kaczyńskiego na dalszych losach Polski rozstrzygać się będzie powoli, podskórnie i – na szczęście – nie całkiem pod wpływem tego, co powiedzą i zrobią politycy lub dziennikarze. W Polsce mądrzy władcy nie chcieli być królami ludzkich sumień.

Skoro jednak Wawel, niech będzie Wawel. Co z tego wyrośnie? Dziś myślmy o tym, co naprawdę od nas teraz zależy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polacy to też Rosjanie

03 kwi 2010

Autorski przegląd prasy

„Rosja chce prawdy” – pisze na czołówce „Polska”, dodając w podtytule że „mord w Katyniu staje się dla Rosjan symbolem zbrodni stalinizmu”.

O tym samym wydarzeniu, czyli emisji „Katynia” Wajdy w rosyjskiej telewizji, „Wyborcza” pisze obszernie na drugiej stronie jako o „wyraźnej zapowiedzi przełomu w relacjach rosyjsko-polskich. Moskwa w sprawie tragedii sprzed 70 lat wychodzi nam naprzeciw, i to bardzo daleko”.

Zdaniem korespondenta Wacława Radziwinowicza decyzję o pokazaniu filmu podjęto na samej górze, bo tak gorącego kartofla na pewno nie wziąłby do ręki żaden niższy rangą telewizyjny czynownik. „W środę premier Władimir Putin razem z premierem Donaldem Tuskiem ma na cmentarzu w Katyniu uczcić spoczywające tam ofiary terroru bolszewickiego. To on polecił wyemitować ‘Katyń’, by pokazać Rosjanom, do kogo i dlaczego jedzie”.

„Polska i Rosja mogą raz na zawsze zamknąć sprawę Katynia” – pisze z nadzieją również w „Wyborczej” Marcin Wojciechowski, w komentarzu do fragmentów raportu rosyjskich ekspertów zleconego przez Borysa Jelcyna 18 lat temu, który stwierdza m.in. że zamordowanie polskich jeńców oraz więźniów „było najcięższą zbrodnią przeciwko pokojowi, przeciwko ludzkości i zbrodnią wojenną, za którą powinni ponieść odpowiedzialność Stalin, Mołotow i inni członkowie biura politycznego WKP(b) (…) rozstrzelani jeńcy podlegają całkowitej rehabilitacji jako niewinne ofiary stalinowskich represji ze sprawiedliwym zadośćuczynieniem za straty moralne i materialne”.

Z raportem sąsiaduje na łamach „Wyborczej” rozmowa z wiceszefem stowarzyszenia „Memoriał”, który kwestię odpowiedzialności przenosi na płaszczyznę niemal mistyczną: otóż Stalin „zmarł w 13. rocznicę wydania rozkazu zamordowania jeńców! Pomyślałem, że co roku tego dnia Stalin musiał sobie przypominać o zbrodni. Musiał wtedy myśleć, że straszna dla ZSRR prawda o niej może wyjść na jaw”. Nikita Michałkow – wedle tego, co relacjonuje Radziwinowicz – miał podczas dyskusji po wyświetleniu „Katynia” domagać się „pełnej prawdy” i zgłaszał pretensje do Wajdy, że w jego filmie „zło nie ma twarzy” a on chciałby dowiedzieć się, kto osobiście odpowiada za tę zbrodnie.

Możemy spokojnie odłożyć na bok śmieszno-straszne skojarzenia, jakie budzą teorie o wyrzutach sumienia Józefa Wissarionowicza albo złośliwe uwagi, że szkoda, iż Michałkow junior nie zapytał o Katyń własnego ojca, który – traf chciał – należał do nielicznego grona, które orientowało się lepiej niż inni w realiach sowieckiej dezinformacji. Bo najmocniejszą puentę do całej tej pojednawczo-przełomowej konstrukcji daje wiadomość, którą na pierwszej stronie przynosi z kolei „Rzeczpospolita”.

Dwa tygodnie temu rosyjski rząd, ten sam, który zgodził się na emisję filmu Wajdy, w piśmie do Trybunału Europejskiego w Strasburgu podważał nawet pewność faktu, że do rozstrzelania doszło. Jest to oczywiście dokument wypichcony na niższych szczeblach hierarchii w proceduralno-prawnym kontekście (a chodzi o obronę przed wypłatą odszkodowań) a nie wypowiedź stricte polityczna, ale tak oczywiste jest, że emisji filmu nie mógł zatwierdzić byle kierownik redakcji w telewizji, tak i odpowiedź dla Trybunału nie mogła powstać bez wiedzy „góry”.

Co tu się dziwić, że dwugłowy orzeł dwoma językami przemawia. „Nasze [Polski i Rosji] stosunki i sposoby myślenia, zachowania, podlegają tylu różnym impulsom, z których trzeba zdawać sobie sprawę” – mówi Tadeusz Konwicki w rozmowie z Adamem Michnikiem w wielkanocnym dodatku „Wyborczej”. Przypadkiem, bo wywiad ten przecież przygotowano wcześniej (jako materiał reklamujący dzieła wybrane pisarza dodawane do gazety), obaj rozmówcy wstrzelili się w sytuację frapującym komentarzem. Michnik cytuje długi passus ze „Wschodów i zachodów księżyca”, który pozwolę sobie Państwu tu przekleić: „Ja jestem ohydna hybryda na pograniczu dwóch światów. Na granicy rosyjskości i polskości. We mnie klekoce roztropnymi cyframi umysł rzymskiego Polaka i wyje we mnie stepowy przeciąg prawosławia. (…) Rosja zajmuje teraz i zajmowała kiedyś sporo miejsca w naszym życiu, to znaczy w naszych sercach, umysłach a także wątrobach. Ale Rosja myśli o nas rzadko”.

Konwicki dodaje dziś od siebie w rozmowie: „Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak podobni jesteśmy do Rosjan. Jesteśmy tacy jak Rosjanie w mniejszym wymiarze, pięć numerów mniej. Historia poprowadziła nas troszkę inaczej”. Michnik przypomina słowa Konwickiego z innego wywiadu, że „Rosjanie to azjatyccy Polacy a my, Polacy, jesteśmy europejskimi Rosjanami”, na co Konwicki dopowiada „chciałbym żeby nie wzywano do marszu na Moskwę, ale próbowano się z nią porozumieć. Rosjanie dają sygnały, że się trochę europeizują”. Chciałbym dopytać pana Tadeusza, czy z naszej strony płyną sygnały, że się azjatyzujemy?

Nikita Michałkow – ciągle według cytowanej już korespondencji – wczoraj w podobnym nieco duchu zapewniał, że „miłość między narodami polskim i rosyjskim przejawia się zawsze, nawet w najtrudniejszych momentach”. Ciarki chodzą, zamiast rozpisywać się o ich przyczynie, posłużę się Jackiem Kaczmarskim:

Ach gdybyż narodów na świecie nie było

Jak nam by się wtedy szczęśliwie tu żyło!

Dla dobra człowieka, dla szczęścia ludzkości

Złączonej w potężnym uścisku miłości

Aż z trzaskiem pękałyby kości.

Może to zbyt ponure obrazy jak na wielkosobotni czas oczekiwania. Ale dzisiejsze gazety przynoszą sporo innej dobrej lektury. „Polska” ogłasza „Są dowody na zmartwychwstanie Chrystusa”, „Wyborcza” orzeka: „Zmartwychwstanie nie było faktem historycznym”. Między tak rozpiętymi biegunami każdy może wybrać z rozmaitości tematów i spraw z tego świata, o których gazetom bardziej przystoi rozprawiać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zabierz dziadkowi stołek

20 mar 2010

Autorski przegląd prasy

„Odnoszę wrażenie, że prawyborami zachwyceni są politycy i dziennikarze, natomiast dla społeczeństwa jest to pusty spektakl (…) Polityka spektaklu jest jak narkotyk – tak wciągnęła obecną ekipę, że ona nie jest zdolna do prowadzenia realnej polityki“ – ocenia Zdzisław Krasnodębski w wywiadzie dla „Polski“. Jego konkluzje nie są wesołe: „Może tę chorobę będziemy musieli przechorować do końca? Może dopiero zderzenie z rzeczywistością pozwoli nam wyjść z tego matriksa?“. W innym miejscu rozmowy pada opinia: „realny świat nas prędzej czy później dopadnie“.

Z podobnym problemem, gdzie jest „podłoga polskiej polityki“, a więc punkt odniesienia dla np. oceny dokonań rządu, zmaga się Michał Karnowski w komentarzu do sejmowej debaty nad dorobkiem gabinetu Tuska. Wskazuje na ochronę zdrowia, z którą jest coraz gorzej. „To nie lekarze są temu winni. To rząd w Polsce odpowiada za ochronę zdrowia. I niestety najwyraźniej sobie nie radzi“. Problem w tym, że każdego z nas, kto poważnie zachoruje, rzeczywistość „dopada“ wprawdzie okrutnie, ale jednostkowo, z osobna. Czy z sumy tych doświadczeń może wyniknąć „zderzenie“ w skali makro, na które, z mieszaniną grozy i nadziei zdaje się czekać prof. Kransodębski?

Bezsilnym głosem „realnego świata“ próbuje być w „Polsce“ Paweł Zalewski, kreślący rzeczowym językiem ramy dyskusji, od której jego zdaniem kandydaci na zwierzchnika sił zbrojnych nie mogą uciec –  jak zapewnić bezpieczeństwo w ramach NATO. Przeprowadza następnie rozbiór dotychczasowych kroków Sikorskiego w tej materii, z lekka je kontestując: „Sikorski wciąż broni tezy, że przyszłość Sojuszu Północnoatlantyckiego będzie rozstrzygać się w Afganistanie. Czy dziś wobec braku porozumienia między sojusznikami odnośnie możliwych zagrożeń w Europie jest ona nadal słuszna? (…) Nic nie wskazuje na to, że powinniśmy się angażować w misję afgańską gorliwiej, niż Niemcy, Hiszpania, czy Włochy, ktore ograniczyły wykorzystanie tam swoich sił“. Od odpowiedzi na pytanie o bezpieczeństwo Zalewski „uzależnia swoje poparcie dla kandydata“. Dziwnie jestem pewny, że nikt tego pytania nie zada, a europoseł PO będzie musiał polegać na własnej rekonstrukcji.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o sensowne głosy wokół prawyborów. Mimo uprawiania dziennikarskiego zawodu nie odczuwam wobec nich zachwytu, na tym więc poprzestanę. Poza horyzont wyznaczony dyskusją: kto jest za „wąsami“, a kto za „Oksfordem“, wychodzi w „Wyborczej“ Witold Gadomski, zadając już w tytule swojego tekstu pytanie: „Kto zastąpi starych?“. Najpierw proste metrykalne podsumowanie obecnego establishmentu: w 1989 r. Kaczyńscy mieli po 40 lat, Tusk 32, Kwaśniewski 35 i tak dalej, po dodaniu 21 lat wychodzi w każdym przypadku powyżej pięćdziesiątki. Potem kilka porównań historycznych, w tym to najbardziej oczywiste: „W listopadzie 1918 roku Józef Piłsudski (…) miał 51 lat, o dwa lata mniej niż dziś ma premier Tusk. Powszechnie nazywano go dziadkiem. Najbliżsi mu generałowie – Kazimierz Sosnkowski i Edward Rydz-Śmigły mieli zaledwie 33 i 32 lata. (…) W 1939 roku legioniści z I Brygady wciąż byli przy władzy, tyle że dwadzieścia parę lat starsi, niż wówczas, gdy walczyli z Dziadkiem o Polskę“.

W przypadku legionistów wymianę pokoleniową załatwili za nas Hitler ze Stalinem. A dzisiaj? Wymiana ta zawsze boli, nawet w tak zwanych dojrzałych demokracjach, o czym Gadomski przypomina na przykładach tego, jak młodsi pozbywali Churchilla, de Gaulle’a, Thatcher czy Kohla. U nas „długie trwanie na scenie politycznej pokolenia powojennego sprawi, że ich odejście będzie wstrząsem. Istniejące partie nie przetrwają, gdy wodzowie odejdą na emeryturę“. Co prawda Gadomski zapewnia, że „szefowie partii nie są ludźmi pozbawionymi wyobraźni. Wiedzą, że powinni sterować awansami młodych, którzy zajmą ich miejsca“, ale chyba sam w to nie wierzy, bo jedyny pozytywny przykład dobrze zapowiadającego się młodzika, jaki mu przychodzi na myśl to obecny minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski („o ile nie będzie musiał zbyt długo czekać na swoją szansę“).

Młodym czekającym (zbyt długo?) na szansę  jest także Zbigniew Ziobro, którego Sławomir Nowak w wywiadzie dla „Polski“ wskazuje jako na możliwego kandydata PiS do prezydentury w razie wycofania się Lecha Kaczyńskiego. „Wiem, że Lech Kaczyński naprawdę się waha, czy wystartować“ – zapewnia i dodaje: „przegrana Kaczyńskiego byłaby pierwszym etapem pokoleniowej zmiany w PiS, młodzi politycy poczuliby wiatr w żagle. Inaczej ta zmiana nastąpi najwcześniej w 2015 r“. Sławomir Nowak, jeden z bardziej zasłużonych twórców polskiego wodewilu politycznego, nie jest wiarygodnym analitykiem sytuacji w PiS, ale ta akurat jego wypowiedź wydaje mi się sensowna (reszty wywiadu czytać nie warto, chyba że bawią Państwo zdania w rodzaju: „wkładanie fizjonomii do języka debaty jest bardzo częste“). Nawet jeśli Nowak blefuje, to mówi w sumie to samo, co Gadomski, tylko że nie wypada mu głośno rozważać, ile jeszcze pociągnie „dziadek“ w jego własnym legionie.

Jak trzeźwo zauważa Gadomski – „może się też okazać, że kolejna fala wyniesie polityków wcale nie lepszych od tych, na których narzekamy od lat“. Czas pokaże. O sprawie, którą można i trzeba załatwić od razu, pisze za to Jarosław Kurski w tekście „Karykatury Jana Karskiego“. We Francji toczy się od pół roku spór o tę postać, w którym, jak zauważa publicysta „Wyborczej“ chodzi nie tyle o poważną konfrontację ocen postaw Polaków wobec Holokaustu, ile o „narcystyczną kłótnię“ pisarza Yannicka Haenela (autora zbeletryzowanej biografii Karskiego) i dokumentalisty Claude’a Lanzmanna (znanego z filmu „Shoah“). Dzieje się to niejako za naszymi plecami i raczej niewiele możemy w tym względzie uczynić. „Nie dość zadbaliśmy o ukazanie światu postaci Jana Karskiego. Zrobili to za nas Francuzi“.

Trudno, stało się. Ale okazji Kurski bardzo trafnie podnosi jeden problem. Lanzmann wypuścił właśnie w telewizji Arte 45-minutowy film, będący kompilacją fragmentów ośmiogodzinnej rozmowy z Karskim nagranej w 1978 r. (na potrzeby „Shoah“). Zdaniem publicysty ten najnowszy film to nieuczciwy, „koronny przykład, jak kamera potrafi zakłamać postać“. Ale rzecz nie w tym, by krytykować reżysera, tylko w pytaniu: a co z resztą nagrań? „Dziś powinnością państwa polskiego jest uzyskanie integralnej kopii wszystkich nagrań Claude’a Lanzmanna (…) Polacy powinni mieć wgląd w całość nagrania, by poznać i zrozumieć Karskiego bez żadnych pośredników“.

Święte słowa. Jest kilka co najmniej instytucji, które powinny się poczuć w obowiązku poprosić o taką kopię. Gdy wicenaczelny czołowej gazety stawia sprawę publicznie – choć mógłby bez trudu zwrócić się do Lanzmanna przez wspólnych znajomych – czy oznacza to, że wie, albo przypuszcza, iż filmowiec nie jest wcale skory podzielić się swoim archiwum? A może to tylko moja mylna, złośliwa intuicja.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dziki kraj czeka na Bonę

27 lut 2010

Autorski przegląd prasy

„Wykryliśmy produkt sprzedawany pod nazwą parówki cielęce, w którym nie było ani grama cielęciny. Producent tłumaczył, że przecież dodał kupioną w sklepie przyprawę do parówek cielęcych. (…) Jak się robi ser za 9 zł? Niektórzy producenci zamiast mleka dodają dużo tańsze tłuszcze roślinne. I mamy ser trochę podobny do sera“. „Wyborcza“ na pierwszej stronie drukuje materiał o tym, że Polacy częściej niż kiedyś kupują tanie rzeczy w tanich sklepach, a to musi prowadzić do tego, że mimowolnie są nabijani w butelkę. Ale nie sam fakt, że chodzimy masowo do Biedronki jest w tym tekście frapujący, lecz zestawienie z sondażami: wynika z nich, że „tylko co czwarty Polak przyznaje się do kupowania jak najtaniej“. Cytowany przez gazetę ekspert podsumowuje: „Bierze się to stąd, że w deklaracjach strugamy kozaka“.

„Sikorski tylko rżnie lorda. (…) przedstawia się jako dżentelmen, którym nie jest – szepczą zwolennicy Komorowskiego“ – tak relacjonuje inną narodową grę pozorów Tomasz Lis w „Polsce“. „Jestem chłopakiem z Woli, a nie paniczykiem z morskiej piany“ – miał z kolei, wedle felietonisty,  chwalić się szlachcic Bronisław Komorowski. Zdaniem Lisa w walce prawyborczej przejdziemy wkrótce do „atomowych haków“, mimo że, jak podano w tekście na sąsiedniej stronie, „W razie gdyby te granice [kultury politycznej] zostały przekroczone, winowajca może ponieść konsekwencje. Donald Tusk, którego wolę przekazała Gronkiewicz-Waltz, nie życzy sobie bowiem wewnętrznych sporów“. Proszę przeczytać na głos te słowa i rozsmakować się w ich dworskim wdzięku. Najmiłościwszy Pan raczył przekazać, że nie życzy sobie, aby muchy latały w porze drzemki.

Zanim czytelnika zdąży zeżreć dylemat „rżnięty lord z czy lipny chłopak z Woli?“, w tejże „Polsce“ Kazimierz Marcinkiewicz podpowie idealne wyjście: „najlepszy polityk to jest ten, który „w czasie rozmowy z robotnikami w fabryce jest poklepywany po plecach ze słowami <> a na katedrze uniwersyteckiej jest oklaskiwany przez profesorów“. Były premier cechy takiej opływowej politycznej ameby widzi w Radku Sikorskim, bo to „typowy oksfordczyk“ a jednocześnie „chodził z kałasznikowem“

Wspominam jednak o tym komicznym wywiadzie, bo są w nim dwa poważniejsze argumenty na rzecz pana ministra. Oba są kobiecej, by tak rzec natury. Pierwszy – na Sikorskiego chce głosować Isabel; drugi – „ma świetną żonę (…) Anne Applebaum mogłaby być dla Polaków kimś takim jak królowa Bona“. Nowa Bona – to piękne, tylko co z nową włoszczyzną? Wprawdzie jesteśmy nadal dzikim krajem (gdzieżby indziej Drzewiecki zaszedł tak wysoko u dworu) ale od roku 1518 nieźle ewoluowaliśmy kulinarnie, żaden więc hamburger, sos tabasco czy inne ingrediencje królowej Anny nie odcisną się dziejowym śladem w języku i tradycji.

„Poglądy nie mają znaczenia“, przytakuje w „Wyborczej“ Marek Beylin. Wychodząc od szczegółowej kwestii zlekceważenia przez PO sprawy obsadzenia wakatu w Trybunale Konstytucyjnym („PO traktuje Trybunał jak kolejną państwową spółkę do wzięcia (…) bimba sobie na niego“), dochodzi do ogólnych wniosków: „demokracja stała się urządzeniem czysto technicznym – do liczenia głosów i kalkulacji siły“. Beylin ostro punktuje fakt, że sugestia dołączenia Romana Giertycha do Platformy nie wzbudziła w sumie niczyich oporów. „Polska polityka jest przeżarta myśleniem technokratyczno-sondażowym. Kwestie tak niewymierne i nieefektowne jak czyjaś wolność wymykają się z tego horyzontu“… Identyczną w zarysie diagnozę stawia w dzisiejszej „Rzepie“ Bronisław Wildstein (w tekście „Bezideowość polityki polskiej“). Obaj panowie zapewne nie będą zachwyceni porównaniem, a swój wywód czynią w imieniu skrajnie różnych wartości, ale warto przeczytać te teksty równolegle.

Partie unikają idei (a więc kategorycznych sądów), ich wyborcy strugają kozaków, nie dziwi więc, że Jarosław Kurski pyta we wstępniaku do Świątecznej: „Czym właściwie jest prawda?“. Redaktor w szczególności zaleca sceptycyzm przy ocenie książki Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim, której poświęcone są aż dwa artykuły, napisane przez Marka Beylina i Adama Leszczyńskiego. Przy tym pierwszym mam wrażenie, że czytałem kompletnie inną książkę – mój egzemplarz był wolny od złośliwego polowania na słabości bohatera (chyba że samo zestawianie ze sobą faktów, porównywanie relacji jest już naganne), potężnie naładowany empatią a autor ledwo musnął kwestie związków miłosnych i przygód z kobietami, nie wykazując przy tym plotkarskiej ekscytacji.

Tekst Leszczyńskiego jest bliższy mojej lekturze („Domosławski nie układa aktu oskarżenia“), ale przede wszystkim ubolewa nad ciosem, który książka zadała „polskiej szkole reportażu“… wydaje mi się, że to przesada, każdy reporter pracuje na własną chwałę lub niesławę. Oba jednak teksty proponuję odłożyć na bok i najpierw przeczytać książkę (jej fragmenty zresztą przedrukowuje i „Wyborcza“, i „Polska“).

Kapuściński miał, wedle relacji przyjaciół, rzec pewnego razu: „ja nie piszę, żeby się w szczegółach zgadzało, chodzi o istotę rzeczy!“. Z pewnością spodobałoby się to producentom sera z oleju roślinnego – jednak w dyskusji o jego biografii istota rzeczy tkwi w szczegółach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop