Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Film na czas kryzysu

2 mar 2010

W polskich kinach od kilku dni można obejrzeć amerykański film „W chmurach”. Jeśli kino miało powiedzieć coś o kryzysie gospodarczym, to jest to najlepszy głos, jaki dotąd wydało. Pokazuje, że kryzys przemeblowuje pewien utarty zestaw wartości.

Ten lekki komediodramat opowiada o człowieku wynajmowanym przez korporacje do oznajmiania ich pracownikom: „jesteś zwolniony”. Tłumaczy im, że to traumatyczne przeżycie staje się dla nich nową szansą na sukces. To naturalnie ironia. Słyszy to nawet 57-letni pracownik zwalniany po 20 latach pracy u producenta aut. A w tle rozgrywa się historia romantyczna z jasnym przesłaniem: rodzina, a nie praca, jest najważniejsza!

Sześć nominacji do Oscarów to chyba nie przypadek. Czyżby Amerykanie zaczęli narzekać na stres, na zwolnienia, na częste zmiany pracy, na to, że pracując 12 godzin dziennie, nie mają czasu dla rodziny, że wakacje to luksus? Przecież ich mobilność, nadgorliwa wręcz pracowitość, łatwość przystosowania do nowych warunków i wrodzony optymizm są często uznawane za jeden z filarów sukcesu gospodarczego. Ten film to raczej nie manifestacja lewicowego Hollywood, ale znak nowych czasów: Amerykanie chcą może żyć spokojniej, potrzebują większej opieki państwa.

Może… Ale czy my w Europie, oazie spokoju i bezpieczeństwa pracowników, mamy świętować sukces? Sukces systemu w którym walczy się głównie o to, by pracować jak najmniej i jak najwcześniej przejść na emeryturę? W którym pod hasłami godności pracowników związki zawodowe bronią miejsc pracy, zamykając rynek dla bezrobotnych? W którym konkurencja kończy się tam, gdzie zaczynają się wpływowe lobby – narodowe i korporacyjne? Te i podobne pytania są najbardziej aktualne w Europie Zachodniej, która starzeje się, zastyga w bezruchu i za 20 lat będzie tylko z zazdrością patrzeć na inne regiony. Ale wiele z nich można postawić i w Polsce.

Alberto Alesina i Francesco Giavazzi, dwaj znani włoscy ekonomiści, napisali w książce „Goodbye Europe”, że każdy z modeli gospodarczych – amerykański i europejski – ma wady, ale to Europie, a nie USA, grozi kompletna stagnacja. Może Amerykanie potrzebują chwili refleksji i oddechu. Ale Europejczykom jeszcze bardziej potrzebny jest solidny zastrzyk stresu na wzór amerykański. Szkoda, że nikt nie nakręcił o tym filmu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Szef NBP wie więcej, niż mówi?

23 lut 2010

W ubiegły czwartek bank centralny USA nieoczekiwanie podniósł tzw. stopę dyskontową.W jednej z agencji prasowych można było przeczytać taką oto depeszę: „Podwyżka stopy dyskontowej przez Fed w oczach inwestorów otwiera drogą do wcześniejszych podwyżek stóp procentowych w Polsce”. Ale taka zależność wcale nie musi wystąpić.

Najpierw warto zrozumieć, co zrobiła Rezerwa Federalna. W normalnych czasach bank centralny wpływa na aktywność gospodarczą, przede wszystkim zmieniając główną stopę procentową. Sprzedaje lub kupuje od banków obligacje skarbowe w taki sposób, aby pozostała na rynku ilość wolnego pieniądza miała dokładnie taką cenę, jakiej zażyczy sobie władza monetarna. Tym wolnym pieniądzem banki handlują między sobą, a od głównej stopy procentowej zależy cena wielu kredytów.

W czasie kryzysu finansowego banki w ogóle przestały pożyczać sobie gotówkę. Fed zatem nie tylko obniżył główną stopę niemal do zera, ale również wyjątkowo gwałtownie obniżył stopę dyskontową – cenę pieniądza, który sam pożycza bankom komercyjnym. Zaczęło się darmowe pompowanie publicznego pieniądza do sektora prywatnego. W ubiegłym tygodniu władze Fedu najzwyczajniej stwierdziły: koniec balu, możecie sami między sobą handlować. Stopa dyskontowa została podniesiona. Nie oznacza to jednak, że w całej gospodarce zaczęło się przejaśniać. Główna stopa procentowa wciąż jest na poziomie niemal zerowym.

Teraz Polska. Do nas kryzys zawsze przychodzi z opóźnieniem i z opóźnieniem odejdzie. Prawdopodobnie zatem podnoszenie stóp procentowych zacznie się później niż na Zachodzie. Prognozy wskazują, że inflacja niedługo się obniży, co sprawi, że realna stopa procentowa sama wzrośnie. Koszty pracy w przedsiębiorstwach, będące jednym z głównych mierników zagrożenia inflacją, nie rosną szybko. Różnica między wzrostem PKB a potencjałem wzrostu gospodarki jest ujemna. Większość argumentów przemawia więc za tym, że na horyzoncie nie widać zagrożenia dla stabilności cen. Prezes NBP Sławomir Skrzypek mimo to twierdzi, że stopy procentowe będzie trzeba niedługo podnieść. Może bank wie coś, czego my nie wiemy? I może w tym tygodniu się tym podzieli?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Strachy na Lachy, czyli komu grozi kryzys

17 lut 2010

(tekst z dnia 16.02.2010)
Co by się wydarzyło, gdyby kryzys zadłużenia publicznego rozlał się na cały świat? Przeżylibyśmy powtórkę z ostatniego kryzysu, pewnie dużo bardziej bolesną. Jeżeli któryś z dużych krajów, jak USA czy Wielka Brytania, miałby problemy ze spłatą długu, wszyscy – od Nowego Jorku po Suwałki – stalibyśmy się nagle dużo biedniejsi.

Taką czarną wizję rysuje nie byle kto, bo prof. Niall Fergson, historyk gospodarki z Uniwersytetu Harwarda, gwiazda publicystyki ekonomicznej. Twierdzi, że obecne problemy Grecji niedługo mogą dotknąć Wielkiej Brytanii i USA. Skutek byłby oczywisty – światowa recesja. Czy to możliwe? Raczej nie. To strachy na Lachy.

Z prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego wynika, że do 2014 r. zadłużenie krajów rozwiniętych sięgnie 110 proc. PKB. MFW szacuje, że na przykład w Wielkiej Brytanii ustabilizowanie zadłużenia publicznego wymaga ograniczenia deficytu budżetowego o ok. 8 proc. PKB, a to oznacza bardzo poważne cięcia wydatków.

Może się wydawać, że kraje rozwinięte znalazły się w pułapce. Jeżeli nie ograniczą wydatków publicznych, rosnące zadłużenie doprowadzi do gwałtownego skoku stóp procentowych, co uderzy we wzrost gospodarczy i uczyni problemy z zadłużeniem jeszcze silniejszymi. Jeżeli zdecydują się na zaciśnięcie pasa i obniżenie wydatków, gospodarka też może to negatywnie odczuć i kryzys może się przedłużać na całe lata.

Sytuacja bez wyjścia? Czeka nas powtórka z kryzysu? Niekoniecznie. Wszystkie rządy zdają sobie sprawę, że nie wolno dopuścić do eksplozji długu. To będzie priorytet. A wychodzenie z zadłużenia nie musi być drogą krzyżową. Wiele badań pokazuje, że w czasie nadmiernego zadłużenia zacieśnienie polityki fiskalnej może wywołać pozytywne reakcje w gospodarce. Inwestorzy, konsumenci i firmy dyskontują bowiem, że w przyszłości obciążenia podatkowe spadną, ich zaufanie do władz rośnie, strach przeradza się w optymizm – nawet jeżeli tylko umiarkowany.

Oczywiście wiele zależy od tego, czy rządy będą umiały przedstawić takie wiarygodne plany. Do tej pory nie było jednak żadnych poważnych sygnałów, że przywódcom w Berlinie, Paryżu, Londynie czy Waszyngtonie brakuje odpowiedzialności.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Anatomia strachu finansowego

9 lut 2010

Dlaczego złoty słabnie, a indeksy na GPW spadają w reakcji na problemy oddalonej o ponad 2 tys. km Grecji? Odpowiedź analityków brzmi: to efekt strachu o stabilność długu publicznego w Europie. Jest mało prawdopodobne, ale teoretycznie możliwe, że kłopoty jednego małego kraju uderzą rykoszetem w innych. Warto więc wiedzieć, jak działa strach.

Problemy nawet jednej mniejszej gospodarki mogą świadczyć o szerszym zjawisku. W tym przypadku jest to nadmierne zadłużenie krajów peryferyjnych Unii Europejskiej – Hiszpanii czy Portugalii. Naturalnie, rośnie ryzyko inwestowania w obligacje tych krajów.

Oto jeden z mechanizmów rozlewu strachu. Wiele funduszy kupujących obligacje działa w ten sposób, że zapożycza się na np. jeden dzień, następnego dnia zaciąga nowy dług, by spłacić ten starszy itd. Fundusze pożyczają na bardzo krótki okres i płacą niskie procenty, a pożyczone środki inwestują w papiery o dłuższym okresie zapadalności i wyższych odsetkach. Tak zarabiają. Jako zabezpieczenie wkładają ze swojego kapitału np. 10 proc. inwestowanej kwoty. Gdy rośnie ryzyko na rynku, pożyczający tym funduszom mogą zażądać większego zabezpieczenia – np. 20 proc. Fundusz musi więc sprzedać część posiadanych aktywów, by zapewnić większy wkład własny.

Gdy wielu graczy sprzedaje aktywa, ich ceny spadają. A tym samym kolejni muszą sprzedać jeszcze więcej papierów, żeby podnieść swoje wkłady własne.

Ostatni element układanki to brak przejrzystości, kto co ma i w co inwestuje. Od wszystkich funduszy żąda się podniesienia wkładu własnego. Sprzedawane papiery niekoniecznie muszą pochodzić z miejsca, gdzie wzrosło ryzyko. Teoretycznie jakiś fundusz może zbyć polskie obligacje, by podnieść wkład własny ze względu na wzrost ryzyka na południu Europy. Dochodzi do powszechnego i głębokiego spadku cen na różnych rynkach. Taką spiralę trudno zatrzymać. Dokładnie to wydarzyło się na świecie na przełomie 2008 i 2009 r. A teraz istnieją obawy, że może powtórzyć się na rynkach długu w Europie.

Tym razem jednak wzrost ryzyka obligacji państwowych nie jest tak uzasadniony jak przed rokiem w przypadku obligacji hipotecznych. Małe wciąż jest prawdopodobieństwo, że któryś z krajów Europy zbankrutuje. Dlatego ryzyko rozlewu strachu ciągle jest niskie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Strefa euro się nie rozpadnie

2 lut 2010

Problemy finansowe Grecji sprawiły, że w prasie zaczęły pojawiać się opinie, iż strefa euro może się rozpaść lub przynajmniej utracić kilku członków. Twierdzę, że jest to obecnie absolutnie niemożliwe. Takie opinie najczęściej pochodzą z USA. Może Amerykanie, którzy wychowali wielu wspaniałych ekonomistów, nie rozumieją, lub raczej nie czują, czym jest strefa euro?

Grecja cierpi na dość standardową, ale ciężką chorobę. Wysoki dług publiczny, niska konkurencyjność (wysoki wzrost kosztów pracy) oraz utrata zaufania przez inwestorów do rządu stosującego sztuczki budżetowe sprawiły, że kraj potrzebuje głębokich i trudnych społecznie reform: obniżek płac, cięcia wydatków budżetowych. Gdyby Grecja posiadała własną walutę, jej kurs gwałtownie by się załamał. Greckie towary stałyby się tańsze na rynkach międzynarodowych, co z kolei pobudziłoby eksport i ułatwiło wyjście z kryzysu. Dlatego właśnie niektórzy twierdzą, że łatwiej będzie Grekom przywrócić własny pieniądz. Gdyby zaś uczynił to jeden kraj, jego śladem mogłyby pójść inne (Irlandia, Włochy). Pomińmy fakt, że przywrócenie własnej waluty oznacza krach zaufania do kraju i wywołany tym potężny wzrost stóp procentowych (kto by chciał tanio pożyczać pieniądze tym, którzy tak kombinują?). Czy to nie zniweczyłoby korzyści wynikających ze spadku kursu waluty? Prawdopodobnie tak, ale to pytanie nie jest w tym momencie kluczowe.

Strefa euro to nie tylko czysto techniczny projekt gospodarczy, ale i projekt polityczny, w który zaangażowane były co najmniej dwa pokolenia polityków na Starym Kontynencie. Oczywiście wpływ wprowadzenia wspólnej waluty na wzrost gospodarczy jest pozytywny. Problemy członków strefy euro wynikają raczej z braku odpowiedzialnej polityki gospodarczej, a euro to w takim przypadku tylko bolesny bicz, który o tej nieodpowiedzialności przypomina.

Ale euro to również sposób na umacnianie jedności politycznej w Europie, na budowanie europejskiej tożsamości oraz uczynienie z kontynentu jednego z najważniejszych graczy na arenie światowej. Tak przynajmniej myśli większa część europejskiej klasy politycznej. Dlatego nikt na razie nie dopuści do rozbicia eurolandu. Nawet jeżeli będzie trzeba Grecji udzielić pomocy finansowej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ameryka wciąż rządzi światem

26 sty 2010

Styczniowe propozycje reform sektora finansowego lansowane przez prezydenta USA Baracka Obamę pokazują, że Ameryka wciąż jest światowym liderem – gospodarczym i politycznym.

Opowieści o zmierzchu jej siły to na razie chyba mrzonki. Warto przyjrzeć się tym reformom, bo podgrzewają temperaturę dyskusji o sposobach walki z kryzysem oraz pokazują dynamikę władzy na świecie.

Zmiany w działalności instytucji finansowych w USA będą dwojakie. Po pierwsze, mają one zostać obciążone czymś w rodzaju podatku od aktywów, z którego dochody pokryją koszty ich ratowania przez państwo w razie upadku. Po drugie, banki finansujące swoją działalność z depozytów zostaną odcięte od możliwości handlu aktywami (np. akcjami lub obligacjami) na własny rachunek. Szczególnie ta druga propozycja wstrząsnęła światem finansów.

Prezydent USA wykonał mocny ruch do przodu i możliwe, że jest to podyktowane przesłankami politycznymi. Ale te reformy uderzają równocześnie w serce problemów leżących u źródeł kryzysu: ryzyko podejmowane przez instytucje finansowe przynosi im znaczące zyski, a jednocześnie koszty tego ryzyka ponoszone są przez społeczeństwo (bo wiadomo że państwo nie da upaść dużym instytucjom). Dlatego Obama proponuje zwiększenie kosztów finansowania banków i ograniczenie możliwości podejmowania przez nie ryzyka na własny rachunek. W ten sposób ma zostać zmniejszona dysproporcja między korzyściami a kosztami wynikającymi z podejmowanego przez instytucje finansowe ryzyka.

Te zmiany nie są oczywiście panaceum na całe zło i można mieć do nich zastrzeżenia. Ale spójrzmy na fakty z ostatniego roku. Kilka spotkań grupy G8, kilka szczytów G20, spotkania Bazylejskiego Komitetu ds. Nadzoru Bankowego, tysiące artykułów akademickich i prasowych, szczytów eksperckich – i nic, żadnych poważnych propozycji reform w światowych finansach.

Ostatnie dwa lata pokazały, że światowa gospodarka jest połączona coraz większą ilością zależności, że coraz więcej graczy chce mieć siłę głosu i wpływać na zmiany. Ale ostatni miesiąc pokazuje, że zarządzanie zmianami na świecie to wciąż jest gra niekooperacyjna. Decyduje jeden, najwyżej dwóch, a reszta się zgodzą, bo nie ma wyboru.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Inflacji jeszcze nie widać

12 sty 2010

Światowa gospodarka powoli staje na nogi. Pojawia się zatem pytanie: czy banki centralne będą musiały wkroczyć do akcji i podnieść stopy procentowe?

Dobry bankier centralny to nie taki, który na każde oznaki szybszego wzrostu reaguje wymachiwaniem antyinflacyjną siekierą. Ale taki, który umie ocenić, czy gospodarce można pozwolić spokojnie rosnąć, czy też trzeba ją lekko przytrzymać za rękę. To ekstremalnie trudne zadanie.

Na razie nie wygląda na to, żeby podwyżki stóp procentowych były szybko potrzebne. Mimo masowego wzrostu wydatków rządowych i niskich stóp procentowych inflacja nie powinna się pojawić, dopóki firmy nie zauważą, że presja na wzrost płac jest wyższa niż wzrost produktywności pracowników. Używając łatwiejszych wskaźników, zagrożenie inflacją nie nadejdzie, dopóki bezrobocie nie zacznie się zdecydowanie obniżać. Banki centralne często obliczają poziom stopy bezrobocia, po przekroczeniu którego (w dół) takie zagrożenie się pojawia. Na razie zaś liczba osób bez pracy wszędzie rośnie i ten trend nie zmieni się prędko.

Są jednak zagrożenia dla takiego scenariusza i nie należy zupełnie wykluczać, że banki centralne będą musiały sięgnąć po podwyżki stóp procentowych. Jeżeli ktoś oblicza ryzyko związane ze zmianami stóp, warto, aby pamiętał, jak wszyscy się sparzyli niedawno na niedocenianiu wydarzeń o niskim prawdopodobieństwie.

Po pierwsze, część ekonomistów wskazuje, że wspomniany wyżej bezpieczny dla inflacji poziom bezrobocia mógł się podnieść w ostatnich dwóch latach wskutek obniżenia potencjału światowej gospodarki. Inflacja zatem może się pojawić przy bardzo niskim wzroście PKB i dość wysokim bezrobociu.

Po drugie, niskie stopy procentowe grożą kolejnymi bańkami spekulacyjnymi. Zachęcają one inwestorów do operacji polegających na zapożyczaniu się na niski procent i inwestowaniu w aktywa wyżej oprocentowane. Wprawdzie bańki takie są wyjątkowo niebezpieczne tylko, jeżeli zagrażają stabilności systemu bankowego, a nie wiadomo, czy obecnie taka właśnie się nie tworzy. Masowe emisje obligacji rządowych zapełniają skarbce nadwerężonych kryzysem banków i kto wie, jaki efekt miałby nagły spadek cen tych papierów. Możliwe, że lepiej powoli i ostrożnie zapobiegać ewentualnym zagrożeniom z tym związanym.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zaciskanie pasa w czasach kryzysu

5 sty 2010

Polski rząd musi przeprowadzić konsolidację finansów publicznych, aby ograniczyć dług. Pytanie brzmi: czy może się to odbyć w czasie spowolnienia gospodarczego?

Czy ograniczenie wydatków publicznych przyniosłoby oczekiwane pozytywne skutki szybko czy najpierw wiązałoby się z przejściowymi, znaczącymi kosztami gospodarczymi? Nie ma jasnej odpowiedzi na te pytania, choć wydaje się, że na pozytywne skutki trzeba by poczekać.

Historia zna przykłady państw, w których ograniczenie deficytu budżetowego (i długu publicznego) doprowadziło do boomu konsumpcyjnego. W Irlandii w latach 1987 – 1989 deficyt strukturalny został obniżony o 9,5 pkt proc., a konsumpcja zwiększyła się aż o 14,5 proc. Podobne skutki zdecydowanych reform w latach 80. wystąpiły w Danii, Kanadzie czy Portugalii. Dlaczego?

Kiedy obywatele zdają sobie sprawę, że finanse publiczne znajdują się w opłakanym stanie, reformy mogą zwiększyć ich optymizm. Konsumenci będą wiedzieli, że niedługo ich obciążenia podatkowe spadną i dyskontują ten fakt od razu, zwiększając swoje wydatki. Firmy mogą liczyć na spadek rynkowych stóp procentowych, gdyż inwestorzy będą naliczali mniejszą premię za ryzyko zapaści finansów publicznych. Te efekty mogłyby przyćmić negatywny skutek zmniejszenia wydatków państwa. Gdyby taki mechanizm działał, polski rząd mógłby się brać od razu do reform i niekoniecznie musiałby ponieść wielkie koszty polityczne.

Problem w tym, że jest kilka „ale”… W czasie wysokiego napięcia na rynkach powyższy mechanizm może szwankować. Dostęp do kredytów nie zależy od stóp procentowych, zwiększa się liczba osób i firm odciętych od finansowania. Obniżenie wydatków budżetowych może w takiej sytuacji w ogóle się nie przełożyć na optymistyczne reakcje.

Nie wiadomo też, do jakiego stopnia w Polsce istnieje powszechna świadomość trudnej sytuacji polskich finansów publicznych. Ich stan jest zły, ale nie jest dramatyczny. Żadna agencja ratingowa do tej pory nie obniżyła oceny wiarygodności Polski. Głosy o zapaści finansowej się pojawiają, ale nie są powszechne. Wpływ zdecydowanych reform na oczekiwania obywateli nie musi być więc bardzo silny. Możliwe, że sytuacja państwowej kasy będzie się pogarszała bardzo powoli i coraz bardziej, jakby po cichu, obciążała gospodarkę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Święta – czas na odwagę

22 gru 2009

Nadchodzą święta i Nowy Rok – okres odważnych postanowień. Wiele jest zapewne osób, które chciałyby rzucić palenie papierosów. Warto wykorzystać ten moment, aby pokazać, że mechanizm uzależniający palaczy jest czysto ekonomiczny – człowiek to de facto homo economicus. Na tym przykładzie zaś można wyjaśnić, jak racjonalne działanie może wpędzić człowieka w kłopoty, dlaczego w Kopenhadze nie osiągnięto porozumienia co do ograniczenia emisji gazów lub też dlaczego polski rząd nie decyduje się na odważne reformy.

Dlaczego palacz pali? Oczywiście pierwszy krok to uzależnienie – kilka papierosów, które dają ułudę uspokojenia. Gdyby jednak na szali położyć tylko korzyści (psychologiczne) i koszty (ewentualna ciężka choroba w przyszłości), to nikt by nie palił. Problem w tym, że tzw. korzyści krańcowe, czyli korzyść z każdego jednego dodatkowego papierosa, przekraczają koszty krańcowe – ryzyko, że ten dodatkowy papieros zaszkodzi palaczowi. Palacz nie podejmuje długookresowej decyzji: „jestem palaczem”, tylko decyduje o każdym kolejnym papierosie. Korzyści psychologiczne są teraz i są mierzalne, koszty są w przyszłości, nikłe i obarczone ryzykiem.

Jak pokazują statystyki medyczne, takie racjonalne działanie może doprowadzić człowieka do katastrofy.

Podobnie jest z działaniami państw i rządów. Pozostańmy przy Kopenhadze. Jaki kraj będzie miał bodźce do tego, by ograniczać emisję gazów, jeżeli korzyści są odległe i niepewne, a koszty – obecne i odczuwalne? Problem jest tym większy, że w tej grze wszyscy muszą podjąć taką samą decyzję. Wyłamanie się przez jednego z graczy unieważnia cały wysiłek. Podobnie bywa z innymi działaniami dotyczącymi dalekiej przyszłości. Na przykład jaki rząd w Polsce będzie chciał dokończyć reformę emerytalną, skoro kadencja trwa cztery lata, koszty ponosi się teraz, a największe korzyści przyjdą w długim okresie?

Jest jeden sposób, by wybrnąć z samobójczego działania. Wyrwać się z niego na siłę, zrezygnować z doraźnych korzyści. W przypadku suwerennego rządu można to zrobić, wprowadzając odważne ustawy, podejmując mało racjonalne politycznie ryzyko. Stać na to tylko mężów stanu. W przypadku porozumień międzyrządowych jest to niezmiernie trudne, bo każdy może je łamać bez większych konsekwencji. Dlatego efekt szczytu w Kopenhadze było dość łatwo przewidzieć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co nam dał Samuelson

15 gru 2009

Gdyby ekonomiści mieli budować mosty, przed każdym z nich musiałaby wisieć tablica ostrzegawcza: „Prawdopodobieństwo dojazdu na drugi brzeg nie jest 100 proc. Istnieje ryzyko zawalenia”. A czy w ogóle ekonomiści mogliby budować mosty? Czy mogą nam dać bezpieczny przejazd na jakikolwiek brzeg? Co im do fizyki?

W niedzielę zmarł człowiek, który z ekonomii uczynił współczesną minifizykę: Paul Samuelson (Nobel w 1970 r.). To on rozpropagował w ekonomii analizę matematyczną, uczynił z tej dziedziny wiedzy naukę niemalże ścisłą. Jego dorobek jest tak wielki, że nawet nie ma sensu próbować go streścić w tym krótkim tekście. Ale warto wykorzystać wspomnienie o Samuelsonie, aby wyjaśnić to, co nam w życiu mogą dać ekonomiści, a czego dać nie mogą.

Kiedy Newton upuszczał jabłko na ziemię, mógł mieć pewność, że ono do ziemi doleci. W wielu debatach i problemach ludzie oczekują podobnych rozwiązań, jednoznacznych i stuprocentowych. Chcemy mieć pewność, co się wydarzy w przyszłym roku, czy wejście do euro jest na 100 proc. dobre dla Polski, czy kryzys udowodnił porażkę liberalizmu, czy wyższe podatki są lepsze od niższych. Chcemy, żeby polityka gospodarcza stała się fizyką. Tymczasem współczesny ekonomista, upuszczając jabłko na ziemię, nie może być na 100 proc. pewien, czy ono tam doleci. Są sytuacje, w których ekonomiści mogą być na 90 proc. pewni swoich recept, a są takie, kiedy nie mogą być pewni nawet na 50 proc. Rzeczywistość gospodarcza jest zbyt skomplikowana, abyśmy mogli ją zrozumieć w każdym detalu. Zawsze będzie miejsce na wątpliwości i dyskusję. Trzeba się posługiwać raczej prawdopodobieństwem, a nie odpowiedziami: tak – nie.

Jednak dzięki temu, że był taki człowiek jak Paul Samuelson, że rozwinął nowoczesne narzędzia analizy, współczesna ekonomia daje nam dużo więcej odpowiedzi niż 50 czy 100 lat temu. Nie wszystko wiemy, ale wiemy sporo i możemy odprawić z kwitkiem całą masę znachorów, którzy podpowiadają absurdalne rozwiązania. Tych, którzy chcieliby odpuszczać kontrolę nad inflacją, aby podnosić wzrost PKB. Tych, którzy chcieliby zadłużać kraj w nieskończoność. Tych, którzy chcieliby poddać państwowej kontroli największe firmy. Takich jasnych punktów jest niewiele, ale stanowią solidny fundament.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop