Posts Tagged „Lech Wałęsa”<

Trzy osoby Lecha W.

15 wrz 2011

W cieniu nudnej kampanii wyborczej trwa fascynująca i znacznie ciekawsza rywalizacja, której stawka jest o niebo większa. Tam chodzi o dietę i immunitet, tu zaś nagrodą jest palma, która komuś odbiła pierwsza.

Chodzi o osobę. Nie jakąś tam zwyczajną, pogardliwą nawet, osobę, ale o moją osobę. I o godność. Bo przyznacie państwo, że „moja osoba” brzmi godniej niż zwykłe „ja”. „Moja osoba” brzmi wręcz dumnie, nie jak jakiś tam zaimek. I pleni się owa osoba w zdumiewającym tempie, zwłaszcza ostatnio. Ale od kogóż to pęd ów się zaczął, nie sposób powiedzieć.

Niektórzy badacze twierdzą, że pierwsza była osoba Grzegorza Napieralskiego. Inni, a i moja osoba w tym gronie, że rozpoczęła to „moja skromna osoba” zakompleksionego potwornie Tomasza Tomczykiewicza, przy którego polszczyźnie nawet koty zaczynają mówić po węgiersku. Myliłby się jednak ten, kto stwierdziłby, że zwrotem owym posługują się wyłącznie osobniki przesadnie skromne, niepewne siebie.

Trudno nie wspomnieć tu przecież o legendarnej już osobie nieocenionej poseł Kempy Beaty. Nawet ostatnia prowokacja e-mailowa została przez nią bezbłędnie i z gracją odczytana jako „próba dyskredytacji mojej osoby”. Swoją drogą wizja, że Kempa Beata rezygnuje z polityki, jest równie prawdopodobna jak to, że gołębie przestają obsrywać Kraków.

Ale zostawmy już daremne dociekania kto pierwszy. Skupmy się na urodzie owego sformułowania, na jego brzmieniu, na wielości znaczeń, jakie ze sobą niesie. Wszak gdy w jednej z rządowych telewizji Kempa Beata mówi o „społeczności elektoratu ziemi świętokrzyskiej, która będzie głosować na moją osobę”, to poetom z wrażenia kapcie z nóg spadają, a i prozaicy zaczynają targać się na życie swoich osób.

Jakkolwiek zwrot ten zarezerwowany był dotychczas dla polityków, to coraz częściej sięgają po niego dziennikarze. Ot, kilka dni temu  czytałem w tvn24.pl relację o pewnej kandydatce na posła, która „zachwalała swoją osobę”.

Wiele lat temu, gdy prezydent  Wałęsa odwiedzał Anglię, wypowiedział historyczne słowa będące miarą jego skromności: „Przybyłem do was niejako w trzech osobach”. Cóż, nic dziwnego, że do dziś woli on swojskie „ja” niż „moją osobę”. Po prostu nie może się zdecydować którą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bzik stoczniowy

2 wrz 2010

Jeszcze kilka lat, jeszcze jeden zakręt historii i wreszcie się dowiemy, kto przyniósł nam wolność, kto wywołał sierpniowe strajki, kto założył „Solidarność”. Lista rodzicieli panny „S” ciągle się bowiem zmienia.

Na początku naszej niepodległości wiedzieliśmy, że sami robotnicy nie zdziałaliby nic. Nie sam Wałęsa o take Polske walczył, nie sam. Ba, to cud nawet, że przy takim Wałęsie strajkowi doradcy zdołali nam tę „Solidarność” założyć i porozumienie osiągnąć. Pojęcie „doradca” było przy tym płynne, obejmowało bowiem tych, którzy w 1980 roku w stoczni byli (Geremek, Mazowiecki), ale przecież nie wszystkich, oraz tych, których tam nie było, ale przecież być mogli. Innymi słowy, „Solidarność” wtedy to także Kuroń i Michnik plus grono tych korowców, którzy zaczynali jeszcze w marcu 1968 roku.

Późniejsze badania kazały jednak w drugiej połowie lat 90. spojrzeć na naszego drogiego Lecha łaskawszym okiem. Tak, teraz już wiemy: „Solidarność” to Wałęsa, a Wałęsa to „Solidarność”, kto zaś twierdzi inaczej, łże jak ten Zyzak. Jednak odkrycie to nie zahamowało prac historyków nieipeenowskich i gdzieś tak około 2007 roku dowiedzieliśmy się, że strajk w stoczni wymyślił osobiście Bogdan Borusewicz. Przypadkiem zbiegło się to z jego transferem do PO, ale faktów tych łączyć nie wolno.

Dla zachowania parytetu w ostatnim tygodniu do najważniejszych postaci „Solidarności” wmaszerowała Henryka Krzywonos, i to od razu w roli lukrowanej legendy. Motornicza doskonale się nadaje do zastąpienia suwnicowej Anny Walentynowicz, która nie dość, że poglądy miała niesłuszne, to w dodatku była Ukrainką, o czym sama nie wiedziała, ale od czego nieoceniony badacz redaktor Czech! Z poglądami Walentynowicz też zresztą da się coś zrobić. Można mianowicie powtórzyć „operację Herbert” i ogłosić, że starsza pani pod koniec życia lekko zbzikowała, a po każdym co dzikszym występie tłumaczyła się pani Krzywonos, że w zasadzie miała na myśli coś zupełnie innego.

W sumie to i tak nie najgorzej. Znając wszak ostatnie tendencje, mogliśmy się obudzić w dniu, w którym zaprzyjaźnione prywatne telewizje i główna gazeta doniosą, że strajk wywołali geje i lesbijki z błogosławieństwem hiacyntowego z dumy gen. Kiszczaka.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop