Posts Tagged „katastrofa smoleńska”<

Trampki

7 kwi 2011

Plan był prosty: szybkie zakupy na bazarze pod Halą Mirowską, potem centrum handlowe, bo córkom trzeba kupić jakieś tenisówki czy coś, w końcu idzie wiosna.

I szybko do domu, może gdzieś wyjedziemy. Na bazarze jakiś półgłówek sprzedający warzywa żartuje, że „Kaczory spadły”, bo się pchały do Katynia i prezydentem będzie Tusk. Fuknąłem na niego, że żartów z Katynia jednak nie zniosę. Przymknął się.

W radiu wciąż jeszcze nic nie wiedzą. Gadają politycy, nudy, włączam Rolling Stonesów. Jestem jednym z pierwszych klientów, szybko kupujemy fantastyczne trampki i na Mokotów. Jeszcze w samochodzie znów radio. Katastrofa, płacz, chaos.

Już nie słucham Stonesów.

O Boże, tam na pewno był Janek Ołdakowski. Zawsze jeździł w takie miejsca z prezydentem. Dzwonię do niego, choć przecież wiem, że nie żyje, jak kretyn jakiś, histeryk. Co ja powiem jego żonie?! Odbiera Jaś, co mnie kompletnie detonuje. „Żyjesz? Aha, to zadzwonię później”. Dzwonię po dwóch minutach, zebrałem myśli. Umawiamy się potem pod pałacem. Dojeżdżam do domu, żona mówi: „Idziemy pod pałac”.

Stoimy. W ciągu pół godziny spotykamy tam chyba wszystkich przyjaciół. Z nikim się nie umawialiśmy, a wszyscy tam są. Dokładnie wszyscy, powtarzają: to niemożliwe, to jakiś nonsens, absurd. Dlatego nikt nawet nie płacze, bo to wszystko jest raczej jak koszmarny sen, a przez sen chyba się nie płacze.

Łzy przychodzą później. Najpierw z córką wchodzę do pałacowej kaplicy, gdzie jest jeszcze tylko jedna trumna, z ciałem prezydenta. Jesteśmy sami, to nie są chwile, które można przeżywać bez emocji. Potem będę tam jeszcze kilka razy, będzie Zośka z całą swoją klasą. I jeszcze później pogrzeb na Wawelu, w katedrze. Trochę beznamiętnie, bo obok głowy państw, politycy, kamery.

Biegam jak wioskowa płaczka z pogrzebu na pogrzeb, na każdym widuję te same twarze. Ale w końcu z Gosiewskiego za życia drwiłem niemiłosiernie, musiałem do niego pójść. I pożegnania znajomych, przyjaciół: Tomka Merty, Władysława Stasiaka, Janusza Kochanowskiego, którego strasznie mi brakuje.

Tak, wiem, ta żałoba już dawno się skończyła, dajmy temu spokój, czas na „X-Factor”. Tylko że mnie, zapewne nie jednemu, wciąż wracają obrazy z tamtej cholernej soboty.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

Zaproszenie od redakcji rp.pl: Złóż swój wpis w refleksyjnej księdze wspomnień

Jak wyglądał Twój dzień 10 kwietnia 2010? Czy pamiętasz swoją reakcję po ogłoszeniu komunikatów prasowych? Podziel się z nami swoimi wspomnieniami w rocznicę tragedii smoleńskiej. Zjednoczmy się, celebrując w ten sposób pamięć o zmarłych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jeden dzień z życia Tatiany Grigoriewnej

14 sty 2011

Budzik. Co z tego, że złoty, kiedy nastawiony na siódmą. Zaspane swe oczka przeciera koło mnie on, Jewgienij Primakow, nastajaszczij sowieckij generał, piękny mężczyzna.

Żenia odpina ordery od pidżamy. Nie zakłada wszystkich, ale te za służbę w organach zawsze. Mnie też namawia, w końcu jestem generałem. Tłumaczę mu, głupiutkiemu misiowi, że mi do satynowej koszuli nocnej kolorystycznie nie pasują. Jaka szkoda, że organy nie wymyśliły różowych odznaczeń, prawda?

Bo ja, owszem, jestem generałem lotnictwa, ale z Żenią (Boże mój, jakie on ma piękne te lampasy na kalesonach! Sama szydełkowałam.) poznaliśmy się jeszcze w FSB czy jak to się tam wtedy nazywało. Ten mój mąż to śmieje się nawet, czy kiedyś leciałam samolotem. A do Courchevel to niby jak latamy, Jewgieniju Maksimowiczu?

Styczeń to naprawdę nie jest dobry czas, by siedzieć w Moskwie, a w dodatku w środę ogłosiliśmy ten cholerny raport dla Polaków i teraz się pieklą. No to już jest czarna niewdzięczność. Raport był przecież gotowy od początku, mój Gieniuchna sam ostatnie poprawki nanosił 11 kwietnia. To Polacy nalegali, żeby się nie spieszyć. Zdaniem ich specjalistów od piaru to nie wypadało.

Ale dobry mieli pomysł towarzysze z Warszawy, by powołać tych ekspertów psychologów. Co z tego, że pacjentów nie znali? Sowiecki uczony, specjalista od schizofrenii bezobjawowej, pacjenta znać nie musi i bez tego poradzi. Od razu wiedzieli, kto naciskał. Na zdjęciach im pokazaliśmy.

Dobrze też, że wykryliśmy, iż ten ich generał miał 0,6 promila. Nasze chłopaki na początku każdemu napisali po 6 promili, ale wytłumaczyliśmy im, że tyle to miał ten nasz kontroler z wieży, co się tłumaczył, iż ze szwagrem na rybałce byli. Z tym ich generałem to trudno było, bo alkohol mu wykryliśmy dzień po katastrofie, ale ciało zidentyfikowaliśmy 11 dni po niej. Że się niby nie zgadza? A dajcież wy mi wszyscy święty spokój, do Władimira Władimirowicza z tym idźcie! Ja jestem niezależny generał, piszę, jak kazali.

Polacy to mili ludzie, ale miauczliwi jacyś. Żenia ostrzegał, że trzeba było od razu ekspertów dendrologów do Smoleńska wezwać. Jak to, po co dendrologów?

A kto teraz za te zniszczone rosyjskie krzaki zapłaci?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ballada o jednej Wiśniewskiej

4 lis 2010

Jak to dobrze, że język agresji i dzielenia Polaków odchodzi w zapomnienie, że tryumfują miłość, dobroć, tolerancja. I to na każdym szczeblu.

Pani Elżbieta Wiśniewska, o czym wiemy ze strony hgw-watch.pl, jest z nadania prezydent stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz szefową MPT. Ale jakieś tam głupie taksówki nie są w stanie tak chłonnej intelektualnie i wrażliwej istoty zająć. Promuje więc pani Wiśniewska, osoba z doktoratem, bo kadry mamy w taksówkach kształcone, miłość, dobroć i zrozumienie gdzie może. Ot, choćby na Facebooku.

O rodzinach smoleńskich chcących spotkać się z Donaldem Tuskiem pisze tam: „Nie wybierali się do Premiera w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy bo to sprawa prokuratury, nie wybierali się towarzysko, bo Premier w pracy nie prowadzi życia towarzyskiego. Po co więc chcieli przyjść jak nie po kasiorę”. Sprawa ta bulwersuje panią Wiśniewską, bo osobny wpis poświęciła córce Zbigniewa Wassermanna. Jej zdaniem ta „paniutka która mieni się prawniczką”, chce z Tuskiem rozmawiać „tylko o kasie”.

Doktor Wiśniewska w robocie nudzi się setnie, więc na wydarzenia reaguje błyskawicznie. Gdy tylko pojawia się informacja, że ktoś strzelał w biurze PiS, taktownie, acz z nadzieją dopytuje: „Pozabijają się sami?”.

Choć sama zapewnia, że „mnie wszystko kojarzy się z seksem”, to zdaje się, iż prawdziwym hobby pani prezes są raczej trupy. „Byłam dziś na Krakowskim Przedmieściu. Przygotowania do gry ulicznej „Szukamy trupa” idą pełną parą. Na którą Jarkacz zapowiedział start?”.

Nic dziwnego, że gdy pojawiają się wnioski o ekshumację ofiar smoleńskiej katastrofy, pyta z wrodzoną delikatnością: „Czy to już nekrofilia?”.

Czasem, by scharakteryzować człowieka, starczy jej kilka słów: „Redaktor Rymanowski stracił rozum”, ale, dodajmy, nie on jeden. Wszak pani prezes znajdzie też chwilę, by się zająć „głupotą Sellina”.

Facebook to miejsce na spotkanie ludzi sobie bliskich, na zamanifestowanie swoich poglądów. Należy więc pani doktor do grupy o swojskiej nazwie „Jarku wypierdalaj”, zaszczyciła sobą stronę „Nie dla PiS” i kilka inicjatyw wiernopoddańczych wobec Hanny Gronkiewicz-Waltz i PO, jest fanką Stefana Niesiołowskiego.

Pani prezes nawołuje jednocześnie do zdecydowanej postawy wobec pazernego kleru, dumna jest ze swego ateizmu. Zgodnie z tytułem jednej ze stron zapewnia, że „co dzień rano budzę się piękniejsza, ale dzisiaj k-wa to już przesadziłam”. Oj tak, nie tylko dzisiaj.

Mawiał Józef Wissarionowicz Stalin, że kadry decydują o wszystkim. Zaiste, pokaż mi swoje kadry, a powiem ci, kim jesteś.

***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kapituła i gest Deca

30 wrz 2010

Niestety, Lech Kaczyński nie dał mi szansy. Poskąpił najmarniejszego nawet krzyżyka zasługi, nic za ofiarność i odwagę, za długoletnie pożycie z czytelnikami, za przekroczenie Odry i Nysy.

Jako człowiek notorycznie nieodznaczany nie mogłem więc niczym Blumsztajn lub Milewicz odesłać z niesmakiem orderu, kiedy tylko niegodny lokator pałacu powiedział coś nie po mojej myśli. Dziś oczywiście nie odmówiłbym, nie wzgardził, przyjął, a dobrodzieja w sygnet ucałował. Nie byłbym jako ten Bugaj albo Romaszewska, którzy odchodzą.

No właśnie, kiedy na początku kadencji Kaczyńskiego z zasiadania w jednej z kapituł zrezygnowała prof. Skarga, gest ten spotkał się z wyrazami uznania. Gest Romaszewskiej (Bugajowi się upiekło, bo nieduży) też się spotkał z wyrazami. Najpierw najbardziej oddana prezydentowi gazeta informację o tym zatytułowała „Żona senatora PiS nie chce współpracować z Komorowskim”. Nie jest więc Zofia Romaszewska legendą opozycji, założycielką Biura Interwencji KOR, a potem „Solidarności”, nie jest twórczynią podziemnego Radia Solidarność, więźniem stanu wojennego. Jest pozbawioną imienia żoną senatora, anonimem zasiadającym w kapitule po znajomości.

Po dwóch dniach okazało się, jak wyglądają standardy moralne tej pisowskiej eksponentki: chciała dać wyższe ordery ofiarom katastrofy z PiS. Że co? Że prostuje, zaprzecza, nie przyznaje się? No patrzcie państwo, co za bezczelność!

Jak wiemy, gesty Romaszewskiej znaczenia nie mają, albowiem Polska nie cierpi na deficyt upamiętnienia katastrofy smoleńskiej. Złote te słowa premiera wziął sobie do serca kandydat PO na prezydenta Rzeszowa nazwiskiem Dec Andrzej, który atakiem z flanki uniemożliwił nazwanie miejskiego skweru imieniem Grażyny Gęsickiej. – To wniosek przedwczesny. Możemy się nim zająć, gdy zakończy się śledztwo w sprawie katastrofy – łaskawie zgodził się Dec.

Śledztwo, mówisz pan… Hm, a czegóż to się, panie Dec, spodziewacie? Mikrowłókien z torebki Gęsickiej na ciele pilota i okrzyków z czarnej skrzynki: „Ląduj, dziadu!”? Tłumaczenie indywiduom o umysłowości Deca, kim była Gęsicka, to działalność równie pożyteczna, co zawracanie Wisłoka kijem.

Ale troska o stan zdrowia radnego obowiązkiem bliźniego. Dlatego apeluję, oddajcie, panie Dec, choć mocz do analizy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

A może to Marsjanie?

26 kwi 2010

W sprawie smoleńskiej katastrofy wszystko już wiemy. Co prawda polscy prokuratorzy mogą sobie – w ramach śledztwa – przejrzeć co najwyżej relacje CNN z katastrofy, bo na tyle im pozwalają Rosjanie, co prawda polska komisja cywilna nie dostała choćby tłumacza, co prawda nawet rosyjska opinia publiczna żąda międzynarodowej kontroli nad śledztwem, ale nic to! My mamy lepszych ekspertów.

Rezydujący przy ul. Czerskiej sztab speców od lotnictwa wydedukował na łamach „Wyborczej”, co następuje: to nie jest wina pilota (bo przecież z głową państwa latają najznamienitsze asy), to nie jest wina obsługi lotniska (wszak ostrzegała przed mgłą), to wreszcie nie jest wina Rosjan (bo mamy przełom, a Putin osobiście wyściskał naszego premiera i obejrzał w telewizji „Katyń”). W tej sytuacji winowajca musi być jeden – to sam prezydent, który naciskał na pilotów, by popełnili zbiorowe samobójstwo.

Gdy bez dowodów opowiadał o tym Lech Wałęsa, można było udawać, że – nie po raz pierwszy – przekracza wszelkie granice taktu. Gdy do sprawy wziął się felietonista Kutz, można było uznać to za właściwy starszemu panu przejaw antykaczystowskiej manii, która każe mu w tydzień po pogrzebie urządzać zawody w pluciu do krypty. Ale gdy do sprawy bierze się duży dziennik, to i rzecz staje się poważna. „Gazeta Wyborcza”, przypominając incydent sprzed dwóch lat, kiedy to pilot nie wykonał polecenia prezydenta oraz dowódcy wojsk lotniczych i nie wylądował w Tbilisi, jak twierdzi, „nie rozstrzyga, czy to naciski na załogę spowodowały” katastrofę. Nie rozstrzyga tego też prokurator, bo – tu znów cytat – „na razie nie znaleziono na to żadnych dowodów”. Można też napisać, iż to atak Marsjan. A że również na to nie ma żadnych dowodów? „Na razie” nie ma, ale prokuratura pracuje…

Różnymi insynuacjami posługiwali się dotychczas autorzy”Wyborczej” (wystarczy przywołać wspomnianego powyżej felietonistę, który sugerował dewiacje seksualne znienawidzonych polityków), ale tym razem przeszli samych siebie.

To z pewnością nie zła wola pogrążonych w żałobie i znanych z szacunku do głowy państwa redaktorów. To raczej szaleństwo godne – tak ukochanych na Czerskiej – prawicowych pisemek tropicieli spisków.

Tyle że tamci wszędzie widzieli Żyda, ci zaś – Kaczyńskiego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Środę łupie w krzyżu

22 kwi 2010

Histeria, nekrofilia, cyrk – tak podsumowały tygodniową żałobę najświatlejsze polskie umysły. Wszystko w cieniu krzyża i demonów patriotyzmu.

Zgodzić się z nimi, przyklasnąć im – to mało. Trzeba jeszcze swój zakuty łeb popiołem posypać i wycinać hołubce na Powązkach, by jakoś wynagrodzić zniesmaczonym profesorkom z „Krytyki Politycznej” ten nasz żałosny mesjanizm, pseudosmutek, te zbolałe miny i pogrzebowe procesje, ten kult śmierci. Zawiniliśmy, wybaczcie!

Zaiste presja i opresja państwowej żałoby były ogromne. Co prawda nie wprowadzono prohibicji, nie pozamykano restauracji, działały kina, niektóre dyskoteki i wiele galerii, ale ta telewizja! No to już skandal prawdziwy! Seriale co prawda nadawała, ale ani „Tańca z gwiazdami”, ani „Jaka to melodia?”, ani „Jak oni śpiewają”, no nic po prostu. Żadnej godziwej propozycji dla znękanej widokiem zniczy profesor Bielik-Robson, nic miłego dla oka dla atakowanej krzyżami i wszechobecnym Kościołem profesor Środy.

Tak, kolejną żałobę postaram się przeżywać jakoś godniej, mądrzej, głębiej. Tak jak wy. I rozpaczliwie szukam już dziś wskazówek, jak to czynić. Rozumiem, że nie ma być tak patetycznie, ale i wy uderzacie w wielki dzwon, żegnając Szymanek-Deresz, ma być mniej cmentarnie, ale i was widziałem na pogrzebie Merty, nie ma być wreszcie tak emocjonalnie, ale to Kazimiera Szczuka pisze, że po Jarudze-Nowackiej „wielki jest płacz wśród gejów, lesbijek, działaczek”. Nic dziwnego, skoro „dla feministek była kimś więcej niż koleżanką. I może kimś więcej niż przyjaciółką. Była sister”. Tyle tylko, że – lubiana także przeze mnie – pani Izabela, wasza sister, odprowadzana jest do grobu przez katolickiego księdza, po odprawionej przez niego mszy świętej. Mnie to nie przeszkadza. A wam? Też nie?

To jak ma być? A może, skoro nie ma dobrej odpowiedzi, każdy będzie żałobę przeżywał po swojemu? Jak dla mnie, możecie sobie i pić piwo, i tańczyć, i modlić się. Wasza żałoba, wasza sprawa.

Ale dajcie nam naszą przeżyć po swojemu. Bez nazywania tego cyrkiem, nekrofilią, histerią, dobrze?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop