Posts Tagged „Jarosław Kaczyński”<

Obdarty Tusk na płocie

15 lip 2011

Nic tak ludzkości, a zwłaszcza jej męskiej części, nie rozwija, jak seks i wojna. Gdyby nie te żywioły, pewnie bylibyśmy wciąż na etapie odkrywania koła.

Ponieważ jednak pierwszy z nich znam tylko ze słyszenia, a przed drugim Pan Bóg szczęśliwie nas uchował, to z pewną radością konstatuję, że dziś rolę wojny pełnią kampanie wyborcze. To dzięki nim możemy się przekonać, że nie tylko wazeliniarstwo, ale i pomysłowość ludzka nie znają granic.

Nie wiem, co postanowi Trybunał Konstytucyjny w sprawie zakazu billboardów i reklam telewizyjnych w kampanii, ale i tak nie ma to żadnego znaczenia. Tak samo jak obowiązujące już ograniczenia, kiedy owa kampania zacząć się może. Bo nie wiem, czy państwo wiedzą, że teraz żadnej kampanii nie ma.

Że ktoś widział plakat SLD? A to reklama jakaś? Przecież po czymś takim nikt na nich nie zagłosuje, spokojnie, nie ma o czym mówić. A billboard  ”premier Kaczyński”? No był premierem, a teraz po prostu zaprasza na spotkania wspominkowe ze sobą.  A jak już jakiś natręt spyta o bieżącą politykę, to lider PiS grzecznie  odpowie, w końcu to kulturalny człowiek, ale o żadnej kampanii mowy być nie może.

Pamiętacie państwo, jak sześć lat temu każdy billboard ozdabiała uśmiechnięta twarz Donalda Tuska? To też kampania nie była, tylko reklama książki, której skądinąd w żadnej księgarni nie było, ale nie o to szło. Dość, że pewien szanowany i lubiany socjolog (przez warszawkę uznawany za autora) i człowiek, którego nazwisko nigdy w tym miejscu nie padnie (wydawca) znaleźli się na listach PO. Na spoty reklamowe też znajdzie się sposób. Ma Platforma swoją gazetę wyborczą (mowa oczywiście o „PO-głosie”, nie wiem, skąd inne skojarzenia), to PiS założy swoją i dalejże ją reklamować w telewizorze gdzie się da.

Można oczywiście zakazy mnożyć, można przepisy precyzować, zapisać można wszystko. Można też zastanowić się, jakim cudem wielki billboard (zdejmowany zazwyczaj tuż po wyborach, by ustąpić miejsca proszkom do prania) psuje jakość i merytoryczność kampanii, a tysiąc plakatów 2 na 2 metry tej jakości nie psuje, ale ja nie o tym.

Ja mam tylko prośbę: jak zimą jakiś polityk hipokryta będzie marudził, że wszędzie straszą obdarte plakaty, to spytajcie go, jak głosował.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Matoł gorszy od pedofila

30 cze 2011

Uff, nie wiem, czy zdążyłem, bo choć piszę te słowa jeszcze za panowania Węgrów, to ukażą się, gdy Europą rządzić będą Donald Tusk, Bronisław Komorowski i jego żona Prezydencja. Więc od dziś buzia w ciup: Naród z Partią, Partia z Narodem! A kto inaczej, ten zdrajca i wszetecznik.

Po prostu, jak nam powiedziano, nie godzi się krytykować rządu, gdy na swych barkach dźwiga trud nie tylko 40 milionów Polaków, ale i kilkuset milionów Greków, Niemców i Lapończyków, a jego władztwo rozpościera się od Tallina po Gibraltar i od Salonik po Grenlandię. Najbardziej z tej wykładni cieszyć się powinien Jarosław Kaczyński, bo gdyby jakimś cudem wygrał wybory (ale bez obaw, nawet on tego nie chce), to i jego okres ochronny by objął.

Zanim jednak do wyborów dojdzie, wskazówek co do tego, jakiego języka wolno w czasie tej kampanii używać, a jakiego nie, udzieliła prokuratura. Jak wiemy, pisanie na murach „j…ć rząd” czy sugerowanie premierowi, że brak mu jodu i cierpi na matołectwo, jest przestępstwem poważnym, ściganym z urzędu i karanym więzieniem, choć niestety tylko w zawieszeniu. Ale nie jest tak, że u nas od razu Białoruś, reżim i totalitaryzm.

Na przykład można polityków nazywać pedofilami. No, spokojnie, nie wszystkich od razu. Na razie Kaczyńskiego można, ale od kogoś trzeba zacząć. Na wszelki wypadek warto co prawda dodać słówko „politycznymi”, co wymowy nie zmienia, bo wszystko, co polityk robi, jest polityczne, no nie? W każdym razie warszawska prokuratura uznała, że słynne słowa Tomasza Nałęcza nie obrażały ani Kaczyńskiego, ani młodzieżówki PiS. „Brak jest interesu społecznego objęciem ścigania tego czynu przez prokuraturę” – oznajmiła błyskotliwą polszczyzną rzeczniczka prokuratury Monika Lewandowska.

I tu z panią prokurator zgodzić się trzeba. Zaiste, nie ma prokuratura interesu, by ścigać tych, którzy źle mówią o Kaczyńskim, oj, nie ma. A co do meritum, to ja też, całkiem serio, uznaję, że ściganie prof. Nałęcza za barwny – ale i tak dużo mniej niż przed wojną – język byłoby absurdem.

Zastanawiam się tylko, o której wstałby następnego dnia śmiałek nazywający na przykład premiera Tuska fetującego Władysława Bartoszewskiego „politycznym gerontofilem”? I czy to poranne budzenie nie odbyłoby się na koszt podatnika.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Delegalizacja, deratyzacja i defenestracja

17 cze 2011

Stało się. Faszyści wybrali Kamińskiego na szefa IPN. No i czy to nie jest początek pełzającego zamachu stanu? Te marsze z pochodniami, ta polityczna pedofilia, ta wszechobecna agresja wobec kochających się tak czy inaczej funkcjonariuszy Partii Miłości? Tak, temu kres położyć trzeba.

Tu już żaden kordon sanitarny nie wystarczy, tu już wyznania świeżo otrzeźwionej Joanny Kluzik-Rostkowskiej nie pomogą, tu nawet na trwogę bić nie czas. Tu przyszła pora na miłość w działaniu, w natarciu wręcz. Owszem, daliśmy im szansę, mógł się przecież ten oszalały karzeł przyznać, że ma szmergla, że leki bierze na każdą okoliczność, mógł kaftan gustowny przywdziać i sam się odwieźć do najbliższego sanatorium. Nie skorzystał.

No trudno, będzie trzeba sięgnąć po metody proponowane przez Ryśka, no, tego z „Tańca z gejami”. Premier, ech, to jego dobre serce, jak zwykle kwękoli, ale go przekonamy, że tu tylko Trybunał Stanu, delegalizacja, deratyzacja i defenestracja. Inaczej z takimi się nie da.

O higienie pamiętać trzeba, bo zaraza się szerzy. Oto w Sosnowcu rok temu urzędniczka skarbówki na wiec Kaczyńskiego poszła! Wyobrażacie sobie państwo, co by się działo w takiej Ameryce, gdyby tam jakaś starsza komisarz z ichniej skarbówki w Iowa na republikanów głosować chciała?! Toć by ją FBI, CIA i Gwardia Narodowa helikopterami po całym kraju ścigały! Zresztą ci Amerykanie dobry przykład od lat nam dają, takiego Kaczynskiego, tyle że Teda, w więzieniu trzymając. Moglibyśmy im naszego w ramach ekstradycji opchnąć.

Ale to nie u nas, niestety. U nas sosnowiecka zbrodniarka nazwiskiem Welon Grażyna na wolności chodzi, upomnienie raptem dostała. Ja tam mściwy nie jestem, ale żeby nie było, że nie przestrzegałem. Tak się faszyzm rodzi. Najpierw powoli, jak żółw ociężale, tu Ziobro ze ślubnym welonem, a Welon z Kamińskim pod ramię, a potem… Nie, dość. To się skończyć dobrze nie może.

Panie doktorze, czy ja już mogę jechać do domu? Wszystko napisałem, zdrów całkiem jestem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Łapaj wariata!

9 cze 2011

Warszawski sąd oficjalnie zapytał Jarosława Kaczyńskiego, czy nie ma szmergla. Nareszcie! Już dłużej nie będzie się wykręcał, wreszcie wszystko nam wyśpiewa.

Jak widać, akcja tworzenia kordonu sanitarnego wokół prezesa PiS wyraźnie przyspieszyła. O dziwo, do tworzenia tegoż kordonu nie zabrała się znana higienistka Joanna Kluzik-Rostkowska, ale to pewnie dlatego, że w mazurskim zaciszu trenuje okrzyki na cześć nowego już przywódcy i szykuje się do pobicia rekordu Polski (trzy partie oraz dwóch prezydentów w jedną kadencję to naprawdę niezły wynik). To nie ona. Inni sanitariusze są tu czynni.

Są czynni, ale i nadmiernie ostrożni. Dziwić musi skromny zakres wiadomości, których sąd domaga się od prezesa. Wypytuje go, czy chodzi do psychologa, neurologa lub psychiatry. No dobrze, a laryngolog to pies? Przecież ten cały Kaczyński ewidentnie przygłuchy jest, skoro nie słyszy jak mu wszyscy po dobroci tłumaczą, żeby się zmienił, zmądrzał, przeprosił.

A ortopeda, irydolog i ftyzjatra? Również ich wiedza mogłaby się okazać porażająca. Chirurg jaki albo kto mógłby skoliozę wykryć, wszak nikt nie zaprzeczy, że postawa tego typa niewłaściwa jest. Tak, tak, tym się zająć trzeba, a nie chichrać po kątach.

Albo co nam po wiadomości, jakie pigułki zażywał Kaczyński po  10 kwietnia? A jakie zażywał przed to co, nieistotne? A na co szczepiony był i czy w ogóle był? Właśnie, to sprawdzić trzeba! Jeśli nie był, to można matkę grzywną obciążyć albo i lepiej. Wszak nie uległo to przedawnieniu, jeśli podciągnie się pod zbrodnię przeciwko ludzkości. Że jak? No moi państwo, przecież taki niezaszczepiony Kaczyński mógł wścieklizną tylu ludzi pozarażać! I lisy. Ale co tam lisy, marszałek Niesiołowski jakiś taki niewyraźny chodzi, a nie, przepraszam, to inna dolegliwość.

Matkę się skaże, a Kaczyńskiego do Tworek – słuszną linię wybrała władza ludowa. A oskarżanie jej o okrucieństwo jakie albo prześladowania to czysty absurd. Tak naprawdę oni Kaczyńskiemu na rękę idą, bo jako niepoczytalny nie będzie mógł do więzienia trafić.

A przecież wszyscy wiedzą, że to on nocami ten asfalt z autostrad zrywał i schody na stadionie w poprzek postawił.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tusk dotknięty wąsami

20 sty 2011

Pamiętacie jeszcze państwo Jarosława Kaczyńskiego? Taki nieduży zakompleksiony facecik, nieznoszący sprzeciwu i oczekujący od otoczenia ciągłych hołdów?

Ileż to razy słyszeliśmy, że z partii swej wycina ostatnich intelektualistów, a zostawia miernoty. Nie masz już Zalewskiego – jest Suski, zamordował Ołdakowskiego, ostał się Jurgiel. Słyszeliśmy to po tysiąckroć i, co zabawniejsze, wszystko to prawda była.

Na szczęście jest też wzór elegancji i manier, ludzi od lat walczących z Bizancjum i klasą próżniaczą. Tam tak nie jest. Tam, jeśli się chce szefa pochwalić, czyni się to z pewną taką nieśmiałością, żeby, Boże broń, w przesadę nie popaść. Owszem, można napomknąć o „geniuszu dotkniętym przez Pana Boga”, co uczyniła intelektualna podpora prezydenta minister Nowak, można do Mojżesza porównać (Halicki), ale z umiarem, z taktem. Bo premier lizusów nie lubi.

Ale wybory idą, czas remanentów i refleksji, nic dziwnego, że i obserwacjami ze światem postanowił podzielić się magister inżynier Sepioł Janusz, z zawodu senator. Natchnęła go środowa debata w Sejmie. Popatrzył swym senatorskim okiem, objął inżynierskim umysłem i z wprawą magistra opisał, co widział i czuł. A szło to tak: „Co najmniej od czasów Piłsudskiego Polska nie miała przywódcy tak moralnie i intelektualnie górującego nad swoimi wrogami jak Donald Tusk”.

Słowa święte, bo Tusk i Piłsudski nawet z wyglądu podobni (a nie, to Komorowski), ale przecież zestawiać ich tak się nie godzi, nie macie państwo wrażenia? Sepioł Janusz miał i się poprawił. I doprecyzował: „Tuska od Piłsudskiego odróżnia bezmiar cierpliwości i taktu dla obrażających go nikczemników”.

Tak, my też podejrzewaliśmy, że ten litewski konus naszemu premierowi nie dorasta.

PS. Cóż za urocza niespodzianka! We wczorajszej „Gazecie Wyborczej” swój felieton poświęcił mi Janusz Anderman. Pisze więc ów specjalista od katastrof, jak się okazuje również lotniczych, tak: „Jeśli nie jest się specjalistą w dziedzinie katastrof lotniczych, należy [raport MAK] bezlitośnie wykpić. Tekst Roberta Mazurka w „Rzeczpospolitej” to rzecz tak cholernie zabawna, że czytelnik nie dobrnie do końca, bo wcześniej skona ze śmiechu”.

Panie Januszu, strasznie panu dziękuję. I trochę mi głupio, bo zrewanżować się za komplement nie mogę. Do końca pańskiego felietonu bowiem nie dotarłem. Wszak nuda bywa śmiertelna.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Po nich choćby potop

12 sie 2010

Gdy w 1940 roku Winston Churchill ledwie odparł wielką armadę Luftwaffe, choć wojna z Hitlerem wcale nie wyglądała na wygraną, to już martwił się nie tylko o sytuację na frontach, ale i o nowy, powojenny ład

W czasach gdy Donald Tusk ogłasza, że nie będzie się przejmował losem przyszłych pokoleń, bo żyje się tu i teraz, a Jarosław Kaczyński owo „tu i teraz” sprowadza do zemsty za brata, oczekiwanie od polskich polityków dalekowzroczności Churchilla wygląda jak kpina. Do opisania tych radosnych dni sierpniowej krucjaty spod pałacu bardziej niż Mickiewicz („Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem…”) przydałby się więc wieszcz Witkacy piętnujący bodaj w „Niemytych duszach” polski aprenuledelużyzm. Cóż, najwyraźniej myślenie o polityce w kategoriach wykraczających poza następny sondaż przekracza możliwości naszych mężów stanu.

W takich chwilach największym przekleństwem felietonisty staje się pamięć. Trudno na przykład zapomnieć, że 20 lat temu Kaczyński nazywał ZChN najkrótszą drogą do dechrystianizacji Polski. Albo to, iż jeszcze trzy lata temu ten sam prezes PiS cicho, a posłowie jego partii głośno, przekonywał, że spełnienie postulatów Marka Jurka o bezwzględnym zakazie aborcji otworzy drzwi do władzy zapaterowskiej lewicy (dokładnie tego zwrotu używali!), bo wyborcze wahadło z jednej skrajności odbije w drugą. „I wtedy nie tylko kompromisu antyaborcyjnego nie będzie, ale nam jeszcze adopcję dzieci dla małżeństw gejowskich dorzucą” – przekonywał jeden z dzisiejszych talibów. Mniejsza o nazwisko dżentelmena, bo dziś wyrzucanie hipokryzji pisowcom z ich prezesem na czele stało się wręcz narodowym sportem.

Powtarzanie, że w sprawie awantury krzyżowej zawinili wszyscy, to banał i nieprawda, bo nie wszyscy i nie w równym stopniu. Faktem jest jednak, że korzystają na niej wszyscy. I dopóki korzystać będą, to nawoływania o opamiętanie są głosem wołającego na puszczy. Na razie polscy politycy nie pamiętają – tu znów odwołam się do słów Churchilla – o tym, że trzeba nie tylko przeciwnika pokonać, ale i z pokonanym nauczyć się żyć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Przyjaciele pana W.

29 lip 2010

Dzieje się tak wiele dobrego – przekonywał ponad miesiąc temu w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Wojciech Mazowiecki. Niestety, byłem na to dobro ślepy.

Ale przecież tak wiele się zmieniło na lepsze. Już nikt nikomu krzesła nie wyrywa, o samolot się nie kłóci, do Gruzji guza szukać nie jeździ. Ludzie zakasali ręce i wespół w zespół wzięli się do pracy. Panuje cudowna spójnia i jedność. Jedność Łowiecka chciałoby się rzec.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Nauczyciele dostali już 30 procent podwyżki, a przecież to dopiero początki, i jeszcze dostaną, oj, dostaną. Pielęgniarki uradowane umową podpisaną z panią minister też swoje dostaną, a przecież już mają co do garnka włożyć, już niestraszne im drogie, kaczystowskie jabłka. Emeryci mundurowi czekają na swe sute świadczenia. Cieszą się graficy i fotograficy, zacierają ręce szklarze i ramiarze, wszak już wkrótce, gdy tylko portrety drogich przywódców zawisną w każdej ambasadzie, szkole, domu, zleceń będą mieli co niemiara…

Więc ja się pytam, czy Kaczyński jakąś drogę w tym czasie zbudował, czy on się w ogóle nimi zajmuje? Oczywiście, że nie. On jątrzy. A pan prezydent nie tylko drogi, ale i w tabloidach żeglarstwo promuje. I równouprawnienie kobiet – on siedzi na łódce, a pierwsza dama za sznurek ją ciągnie.

Zniknął język nienawiści i dzielenie Polaków. Już się mury pną do góry na budowie nowej, obiecanej włocławianom, tamy na Wiśle. Patrzcie, ludzie, to zgoda buduje! Jak grzyby po deszczu powstają schetynówki. Od 4 lipca przybyło nam 50 kilometrów autostrad i codziennie przybywają dwa całkiem nowe długaśne kilometry.

Gdzie?! – spytają państwo. Ba, ja też chciałbym to wiedzieć, ale władza nie chce nas, zajętych urlopami, takimi drobnostkami kłopotać, a media… Ech, szkoda gadać! Nie mogą się pogodzić z klęską PiS i milczą jak zaklęte o lipcowych cudach nad Wisłą. W nich cięgiem tylko Kaczyński to, Kaczyński tamto, liberałowie i talibowie, demokraci i frustraci. Że w TVPiS to zrozumiałe, ale wody w usta nabrały również stacje prywatne i o realizowaniu obietnic wyborczych nawet nie wspomną. Czekajcie, już o waszej kreciej robocie Fundacja Batorego raport przygotuje, już się Krajowa Rada wszystkiego dowie.

I to mają być przyjaciele pana Wajdy?!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Maria świadomy macierzyństwa

10 cze 2010

Zwykle o tej porze, czyli tydzień przed wyborami, słychać głosy intelektualistów zniesmaczonych brutalnością kampanii. A tym razem nie

I to nie tylko dlatego, że to łazienkowska elita sama dała do wiwatu tak, że politykom w pięty poszło. Tym razem jest grzeczniutko. Po prostu szkółka sióstr bronisławianek.

Za to jest całkiem pociesznie. Mój faworyt, Bogusław Ziętek, w kraju cieszy się co prawda poparciem wyłącznie najbliższej rodziny, ale za to chętnie głosowaliby na niego Noam Chomsky, Ken Loach oraz autorytety ze Sri Lanki i Martyniki. A nawet, zaryzykowałbym twierdzenie, wyłącznie oni. Andrzej Olechowski nadal obrażony na rodaków, że nie chcą podarować mu prezydentury, przez aklamację namawia ich teraz, by „wybrali swoją zamożność”. Cóż, skoro oni akurat woleliby wybrać zamożność Olechowskiego, choć niekoniecznie jego samego…

Urzeka również kampania Kaczyńskiego, którego sztab udowadnia, że Jarosław przyda się nie tylko całej Polsce, ale wręcz każdej rodzinie. Wiemy już wszak, że lider PiS jest nie tylko świetnym babysitterem, ale i potrafi sadzić dęby. A sądząc z wyników, jakie zyskuje w zakładach karnych, bandyci boją się go bardziej niż parki rozwścieczonych dobermanów. Nawet jeśli kompetencje te nie przekonają rodaków, by na niego głosować, z pewnością zainspirują jakiegoś wielmożę, by zaproponować mu posadę ochmistrza. Choć nie jestem pewien, czy akurat taki efekt sztabowcy chcieli osiągnąć.

Bronisław Komorowski z kolei pogrążony jest w rozpasanej konsumpcji. Apetyt ma – trzeba przyznać – jak pułk wojska. Bo to nie tylko dziczyzna, co to ją pan hrabia pewnie ma jeszcze zamrożoną, ale i wypady z matką oraz żoną do restauracji, tudzież domowe obiady, którymi nie omieszkał się pochwalić w telewizji. A jeśli chwilowo nie je, to spaceruje. Ale nawet wtedy opowiada o czereśniach.

Jednak najwięcej o Komorowskim powiedział niedawno jego przyjaciel, którego nazwisko w tym miejscu nigdy nie padnie, reklamując marszałka jako osobę „świadomą swojego macierzyństwa”. To piękne. I trzeba przyznać, że dopiero w tym kontekście drugie imię Bronisława Marii nabiera zupełnie innego znaczenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

iPod i sztucer

20 maj 2010

Będzie super. Zdaniem speców od politycznego marketingu Polakom jako prezydent potrzebna jest albo superniania, albo supermaczo

I tak też sztaby swych kandydatów pozycjonują. Jarosław Kaczyński miał jak dotąd ledwie dwie ustawki w tabloidach, ale za to obie z dziećmi – a to z bratanicą i jej córkami na plac zabaw chodzi, a to na Pierwszą Komunię z iPodem zawita, a to trzylatka na ręce weźmie. Rozumiem, że wizerunek największego twardziela polskiej polityki trzeba nieco ocieplić, ale jak zrobicie z niego państwo babysitter, to nikt w to nie uwierzy, naprawdę. Bo babysitter, o czym każdy rodzic wie, musi mieć komórkę.

Za to sztab kandydata drugiego postanowił swoje ciepłe kluchy utwardzić i czyni to z podziwu godną konsekwencją, a gdy na drodze do wyrazistego image’u napotyka tenże sztab granicę śmieszności, to pokonuje ją ułańską szarżą. Miły, sympatyczny, wąsaty pan poszedł więc w odstawkę. Przybył supermaczo, który przed niczym się nie cofnie. A to pieprznym żartem rzuci, a to wiejską dziołchę w stroju ludowym obtańcuje, a to Dunki, którym się we łbie przewraca i służą w armii, pieszczotliwie kaszalotami nazwie. A jak, baby do garów, dziczyznę oprawiać!

Pan Bronisław Maria herbu Korczak, grzecznościowo tytułowany hrabią, zwierzęta bowiem lubi, ale tylko dobrze oprawione. Co prawda ostatnio zarówno rodzina, jak i Schetyna sugerują, by na dziczyznę raczej z lunety spoglądał, na co marszałek godzi się niechętnie. Wzrok ma wszak niezły, ale co tam, luneta też się nada. Byle do sztucera ją dobrze przytwierdzić.

O ile sztab 61-letniego Kaczyńskiego odmładza go, pokazując z dzieciarnią, o tyle trzy lata młodszego Komorowskiego trzeba na gwałt postarzyć. Patyny nadać mu mają wizyty w muzeach. Po trzy dziennie. Z pobieżnych rachub wynika, że marszałkowi do zwiedzenia zostało już tylko muzeum kolejnictwa i dymarki. Ale to w Góry Świętokrzyskie trzeba dymać, nie wiadomo, czy się okazja nadarzy.

Tym bardziej że najlepszy skansen miał pod ręką. W Łazienkach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kłopotliwe słowo na „ch”

6 maj 2010

Głównym kryterium oceny kandydatów stała się w tej kampanii charyzma. Charyzma to owe „coś”, co odróżnia męża stanu od Sławomira Nowaka, to feromon, który brzydkim, grubym i brodatym politykom pozwala uwodzić tłumy.

Charyzmę, jak wiadomo, liczy się w komorach. Większość kandydatów to stworzenia jedno- i dwukomorowe. Ale nie wszyscy. Jest jeden, nazwijmy go Charyzmaczyński, którego szczególną moc zachwala w każdym wywiadzie jego szefowa sztabu. Bez wątpienia słusznie prawi, albowiem egzemplarz ten działał dotychczas jak magnes. Tyle że odwrócony i zamiast przyciągać, wiele opiłków elektoratu odpychał. Czy uda się tę usterkę w krótkim czasie usunąć? – to najciekawsze bodaj pytanie tegorocznej batalii.

Jest też faworyt, kandydat Charyzmatowski, składający się wyłącznie z charyzmy i wąsów. To model nowoczesny, dostosowany do wyśrubowanych przez Hermana Van Rompuya standardów europejskich. Jego charyzma nie oślepiała dotychczas swą mocą, tembr głosu nie zniewalał tłumów. Ale to pozory. Wspomniany Belg też przypomina oponentom bankowego urzędniczynę o charyzmie mokrej ścierki, a jednak został kimś na kształt prezydenta Europy. Nasz Charyzmatowski został kimś na kształt prezydenta Polski.

Szczerze mówiąc, pojawiające się zarzuty, że nie wykazał w czasie żałoby wystarczającej empatii, że nie przeżywał jej choćby tak jak premier, uważam za drugorzędne. Za to za absolutnie przerażającą uważam jego wypowiedź na temat walających się po smoleńskim lesie szczątków. Apelował on o „zachowanie umiaru w tworzeniu atmosfery, że oto gdzieś znaleziono kawałek ubrania”. „To nie jest wielki problem” – oznajmił z wysokości swego urzędu.

Naprawdę byłby pan gotów powtórzyć to na przykład żonie Arama Rybickiego? Że w końcu to tylko mankiet? Albo żonie Grzegorza Dolniaka? Nie rozumie pan, że nie chodzi tu nawet o sentymenty, ale o majestat państwa? Wie pan, panie marszałku, gdyby tam rozbił się air force one, to Amerykanie przeczesaliby im całą gubernię, policzyliby wszystkie wiewiórki i niedźwiedzie.

Rozumiem, że nie ma pan do tego głowy. Że jedzie pan do Moskwy, że pali znicze z Wajdą. Niech pan jedzie, niech pan się jedna, naprawdę. Tylko niech się pan już nie odzywa. Przynajmniej w ten sposób.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop