W niedzielę Robert Kubica miał potwornego pecha. To wszystko. Szukanie przyczyn tego wypadku nie ma sensu.
Nieszczęśliwy wypadek Roberta Kubicy sprawił, że przeszliśmy błyskawiczny kurs wiedzy na temat rajdów samochodowych. W niedzielę i poniedziałek telewizyjne serwisy informacyjne bombardowały nas wiadomościami na temat tego sportu, który dotychczas pozostawał w kręgu zainteresowania nielicznych. Wszyscy mogli się dowiedzieć jak zbudowany jest samochód rajdowy, do czego służy klatka bezpieczeństwa, system HANS, jak wyglądają kaski, które noszą kierowcy, jakie pasy przypinają ich do foteli.
Poznaliśmy też niemal wszystkich znaczących polskich rajdowców, którzy do tej pory chyba nigdy nie mieli tyle okazji do występów na szklanym ekranie. Wypowiadał się nie tylko medialny i powszechnie znany Krzysztof Hołowczyc, ale też Michał Kościuszko (jedyny Polak próbujący swoich sił w Rajdowych Mistrzostwach Świata), Kajetan Kajetanowicz (aktualny mistrz kraju), Tomasz Kuchar (specjalista od technicznych rajdów, wielokrotny triumfator Barbórki), Leszek Kuzaj (kilkakrotny mistrz Polski), a nawet Andi Mancin, który z racji tego, że częściej startuje w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce, nigdy nie był raczej w kręgu zainteresowań naszych mediów. Jednak nie sądzę, by ta błyskawicznie nabyta wiedza przyczyniła się do wzrostu popularności rajdów samochodowych w naszym kraju i np. pomogła zawodnikom zdobywać sponsorów do startów, co ostatnio nie jest łatwym zadaniem. Wręcz przeciwnie, społeczeństwo odwróci się od rajdów.
W większości programów dominował bowiem oskarżycielsko-sensacyjny ton. Po jakiego diabła Kubica startował w tym rajdzie? Dlaczego szefostwo teamu nie zabroniło mu udziału w tego typu imprezach? Może Skoda Fabia S2000 była dla niego za trudna w prowadzeniu, wszak był to jego pierwszy rajd tym autem? Dlaczego na trasie odcinka specjalnego pojawiło się wybrzuszenie od korzenia drzewa? Dlaczego barierka nie wytrzymała uderzania? Nawet jeśli nie wszystkie te pytania padły dosłownie, to i tak można je było odczytać z całości przekazu. Tymczasem dowodzą one nieznajomości specyfiki i ducha rajdów samochodowych. „To jest rajd. Takie rzeczy się zdarzają.” – odpowiedział rzeczowo na pytanie o przyczyny wypadku pilot Kubicy Jakub Gerber. A Eric Boullier, szef Lotus-Renault, broniąc się przed oskarżeniami o braku zakazu startu w rajdach w kontrakcie Polaka, mądrze oświadczył: „Równie dobrze mógłby on wpaść pod samochód idąc po bułki”.
Wypadki w rajdach samochodowych są rzeczą naturalną jak faule w piłce nożnej. I tak jak na boisku, tak i na odcinkach specjalnych, większość z nich kończy się na szczęście niegroźnie. Jeżdżący niezwykle agresywnie rajdowy mistrz świata, Szkot Colin McRae zginał nie podczas zawodów, ale w wypadku helikoptera – środka lokomocji teoretycznie bezpieczniejszego niż rajdówka.
Geniusz kierownicy Sebastien Loeb wyszedł bez szwanku z makabrycznie wyglądającego wypadku podczas rajdu Australii w 2005 roku, rękę złamał rok później w czasie niewinnej przejażdżki rowerem górskim.
Robert Kubica miał po prostu wielkiego pecha, który sprawił, że barierka energochłonna nieszczęśliwie wbiła się w samochód. Ale to był tylko pech. Podobny jaki miał w 2009 roku Felipe Massa. Sprężynka oderwana z bolidu trafiła w szybkę jego kasku, a nie kilka milimetrów dalej w pancerną skorupę.
I w takim mniej więcej tonie wypowiadało się większość kierowców rajdowych, którzy przez niedzielę i poniedziałek przewinęli się przez ekrany telewizora. Miałem jednak wrażenie, że niektórzy dziennikarze, a pewnie i znaczna część widzów, nie do końca rozumiała ten przekaz.
Uszanujmy pasję Roberta, trzymajmy za niego kciuki, aby jak najszybciej wrócił do zdrowia i pełnej sprawności. Szukanie w sensacyjnym sosie przyczyn wypadku i przedstawienia kierowców rajdowych jako naiwnych wariatów nic tu nie pomoże.