Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Europejski węzeł gordyjski

18 maj 2010

Unia Europejska zmienia się na naszych oczach, a zmiany te mają przełomowy charakter. Szczególnie dotyczy to strefy euro. Polska jako kraj nienależący do unii walutowej będzie miała na te zmiany wpływ bardzo ograniczony. Za kilka lat będziemy przystępować już do innej strefy. Dlatego debata nad przyjęciem euro będzie nieco inna niż dotychczas.

Co się zmienia? Kryzys fiskalny pokazuje, że jeśli Europa chce się integrować gospodarczo, musi się bardziej ujednolicić. Opcji jest wiele. Rozwiązanie minimum to wprowadzenie ściślejszych kryteriów dla polityki fiskalnej poszczególnych krajów, np. obowiązku zbilansowania budżetu w ciągu cyklu koniunkturalnego (czyli nadwyżka w czasie boomu równa deficytowi w czasie recesji). Taką ścieżką chcą podążać m.in. Niemcy. Rozwiązanie maksimum to wprowadzenie wspólnej polityki gospodarczej w takich obszarach jak ochrona pracowników, ubezpieczenia społeczne, transfery socjalne i podatki. Za taką ścieżką nie optuje na razie nikt, chociaż to się może zmienić.

Nawet wprowadzanie tylko ściślejszych norm fiskalnych doprowadzi do większej integracji politycznej. Niemożność zwiększenia deficytu budżetowego będzie nie tylko ograniczała krajowych polityków, lecz również zmuszała ich do zmian jakościowych w polityce gospodarczej.

Pytanie, czy normy fiskalne wystarczą. Warto przypomnieć, że takie kraje jak Irlandia czy Hiszpania notowały do niedawna nadwyżki budżetowe, teraz zaś zmagają się z potężnymi deficytami. Wątpliwe, czy kraje o np. zbyt wysokich kosztach pracy mogą wiarygodnie zobowiązać się do ograniczenia deficytu. Dlatego wprowadzenie wspólnej polityki strukturalnej może być w dłuższym okresie konieczne, jeżeli Europa chce być bardziej jednolita.

Stary Kontynent musi rozwiązać węzeł gordyjski. Albo się zdezintegruje, albo będzie zmierzać w kierunku federacji. To jest dylemat epokowy. Po kilkudziesięciu latach postępującej integracji pierwsze rozwiązanie wydawałoby się ścieżką zbyt bolesną. Drugie rozwiązanie zaś zupełnie nie przystaje do politycznych realiów. Czy ktokolwiek wyobraża sobie demokratyczny rząd w Brukseli władający całą Europą? Obie ścieżki są zatem niewyobrażalne, ale któraś będzie realizowana.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nawet ponad 700 mld euro to jeszcze nie zbawienie

11 maj 2010

Podczas minionego weekendu Unia Europejska, wspólnie z MFW, ustanowiła wart ponad 700 mld euro program stabilizacyjny.

Jego celem jest obniżenie prawdopodobieństwa niewypłacalności niektórych państw. Czy jednak program rozwiązuje problemy, które doprowadziły w ubiegłym tygodniu do wyprzedaży walut i obligacji skarbowych w Europie? Wydaje się, że nie. To jest dobry krok, ale ma pewne braki.

Problemy fundamentalne – czyli rosnące zadłużenie niektórych krajów – nie znikają. Fundusz stabilizacyjny może w najbliższych latach częściowo ochronić Hiszpanię, Portugalię, Irlandię czy Włochy przed presją rynków finansowych. Jednak jeżeli kraje te – szczególnie duże: Hiszpania i Włochy – nie przeprowadzą reform strukturalnych, zmierzających m.in. do obniżenia kosztów pracy, te miliardy euro w długim okresie będą tylko kroplą w morzu ich potrzeb.

Niektórzy ekonomiści nawołują do stworzenia silniejszej unii gospodarczej, której częścią byłby m.in. dużo większy niż obecnie budżet Unii Europejskiej. Chodzi o to, żeby Europa stała się bardziej jednolitym organizmem, a nie zbitkiem odmiennych struktur. Byłaby to jednak polityczna rewolucja i mało prawdopodobny jest polityczny konsensus w tej sprawie.

Wydaje się zatem, że należałoby przyjąć, iż niektóre kraje Unii Europejskiej mogą po prostu zbankrutować lub restrukturyzować swój dług. Co wtedy? Najgorsza jest sytuacja, w której nikt nie umie odpowiedzieć na tak postawione pytanie. W 2008 r. wiadomo było, że niektóre banki były niewypłacalne, ale nie istniały żadne mechanizmy niewypłacalności skrojone na potrzeby sektora finansowego – upadek banku niesie przecież dla gospodarki większe konsekwencje niż upadek firmy produkcyjnej. Niepewność wywoływała panikę, a ta potęgowała problemy. Podobnie jest teraz. Nie wiadomo, jakie konsekwencje niosłaby za sobą niewypłacalność np. Hiszpanii lub Włoch.

Należałoby zatem – zgodnie z propozycjami np. Daniela Grosa (dyrektor Centre for European Policy Studies) i Thomasa Mayera (ekonomista Deusche Banku) – stworzyć nie tylko fundusz stabilizacyjny (ten krok już wykonano), ale również mechanizmy postępowania przy restrukturyzacji długu przez niektóre państwa członkowskie UE (a szczególnie strefy euro). Chodzi o to, żeby uniknąć sytuacji, w której panika prowadzi do zamrożenia płynności na rynku obligacji danego państwa oraz panicznej wyprzedaży aktywów innych krajów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak inwestorzy typują słabeuszy

5 maj 2010

Mimo przyjętego w niedzielę pakietu ratunkowego dla Grecji, problemy z zadłużeniem wciąż stanowią duże wyzwanie dla światowej gospodarki. Warto zadać pytanie, dlaczego inwestorzy uważają, że prawdopodobieństwo upadku niektórych krajów jest większe niż innych? I czy mogą mieć jakieś zastrzeżenia do Polski?

Dlaczego np. tyle mówi się o nieufności wobec Hiszpanii, której dług publiczny nieznacznie przekracza 50 proc. PKB, a większych obaw nie wzbudza na razie Japonia, której dług sięga niemal 200 proc. PKB? Otóż w Hiszpanii ogromne jest zadłużenie sektora prywatnego. Dług zagraniczny tego kraju przekracza 170 proc. PKB. Sami Hiszpanie zaś generują małe oszczędności — ich ogólne zobowiązania netto wobec zagranicy sięgają niemal 100 proc. PKB. Jeżeli ktoś potężnie się zadłuża, a jednocześnie sam niewiele oszczędza, może wzbudzać nieufność.

W Japonii tymczasem zadłużenie publiczne jest niemal w całości finansowane przez oszczędności krajowych firm i konsumentów. Co więcej, japońskie oszczędności płyną również do USA i Europy, gdzie lokowane są w obligacjach skarbowych i korporacyjnych. Japonia jako kraj jest kredytodawcą, a nie kredytobiorcą — aktywa zagraniczne netto przekraczają tam 50 proc. PKB.

W połowie drogi – finansowo, nie geograficznie – między Hiszpanią a Japonią znajdują się Włochy. Kraj o potężnym zadłużeniu publicznym (130 proc. PKB) i zagranicznym (110 proc. PKB), ale jednocześnie kraj, gdzie sektor prywatny oszczędza więcej niż w Hiszpanii. Problem w tym, że Włochy zmagają się z potężnymi problemami strukturalnymi i w średnim terminie są pierwszym kandydatem to pozostania czarną owcą Europy.

Jak na tym tle wygląda Polska? W Polsce zadłużenie publiczne wynosi 50 proc. PKB, zadłużenie zagraniczne — 60 proc. PKB. Na podobnym poziomie znajdują się zobowiązania netto wobec zagranicy. W przeciwieństwie do Hiszpanii, zadłużenie Polaków nie jest zatem nieracjonalnie wysokie, w przeciwieństwie do Włoch Polska posiada silny potencjał wzrostu gospodarczego. Na razie jesteśmy bezpieczni. Warto jednak zwrócić uwagę, że niektóre banki (np. Credit Suisse) już umieszczają Polskę na liście państw potencjalnie zagrożonych turbulencjami. Polska posiada własną walutę, co zwiększa ryzyko kursowe dla inwestorów. Powodów do strachu nie ma, ale są powody do powściągliwości w optymizmie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pokryzysowy powrót decouplingu

27 kwi 2010

Dwa lata temu wśród komentatorów ekonomicznych popularne było słowo „decoupling”, czyli „odczepienie”. Na całym świecie zastanawiano się bowiem, czy rynki wschodzące są w stanie utrzymać wysoki wzrost PKB przy narastającym na Zachodzie kryzysie finansowym. Okazało się, że nie (choć z wyjątkami).

Teraz pojawia się podobny dylemat, choć termin klucz jest inny: „multi-speed recovery” – ożywienie o zróżnicowanej prędkości, czyli de facto decoupling II. Ludzie zastanawiają się, czy kryzys finansów publicznych, jaki dotyka Grecji i grozi innym krajom, przełoży się na kolejny światowy kryzys finansowy i gospodarczy? To bardzo ciekawe pytanie również z punktu widzenia Polski.

Często powtarzana odpowiedź brzmi: nie, świat wyjdzie z kryzysu, a męczyć będą się tylko ci, którzy nadmiernie się zadłużyli. Rzeczywistość staje się jednak coraz bardziej skomplikowana.

Kryzys finansów publicznych w największych gospodarkach (USA, Japonia, Wielka Brytania), który mógłby być szokiem dla całego świata, wydaje się mało prawdopodobny. Bardziej realnie należy rozpatrywać scenariusz, w którym Stany Zjednoczone w reakcji na przyrost długu będą musiały zmagać się z wyższymi stopami procentowymi, co obniży wzrost PKB i tym samym podetnie skrzydła globalnej gospodarce. Odczuliby to wszyscy. Warto jednak zauważyć, że wieszczony przez niektórych gwałtowny wzrost stóp w USA na razie nie nadchodzi.

Najbardziej aktualne pytanie z punktu widzenia polskiej gospodarki brzmi natomiast: czy kryzys zadłużenia będzie rozprzestrzeniał się w Europie? Na Starym Kontynencie problemy są bowiem największe. Po Grecji w kolejce do kłopotów stoją Włochy, gdzie zadłużenie publiczne sięga 116 proc. PKB, a politycy nie są w stanie zainicjować koniecznych reform. Następna w kolejce jest Hiszpania, która wprawdzie posiada wciąż relatywnie niski dług (53 proc. PKB), ale po wygasłym boomie na rynku nieruchomości nie posiada motorów wzrostu gospodarczego. Sama Grecja nie będzie bombą dla Europy, ale gdyby dołączyły Włochy i Hiszpania, Polska niewątpliwie zostałaby dotknięta (bardzo trudno określić, w jakim stopniu) chociażby poprzez perturbacje w systemie finansowym.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rozpoczyna się czas polowania

20 kwi 2010

George Akerlof (Nobel z ekonomii w 2001 r.) i Robert J. Shiller piszą w książce „Animal Spirits”, że oszustwo i nieodpowiedzialność należą do głównych sił napędzających gospodarkę i wpędzających ją w recesję. Ostatnie dni pokazują, że rozpoczyna się polowanie na „oszustów” odpowiedzialnych za kryzys. Amerykański SEC zarzuca potężnemu bankowi Goldman Sachs oszukiwanie klientów. Ceny akcji sektora finansowego tąpnęły, bo inwestorzy się boją, że władze rzucą się z oskarżeniami na wszystkie banki.

De facto jednak oskarżenia te na razie dotyczą drobnych nadużyć. Trudno będzie formalnie obarczyć instytucje finansowe winą za wielkie straty spowodowane kryzysem. Problem bowiem w tym, że największe ich błędy wymykają się ujęciu prawnemu.

O co chodzi w tym przypadku? GS rzekomo nie poinformował klientów, iż przy tworzeniu pewnej transzy obligacji przeznaczonej dla inwestorów długoterminowych współpracował z funduszem, który miał zamiar grać na spadku cen tych papierów (czyli zależało mu na takiej konstrukcji, by papier był fundamentalnie nic niewart). To tak, jakby przy konstrukcji samochodu osobowego uczestniczyła firma zarabiająca na pomocy prawnej ofiarom wypadków. Takie przypadki mogły się zdarzać, ale nie one determinowały dynamikę kryzysu. Spójrzmy na inne błędy banków.

Konstrukcja słynnych obligacji CDO, które zniszczyły bilanse banków, opierała się na naiwnych założeniach, że da się ocenić ryzyko związane z inwestowaniem w nie. Statystycy pracujący pod koniec lat 90. nad budowaniem tych papierów ostrzegali, że jest to niemożliwe, jednak ci mniej odporni na naciski zarządów dokonali matematycznych cudów i owo ryzyko (jak się okazało, błędnie) liczyli.

Potem menedżerowie, w większości niespecjalnie rozumiejący te kalkulacje, utrzymywali część ryzyka w bilansach banków. Ukryta choroba się rozprzestrzeniła. Agencje ratingowe oceniające wiarygodność obligacji bały się, że największe banki zrezygnują z ich usług, i oceniały te papiery, tak jak pasowało zleceniodawcom. Ubezpieczyciele sprzedawali ubezpieczenia tych papierów, bo… wszyscy to robili, a przynosiło to duży krótkoterminowy zarobek.

Te działania można nazwać oszustwem przeciw zdrowemu rozsądkowi. Ale takie uwagi najłatwiej wypowiada się ex post.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Chiny muszą zmniejszyć oszczędności

13 kwi 2010

Stany Zjednoczone podejmują coraz większe wysiłki w celu wymuszenia na Chinach podniesienia wartości juana. Jeszcze w kwietniu Departament Skarbu ma po raz pierwszy nazwać Chiny „walutowym manipulatorem“. Niektórzy analitycy uważają, że aprecjacja juana jest konieczna, aby świat mógł szybciej wychodzić z kryzysu. Czy rzeczywiście? Warto prześledzić ich argumenty.

Chiny utrzymują sztywny kurs juana wobec dolara, notując jednocześnie gigantyczną nadwyżkę w obrotach handlowych ze Stanami Zjednoczonymi (290 mld dolarów w 2009 r.) – czyli dużo więcej eksportują, niż importują. Nadwyżka w handlu przyczynia się do gromadzenia ogromnych oszczędności Chin, które przeznaczane są na zakup amerykańskich obligacji skarbowych.

Głównym argumentem zwolenników aprecjacji juana jest przekonanie, że doprowadzi ona do zmniejszenia nadwyżki handlowej Chin i de facto przesunięcia części kumulowanych przezeń oszczędności na amerykańskiego producenta i konsumenta. Amerykanom będzie łatwiej oszczędzać, ponieważ będą więcej eksportować i mniej importować. Ponieważ sektor prywatny w USA musi odbudować oszczędności po kryzsie, w takim scenariuszu koszt tej odbudowy będzie mniejszy. Nie będzie ona musiała opierać się na znaczącym ograniczeniu konsumpcji.

Takie rozumowanie wydaje się całkiem przekonujące. Jeżeli Stany Zjednoczone szybciej odbudują oszczędności po niższych kosztach dla gospodarki, cały świat szybciej wróci na ścieżkę wzrostu. Problem w tym, że istnieje kilka wątpliwości co do takiego scenariusza. Przypominają tylko one, że politycy i ekonomiści na świecie są jak ludzie w ciemnej jaskini – muszą poruszać się po omacku, nie mają żadnych jednoznacznie dobrych rozwiązań.

Po pierwsze, bardzo ciężko jest zmienić całą strategię i kulturę kraju, który opiera swój wzrost na eksporcie, utrzymując niski wzrost popytu wewnętrznego. Zwyczajne uwolnienie kursu juana nie może obyć się bez szerszych reform wewnętrznych w Chinach. Nie wiadomo, czy kraj ten jest na nie gotowy. Po drugie, wzrost wartości juana wcale nie musi doprowadzić do szybkiego ograniczenia nadwyżki handlowej Chin. Podobną proeksportową strategię posiadają Niemcy, kraj o niskim wzroście popytu wewnętrznego, kumulujący oszczędności dzięki eksportowi. Znaczna aprecjacja euro nie wpłynęła znacząco na model rozwoju Niemiec. Możliwe, że z Chinami będzie podobnie – aprecjacja juana nie wpłynie na odwrócenie trendów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Złota dekada ślepców

7 kwi 2010

Niektórzy ekonomiści twierdzą, że Polskę czeka złota dekada, tudzież nawet złoty wiek. Ciekawie to brzmi.

Jeśli przez nadchodzące dziesięć lat polska gospodarka rozwijałaby się w tempie 3 proc. rocznie, w 2020 r. bylibyśmy tylko o jedną trzecią zamożniejsi niż obecnie. Wystarczy, że wzrost wyniesie 6 proc. rocznie, a będziemy bogatsi aż o 80 proc. Kuszące, prawda?

Tylko co trzeba zrobić, żeby podbić wzrost o te 3 pkt proc.  Szczerze mówiąc, nie  wiem. Ogólne recepty znam (reforma finansów publicznych, podniesienie aktywności zawodowej itd.), ale de facto nie wiem, która z nich jakie ma znaczenie. A może są jeszcze inne sposoby? Tudzież może istnieją zagrożenia, które sprawią, że zostaniemy ze wzrostem na poziomie 3 – 4 proc.? Jeżeli na przykład się okaże, że nie uda się wynegocjować wysokich dotacji europejskich na lata 2014 – 2020. Co się stanie?

Sęk w tym, że w Polsce nie mówi się o horyzoncie dłuższym niż rok lub dwa. Wyzwania istniejące w perspektywie pięciu lat niemal znikają z debaty publicznej. Nie mówiąc już o dekadzie. Jesteśmy jak ślepcy.

Dlatego powinna istnieć instytucja, która dostarczałaby długookresowych prognoz gospodarczych oraz oceniała długookresowe skutki decyzji politycznych, oczywiście z odpowiednim określeniem ryzyk. Coś na wzór amerykańskiego Kongresowego Biura Budżetu (CBO). Dostarcza ono prognoz o perspektywie dziesięciu lat oraz ocenia, jak na podstawową ścieżkę wzrostu PKB, zatrudnienia i długu publicznego mogą wpłynąć zmiany legislacyjne dokonywane przez Kongres. Co ważne, jest komórką odpolitycznioną.

Kiedy Amerykanie dyskutują o reformie służby zdrowia, liczą, ile zmieni się dzięki niej dług publiczny za dziesięć lat. W Polsce taka perspektywa planowania jest zupełnie nieobecna. Nie obchodzi ona więc również wyborców.

Oczywiście, tworzenie w Polsce jakiejkolwiek dodatkowej instytucji publicznej spotkałoby się z oporem. Lecz jeśli powołanie takiej komórki choć w kilku procentach ułatwiłoby zmobilizowanie opinii publicznej do zmian zapewniających podwojenie PKB w ciągu dziesięciu lat, taki ruch dałby korzyści warte kilkadziesiąt miliardów złotych. Może więc warto wydać te kilka milionów zł rocznie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pasja i głupota

30 mar 2010

Polskie społeczeństwo cierpi na pewien poważny problem. A przynajmniej ci, którzy głodni są wiedzy o świecie. Rzadko pojawiają sięw Polsce ciekawe publikacje popularnonaukowe o gospodarce. W ostatnim czasie zagraniczne księgarnie zapełniły się pozycjami o kryzysie finansowym, jest ich pewnie więcej niż przepisów na spaghetti. A u nas? Prawie nic.

Skorzystałem więc ze zdobyczy techniki i zakupiłem kilka tzw. e-booków, czyli książek papierowych wydanych elektronicznie. Jedna z nich jest szczególnie warta polecenia. Jeżeli ktoś posiada komputer, 13 dolarów i dostęp do Internetu, warto się w nią zaopatrzeć, bo to jedna z najlepszych książek o kryzysie. Chodzi o „Fools gold“ („Złoto głupców“) brytyjskiej dziennikarki Gillian Tett.

To po pierwsze relacja z tego, jak pasja młodych, doskonale wykształconych ludzi prowadziła do potężnych zmian w systemie finansowym. Warto zobaczyć od wewnątrz, jak wielkie korporacje pracują nad nowymi produktami i jak de facto zmieniają świat. Kontrakty zabezpieczające CDS (credit default swap), które znalazły się ostatnio w centrum turbulencji, wymyśliła w 1994 r. garstka dobrze opłacanych pasjonatów matematyki i finansów z JP Morgan w hotelu nad Oceanem Atlantyckim. Kierowała nimi chciwość? Może tak, ale cóż w tym złego? To, co wymyślili, miało ogromny pozytywny potencjał. Możliwość kupienia ubezpieczenia od ryzyka kredytu pozwalała na lepsze zarządzanie ryzykiem w bankach i dzięki temu większą dostępność pożyczek. To była finansowo-matematyczna rewolucja.

Lecz oprócz pasji jeszcze inna siła rządzi światem – głupota. Gillian Tett pokazuje, jak potencjalnie rewolucyjne produkty zamieniły się w tykającą bombę zegarową, która w końcu wybuchła. Lecz nie z winy samej ich natury – przecież dynamit też może służyć i do budowania i do zabijania. Zawniła właśnie głupota: bankierów i polityków. Choć to już wiemy, ciekawe są kulisy. Jak wcześniej ostrożni menedżerowie pakowali się w transakcje o ogromnym ryzyku. Jak amerykańska demokracja okazała się groteskową grą, w której polityków można przekonać do najgorszych rozwiązań prawnych.

Jak to możliwe? Człowiek posiadł taką wiedzę, że wymyślił coś, co przestał rozumieć. Do tego szczypta nadmiernej chciwości i mamy gotowy przepis na kryzys. Ponieważ wiemy coraz więcej, a chciwości nam nie ubywa, ta historia może się powtórzyć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dług to wciąż wielkie wyzwanie

23 mar 2010

Jeżeli ktoś poszukuje wskazówki, w jakim kierunku może podążać światowa gospodarka, powinien zwrócić uwagę na dwie opinie, które pojawiły się w ostatnich tygodniach. Żadna z nich nie napawa optymizmem, choć daleko im do katastrofizmu. Warto je potraktować jako nawołanie do ostrożności w czasach, kiedy inwestorzy tylko czekają, by znów wpaść w jakąś euforię.

W opublikowanym w marcu opracowaniu dwoje wybitnych znawców tematyki finansów publicznych Kenneth Rogoff i Carmen Reinhart stawia tezę: kryzys bankowy niesie duże ryzyko bankructw rządów. Powód? Państwa muszą masowo się zadłużać, aby ratować system finansowy lub stymulować popyt. Ekonomiści zebrali imponującą bazę danych z ostatnich 200 lat, pokazując, że historia często potwierdza tę banalną tezę. Ostrzegają przed dość powszechnym myśleniem w rodzaju: tym razem będzie inaczej. Otóż, wbrew pozorom, świat nie zmienił się tak bardzo, a pewne mechanizmy działają podobnie jak kiedyś.

Nie oznacza to, że USA czy W. Brytania padną jak muchy. Ryzyko bankructwa jednej z kluczowych gospodarek nie wydaje się duże. Ale wystarczy, że kilka państw będzie miało podobne problemy jak Grecja, by rynki finansowe wpadały co kilka miesięcy w silne spazmy.

Drugi wart uwagi tekst to felieton Mohameda El-Eriana, szefa wielkiej firmy finansowej Pimco, zamieszczony w „Financial Times” przed dwoma tygodniami. Wskazuje on na również pozornie banalną prawidłowość: nowe trendy w gospodarkach i ich znaczenie są zwykle rozpoznawane z dużym opóźnieniem, a kiedy zaczynają stanowić zagrożenie – jest już za późno.

Tym razem owym zagrożeniem jest właśnie rosnący dług publiczny. Zdaniem El-Eriana inwestorzy wciąż nie zdają sobie sprawy z wagi tego wyzwania. Nie straszy on kryzysem, ale przypomina, jak skomplikowane będzie wychodzenie z masowego zadłużenia.

Jakie wnioski można wyciągnąć z obu tekstów? Nie trzeba wcale popadać w pesymizm. Po prostu musimy uznać, że stoimy – my, obywatele świata – przed dużym problemem i nie mamy prostych narzędzi do jego rozwiązania. Traktujmy sytuację jak ul: wszystkiego co najlepsze można dosięgnąć, traktując problem ostrożnie, pamiętając o czynnikach ryzyka z nim związanych. Kryzys finansowy wybuchł przecież dlatego, że o ryzyku zapomniano.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Liczą się instytucje, a nie ludzie

16 mar 2010

Politycy kłamią! Taka jest teza filmu dokumentalnego Tomasza Sekielskiego „Władcy marionetek”, który w weekend zyskał spory rozgłos. Nic nowego. Wśród komentatorów gospodarczych ta teza powtarzana jest od dawna. Każdy rząd obiecywał reformę finansów publicznych i żaden jej nie dokonał. A temat znów wraca, przywoływany przez ministra finansów.

Czy brakuje nam mężów stanu, którzy zetną wydatki państwa jak siekierą, nie oglądając się na elektorat? Niekoniecznie. Najpierw potrzeba instytucji, które reformy umożliwią. Jeżeli rządzący powinni coś zrobić, to właśnie takie instytucje ustanowić.

Tendencję do nadmiernego zadłużania się trudno jest wyjaśnić tylko z ekonomicznego punktu widzenia. Wielu ekonomistów skupia się raczej na uwarunkowaniach instytucjonalnych. Procedury budżetowe często umożliwiają grupom społecznym i reprezentującym je partiom wyciąganie większej ilości pieniędzy dla siebie, kosztem zwiększonego zadłużenia. Każda grupa (partia) bowiem odnosi większe korzyści z dodatkowego długu niż ponoszone przez nią koszty. Stan równowagi takich „negocjacji” jest nieoptymalny dla społeczeństwa i jest to problem dobrze opisany przez teorię gier. Z grubsza mówiąc, to jest też problem Polski. Powinny istnieć instytucje, które na proces przygotowywania i wdrażania budżetu narzucają pewne ograniczenia.

Szeroki zestaw rekomendacji dla Polski już cztery lata temu przedstawili Mark Hallerberg i Jurgen von Hagen w raporcie dla Ernst & Young. Minister Jacek Rostowski zna ten raport bardzo dobrze.

Co należy zrobić? M.in. każda koalicja powinna być prawnie zobowiązana do przedstawiania planów ograniczeń wydatkowych. Powinny one obejmować perspektywę co najmniej trzyletnią i być prawnie wiążące. Dzięki temu koszty zadłużenia nie byłyby co roku rozważane oddzielnie przez partie koalicyjne i poszczególnych ministrów, lecz na początku każdego okresu przez całą koalicję razem. A my – proste marionetki – z góry byśmy wiedzieli, co nam rząd szykuje.

Naturalnie, miejsce na nieodpowiedzialność będzie zawsze. Nawet przy dobrych instytucjach złe decyzje mogą być szkodliwe. Problem polega na tym, że przy złych instytucjach nawet ludziom dobrej woli trudno podejmować dobre decyzje.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop