Dominik Zdort: Tusk podsyca smoleńskie teorie spiskowe

10 kwi 2012

W drugą rocznicę katastrofy smoleńskiej szaloną karierę zrobił wywiad Jarosława Kaczyńskiego, w którym stwierdził, iż wszystko wskazuje na to, że w Smoleńsku mieliśmy do czynienia z zamachem.

Można się z podejrzeniami brata zmarłego prezydenta głęboko nie zgadzać, ale warto zauważyć, że prezesowi PiS dostarcza argumentów nie kto inny, jak Donald Tusk. Premier i jego gabinet przyjęli taktykę wyśmiewania zarówno najbardziej szalonych teorii spiskowych, jak i całkiem racjonalnie brzmiących hipotez dotyczących katastrofy. W nazbyt lekki sposób zbywane są też poważne wątpliwości, jakie budzą działania polskich i rosyjskich urzędników po smoleńskiej tragedii. Do tego dochodzą ewidentne próby manipulowania opinią publiczną, w dodatku nieudolne i szybko demaskowane, bo – jak wiadomo – kłamstwo ma krótkie nogi. Wszystko to może wywoływać wrażenie, jakby obecna ekipa rządząca czuła się współodpowiedzialna za tragiczne wydarzenia, a przynajmniej, jakby miała wiele do ukrycia.

Niezależnie od tego, czy członkowie gabinetu Tuska będą takie pytania lekceważyć czy wyśmiewać, obowiązkiem rzetelnych dziennikarzy jest wciąż je zadawać. Warto pytać o to, dlaczego wysocy polscy urzędnicy latali przestarzałymi samolotami i dlaczego w specjalnym pułku lotnictwa panował tak ogromny bałagan.

Ale też należy zadać pytanie, czy polski rząd nie wybrał aby niekorzystnego dla nas trybu prowadzenia śledztwa i jak to możliwe – o czym dziś już wiemy – że sekcje zwłok ofiar katastrofy były przeprowadzone przez Rosjan nierzetelnie. Trzeba domagać się wyjaśnienia, dlaczego dwa lata po katastrofie wrak tupolewa oraz czarne skrzynki wciąż są w rękach rosyjskich i co członkowie rządu Tuska zrobili, aby ta sytuacja się zmieniła.

Należy pytać, czy polski rząd podjął próbę, by sprostować fałszujący przebieg wydarzeń raport Anodiny. Czy opacznie rozumiane wymogi dyplomacji, pragnienie ocieplenia stosunków z Rosją nie spowodowały, że prawda o przyczynach katastrofy okazała się mniej ważna?

Ten, kto domaga się odpowiedzi na wszystkie te pytania, nie musi być wcale wyznawcą teorii o zamachu w Smoleńsku. Natomiast ten, kto odmawia odpowiedzi na którekolwiek z nich, nie powinien się dziwić, że podejrzewa się go o najgorsze.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jerzy Pilczyński: Powroty nie mogą być trudne

6 kwi 2012

Pamiętamy obietnice, że Polska stanie się drugą Irlandią. Oczywiście tą z okresu prosperity. Tymczasem prawie 2 miliony przeważnie młodych ludzi przeniosło swoją aktywność życiową do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Holandii i innych krajów.

Tam znaleźli lepsze warunki pracy i życia. Dawało to nadzieję, że zdobędą tam doświadczenie zawodowe, posiądą języki, wzbogacą się i wrócą z tym kapitałem do kraju. Nadzieja ta jest jednak coraz bardziej płonna. Rzeka powrotów wysycha.

Z jednej strony trwa dyskusja o tym, że w nieodległej przyszłości nie będzie miał kto w kraju pracować na emerytury, z drugiej państwo robi niewiele, aby zachęcić do powrotu do ojczyzny.

W odróżnieniu od innych krajów nie dorobiliśmy się skutecznych rozwiązań prawnych, które by temu sprzyjały. Ogłoszona jakiś czas temu abolicja podatkowa dla pracujących na czarno za granicą okazała się niewypałem. Jej procedura była zbyt skomplikowana, a obiecane korzyści nie niwelowały obaw przed drapieżnym fiskusem.

Teraz okazuje się, że osoby, które wracają do kraju z całym dorobkiem życiowym i zagraniczną emeryturą, która nie obciąża ZUS, też narażają się na spore kłopoty. To prawda, że wpadają w pułapkę dlatego, że wcześniej nie zadbały o dokonanie formalności przewidzianych w przepisach, bo ich nie znały.

Organy państwa powinny jednak pomóc im zorientować się w zbyt skomplikowanej materii prawnej, a nie czyhać na ich potknięcia.

Powinniśmy sięgnąć do rozwiązań stosowanych w państwach, które utrzymują doskonałe relacje ze swoją emigracją, a nawet czerpią z tego znaczne korzyści.

Przeczytaj także artykuł: Fiskus ściga emigrantów

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mirosław Żukowski: Mądrość nagrodzona

1 kwi 2012

Agnieszka Radwańska może być najlepszą tenisistką świata. Finał w Miami był pierwszym meczem, po którym są powody, by to napisać.

Nie ma już sensu zadawać pytań, czy jej tenis nie jest zbyt delikatny, czy nie za mało w nim prostej siły. Odpowiedź dostaliśmy w sobotę.

Radwańska pokonała Marię Szarapową, która nie była ani kontuzjowana, ani chora i ma sto powodów, by czuć się pewnie właśnie w Ameryce. To przecież jej druga ojczyzna (Rosjanie czasem twierdzą, że nawet pierwsza), na Florydzie się wychowała.

Szarapowa została rozbrojona przez talent, szybkość i spryt Agnieszki, Rosjanka przegrała wszystkie ważne piłki, które mogły odwrócić losy tego pojedynku. Radwańska i jej sposób na wygrywanie to szansa, by kibice dostrzegli, że dzisiejszy tenis kobiet nie musi być tylko wymianą ognia z okopów.

Obecna pozycja polskiej tenisistki to efekt kilku mądrych decyzji, które ostatnio podjęła. Najpierw postanowiła, by ojciec był już tylko ojcem, a potem stało się najważniejsze: poprosiła o pomoc Tomasza Wiktorowskiego. To ten młody polski trener, a nie zagraniczny guru, sprawił, że mamy to, co mamy – Agnieszka jest czwarta na świecie z wielkimi szansami na awans. Trzeba mieć nadzieję, że już żaden tenisowy hochsztapler nie zawróci jej w głowie, a chętnych – jak się przekonaliśmy –  nie brakuje.

Wiktorowski odpowiada też za olimpijską reprezentację Polski kobiet, a turniej na wimbledońskiej trawie (ulubiona nawierzchnia Agnieszki) to coraz poważniejsza szansa na medal. Po igrzyskach zapewne trener i tenisistka będą musieli podjąć decyzję, na jakich zasadach współpracują dalej. A pracować jest nad czym, niedawne 0:6, 0:5 w meczu z Azarenką to najlepsza zachęta do działania. Trudno liczyć, że za każdym razem ktoś taki jak Marion Bartoli w Miami usunie Polce z drogi wojowniczą Wiktorię (też wychowaną w Ameryce).

Agnieszka Radwańska – patrząc z globalnego punktu widzenia – stała się najbardziej rozpoznawalną twarzą polskiego sportu. Tylko ją zna przeciętny kibic w Rzymie, Paryżu, Nowym Jorku, Sydney i Tokio. To jest przywilej tenisa, którego gwiazdy są jak postacie z Hollywood – zarabiają miliony, towarzyszy im celebrycki blichtr, a nad ich sceną słońce nigdy nie zachodzi – od stycznia do listopada. Od czasów Wojciecha Fibaka nas tam nie było, a on kończy w tym roku 60 lat. Z tej perspektywy widać lepiej, czego dokonała panna Agnieszka.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Eliza Olczyk: Ryzykowna szarża Palikota

29 mar 2012

Atak Palikota na Millera oznacza, że obaj politycy zaczęli wojnę na wyniszczenie, co inne partie zapewne cieszy
Po słowach, że Leszek Miller ma krew na rękach, SLD i Ruch Palikota nigdy nie usiądą do rozmów o współpracy, dopóki na czele obu partii będą stali obecni liderzy.

Leszek Miller jest politykiem elastycznym i pragmatycznym. Wiele potrafi wybaczyć politycznym adwersarzom. Ale nigdy nie wybaczy Januszowi Palikotowi oskarżenia, że ma krew na rękach, bo jako premier wysyłał żołnierzy do Iraku i Afganistanu, a tym samym jest odpowiedzialny za wszystkich, którzy zginęli na misjach. Bo szef Sojuszu jest najbardziej dumny ze swoich dwóch dokonań politycznych: wprowadzenia Polski do Unii Europejskiej i ścisłej współpracy z Amerykanami w walce z terroryzmem. Dlatego Palikot, atakując go na tym polu i nawołując, by Miller usunął się z życia publicznego, wyhodował sobie śmiertelnego wroga.

Co prawda lubelski polityk nie po raz pierwszy brutalnie atakuje konkurentów politycznych. Ćwiczył to regularnie na prezydencie Lechu Kaczyńskim, ku uciesze większości mediów i dużej części opinii publicznej. Jednak sprawa wysłania polskich żołnierzy do Iraku i Afganistanu oraz tajnych więzień CIA ma zupełnie inny kaliber niż oskarżenia tragicznie zmarłego prezydenta o alkoholizm na podstawie liczby butelek alkoholu zamawianych przez Kancelarię Prezydenta. Miller bowiem nie podjął sam decyzji o uczestnictwie Polaków w tych misjach. Zrobił to przy czynnym udziale prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego (decyzja taka wymaga bowiem akceptacji głowy państwa) i milczącej aprobacie wszystkich sił politycznych. Po ataku na World Trade Center niemal żaden poważny polityk w Polsce nie kwestionował zasadności amerykańskiej interwencji w Iraku prowadzonej pod hasłem walki z terroryzmem. Jeżeli więc ktoś ma krew na rękach, to cała nasza klasa polityczna. Zresztą Miller już przypomniał, że zgodnie z konstytucją decyzję o wysłaniu wojsk za granicę podejmuje prezydent na wniosek rządu.

Podobna sytuacja jest ze sprawą tajnych więzień CIA. Ich istnieniu zaprzeczały solidarnie kolejne rządy, a więc sprawa obciąża po trosze również wszystkich urzędujących po 2005 roku premierów i prezydentów.

Palikot, atakując lidera Sojuszu, pośrednio zaatakował wielu innych lewicowych polityków, z którymi wiązał nadzieje na przyszłość, w tym Aleksandra Kwaśniewskiego. Były prezydent na pewno nie będzie zachwycony szarżą lidera Ruchu Palikota. Jest mało prawdopodobne, by po tym wszystkim chciał się bardziej zaangażować w polityczne projekty polityka z Lublina. A Palikotowi takie zaangażowanie bardzo by się przydało, bo brutalny atak na Millera oznacza rozpoczęcie wojny, po której tylko jedna partia zostanie na scenie politycznej.

Być może ze strony Palikota jest to strategia na przetrwanie, bo obie partie w sondażach bardzo się zbliżyły. Na dodatek w najnowszym sondażu zaufania CBOS Palikot jest daleko za szefem Sojuszu. Ufa mu mniej osób niż Jarosławowi Kaczyńskiemu. A brak zaufania do niego deklaruje prawie co drugi Polak (48 proc. badanych). Trudno się dziwić, że Palikot postanowił zdyskredytować lidera SLD i przechwala się, że lada dzień odbierze mu kolejnego posła. Na lewicy będzie gorąco, bo Miller nie puści tego płazem.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dominik Zdort: Bujam w obłokach racji stanu

23 mar 2012

Przyznaję, że się wzruszyłem. Widząc kilka dni temu setki ludzi z biało-czerwonymi flagami na ulicach Budapesztu byłem z nas, z Polaków, dumny. Przynajmniej z niektórych.

Serce mi zabiło żywiej nie tylko dlatego, że moja sympatia do niewielkiego i mówiącego niezrozumiałym językiem narodu naszych bratanków jest nieuleczalna i nieco irracjonalna. Także dlatego, że Węgrzy właśnie teraz wyjątkowo potrzebują wsparcia. Walczą bowiem o wspólną europejską sprawę. O utrzymanie niezależności od biurokratycznej machiny strasbursko-brukselskiej, o prawo do samodzielnego kształtowania zasad życia gospodarczego.

W odpowiedzi Bruksela rozpoczęła nagonkę na Węgry. To najlepszy przykład na to, jak w Unii traktuje się demokrację. Kiedy wygrywa nie ten co trzeba, zaraz zostaje przywołany do porządku. Nawet jeśli – jak na Węgrzech – nowe przepisy są kopiami tych, które stosuje się w innych krajach UE. Bo tak naprawę nie o przepisy chodzi, ale o politykę.

Nie pierwszy raz mamy taką sytuację – jeszcze gorzej potraktowano Austrię, gdy do rządu weszła partia Jörga Haidera. Wówczas kilkanaście państw UE zamroziło stosunki dyplomatyczne z Wiedniem. Eurokraci demonstrowali obrzydzenie do rządów Silvio Berlusconiego (choć silniej uderzyć we Włochy się bali) oraz braci Kaczyńskich (mniej i bardziej oficjalnych gróźb było co niemiara).

Co łączy polityków, których wymieniłem powyżej? Na pierwszy rzut oka – niewiele. Reprezentują różne, czasem sprzeczne tradycje ideowe i zupełnie różny styl uczestnictwa w życiu publicznym. Wszyscy jednak w swoich krajach są zaliczani do politycznej prawicy. To oznacza, że niejako z urzędu są zwalczani przez media i tzw. elity. A że międzynarodówka lewicowych elit jest sprawna, skuteczna, to bez problemu potrafi uruchomić te brukselskie mechanizmy, które są dla niej wygodne.

W odróżnieniu od międzynarodówki chadeckiej, choć przecież jej członkami są Angela Merkel i Nicolas Sarkozy (warto tu przypomnieć: polityk o węgierskich korzeniach). Wszyscy oni, wraz z Viktorem Orbanem i jego partią Fidesz, należą do Europejskiej Partii Ludowej. Tej samej, w której członkostwem i wpływami chlubi się Platforma Obywatelska.

Trzeba przyznać Donaldowi Tuskowi: wspomniał ciepło o Orbanie, gdy Bruksela wszczęła przeciwko Węgrom postępowanie o naruszenie niezależności banku centralnego. Ale teraz, gdy Komisja Europejska już nałożyła finansowe sankcje (zresztą z zupełnie innego powodu, co świetnie pokazuje, że szukano jakiegokolwiek kija), trzeba czegoś więcej niż tylko deklaracji.

Wiem, że bujam w obłokach, ale marzyłoby mi się, aby na trybunie w Budapeszcie obok Orbana stali dwaj Polacy: szef rządu oraz lider opozycji. Aby jednym głosem bronili węgierskiej racji stanu, która jest też naszą racją stanu, niezależnie od partyjnych barw i politycznych poglądów czy gospodarczych przekonań.

W Budapeszcie jednak przemówił tylko Tomasz Sakiewicz, redaktor „Gazety Polskiej”, który – jak sam deklarował – pojechał tam w imieniu kilku prywatnych stowarzyszeń.

Ani Donalda Tuska, ani Jarosława Kaczyńskiego, ani też żadnego innego oficjalnego przedstawiciela Polski i Polaków, nie było. Szkoda.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mirosław Żukowski: Prawo piłkarskiego buszu

15 mar 2012

Najprostsza prawda o Euro jest taka: gospodarz zapewnia scenę, ale jedynym właścicielem spektaklu pozostaje Europejska Unia Piłkarska (UEFA).

Każdy, kto mistrzostwa organizuje godzi się z góry na jej dyktat, bo nie ma innego wyjścia. Buduje stadiony, autostrady, modernizuje lotniska – w miarę swoich finansowych możliwości – i liczy na to, że kiedyś na tym zarobi. My też niczego więcej spodziewać się nie powinniśmy.

Ostatni raz UEFA podzieliła się władzą z Portugalczykami w roku 2004. W spółce organizującej wówczas Euro część udziałów miały federacja piłkarska i rząd, cztery lata później w Szwajcarii i Austrii rządziła już niepodzielnie spółka – córka UEFA. Mało tego: w sprawie z komercyjnego punktu widzenia najważniejszej, czyli praw telewizyjnych, nie było w roku 2008 żadnych negocjacji z lokalnymi telewizjami, ani Europejską Unią Nadawców. UEFA powołała własną spółkę telewizyjną i to ona realizowała transmisje. Te działania przyniosły zysk przekraczający 800 mln euro.

Nadzorcą mistrzostw sprzed ośmiu i czterech lat był ten sam człowiek, który w imieniu UEFA wydaje polecenia nam i Ukraińcom – Szwajcar Martin Kallen. W wywiadzie dla ?Rz” powiedział on, że gospodarz ma tylko jedno ważne zadanie: nadać imprezie smak. Latem tego roku ma to być danie polsko-ukraińskie.

Można UEFA podszczypywać w sprawach drobnych np. dystrybucji biletów, bo system mający zapewnić bezpieczeństwo na trybunach poprzez identyfikację każdego nabywcy z imienia i nazwiska w praktyce nie działa, a bardzo utrudnia życie kibicom, ale niczego istotnego wytargować już się nie da.

My mamy Euro, będziemy mieli swoje korzyści, bo przyjadą goście i świat usłyszy o Polsce, ale głównym beneficjentem pozostanie UEFA, która zyskiem podzieli się przede wszystkim z narodowymi federacjami (w tym PZPN). Takie jest prawo piłkarskiego buszu.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dominik Zdort: Rządowi zabrakło przyzwoitości

W czasach kryzysu pewnie także i duchowni powinni zacząć oszczędzać. Skoro owieczki masowo tracą pracę i muszą godzić się na obniżki płac, to wypadałoby, aby i pasterze zacisnęli pasa.

Jednak atmosfera w jakiej rząd Donalda Tuska usiłuje obciąć pieniądze wydawane przez państwo na Kościół oraz sposób, w jaki ta operacja jest przeprowadzana, woła o pomstę do nieba.

Najpierw o atmosferze. W ostatnim czasie w niektórych gazetach coraz częściej zaczęły pojawiać się teksty, w których duchownym stawiano szereg zarzutów. Zdarzały się mniej i bardziej sensowne, mniej i bardziej aktualne, ale robiły na czytelnikach wrażenie: było bowiem ich wiele i były formułowane bardzo agresywnym językiem.

Nie chcę przesądzać, że mamy do czynienia ze skoordynowaną akcją rządu i prorządowych mediów. Jednak sytuacja, gdy po medialnych oskarżeniach kilku księży o pedofilię, gabinet Tuska zapowiada zmniejszenie publicznych wydatków przeznaczonych na wsparcie duchowieństwa, jest zwykłą nieprzyzwoitością. Jeśli wśród kapłanów są winni naruszenia prawa, powinni ponieść konsekwencje.

Jednak Kościół w Polsce nie zasługuje na to, aby odnosić się do niego jak do jakiegoś mało znaczącego stowarzyszenia, któremu za karę obcina się granty. Nie powinien być tak traktowany zarówno ze względu na swoje historyczne zasługi, ale też i na bieżącą działalność. Warto wciąż powtarzać: Kościołowi zawdzięczamy ogromne dzieło duchowego wsparcia, którego udziela wierzącym (a jest nimi wciąż ponad 90 proc. Polaków), ale też materialnej pomocy, którą przekazuje potrzebującym, niezależnie od ich wiary i światopoglądu.

Teraz o sposobie, w jaki rząd załatwia tę sprawę. Mam wrażenie, że zabrakło dobrej woli i przyzwoitości. Zamiast publicznie ogłaszać zmniejszenie sumy, którą otrzyma Kościół, można było najpierw omówić tę sprawę z przedstawicielami episkopatu, wypracować jakieś porozumienie, a dopiero potem je obwieścić.

Ogłaszanie – przed rozpoczęciem rozmów z hierarchami – w ultymatywnej formie rządowego stanowiska może wskazywać, że premierowi i jego współpracownikom tak naprawdę nie chodzi o załatwienie sprawy, nie chodzi nawet o oszczędności (w skali budżetu będą one niewielkie). Celem jest raczej rozpętanie antyklerykalnej wojenki, która odwróci uwagę od bezczynności gabinetu Tuska w sprawach naprawdę ważnych.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop