Robert Przybylski: Czarna historia z perłą

18/11/2011

Publiczność kupuje oczami – aż 51 procent respondentów przyznaje, że wybiera te samochody, które im się podobają, nie zwracając uwagi na dane techniczne lub warunki finansowania. Podobnie jest z doborem kolorów aut – nabywcy decydują się na barwy, które lubią, nie przejmując się uwagami psychologów ruchu i analityków bezpieczeństwa drogowego, apelujących o wybór jaskrawych, łatwo widocznych kolorów. W Europie co czwarty klient decyduje się na… czarny. Z punktu widzenia bezpieczeństwa jeden z najgorszych kolorów. Niedawny ulubieniec – srebrny – przestał być modny i w europejskim rankingu kolorów spadł na czwarte miejsce, z 15-procentowym udziałem. Popularniejszy okazał się nawet szary (18 proc.), który także nie ułatwia wypatrzenia auta, szczególnie na drodze z licznymi zacienionymi miejscami.

Jasnym punktem w europejskich rejestracjach aut jest 20-procentowy udział białych nadwozi. Właśnie biały jest najpopularniejszym kolorem w światowym rankingu DuPonta, w którym zdobył 22 proc. udziału. Stało się tak za sprawą klientów z Azji i Ameryk, którzy chętnie wybierają perłę (5 proc.) – w Europie udział takich aut jest pięciokrotnie mniejszy.

Co ciekawe, niezmienna jest popularność czerwonych modeli, na które decyduje się ok. 6 proc. klientów.

Producenci aut nie załamują rąk z powodu mody na czerń – co roku wprowadzają do sprzedaży dziesiątki nowych kolorów i są pewni, że za kilka lat moda znów się zmieni i czarny zostanie zdetronizowany.

Jacek Karolonek: Dymek za kierownicą

28/06/2011

Coraz trudniej jest już zapalić papierosa w knajpce przy piwku, czy w kawiarni przy kawie, ale w samochodach wciąż możemy kopcić do woli.

Stałem ostatnio w korku, gdy nagle wnętrze mojego auta wypełniło się smrodem dymu papierosowego. Nie jestem śmiertelnym wrogiem palenia, sam sięgam czasami po papierosa, ale nigdy nie kopciłem w samochodzie, gdyż uważa to, delikatnie rzecz biorąc, za niezbyt rozsądne. Rozejrzałem się.  Z samochodu toczącego się prawym pasem wystawała ręka z dymiącym papierosem. Kierowca nie pomyślał, że smród będzie zasysany do sąsiednich aut.

Nie wolno już bezkarnie puścić dymka na przystanku, ciężko znaleźć knajpkę, w której można delektować się papieroskiem przy piwku, czy kawce. Nie rozumiem jednak dlaczego wciąż do woli można palić w samochodzie. Nie chodzi mi tylko o takie, zapewne rzadkie, sytuację jakie spotkała mnie w korku, ale nikt nie wmówi mi, że prowadzenie auta z petem na kierownicy nie ma wpływu na bezpieczeństwo jazdy.

Oczywiście nie ma, przemawiających do wyobraźni, statystyk ile wypadków spowodowali palacze. Ale odrywanie ręki od kierownicy, walka z opadającym popiołem, szukanie popielniczki, na pewno nie mniej dekoncentruje kierowcę, niż rozmowa przez telefon bez zestawu głośnomówiącego. Szkoda, że nie pomyśleli o tym twórcy restrykcyjnej ustawy antynikotynowej.

Jacek Karolonek: Gokarty tylko do zabawy

30/05/2011

Tor gokartowy jest już niemal w każdym większym mieście, ale miejsc do rozwijania wyścigowych talentów dzieciaków wciąż nie ma.

Gdy Robert Kubica rozpoczął karierę w Formule 1, w Polsce jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać tory gokartowe. Przepis na szybki biznes był prosty: kawałek wynajętego placu lub starej hali, sterta zużytych opon, kilka sprowadzonych z zagranicy wózków z silnikiem. Większość „torów” z prawdziwym miejscem do ścigania ma tyle wspólnego co wieczorne popalanie gumy przez właścicieli aut pewnej niemieckiej marki na parkingu supermarketu, z zawodami driftingowymi.

Pamiętam otwarcie „centrum kartingu” w jednej z podwarszawskich miejscowości. Mój syn, który za każdą minutę spędzoną za kierownicą gokarta dałby się pokroić, na widok rozklekotanych wózków rozbijających źle zrobione bandy z opon, uciekł stamtąd szybciej niż przyszedł.

Powstały też tory ambitne, w centrach handlowych, z ładnym zapleczem, niezłymi gokartami. Jednak te z kolei są nastawione na organizowanie radosnych zabaw mających na celu poprawę relacji między pracownikami firmy.

Jakoś w czasie tej całej „Kubicomanii” nie pojawił się projekt wybudowania kartingowego toru z prawdziwego zdarzenia, nie zmaterializowała się myśl stworzenia jakiegoś programu rozwoju i wsparcia profesjonalnego kartingu. Ta dyscyplina sportu, mimo powszechnej euforii wywołanej startami Polaka w najważniejszej kategorii wyścigowej, w naszym kraju jak stała, tak stoi w miejscu. Padały ko(s)miczne pomysły powstania toru Formuły 1, zazwyczaj rzucane beztrosko w różnorakich kampaniach wyborczych. Nikt jednak nie zainteresował się dzieciakami, którzy mają smykałkę do ścigania się, a ich rodziców nie stać na wykładanie równowartości średniej klasy samochodu za sezon spędzony na torze.

Miejmy nadzieję, że Kubica niebawem wróci do Formuły 1. Czekam na to z tym większą niecierpliwością, bo nic nie wskazuje, że w Polsce wychowa się jeszcze jego następca.

Robert Przybylski: Miliardy na wypadki lub drogi

26/05/2011

W najnowszym raporcie dotyczącym bezpieczeństwa drogowego, inspektorzy NIK podliczyli, że w latach 2000-2009 na polskich drogach zginęło ponad 55 tys. ludzi – to w przybliżeniu miasto wielkości Bełchatowa.

Blisko 640 tys. zostało rannych. W Polsce na 100 tys. mieszkańców 14 osób ginie w wypadkach drogowych, gdy średnia unijna wynosi 11. Jeszcze gorzej wypada porównanie wskaźnika ciężkości wypadków – na 100 wypadków średnio ginęło 11 osób – przeszło dwa razy więcej niż w UE. NIK szacuje, że straty z tytułu wypadków wyniosły w 2009 roku 30 mld zł, blisko dwa razy więcej w stosunku do 2000 roku.

Za ten stan rzeczy NIK nie zwala winy na kierowców. Wskazuje, że państwo nie ma polityki transportowej i nie inwestuje w bezpieczeństwo ruchu drogowego, czyli nie buduje dróg. W Polsce nakłady na drogi stanowią 0,4 procent PKB, gdy unijna średnia to 1-1,5 procent PKB. Drogi są zatłoczone i przez to niebezpieczne.

Taką konkluzję potwierdzają statystyki. Na miliard przejechanych pasażerokilometrów w Polsce w 2008 roku jest 196 ofiar śmiertelnych. W tym samym roku na tysiąc kilometrów kwadratowych powierzchni kraju mieliśmy 2 km autostrad. Niemcy mają 35 km autostrad przypadających na taką samą powierzchnię i 51 ofiar śmiertelnych. We Francji wskaźniki wynoszą 21 km i 58 ofiar, w Holandii odpowiednio 62 km i 45 ofiar. Rumunia, która miała tylko 1 km autostrad na tys. km powierzchni notowała 420 ofiar!

Wypada cieszyć się z wartego 60 mld zł frontu robót drogowych. Byle było nas stać po nich jeździć, bo inaczej polskie drogi będą przypominały rosyjską ruletkę.

 

Robert Przybylski: Wpadka Ministerstwa Infrastruktury

21/04/2011

Od 1 lipca na niektórych odcinkach dróg krajowych oraz zarządzanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad drogach ekspresowych i autostradach będą płaciły myto samochody osobowe z przyczepami, o ile dopuszczalna masa zestawu przekroczy 3,5 tony.

Opłaty drogowe wprowadziła ustawa o drogach publicznych z 7 listopada 2008 roku, która zastosowała do polskiego prawa unijną dyrektywę 2006/38 w sprawie poboru opłat za korzystanie z dróg. Intencją ustawodawcy było obciążenie transportu drogowego dodatkową opłatą, jednak przez nieuwagę ustawa wymienia jako podmioty płacące za przejazd wszystkie „pojazdy samochodowe, których dopuszczalna masa całkowita przekracza 3,5 tony”. W ten sposób za przejazd po drogach publicznych już od 1 lipca będą musiały płacić także rodziny jadące autem osobowym z przyczepą kempingową, jeżeli dmc takiego zestawu przekroczy 3,5 tony. Także przewóz jachtu będzie płatny za km od 16 do 32 groszy na drogach krajowych i od 20 d 40 groszy na autostradach i ekspresówkach. Mniej zapłacą samochody z nowszymi silnikami, mającymi wyższą normę czystości spalin.

Przed wyjazdem na wakacje lepiej sprawdzić na www.viatoll.pl jakie odcinki dróg są płatne i ewentualnie ustalić ich objazdy; zajrzeć do dowodu rejestracyjnego i sprawdzić dmc auta i przyczepy oraz skontrolować w wyciągu homologacyjnym jaką normę spełnia nasz samochód. Jeżeli nie decydujemy się na objazd płatnego odcinka, na stacji paliw musimy wykupić za 120 zł urządzenie pokładowe, nazwane ViaBox, wpłacić na jego konto (podobnie jak z przedpłaconym telefonem komórkowym) co najmniej 100 zł i możemy ruszać w drogę. Po zakończonej podróży nie zniszczony ViaBox możemy oddać. Dostaniemy z powrotem 120 zł i resztę niewykorzystanych pieniędzy z konta. W sumie mnóstwo niepotrzebnych kłopotów.

Jeden z urzędników dziwi się, że przez 3 lata po uchwaleniu ustawy o drogach publicznych nikt w resorcie infrastruktury jej nie przeczytał i nie odkrył oczywistego błędu. Ministerstwo uważa, że błędu nie popełniło i wszystko jest w porządku. Może oni nie jeżdżą na wakacje?

Jacek Karolonek: Kurs lepszy niż plakat

04/03/2011

W programach mających na celu poprawę bezpieczeństwa na drogach, realizowanych przez różne instytucje, brakuje mi takiego, który by zachęcił i pomógł kierowcom podnosić swoje umiejętności.

Czarne punkty, które miały ostrzegać kierowców przed szczególnie niebezpiecznymi miejscami na drogach nie sprawdziły się. Kierowcy nie tylko je ignorują, ale niektórzy na ich widok nawet głębiej wciskają pedał przyspieszenia. Takie są wynik badań firmy Data System Group, które ostatnio obiegły media. Marcin Hadaj, rzecznik Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, zapewnił w „Rzeczpospolitej” że za kilka lat czarne punkty znikną z krajobrazu polskich dróg. Przypomnę, że wcześniej były już inne, „równie skuteczne” próby odstraszania kierowców. Przed wielu laty ktoś próbował stawiać przy drodze powypadkowe wraki samochodów, aby w ten sposób pokazać konsekwencję szybkiej jazdy. Komicznym rozwiązaniem były atrapy radiowozów. Coś takiego jeszcze niedawno tkwiło w polu przed wjazdem do Białegostoku od strony Warszawy.

W końcu doszliśmy do oczywistego wniosku, że żadne atrapy, czy tablice z najbardziej drastycznymi danymi nie poprawią bezpieczeństwa na drogach. Najważniejszą rzeczą jest bowiem poprawa stanu samych dróg. Wszystkie inne rozwiązania będą tylko tymczasową protezą. Na przebudowę dróg idą już kolosalne pieniądze, ale wiadomo że wciąż jest ich za mało i nie da się szybko odrobić wieloletnich zapóźnień.

Jednak w dyskusji o poprawie bezpieczeństwa na polskich drogach jakoś najmniej się mówi o jeszcze jednej ważniej rzeczy – umiejętności kierowców. I nie robi się nic, aby zachęcić do ich podnoszenia. Istnieje co prawda masa szkół doskonalenia techniki jazdy, ale korzystają z nich głównie kierowcy flotowi. A takie choćby krótkie przeszkolenie przydałoby się każdemu. I nie chodzi o to, że w przeciągu tych kilku godzin kursu wszyscy staniemy się mistrzami w prowadzeniu auta. Przede wszystkim poznamy swoje ograniczenia. Na przykład przekonamy się, że już przy „spacerowej” prędkości 50 km/h na śliskiej nawierzchni samochód może szybko wymknąć się spod kontroli. Niby o tym wiemy, ale co innego wiedzieć, a co innego doświadczyć. Podstawową rzeczą jest nabranie pokory wobec własnych umiejętności. I lepiej, gdy stanie się to na bezpiecznym placu, niż na najeżonej drzewami jezdni.

W różnorakich programach mających na celu poprawę bezpieczeństwa na polskich drogach realizowanych przez różne instytucje – często z wykorzystaniem unijnych funduszy – brakuje mi takiego, który by zachęcił i pomógł kierowcom podnosić swoje umiejętności. A to mogłoby przynieść o wiele lepsze efekty niż plakaty, billboardy, czy najbardziej pomysłowe happeningi.

Robert Przybylski: Ukraińcy zrobili nam świństwo

11/02/2011

Zdesperowany prezes FSO Janusz Woźniak rozmawia z każdym, byle zapewnić żerańskiej fabryce przetrwanie. Jednak zamiast podpisania nowej umowy i pewnej przyszłości, w tych tygodniach Woźniak wręcza swojej 2-tysięcznej załodze wymówienia.

Najstarsza fabryka samochodów w Polsce przestaje istnieć. Dlaczego Woźniak był nieskuteczny? Jest przecież prezesem przedsiębiorstwa. Z drugiej strony jest tylko prezesem. Ponad 90 procent akcji ma ukraiński miliarder Wasadze, który nie kiwnął nawet palcem, by FSO się rozwijało. Produkcja kolejnych modeli przenoszona jest na Ukrainę, do fabryki ZAZ, która też należy do Wasadze. Właśnie na ukraińskiego właściciela narzekało General Motors, które zleciło montaż w FSO Chevroleta Aveo. Pierwotnie Aveo miało być montowane do jesieni, ale obie strony zgodziły się szybciej zakończyć współpracę. Wasadze nie zachęcił także Chińczyków do inwestycji w FSO, chociaż europejski przyczółek byłby dla nich bardzo cenny. Jest charakterystyczne, że partnerów dla FSO szukał Woźniak, nie Wasadze. Najwyraźniej Ukraińcom nie zależało na zarabianiu na produkcji aut na Żeraniu. Wolą wyrzucić z pracy 2 tysiące ludzi i sprzedać działkę. Ma to sens z punktu widzenia finansowego. Wasadze w najlepszym razie zapłacił za udziały w FSO drobne kilkaset mln zł. Tymczasem grunty pod fabryką warte są kilka miliardów złotych, więc zarobek jest murowany. A przy okazji jaki zwrot na zainwestowanym kapitale!

W Polsce bezrobocie przekroczyło 13 procent, dziwi więc, że stratą dwóch tys. miejsc pracy nie zainteresował się rząd. Na zapewnianiu miejsc pracy polega polityka gospodarcza. Prawda, FSO jest prywatną własnością, ale to chyba nie oznacza, że właściciel może zrobić każde świństwo?

Jacek Karolonek: To był tylko pech

08/02/2011

W niedzielę Robert Kubica miał potwornego pecha. To wszystko. Szukanie przyczyn tego wypadku nie ma sensu.

Nieszczęśliwy wypadek Roberta Kubicy sprawił, że przeszliśmy błyskawiczny kurs wiedzy na temat rajdów samochodowych. W niedzielę i poniedziałek telewizyjne serwisy informacyjne bombardowały nas wiadomościami na temat tego sportu, który dotychczas pozostawał w kręgu zainteresowania nielicznych. Wszyscy mogli się dowiedzieć jak zbudowany jest samochód rajdowy, do czego służy klatka bezpieczeństwa, system HANS, jak wyglądają kaski, które noszą kierowcy, jakie pasy przypinają ich do foteli.

Poznaliśmy też niemal wszystkich znaczących polskich rajdowców, którzy do tej pory chyba nigdy nie mieli tyle okazji do występów na szklanym ekranie. Wypowiadał się nie tylko medialny i powszechnie znany Krzysztof Hołowczyc, ale też Michał Kościuszko (jedyny Polak próbujący swoich sił w Rajdowych Mistrzostwach Świata), Kajetan Kajetanowicz (aktualny mistrz kraju), Tomasz Kuchar (specjalista od technicznych rajdów, wielokrotny triumfator Barbórki), Leszek Kuzaj (kilkakrotny mistrz Polski), a nawet Andi Mancin, który z racji tego, że częściej startuje w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce, nigdy nie był raczej w kręgu zainteresowań naszych mediów. Jednak nie sądzę, by ta błyskawicznie nabyta wiedza przyczyniła się do wzrostu popularności rajdów samochodowych w naszym kraju i np. pomogła zawodnikom zdobywać sponsorów do startów, co ostatnio nie jest łatwym zadaniem. Wręcz przeciwnie, społeczeństwo odwróci się od rajdów.

W większości programów dominował bowiem oskarżycielsko-sensacyjny ton. Po jakiego diabła Kubica startował w tym rajdzie? Dlaczego szefostwo teamu nie zabroniło mu udziału w tego typu imprezach? Może Skoda Fabia S2000 była dla niego za trudna w prowadzeniu, wszak był to jego pierwszy rajd tym autem? Dlaczego na trasie odcinka specjalnego pojawiło się wybrzuszenie od korzenia drzewa? Dlaczego barierka nie wytrzymała uderzania? Nawet jeśli nie wszystkie te pytania padły dosłownie, to i tak można je było odczytać z całości przekazu. Tymczasem dowodzą one nieznajomości specyfiki i ducha rajdów samochodowych. „To jest rajd. Takie rzeczy się zdarzają.” – odpowiedział rzeczowo na pytanie o przyczyny wypadku pilot Kubicy Jakub Gerber. A Eric Boullier, szef Lotus-Renault, broniąc się przed oskarżeniami o braku zakazu startu w rajdach w kontrakcie Polaka, mądrze oświadczył: „Równie dobrze mógłby on wpaść pod samochód idąc po bułki”.

Wypadki w rajdach samochodowych są rzeczą naturalną jak faule w piłce nożnej. I tak jak na boisku, tak i na odcinkach specjalnych, większość z nich kończy się na szczęście niegroźnie. Jeżdżący niezwykle agresywnie rajdowy mistrz świata, Szkot Colin McRae zginał nie podczas zawodów, ale w wypadku helikoptera – środka lokomocji teoretycznie bezpieczniejszego niż rajdówka.

Geniusz kierownicy Sebastien Loeb wyszedł bez szwanku z makabrycznie wyglądającego wypadku podczas rajdu Australii w 2005 roku, rękę złamał rok później w czasie niewinnej przejażdżki rowerem górskim.

Robert Kubica miał po prostu wielkiego pecha, który sprawił, że barierka energochłonna nieszczęśliwie wbiła się w samochód. Ale to był tylko pech. Podobny jaki miał w 2009 roku Felipe Massa. Sprężynka oderwana z bolidu trafiła w szybkę jego kasku, a nie kilka milimetrów dalej w pancerną skorupę.

I w takim mniej więcej tonie wypowiadało się większość kierowców rajdowych, którzy przez niedzielę i poniedziałek przewinęli się przez ekrany telewizora. Miałem jednak wrażenie, że niektórzy dziennikarze, a pewnie i znaczna część widzów, nie do końca rozumiała ten przekaz.

Uszanujmy pasję Roberta, trzymajmy za niego kciuki, aby jak najszybciej wrócił do zdrowia i pełnej sprawności. Szukanie w sensacyjnym sosie przyczyn wypadku i przedstawienia kierowców rajdowych jako naiwnych wariatów nic tu nie pomoże.

Karolonek: Kolorowy konserwatyzm

31/01/2011

Producenci aut mogą malować swoje pojazdy na różowo, fioletowo, wściekle czerwono, w paski, ciapki, kwiatki, a ludzie i tak wybiorą samochód czarny, srebrny, no może jeszcze biały.

Twórca masowej motoryzacji Henry Ford miał ponoć powiedzieć: „Klient może zażyczyć samochód w każdym kolorze, byle by był to czarny”. W rzeczywistości jednak słynny Ford T, na początku produkcji, nie był dostępny w kolorze czarnym, tylko szarym, zielonym, czerwonym, a nawet niebieskim. Współcześni klienci wciąż jednak biorą wspomniane słowa do serca i zadają się mówić firmom motoryzacyjnym: „Możecie malować swoje auta na różowo, fioletowo, złoto, wściekle czerwono, w paski, ciapki, kwiatki, a ja i tak kupię tylko samochód srebrny, czarny, no może jeszcze biały”. Taki wniosek nasunął mi się po lekturze corocznego raportu firmy DuPont na temat popularności kolorów aut. I tak: 26 proc. samochodów kupionych na świecie ma srebrną karoserię, czarny zajął co prawda drugie miejsce, ale tylko z dwuprocentową stratą. Na najniższym stopniu podium zmieściły się kolory biały i szary (po 16 proc.). Czerwony zdobył tylko sześć procent zwolenników, niebieski – pięć, brązowy z beżowym – trzy, zielony – dwa, a żółty i złoty zaledwie jeden.

Europejczycy konserwatywnie trzymają się koloru czarnego (24 proc.), ale na drugim miejscu jest już szary (19 proc.), srebrny zaś zeskoczył na trzecią pozycję (17 proc.). Wyjątkową konsekwencją wykazują się też Amerykanie, tam od czterech lat króluje kolor biały przed czarnym i srebrnym. Czy zatem jesteśmy skazani na srebrno-czarno-białą nudę na światowych drogach? Uważniejsza lektura raportu DuPont pokazuje, że jaskółki kolorystycznej rewolucji zaczynają się powoli budzić. Gdzie? Na przykład w Japonii. Co prawda mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni białe nadwozia darzą jeszcze większym upodobaniem niż Amerykanie (28 proc.), ale już na wysokim czwartym miejscu, z 10 proc. udziałem w rynku, znalazł się tam kolor niebieski. Także klienci w krajach, w których sprzedaje się coraz więcej aut i które są nadzieją motoryzacyjnych koncernów, zdają się być bardziej oryginalni przy wyborze koloru samochodu. W Indiach brązowy i beżowy zajmuje trzecie miejsce (11 proc.), a w Rosji do pierwszej piątki przebił się kolor zielony.

Kolorystyczną modę może też wywrócić do góry kołami, coraz głośniej pukająca do drzwi, era ekologicznej motoryzacji. „Zielony” samochód będzie się źle prezentował w czarnym kolorze.

Robert Przybylski: Na korki ze stoperem

20/01/2011

Niedawny raport Deloitte wykazał, że tylko pracujący mieszkańcy siedmiu największych polskich miast tracą rocznie w korkach 4,2 mld zł. Blisko połowę z tych strat przypada na warszawian, gdyż – jak wynika raportu – Warszawa jest stolicą korków.

W pozbawionym obwodnic mieście stołecznym jazda w godzinach szczytu wydłuża się o 15 min na każde 10 km drogi. W Katowicach, które ma najlepszą w Polsce sieć szybkich dróg wokół centrum, godziny szczytu wydłużają przejazd zaledwie o 4 do 5 minut. Są to rzeczywiste dane z nadajników GPS montowanych w autach monitorowanych przez Targeo Traffic.

Władze Warszawy od kilku lat próbują walczyć z korkami inwestując miliardy w publiczny transport. W latach 2007-2010 Warszawa rocznie wydawała średnio 6,3 mln zł na mieszkańca, gdy kolejny na liście Wrocław ponad milion mniej. Jednak warszawiacy oceniają te wysiłki na trójkę, lepsze oceny uzyskał transport publiczny w Krakowie, Poznaniu i Gdańsku.

Mimo słabych wyników transportu miejskiego, komunikacja indywidualna w Warszawie leży odłogiem. Nowych dróg powstaje zbyt mało. Rafał Antczak z Deloitte podkreśla, że nie chodzi wyłącznie o pieniądze, lecz rozsądek. Przecież stworzenie zielonej fali nie kosztuje poważnych pieniędzy. Czasami wszystko co trzeba zrobić, to ze stoperem w ręku ocenić ruch i dostosować do niego takt świateł. Michał Beim z Politechniki w Kaiserslautern uważa, że miasta nie powinny antagonizować obu rodzajów transportu. – Można przecież pasy dla autobusów wyznaczać na torowiskach. Komunikacja miejska ma jeden uprzywilejowany pas, co nie zmniejsza przepustowości ulic dla indywidualnych zmotoryzowanych – zaznacza.

Biorąc pod uwagę budżetową mizerię w najbliższych latach, trzeba żądać od władz miast właśnie tego typu pomysłów i takiej strategii, która przyniesie skrócenie czasu przejazdu, a nie ustanawiania rekordów w wielkości wydatków miejskich.