W poszukiwaniu piątej klepki

09 mar 2012

Nie wiem, czy to jakaś koniunkcja między Marsem a Uranem, klątwa Majów czy po prostu rok przestępny. Dość powiedzieć, że politykom i celebrytom znacznie się pogorszyło. I to hurtem.

Tak, kiedyś było inaczej. Dziesięć lat temu Justyna Steczkowska tak głęboko przeżywała śmierć ojca, że musiała opowiedzieć o tym światu. Jej wyznania redakcja „Vivy” zilustrowała sesją zdjęciową na Powązkach. Co prawda tata pani Justyny spoczywał od trzech lat w Stalowej Woli, ale widocznie ból córki był tak silny, że łkała na każdej nekropolii. Za wyczyn ten redakcję uhonorowano tytułem Hieny Roku.

Dziś dostaliby może nie od razu Orła Białego, ale Krzyż Zasługi na pewno. Dziś bowiem w ramach nekrolansu połowa polskiego Sejmu postanowiła poinformować nas, że cudem uniknęła śmierci w katastrofie pod Szczekocinami. Palma pierwszeństwa odbiła tu ministrowi Gowinowi, który nie tylko sam niemal pożegnał się z życiem, ale i syna umieścił w pociągu jadącym z naprzeciwka. O siostrzeńcu Gibale o dziwo nie wspomniał.

Poszedł tu Gowin w ślady niestrudzonych rodziców zmarłej Magdy z Sosnowca, którzy w towarzystwie fotoreporterów i detektywa R. odbywają teraz tournée po kraju. Papa, żeby go nie rozpoznawano, przefarbował nawet włosy. I zaraz potem pomknął ten nasz mistrz kamuflażu prosto na konferencję prasową.

Z kolei o miano Aborterki Roku zmagają się dwie damy. Zaczęła Maria Czubaszek, która nie przestaje dziękować losowi, że ciążę przerwała dwukrotnie. Jej rówieśniczka Krystyna Mazurówna wydawała się na straconej pozycji – nie dość, że mniej znana, to jeszcze z wyznaniami się spóźniła. Przebiła więc Czubaszek liczbą aborcji i napomknęła o kilku. Drogie panie, kto da więcej?

Nekrolans i abortlans mają może większy ciężar gatunkowy, ale opowieści Kwaśniewskiego i Oleksego o płukaniu jelit też są smaczne. No może to złe słowo, powiedzmy, barwne. Najdalej w gastrolansie zabrnął Ryszard Kalisz, zapewniając jednocześnie, że jego wywiady o lewatywach służą… dobru chorych.

Nie wiem, co chorego ma Kalisz, ale zapewne nie jelita. Mniejsza z tym, czas zadbać o siebie. Wszak bez fascynującej opowieści nigdy nie zostanę kimś. Ojciec mnie, niestety, nie molestował, ale przecież i ja mogłem być w tym pociągu! Poza tym piję i biję dzieci, żonę oraz sąsiadów. Spałem też z księdzem, co ja mówię z księdzem, z kardynałem! Ciąży mi nie usunięto, ale ząb owszem.

Tylko czy to wystarczy? Czy ja też mógłbym zostać sławny?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wyżej Muchy nie podskoczysz

02 mar 2012

Patrząc na działania ministry sporty (skoro ta „ministra”, to i ta „sporta”), człowiek staje przed dylematem nieśmiertelnego Leszka z „Daleko od szosy”. Ten, pytany przez wielkomiejskiego bubka, co chciałby studiować, powiedział, że kulturę i sztukę. „Bo nie wiem, jak przy takiej sztuce zachować kulturę” – wyjaśnił zbaraniałemu.

Zachować powagę przy Joannie Musze/Mucha/Muchu (niepotrzebne skreślić) to wyzwanie nie lada. Dama ta swą piramidalną niekonsekwencją podbijała świat od dawna. W poprzedniej kadencji nie tylko pozwalała, ale wręcz pławiła się w szowinistycznych tekstach o „najpiękniejszej posłance”. Wywiady, sesje zdjęciowe, kolorowe magazyny, ba, przebieranka za Larę Croft – to był jej żywioł. Ale kiedy przyszły wybory, nasza sejmowa modelka porzuciła wybieg, wyciągnęła z szafy zakurzony dyplom i przedstawia- ła się już jako „doktor Mucha”.

Teraz wyszło podobnie. Po zapowiedziach, że na leczenie 85-latków forsy marnować nie będzie, ministrem zdrowia zostać nie mogła. Poczucie humoru Donalda Tuska sprawiło, że skoro ona wolała transport, a Sławomir Nowak sport, to przydzielił im resorty odwrotnie. Dlatego Mucha nie przekonuje nas, że ma o tym, czym przyszło jej się zajmować, najmniejsze pojęcie. Ona wraz z licznym gronem klakierów przekonuje nas, że za kpinami z niej stoi samczy rechot.

Tak zupełnie notabene – jak zwykła mawiać pani doktor minister – gdyby była ona ziobrystką albo i z PiS, można by nazwać ją „bitą chamicą”, jak raczył się wyrazić o Beacie Kempie w obecności tuzów dziennikarstwa Tomasz Wołek, a pies z kulawą nogą nie stanął w jej obronie, ale tak? Kpić, że feministka nie ma pojęcia, co to superpuchar? Toż to maskulinistyczne chamstwo! Że na dyrektorskich stolcach osadza fryzjera (o, pardon, właściciela salo<t0>nów) czy pannę od Młodych Demo- kratów, która starszym kolegom pomagała dostawać publiczne kontra- kty? Polityczne zacietrzewienie.

Muchy pytać o cokolwiek nie ma sensu, ale jej obrońców warto: skoro minister razi niekompetencją, to czy można mu ją wytykać? A jeśli minister jest kobietą? Albo transseksualistką, gejem czy Murzynem? Bo jeśli nie, to Tusk powinien czym prędzej zrobić ministrem zdrowia przemiłego posła Godsona, sprawy wewnętrzne dać Grodzkiej, a stosunki zagraniczne Biedroniowi.

I kto mu wtedy podskoczy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Badacz socjalizmu i syfilisu

24 lut 2012

Legenda opozycji, bard „Solidarności”, idol Kaczmarskiego, badacz socjalizmu i syfilisu skończył kilka dni temu, trudno uwierzyć, 70 lat. O urodzinach Jana Krzysztofa Kelusa nie zająknął się pies z kulawą nogą…

O, przepraszam wspomniał go portal 300polityka.pl, którego twórcy skądinąd nie mają prawa Kelusa pamiętać. Ja sam biłem się z myślami, czy napisać o nim w ostatni wtorek, gdy Janek obchodził urodziny. Stchórzyłem, bo on je zapewne obchodził, tyle że z daleka. W końcu jednak postanowiłem zaryzykować życie, trudno, najwyżej mnie Janek za tę laurkę zabije.

Młodziaki nie wiedzą zapewne, kim jest ten starszy pan, a i ciotka Wikipedia niewiele im podpowie. Kelus poszedł do więzienia w 1969 roku za przenoszenie książek paryskiej „Kultury” przez Tatry. Groziło mu najmniej pięć lat więzienia, ale wyszedł po dziewięciu miesiącach. „Próbowałem pamiętać co dzień, że nie tyle ważne kiedy, ale jaki wyjdę stąd” – śpiewał o tym paskudnym doświadczeniu, a słowa te stały się mottem dla wielu późniejszych więźniów politycznych.

O dziwo, znalazł po więzieniu pracę, i to jako socjolog w… Instytucie Wenerologii. – Prowadziłem tam program badawczy nazwany roboczo „Syfilis a socjalizm” – opowiadał mi rok temu w wywiadzie. Skończyło się to dla niego doktoratem i wyrzuceniem z pracy. Już wtedy Kelus nie tylko śpiewał, ale i wydawał swoje kasety poza oficjalnym obiegiem, prosząc o przesyłanie zapłaty pod wskazany adres.

Kelus nigdy nie pisał protest songów, raczej melancholijne, choć niepozbawione poczucia humoru („Piosenka o jeżach”) wiersze, czasem zahaczające o politykę. Ten niebywale skromny człowiek nie wierzy w ich aktualność ani w to, że mogą ich słuchać ludzie młodsi od niego o lat kilkadziesiąt. Naprawdę nie wiem, jak go przekonać, że jest w błędzie. Przekonywać go, żeby wystąpił choć raz jeszcze, nawet nie będę próbował. Kiedyś prosili go o to pracownicy IPN, którzy chcieli w ten sposób uświetnić urodziny prezesa instytutu Leona Kieresa. Niestety, Kelus zamiast swojego koncertu zaproponował występ striptizerki. Ale nie byle jakiej, bo pamiętającej czasy KOR…

Przyznaję, nie potrafię o nim pisać. Mogę Ci tylko, Janku, powiedzieć, że dla takich wywiadów jak ten, który z Tobą zrobiłem, chce mi się jeszcze być dziennikarzem. A miód z Twojej pasieki jest najlepszy na świecie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Stalowych nerwów życzę

17 lut 2012

Są rzeczy, których papier nie odda. Na przykład urody ostatniego wystąpienia sejmowego ministra finansów. Ten czarujący, szpakowaty pan, który mógłby siłą głosu odstraszać ptactwo na lotnisku, człowiek wielu imion i nazwisk (na oficjalnej stronie swego resortu figuruje jako „Jan Vincent-Rostowski vel Jacek Rostowski”), tak więc minister Jan, Vincent, a choćby i Jacek postanowił pouczyć opozycję. Trud to daremny, bo to ćwoki, racjonalnych argumentów nie pojmą. Ograniczył się więc do krótkiego komunikatu, że mu za nich wstyd. I wygłosił go fortissimo.

I tu łączy nas z nim nić, by nie powiedzieć platforma, porozumienia. Nam też za tę opozycję, bandę darmozjadów i nierobów, wstyd. Czymże się oni zajmują dniami całymi? Wstanie taki z rana i knuje, i jątrzy, piach w tryby sypie, a wieczorem jeszcze ozorem po próżnicy w telewizorze kłapie. Nic dziwnego, że człowiek nawet angielskiej flegmy może cierpliwość stracić. A Jan Vincent Jacek etc. i tak długo się trzymał.

Dłużej nawet niż premier. Już od kilku dni gazety głosiły, że z kancelarii szefa rządu dochodzą gniewne pomruki, które w końcu przerodziły się w ryk: „Precz z ACTA!” – zawył premier i stanął na czele ogólnoeuropejskiego marszu bojowników o wolność słowa w Internecie. I wszyscy zachwyceni. Mnie tylko żal Stefana Niesiołowskiego, który swego czasu każdego przeciwnika ACTA nazywał pieszczotliwie „idiotą”. Biorąc pod uwagę, iż za sugerowanie Donaldowi Tuskowi niedoboru jodu (czytaj: matołectwo) można było zarobić pół roku mamra, to z panem Stefkiem pożegnamy się zapewne na dłuższą chwilę.

W kraju, w którym jednego dnia w parlamencie szału dostaje minister finansów, minister gospodarki i wicepremier ogłasza, że na żadną emeryturę nie liczy, tylko na wdzięczne dzieci i swe oszczędności, a premier staje na czele manifestacji przeciw sobie, musi być wesoło. No, skoro musi, to i jest. Nawet bardzo.

Tylko, skoro wesoło, to po co te nerwy? Bezlitosny Google podaje, że znalazł prawie milion stron z hasłem „Tusk się wściekł”. To i tak nic – „Tusk się zdenerwował” wyceniane jest na jakieś pięć i pół miliona stron.

No cóż, szanowni państwo, stalowych nerwów życzę. Przydadzą się, wszak ta kadencja potrwa jeszcze cztery lata.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Muchołapka

10 lut 2012

Media zniszczyły człowieka. Sami widzieliśmy przez ostatnie kilka dni ten prasowy lincz i musimy uderzyć się we własne piersi. Zaszczuliśmy, obrzuciliśmy obelgami, opluliśmy. Dobrze, że minister Mucha wreszcie zabrała głos i powiedziała to wprost.

A przecież pohańbiony wicedyrektor Centralnego Ośrodka Sportu imć Wieczorek nie tylko nie jest żadnym fryzjerem, jak dramatycznie zapewniał w telewizji, ale nawet „nigdy w życiu nie miał nożyczek w ręku”. Swoją drogą dramat człowieka, któremu nawet w przedszkolu i podstawówce nie pozwolono wycinać, musi być tak wielki, że mąż ten, w ramach kompensacji, sam postanowił wyciąć nam niezły numer, biorąc robotę, na której się ni w ząb nie zna. Broni się przy tym, że kompetencji ma tyle co salonów fryzjerskich, ale – jak zapewnia jego ministerialna promotorka – to te pierwsze zdecydowały. Dobra, dość kpin.

Jeśli w całej tej historii coś jest naprawdę żałosne, to – oprócz kompetencji nowego dygnitarza – fakt, że media rzuciły się wyłącznie na słowo „fryzjer”. Gdyby był księgowym, mógłby sobie jako wiceminister odpowiadać i za policję, a co tam, ale fryzjer?! Hańba!

Ja jednak wolałbym, by uroczą panią minister, która, jak zauważył jeden z dziennikarzy, wprowadziła do naszego życia publicznego „całkiem nowy wymiar ignorancji”, spytano, skąd ona imć Wieczorka wytrzasnęła? I jakim cudem ot tak, po uważaniu, bez konkursu usadowiła go na dyrektorskiej posadzie? Oczywiście nikt Muchy o to nie pytał, bo też i wszyscy wiemy. Ona po prostu zatrudniła kumotra. Mało tego, jest teraz dumna, bo nowy dyrektor będzie jej szczerze oddany i wierny.

Tak łatwo przyzwyczailiśmy się do tego, że każda władza obsadza posady swoimi ludźmi, że nawet gdy znajdzie się taka, jak ta, która bije przy tym rekordy bezwstydu,  to nie wzbudza to już naszego oburzenia. O wicedyrektorze pisali już wszyscy. I nic. Głos zabrał nawet premier. Powiedział, że po efektach wieczorkowej pracy przekonamy się, czy się do niej nadawał. Pytana z kolei o swe kompetencje minister Mucha rzuciła z rozbrajającym uśmiechem, że się dopiero uczy.

Rozumiem i popieram. Ale czy naprawdę nie taniej byłoby w szkole?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rutkowski ante portas

03 lut 2012

Nie wiem, co tak naprawdę stało się z półroczną Magdą, nie wiem, co stało się z jej matką. Ale wiem, że z polskim państwem stało się coś strasznego, skoro musiał je wyręczyć taki pozer jak Krzysztof Rutkowski.

Wiem, że od blisko dwóch tygodni cała Polska żyła sprawą – wtedy jeszcze mówiono – porwania dziewczynki. Zaangażowano ogromne siły, dziesiątki policjantów i najlepszych śledczych. Dla prokuratury był to priorytet, dochodzenie przeniesiono z Sosnowca do Katowic, uruchomiono najbardziej doświadczony zespół fachowców ze wszystkich możliwych dziedzin. I nic.

Aż tu nagle zajechał On i wszystko się odmieniło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Na konferencji prasowej transmitowanej przez wszystkie możliwe telewizje nasz swojski żigolo w ciemnych okularach, acz bez ekszakonnicy u boku, brylował. W charakterze dekoracji ustawił za sobą uzbrojonych i zamaskowanych komandosów z bronią. Był wszędzie, a tam gdzie on, tam i kamery oraz tłumy wpatrzonych weń dziennikarzy płci obojga.

Można by na tej kpinie z piramidalnego lansu dla gospodyń domowych poprzestać, gdyby nie drobiazg. Otóż Rutkowski wygrał! Pisząc te słowa, nie wiem, czy jego wersja w pełni się potwierdzi, ale już wiadomo, że dokonał przełomu w śledztwie.

Wszystko świetnie, tylko rodzą się pytania. Co robiły w tym czasie prokuratorskie asy? Gdzie ci wybitni policyjni śledczy? Jak to możliwe, że tabuny prawników i psychologów, kryminalistów i fachowców  z wieloletnim stażem nie były  w stanie przez tydzień porządnie przesłuchać rodziny dziecka,  a technik mechanizacji rolnictwa  i ekszomowiec Rutkowski dokonał tego w dwa dni? Jakim cudem i jakim prawem mógł on jednocześnie śledzić, przesłuchiwać, przeszukiwać i prowokować? Prokuratura  i policja nie miały w tym czasie  do matki żadnych pytań?

Jeśli w tak medialnej, głośnej  i prestiżowej sprawie wymiar sprawiedliwości okazuje się słabszy niż lanser, to kto prowadzi śledztwa pomniejsze?! No chyba że Rutkowski jest po prostu geniuszem. Że mechanizacja rolnictwa, ZOMO i MO, szemrane towarzystwo i sejmowa kompromitacja były tylko przykrywką dla tego wyrastającego ponad poziomy wizjonera.

No, ale jeśli tak, to pakuj się pan, panie Seremet. Rutkowski nawet Smoleńsk w kwadrans wyjaśni.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ziobryści jeszcze biegają, ale mogą tylko szczypać

31 sty 2012

Czy Polacy zbuntują się przeciw pakietowi klimatycznemu, tak jak buntują się przeciw ACTA? Na to liczą ziobryści i rozpoczynają ofensywę przeciw nowym przepisom

Dziś ziobryści są jak kogut z odciętym łbem: jeszcze lata i pełno go wszędzie, ale perspektywy ma raczej ponure. PiS się nie rozpadł, wyborcy nie pokochali nowej grupy na zabój, stąd pomysł na wielką, europejską ofensywę. Solidarna Polska będzie więc wiosną zbierać podpisy przeciw pakietowi klimatycznemu i jeśli zbierze ich milion z co najmniej siedmiu państw, to sprawą będzie się musiała zająć Komisja Europejska.

Czy jednak walka z pakietem klimatycznym może kogokolwiek porwać? – Od stycznia przyszłego roku prąd, ogrzewanie i ciepła woda podrożeją o połowę – Ludwik Dorn jest pewien, że Polacy zrozumieją, iż to nie abstrakcja, ale obrona ich portfeli.

Wybranie akurat takiego celu pozwoli Solidarnej Polsce ukryć jej największą słabość, czyli marną reprezentację w kraju. Jej klub parlamentarny składa się albo z polityków anonimowych lub bezbarwnych (Dera, Jaki, Mularczyk), albo – nazwijmy to oględnie – lubianych inaczej (Kempa, Wróbel). Wyjątkiem jest coraz bardziej ekscentryczny Ludwik Dorn, ale ten tak bardzo dba o swą autonomię, że trudno go z ziobrystami utożsamiać. Jeśli jednak głównym polem bitwy miałaby być Bruksela, to Solidarna Polska trafiła celnie.

Ziobryści wiedzą, że dla nich to właśnie wybory europejskie (wiosna 2014 roku) są najważniejsze. I to nie dlatego, że – jak złośliwie twierdzą politycy PiS – cała ta partia powstała tylko po to, by trzech eurodeputowanych mogło raz jeszcze wejść do Parlamentu Europejskiego i pobierać sute pensje. Po prostu będą to dla Solidarnej Polski pierwsze prawdziwe wybory. Jeśli przekroczą próg, znajdą się na fali – Ziobro mógłby stanąć wiosną 2015 roku przeciw Kaczyńskiemu w wyborach prezydenckich, a cała partia wejść do Sejmu. Jeśli przegrają, znikną jak PJN.

Dlatego na swój sukces pracują już dziś. ACTA, porwanie półrocznej dziewczynki z Sosnowca, szkoły – nie ma dnia, by Solidarna Polska nie urządziła konferencji prasowej i nie przedstawiła pomysłu zmian w prawie. Cel jest jeden – odwrócić sondaże i odebrać głosy PiS.

Wyborcy głosują na jakąś partię albo kierując się sercem, albo rozumem. Klucz do emocji na polskiej prawicy ma jednak Jarosław Kaczyński i na tym polu ziobryści nie pokonają PiS. Apelują więc do rozumu. – Kaczyński zawsze przegra, niczego wam nie załatwi – mówią wyborcom. Biorąc jednak pod uwagę, że sami są maleńkim, opozycyjnym klubikiem i nie mają nawet tylu posłów, by żądać odwołania ministra, to argument ze skuteczności jest ryzykowny.

Ludwik Dorn wierzy jednak, że nie wszystko stracone. Z 30 procent głosów, jakie dostał PiS, dwie trzecie to, jego zdaniem, głosy oddane wyłącznie z powodu Kaczyńskiego, i ci wyborcy pozostaną przy nim na wieki wieków. – Ale pozostałe 10 procent to głosy na prawicę jako taką i są do odwojowania – kalkuluje były trzeci bliźniak.

Wynika z tego, że tak jak lewicę trawić będzie walka Palikota z SLD, tak na prawicy szczypać się będą ziobryści z PiS. A rząd? A kto by tam miał do niego głowę!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sekta i kult prezydenta

27 sty 2012

Śmierć ukochanego przez niektórych prezydenta odbiła się ogromnym echem na świecie. W kraju kontrowersyjny, nielubiany, uznania tłumów doczekał się dopiero po śmierci. Za granicą wzbudzał szacunek większy, choć bądźmy szczerzy, do masowego uwielbienia było daleko.

Nic dziwnego, że na jego pogrzeb zjechali politycy z całego świata, a te kilka nieobecności uznano za poważny nietakt. Wydawało się, że stolica będzie umiała swego prezydenta uhonorować. A jednak nie.

Byłoby łatwiej, gdyby nie ci jego zwolennicy… Ślepi na argumenty, histeryczni, chcący wykorzystać śmierć do swej politycznej reanimacji. Budzi to zrozumiałą niechęć i tylko pogarsza sprawę. Hm, czasem naprawdę trudno nazwać ich inaczej niż sektą. „Miłośnicy prawdy budują jego kult” – czytamy w prasie.

Formalnie nic nie stoi na przeszkodzie, by głowę państwa upamiętnić. Pojawiają się kolejne pomysły. Lotnisko ma jednak swoją nazwę, a poza tym z oczywistych powodów nazwanie go imieniem prezydenta byłoby niestosowne. Jakaś większa ulica? Wszystkie też są przecież nazwane, a poza tym te straszne koszty… A zresztą, jak zapewniają władze miasta, nikt oficjalnie nie wystąpił z taką propozycją.

Pomnik w centrum też raczej odpada, bo to przecież zabytki, a tam, gdzie zwolennicy zmarłego prezydenta chcieliby go postawić, stoi przecież inny historyczny monument. Można by nazwać jego imieniem jakiś znany budynek, ale to z jednej strony za mało dla fanatycznych zwolenników, a z drugiej i tak pomysł taki napotyka biurokratyczne przeszkody. Nic dziwnego, że przy tym tempie załatwiania sprawy mieszkańców stolicy zawstydziła zagranica – tam jego imieniem już nazwano ulice, place…

Trudno w tym wszystkim nie dopatrzyć się zwyczajnego szukania pretekstów, wszyscy wszak wiedzą, że zarówno władze miasta, jak i całego kraju darły ze zmarłym prezydentem koty. Formalnie był co prawda bezpartyjny, ale wszyscy wiedzieli, że jednoznacznie sympatyzuje z opozycją. Efekt? Ani lotniska, ani ulicy, ani pomnika, ani budynku. Nic. Tak, Praga nie potrafi uczcić Vaclava Havla – żali się w dużym artykule „Gazeta Wyborcza”.

A to przecież już ponad miesiąc od śmierci.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pyzy w filharmonii

20 sty 2012

Lubię czasem wpaść do filharmonii, bo to, wiadomo, ogrzać się można, toaleta darmowa i w szatni nie kradną. A nawet wyszynk mają.

Niestety, cuda te wszystkie są zabiletowane, co w warszawskich warunkach oznacza, iż przeznaczone są wyłącznie dla braminów i pozostałych kast wyższych. My, pariasi, możemy sobie postać w poczekalni. Stąd moja prośba do dyrekcji filharmonii, by jednak ten punkt z wyszynkiem bliżej kas biletowych przestawić.

A teraz serio. Każdy, kto próbował kupić bilet do filharmonii na któryś z ciut bardziej „gwiazdorskich” koncertów, wie, że to niemożliwe – ani w przedsprzedaży, ani w ostatniej chwili, nie można też liczyć na wejściówki. Nic, nul, zero. Wyprzedane albo rozdane sponsorom. Skądinąd melomani o takich sponsorowanych koncertach opowiadają sobie potem urban legends, jak to paniom prezesowym grają w torebeczkach komórki (ale tylko muzykę poważną), a panowie biją brawo zawsze wtedy, kiedy nie wypada.

Internet, podpowiadają państwo? Abstrahując od tego, że nie można tam kupić biletów zniżkowych dla pacholąt, musiałby on działać, a nie wysyłać komunikat, że niestety, z przyczyn oczywiście od filharmonii niezależnych, kupić się nie da. Każdy, kto próbował wykupić karnet dziecięcy na niedzielne poranki  z ciocią Jadzią, wie, że towar to dostępny już nie dla braminów, ale maharadżów wręcz. Każdy, kto  próbował… Dobra, muszę tę wyliczankę kontynuować?

Ktoś mógłby pomyśleć, że skoro  finansujemy z budżetu filharmonie, to powinniśmy uczynić je dostępnymi dla obywateli. Ktoś mógłby wpaść na pomysł: zróbmy koncertów więcej. Tak, wiem, Martha Argerich nie będzie występować codziennie, ale każdy, kto ma choć blade pojęcie o organizacji koncertów (a moja pierwsza etatowa praca polegała właśnie na tym), wie, że czasem łatwiej gwiazdę zakontraktować na kilka występów niż jeden. Że czasem uda się ją nawet namówić na występ nie tylko w Warszawie, że… Dobra, zostawmy gwiazdy. A dlaczego nie można zmultiplikować cioci Jadzi, Kasi,  Marysi i wujka Stasia? Wszystko się da, wszystko można. Ktoś mógłby pomyśleć, ale nie pomyślał. I już.

Tylko nie marudźmy potem, że naród nam, panie, schamiał i do filharmonii nie chodzi. A propos, nie można by tam pyz do bufetu? Albo goloneczki? No, to ja wpadnę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Słomka, traktor i egzamin zdany

15 sty 2012

Rzeczpospolita może i nierychliwa, ale sprawiedliwa. Kiszczak dostaje wyrok w zawieszeniu, Kania niewinny, Jaruzelski nieosądzony, ale za to Słomka w ciupie. Grunt, że państwo znów zdało egzamin.

Najmarniej licząc 22 lata po odzyskaniu wolności, w wyniku procesu o stan wojenny do więzienia trafia Adam Słomka. Żeby była jasność: ani on mi brat, ani swat, jego przygody z pornokasetami, jego boje o siedzibę KPN z wiertarką udarową w dłoni, cała groteskowość tej postaci dawała mi przez lata pożywkę do kpin i drwin. I za cyrki w sądzie w każdym szanującym się państwie byłby ukarany. Podkreślam, w każdym szanującym się państwie.  No ale żeby od razu w Polsce?!

Państwo nasze szanuje się umiarkowanie, ale najważniejsze, że zdaje egzaminy. Że wrak prawie dwa lata leży przepiłowany,  brezentem przykryty, że nie mamy czarnych skrzynek, ale za to  legenda o pijanym generale wyrywającym się do pilotowania poszła w świat? Nic to, grunt, że państwo zdało egzamin.

Że zamiast państwa taniego mamy państwo dziadowskie, w którym Ministerstwo Sprawiedliwości, owszem, ma do dyspozycji dziesięć ośrodków wypoczynkowych, ale za to prezydent nie ma do dyspozycji samolotu i do Chin lata z dwiema przesiadkami w każdą stronę? Nic to, ważne, że państwo zdało egzamin.

Że szef wojskowej prokuratury wypowiada posłuszeństwo swojemu szefowi i nic mu się stać nie może, bo prezydent ze swą legendarną słabością do wszystkiego, co wojskowe, go wybroni? Nic to, ważne…

Jakoś tak wtedy, kiedy Polska odzyskiwała wolność, ja też zdawałem egzamin. Na prawo jazdy. Test zdałem, jeździć umiałem. Wsiadłem więc do samochodu, ruszam. Chcę zmienić bieg, a tu egzaminator posłusznie sam to robi!

Mój kolega zdawał także na ciągnik, ale nie bardzo wiedział, gdzie w traktorze są kierunkowskazy. Żeby więc zasygnalizować, iż skręca, wystawił rękę przez okno i zamachał. Zachwycony egzaminator zaliczył mu i to. Wyszedł widocznie z założenia, że nie po to składaliśmy się posłusznie, jak kazano, „na obiad” dla niego, by teraz robić nam trudności.

Poszło jak poszło, powiedział nam na końcu, ale grunt, że państwo zdali egzamin.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop