Posts Tagged „wielkanoc”<

By teściowa zzieleniała

6 kwi 2012

Nowa świecka tradycja nakazuje mojej osobie pisać na Wielkanoc felieton kulinarny. Był mazurek, była pascha (znam takich, którzy przez to makutrę kupili!), czas więc na jakieś danie główne. Na ten przykład na niedzielną gęś.

I tu zróbmy wtręt, zastrzegając, że reszta felietonu nie trzyma nie tylko poziomu (to jednak nic nowego), ale i parytetu płci. Słowem: jest dla mężczyzn. Otóż w życiu każdego mężczyzny przychodzi taka chwila, że orientuje się, iż jak sam sobie nie ugotuje czy nie upiecze, to ani żona, ani kochanka, ani pies z kulawą nogą za niego tego nie zrobi. I wtedy trzeba brać sprawy wswoje ręce.

A tu jeszcze teściowa na obiad się wprasza – Mamusia, jak wiadomo, gotuje najlepiej na świecie, o czym może zaświadczyć najbliższa klinika gastrologii. By stanąć z nią w szranki, a w dodatku pobić dotkliwie, trzeba uciec się do fortelu. Czyli do gęsi. Danie to wyśmienite dla egzemplarzy nieobdarzonych nadzwyczajnym talentem kulinarnym, za to mocno leniwych. Wypisz, wymaluj dla mnie.

Wymaga niewiele. Przydałaby się gęś. Ptaki te bije się w Polsce dwukrotnie: wiosną i na św. Marcina, teraz więc trzeba kupić w supermarkecie mrożoną. Ja wiem, że najlepsza jest świeża, którą potem moczymy przez kilka dni w solance, ale skoro nie ma, to na jakieś dwa dni przed podaniem rozmrażamy bydlę. Z tłustego kupra robimy smalec, który się przyda do chleba i piwa na później, koledzy będą zachwyceni. Podroby dajemy żonie, przydadzą się na rosół, albo i od razu psu. Niech jedyna istota, która nas rozumie, też ma święta!

Samą gęś nacieramy mocno solą, czosnkiem i majerankiem. Za to do środka napychamy, ile się da, mocno ukiszonej kapusty z dwiema, trzema cebulami i suszonymi grzybami. Przydałby się też kminek, którym można również nakłuć ptaka. Cała ta ceremonia trwa jakiś kwadrans. Nafaszerowany obiad in spe ląduje w brytfannie, okładamy go kiszoną kapustą i polewamy pinot noir lub egri bikaverem (ale dobrym, jak poskąpicie na wino, cały efekt diabli wezmą).

W niedzielę rano, po rezurekcji i śniadaniu, wszystko to ląduje w piekarniku. 160-180 stopni (jak dacie więcej, spalicie kapustę na wierzchu) i jakieś trzy godziny pieczenia. Butelka bikavera (wspieramy braci Madziarów) znakomicie się nada do przyjmowania zasłużonych wyrazów uznania. Smacznego Alleluja!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pascha a la Mazurek

21 kwi 2011

Są takie sprawy, które mężczyzna musi wziąć we własne ręce. Na przykład przyrządzić porządną ruską paschę.

Dziecko w ramach in vitro załatwi nam minister Kopacz, drzewo w trakcie kampanii wyborczej zasadzi za nas Prezes, o mieszkaniach i kredytach przed świętami lepiej nie rozmawiajmy, więc współczesny mężczyzna może, a nawet powinien zająć się pieczeniem mazurków (przepis podawałem rok temu, jeszcze gdzieś jest w Internecie) i robieniem paschy.

Do mnie ta ostatnia trafiła wiele lat temu w Moskwie, gdzie byłem u przyjaciół na świętach. Pani domu, Ormianka z Gruzji, uraczyła mnie tradycyjnym ruskim przysmakiem. Niebo w gębie. No dobra, skoro obowiązkowy w ponowoczesnych czasach wątek multi kulti mamy za sobą, możemy przejść do przepisu. Uprzedzam lojalnie, że choć jest banalnie prosty, to trochę nakręcić się trzeba. W sam raz dla faceta.

Najważniejszy jest tłusty biały ser. W wersji kanonicznej trzeba go ze trzy razy mielić, ale odkąd przyuważyłem w sklepach sery już zmielone, to odpuszczam i kupuję taki. No i makutra, czyli taka gliniana micha do kupienia na bazarach, która, jak sprawdziłem, poza sezonem znakomicie nadaje się do marynowania golonki w piwie. Mam nadzieję, że ten ostatni argument przeważył i kupili panowie, co trzeba.

Ale wracajmy do naszych baranów. Ponieważ jestem niereformowalnym żarłokiem, to wszystkie składniki podwajam lub potrajam, ale podaję wersję niedużą. Pół kilo zmielonego sera wrzucamy do tej makutry (sprawdzić, czy nie ma tam piwa i golonki). Do tego dodajemy po trochu (nie wszystko od razu!) kostkę masła, trzy żółtka i pół szklanki cukru pudru. Gdy wszystko ładnie już utarte, dolewamy szklankę gęstej śmietany i jeszcze sobie ucieramy. Kiedy już łokcie mamy urobione po pachy i klniemy na Mazurka w żywy pień, wrzucamy tam bakalie: orzechy włoskie i laskowe mogą być, ale nie za dużo, za to sporo rodzynek, laska wanilii i skórka pomarańczowa są obowiązkowe. Ja dorzucam jeszcze dla koloru kandyzowane papaje czy inne cuda czerwone i zielone.

I już. Przekładamy to do jakiejś foremki i wstawiamy do lodówki. Po kilku godzinach można jeść. No to smacznego. I wesołego mazurka!

 

…………………………………………………………………………………………………………………………………….

Od redakcji rp.pl:

W sieci komentarzy, cytatów i analiz coraz trudniej się odnaleźć.

Dlatego ZAPRASZAMY DO NOWEGO SERWISU wsieci.rp.pl.

Wyławiamy z polskiej sieci internetowej tylko najciekawsze opinie. Najświeższe. Najgłośniejsze. Najbardziej kontrowersyjne. Wyciągamy na brzeg wszystko co interesujące i serwujemy w jednym miejscu i w wygodnej formie. ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mazurek a la Mazurek

2 kwi 2010

Ostatni raz wielkanocnego mazurka piekłem w czerwcu zeszłego roku, w Ugandzie. Nie, kalendarz mają tam ten sam, to nie były święta

Chciałem tylko znajomym zakonnicom (Włoszka i Niemka z Brazylii plus dzika Ślązaczka) pokazać, co to polska kuchnia. Ach, jaka to była piękna katastrofa! Jest taki uroczy szmonces o tym, jak to ubogi Żyd postanowił przyrządzić sobie specjał z menu bogaczy. „Tuzin jaj? Czy oni powariowali, wystarczą dwa. Śmietana? Aj, aj, a mleko nie może być? Kilo cukru? A kto ma cukier?”. I redukuje dalej, a w rezultacie dostaje zakalec i nadziwić się nie może, że bogaci ludzie obrzydlistwa jedzą.

Ja masło zastąpiłem margaryną, o kwaśnej śmietanie tam nie słyszano, a zamiast kakao wzięliśmy wyrób ledwie kakaopodobny. W efekcie wyszedł mazurek przypominający w smaku cały ten szajs sprzedawany w sklepach. Żeby państwu tego oszczędzić, podaję przepis będący w mojej rodzinie od pokoleń. Tak łatwy w wykonaniu, że sam piekę.

Kostkę margaryny dokładnie posiekać z pół kilograma mąki. W garnuszku mieszamy 2 żółtka, 4 łyżki kwaśnej śmietany, łyżeczkę proszku do pieczenia, tyleż samo cukru i szczyptę soli. Wylewamy to na posiekaną margarynę i mąkę, ciasto zagniatamy i pieczemy na płaskiej blasze. Piekę na oko, żeby nie przypalić.

OK, mamy kruche ciasto, teraz czas na polewę. 2 szklanki cukru, pół szklanki mleka i pół kostki masła gotujemy w rondelku na małym gazie. Gdy zgęstnieje (mnie wychodzi kwadrans gotowania najmniej), dodajemy dwie łyżki kakao, można dosypać troszkę rozpuszczalnej kawy. Gotujemy chwilę i voila, wylewamy na ciasto. Zapewne jest zbyt rzadkie, ale spoko, zgęstnieje, jak wystygnie. A na to rzucam wszystkie bakalie, jakie były na bazarze. W wersji rustykalnej: czyli dużo i kolorowo. Gotowe.

A za rok podam przepis na kapitalną ruską paschę. Jej w Ugandzie nie próbowałem przyrządzać.

PS Skoro to Wielka Sobota, to nie wypada kłamać. Informuję więc, że przepis ten jest istotnie w mojej rodzinie od pokoleń. Konkretnie od dwóch, a moją matkę uraczyła nim najlepsza sąsiadka świata, pani Urszula Starszak.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop