Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Dwie strony kokainy

17 gru 2009

Największym błędem Krzysztofa Piesiewicza nie była wcale predylekcja do ekstrawaganckich strojów czy twardych narkotyków, ale niechęć do futbolu

To koniec kariery politycznej senatora – orzekł Donald Tusk i trudno się z nim nie zgodzić. Znany prawnik i polityk został skompromitowany, a w dodatku prokuratura chce mu postawić zarzut posiadania narkotyków i namawiania do ich zażywania. Autentycznie żal mi Piesiewicza, człowieka ogromnych zasług i dla polskiej historii, i dla polskiej kultury, ale sprawa jest oczywista i nic tu nie pomogą zaklęcia publicystów, nawet gdyby byli arcybiskupami.

Co nie znaczy, że nie warto się zastanowić, skąd ta nagła pryncypialność w ocenie rozmaitych postaci polskiego życia publicznego. Jako pierwszy w togę Katona przebrał się człowiek z penisem w szufladzie i kotem w nazwisku i, o dziwo, nikt nie zabił go śmiechem, że akurat on powinien być ostatni w kolejce do pouczania innych. Od niego już tylko krok do razów premiera. Donald Tusk ma oczywiście prawo reagować zasadniczo, ale warto spytać, skąd ta bezkompromisowość? I czy aby każdego dotyczy?

Gazety opisywały bowiem pewnego znanego polityka, którego obciążył zeznaniami gangster, mówiąc, jakoby dostarczał mu kokainę. Poseł ów znany był w Sejmie z sympatii do innych, legalnych już używek, miłości do futbolu i przyjaźni z Donaldem Tuskiem. Premierowi te doniesienia nie przeszkodziły, a nawet wziął znanego polityka do rządu. Jego sympatia do niego pozostała niezachwiana, nawet gdy telewizja ujawniła, że znany polityk zatrzymany był przez amerykańską policję za bicie żony oraz – i to poważniejszy kaliber – podobno kłamał pod przysięgą. Nawet usuwając go z rządu, Tusk nie szczędził mu ciepłych słów.

Nie mam pojęcia, czy Mirosław Drzewiecki brał narkotyki, nie wiem, czy bił żonę (ona zaprzecza). Wiem, że w sprawie Krzysztofa Piesiewicza też jest wiele znaków zapytania, te jednak rozstrzygane są na jego niekorzyść. Wiem też, że Piesiewicz nie interesował się piłką i cygarami. Czy dlatego nie mógł liczyć na wyrozumiałość? Czy to go pogrążyło?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wojtyła likwiduje Boże Narodzenie

10 gru 2009

Zgasiłem światło i przy świeczce kreślę do państwa słowa te ołówkiem. Walczę z globalnym ociepleniem.

W ramach postanowień adwentowych zamierzam też wytłuc kilka sinic, bo wyczytałem gdzieś, że to przez nie oceany produkują CO2 i muszę potem kopiowy ołówek ślinić, ale to chyba brednie, a ja nie uważałem na biologii.

A główny inspektor sanitarny uważał i też walczy. Z epidemią, pandemią i innymi trudnymi słowami. Jak wiadomo, różne są sposoby walki z grypą. Jednym z popularniejszych są szczepionki, no ale szczepią się ci, co mają szmalu jak my sinic nad Bałtykiem u progu wakacji. Na grypę mamy inne metody. I tak mój przyjaciel, z zawodu inżynier od żywienia, zakąsza wyłącznie cebulą, wmawiając żonie, że to syrop, że to dla zdrowotności.

Jeszcze dalej w ekstrawagancji poszedł główny inspektor sanitarny, minister Andrzej Wojtyła, który zaapelował do księży, by komunię świętą podawali wiernym wyłącznie do rąk, a nie do ust, bo mogą potem drogą kropelkową dżumę roznosić. Komu innemu zasugerowałbym, by oddał mocz do analizy, no ale któż jak nie Wojtyła może być w sprawie komunii świętej kompetentny?

To jednak nie wszystkie pomysły naszego inspektora z ADHD walczącego z A/H1N1. Oto wykoncypował on właśnie, że Polacy nie powinni się z okazji Bożego Narodzenia całować, specjalnie ściskać, witać i bratać. Generalnie ręce przy sobie i żadnego molestowania.

Jest to tendencja słuszna, aczkolwiek trochę mnie rozczarował minimalizm inspektora Wojtyły. A gdzie posiedzenia Sejmu w maseczkach chirurgicznych, gdzie uścisk dłoni Donalda Tuska w rękawiczkach gumowych, gdzie likwidacja komunikacji miejskiej (jakże ci ludzie na siebie prychają, brrr!)? O tak, mnóstwo jeszcze roboty przed naszym dziarskim ministrem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Oddam radio w dobre ręce

3 gru 2009

Jak wiadomo, politycy to – bez wyjątku – złodzieje, kłamcy i opoje. Nie to, co reszta świata – szlachetna, prawa, abstynencka.

Nic dziwnego, że targnięci wyrzutem sumienia politycy postanowili powierzyć media publiczne tej reszcie. Wszystko ku powszechnemu zachwytowi, przy strzelających korkach od szampana i confetti sypanym przez dziewczynki w strojach regionalnych.

Premier, PiS i prezydent są zgodni: nowe władze publicznego radia i telewizji powołać ma Rada Mediów Publicznych. A kto powoła radę? To akurat proste – wyłonią ją ochotnicy z Komitetu Obywatelskiego Mediów Publicznych, w skład którego wchodzi kwiat polskiej kultury, sztuki i mediów o tak pluralistycznym charakterze, że pomieszczą się tu i Jacek Żakowski, i Agnieszka Holland, i Grzegorz Jarzyna – no, po prostu wszyscy! Cała warszawka. Proszę się nie obruszać, dyskusja zamknięta, tacy się zgłosili, napisali, koniec.

Poglądu, że telewizja – czy to białoruska, czy farfałowa, czy wreszcie dzisiejsza, stendhalowska (czerwono-czarna) – jakakolwiek oddana w pacht politykom, to kompletny dramat, nie kwestionuje nikt. Ja też nie. Jednak pomysł, by dżumę leczyć cholerą, wydawał mi się przez moment cokolwiek ekstrawagancki. Ale tylko przez moment. Albowiem przejrzałem! Oto błądziłem.

Wszak teraz zamiast pazernych polityków miliardami z telewizji zarządzać będą owi ascetyczni reżyserzy nigdy niewyciągający łapki po swoje. Od teraz to nie hipokryci posłowie, tylko znane z surowych standardów, oczyszczone z płatnych kapusiów komunistycznych i zwykłych kanalii ponadustrojowych, pierwsze w walce z plagiatami i oszustwami środowiska akademickie delegować będą na Woronicza swych ludzi. To wreszcie nie poddani partyjnemu terrorowi i praniu mózgów parlamentarzyści, lecz znani z niezależności sądów i bezkompromisowego dążenia do prawdy dziennikarze stanowić będą o standardach w publicznych mediach. Ech, co z ulga… I wszystko dzięki Żakowskiemu. I Holland. No i wreszcie telewizja będzie nauczała, że jarzyny są zdrowe.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zakrzywienie Sekuły

26 lis 2009

Pośpiech, jak wiadomo, wskazany jest tylko przy łapaniu pcheł i jedzeniu z jednej misy. No i przy śledzeniu afery hazardowej. Reszta poczeka.

Z aferą jest akurat banalnie łatwo, nic więc dziwnego, że komisja śledcza uwinie się z tym nawet nie do lutego, ale i do świąt. A może do Chanuki, jak dobrze pójdzie. Posłowie przegłosują więc, że afera wybuchła wtedy, gdy przy jednorękich bandytach majstrowała mafia kielecka w składzie Gosiewski z Jaskiernią, których nie upilnowali Ziobro z Kaczyńskim, pluskający się w tym czasie w wannie Wassermanna.

W tej sytuacji jedyną winą nieroztropnego Zbycha było spotykanie się na cmentarzach, co mogłoby się skończyć zaziębieniem Rycha. Zbychu więc za narażenie cenionego biznesmena na katar, a budżetu państwa na koszty jego leczenia poniesie zasłużoną karę. Zostanie stróżem przy wyciągu narciarskim, który sprywatyzuje Rycho, albo jakoś tak.

A skoro już przy dozorcach i pośpiechu jesteśmy, to po 20 tygodniach badania, czy aby warto, izba skarbowa zajęła się sprawą ministra Pawła Grasia. Zajęła się, czyli postanowiła zacząć wyjaśniać (tak, tak!), co odfajkowawszy, może się pogrążyć w przenoszeniu kwitków z jednego pokoju do drugiego (w jednej izbie), by pod dwóch latach umorzyć sprawę ze względu na skrajne wyczerpanie funkcjonariuszy. Proszę mnie dobrze zrozumieć, ja się Grasia nie czepiam, wszak każdy ma prawo dorobić stróżowaniem do marnej pensyjki, zastanawia mnie tylko pewna nadzwyczajna komplikacja materii.

Oto na wyjaśnienie sprawy jednego oświadczenia jednego ministra izba potrzebowała niemal pięciu miesięcy, a na rozwikłanie i opisanie dziejów hazardu w Polsce posłom wystarczą trzy miesiące, a i to z przerwą świąteczno-noworoczną. Inaczej niż zakrzywieniem czasoprzestrzeni wytłumaczyć tego się nie da, ale po dokładniejsze wyjaśnienia proszę się udać do katedry fizyki lokalnego uniwersytetu lub najbliższej budki dróżnika, albowiem ja – przyznaję – nie ogarniam.

Posłowie, zdaje się, też zresztą nie, ale oni nie muszą. Oni mają przekazy dnia, a państwu musi wystarczyć ten felieton.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Krzyż w nocniku, ale z konkursu

19 lis 2009

Jak od jakiegoś czasu wiemy, krzyże można eksponować wyłącznie w urynie. Tylko krucyfiks, na którym ukrzyżowano genitalia, godzien jest ochrony. Jako dzieło sztuki. Ale ja nie o współczesnych ikonoklastach, ja o hipokryzji.

Nawet nie o tej, że artyści walczący o wolność krzyżowania penisów nie walczą o wolność krzyży w ogóle. Oto straszny hałas się podniósł, że władze zamachują się na demokratyczne kanony, w tym wypadku na świętą zasadę przeprowadzania konkursów na dyrektorów. Na emeryturę przechodzi bowiem szef Centrum Sztuki Współczesnej i artyści, a zwłaszcza ich opiekunowie z bożej (a raczej państwowej) łaski, już się boją, że minister kultury wsadzi tam swego mianowańca, a nie kogoś z konkursu, czytaj: nominowanego przez nich.

Pojawia się nawet budzący powszechną grozę przykład Krakowa, gdzie powstającym Muzeum Sztuki Współczesnej ma kierować Masza Potocka. Jej kompetencji nie podważa nikt – prowadzi tam od lat najlepsze galerie i urządza świetne wystawy, ale żeby tak powoływać ją bez konsultacji ze środowiskiem, bez tegoż środowiska namaszczenia?! Toż to kaczyzm, tak się nie godzi!

Najgłośniej przeciw temu protestują szefowa Muzeum Sztuki Nowoczesnej Joanna Mytkowska oraz dyrektor Muzeum Narodowego Piotr Piotrowski – oboje powołani… bez konkursów. Co ja piszę: bez konkursów – Piotrowski po prostu konkurs przerżnął, ale kandydat zwycięski okazał się mieć fatalną przeszłość – 17 lat temu był w rządzie Olszewskiego. Co prawda Radosław Sikorski też był, ale jemu wybaczono, bo się odciął, a tamten nie.

Nic to, grunt, że dyrektor Piotrowski dziarsko się zabrał do roboty i zapowiada na lato wielką wystawę sztuki gejowskiej, do której zalicza ponoć wizerunek przeszytego strzałami świętego Sebastiana. Bo niby nagie ciało i takie tam.

Nie wiem, co będzie pokazywać w Krakowie Masza Potocka, ale fakt, że występuje przeciw niej tak zwane środowisko, tylko napawa optymizmem. Lepsza bowiem fascynatka sztuki niż dyrektor z Narodowego, którego opieką powinno otoczyć nie tyle Ministerstwo Kultury, ile Zdrowia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wegetarianie na pierwszy ogień

12 lis 2009

Koło. To ono było pierwsze. Odkąd jakiś idiota wynalazł koło, już nie da się zatrzymać postępu. Choć czasem by się chciało. Postęp – jak wiemy – ma na celu, by ludziom żyło się wygodniej.

Pierwotny był postęp techniczny. Ma on, jak wszyscy zauważyliśmy, zarówno swoje dobre (ekspres do kawy), jak i złe (kosiarka do trawy sąsiada w sobotni poranek) strony. Czasem zbacza na manowce (sterowce, maszyna do prasowania krawatów), ale generalnie idzie w słusznym kierunku i rzeczywiście żyje nam się wygodniej, komunikuje łatwiej, a podróżuje szybciej niż w XIX wieku.

Jednak nie tylko trudności w podróżowaniu czy zabijaniu innych (maczety są skuteczne, vide Rwanda, ale wymagają zbytniej fatygi) uwierały homo sapiens. Dlatego prócz rozwoju technologii nieustannie funduje on sobie postęp cywilizacyjny. I tak, kiedyś była Joanna d’Arc, a teraz Joanna Senyszyn – prawda, że znacznie lepiej?

Często postęp wiąże się z rozluźnieniem obyczajów, nad czym biadają konserwatyści, ale też uczciwie przyznajmy, że biadali nad tym zawsze. Niemniej i tu doprowadziliśmy do tego, że ludziom żyje się wygodniej (nie mówię, że lepiej) – łatwiej się rozwieść, znieśliśmy niewolnictwo, a kobiety mogą głosować, choć wielki lewicowy adwokat amerykański Clarence Darrow przestrzegał, że przyznanie niewiastom prawa głosu cofnie postęp o 50 lat.

W ramach tej dbałości o komfort życia staramy się nie obrażać innych, co wyradza się czasem w polityczną poprawność zakazującą wyrażania sądów, bo te zawsze mogą kogoś dotknąć. W każdym razie postęp jest nieubłagany i kiedy Lech Kaczyński zapewnia, że w polskiej szkole krzyże będą wisiały po wsze czasy, to można się z nim założyć, że i tak je zdejmą. Bo obrażają niewierzących.

No dobra, a godło? To chyba oczywiste, że nie mniej niż krzyż ogranicza pobierających nauki w polskich szkołach cudzoziemców i mniejszości etniczne? Mało tego, to godło to przecież orzeł! W sensie ptak. Chroniony! Jak to musi boleć obrońców praw zwierząt! Albo wegetarian.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Palma postępu

5 lis 2009

Trwa wyścig o to, komu palma pierwszeństwa odbije bardziej. Szwedzkie małżeństwo, które odmawia podania płci swej trzyletniej pociechy, bo to sprawa prywatna, i ogranicza kulturowy rozwój dziecięcia, czy może duński pastor, który nie wierzy w Boga, a uparcie chce być nadal duchownym? Hm, i to kusi, i to nęci.

Straszliwe zapóźnienie cywilizacyjne tego kraju (nazwy nie podaję, żeby nie rozniecać żagwi szowinizmu) sytuowało nas dotychczas w ogonie parady postępu, niemniej i tu kroczy nowe. Co prawda pierwsza Ewa Wanat wiosny nie czyni, ale już Magda Żakowska i owszem. Dziennikarka ta, zszokowana tym, że jej półtoraroczny synek postanowił wyszorować czarnoskórego chłopca – co nie tyle pozytywnie świadczy o dbałości o higienę w domu państwa Żakowskich, ile o skrywanym rasizmie (pani Magda naprawdę to sugeruje!) – postanowiła zadbać o jego postępową edukację. Po odpowiednim doborze lektur donosi z dumą: „homofobem nie będzie”.

Uff, kamień spadł mi z serca, bo mógłby mieć kłopot w kontaktach z rówieśnikami. Oto głos anonimowej ciężarnej koleżanki pani Żakowskiej: „Marzę o chłopcu i żeby był gejem, bo do końca życia będzie miał ze mną silną emocjonalną więź, jak w filmach Almodóvara”. I będzie mamusię w sanatorium odwiedzał?

Postęp cywilizacji maruderów nie znosi, a ariergardę wstydliwie chowa, uprzednio stygmatyzując ją mianem homofobów, fundamentalistów, talibów. Niestety, jednostki wsteczne umiarkowanie tym się przejmują i miano ciemnogrodu już nikogo nie dotknie. Na szczęście w sukurs progresu idą instytucje, jak strasburski Trybunał delegalizujący krzyże w szkołach. Pora jeszcze, by zdelegalizował kuku na muniu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Maćkowi Rybińskiemu w hołdzie

29 paź 2009

Mówią, że ryba psuje się od głowy. Tej Rybie, którą pożegnaliśmy w czwartek, popsuło się tylko serce. Reszta, a zwłaszcza głowa, była do pozazdroszczenia.

Felieton to nie miejsce na elegie, ale też Maciej Rybiński był typem mało elegijnym. W ogóle pisanie o nim w czasie przeszłym wydaje się jakieś absurdalne. Proszę wybaczyć osobisty wtręt, ale Maciek umarł dzień po pogrzebie mojej babci. O ile jej śmierć była dla mnie czymś smutnym, ale naturalnym, oczywistym wręcz, o tyle Ryba po prostu posunął się w swym umiłowaniu absurdu za daleko. On, który zapowiadał, że „nie wybiera się umierać”? On, którego felietony były zawsze czymś trwałym, ostoją zdrowego rozsądku i sensu? On, nieśmiertelny? I z czym ja miałem iść na taki pogrzeb? Z kwiatami, zniczem, butelką wina?

W ogóle mam kłopot z niektórymi zmarłymi. Nie dotrzymują obietnic – prof. Paweł Wieczorkiewicz obiecał mi udzielać co roku wywiadu na wakacje, a w marcu zrejterował z tego świata. Maciej jeszcze dwa tygodnie temu zapowiadał się, że i w tym roku przyjdzie na spotkanie z moimi studentami. Tym bardziej że zeszłoroczne przeciągnęło się do późnych godzin nocnych w pobliskiej Harendzie. Bo był on, co potwierdza każdy, kto miał szczęście go poznać, człowiekiem niesłychanie ujmującym, bezpośrednim, niestwarzającym dystansu. Dodać do tego wyjątkową erudycję, osobistą uczciwość i – o zmarłych już wypada tak mówić – rzadkiej próby szlachetność i już wiadomo, dlaczego cieszył się reputacją najlepszego w Warszawie kompana.

Czarował swoich współbiesiadników, czarował studentów, czarował moją żonę, jego zaprzysięgłą miłośniczkę, czarował czytelników. To niemożliwe, żeby przestał.

Chyba że, ale to cokolwiek dziecinne oczekiwanie, Ryba również postanowił zrobić sobie przerwę, zawieszenie, które jest tak modne ostatnio – Kamiński ma przerwę w szefowaniu CBA, Kaczyński w premierowaniu, a Maciej Rybiński w pisaniu? I wróci.

W każdym razie jego felietony zostaną, te rozproszone wyda się w książkach. I przetrwają. W zasadzie Maciej nie musi wracać. Bo nie odszedł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O więcej PiS-u w cukrze

23 paź 2009

W naszych zwariowanych czasach bywają podróbki lepsze od oryginału.

Ot, taki przykład: Jakiś czas temu chińscy inspektorzy znaleźli w Szanghaju partię torebek Burberry. Oryginał to czy falsyfikat – dumali – i wezwali producenta. Ten nie miał wątpliwości – tu w podszewce jest prawdziwa skóra, my używamy tańszych zamienników – powiedział i wzgardliwie odrzucił podróbkę. Lepszą niż oryginał.

Albo w polityce. Wszyscy wiemy od posła Karpiniuka, Nowaka lub mniej wyżelowanych mężów stanu, że pisowski reżim od ludobójstwa dzielił tylko detal, a Jarosław Kaczyński był jak Idi Amin, właściwie tylko kolor skóry się nie zgadza.

Rządy Prawa i Sprawiedliwości cechował stan nieustannego konfliktu. Ciągłe połajanki i zapowiedzi radykalnych kroków (z których zresztą nic nie wynikało) niszczyły debatę publiczną. Partyjni bonzowie dbali wyłącznie o władzę, dopuszczając się korupcji politycznej. Niestety, będąca na ich usługach prokuratura nie ścigała tego, tylko tropiła ślady aferowych powiązań przeciwników politycznych.

I za to wszystko, i wiele więcej, wielbiciele Kaczyńskich nadal chcą głosować na Prawo i Sprawiedliwość. Co najmniej co czwarty Polak tego właśnie chce. Ludzie, obudźcie się! Chcecie PiS -u? Pokażę wam PiS lepszy, radykalniejszy. PiS, w którym zawartość PiS-u w PiS-ie jest kilka razy większa niż u tych mięczaków Kaczyńskich.

Mówię o partii, której lider i jednocześnie premier właśnie zadeklarował wydanie opozycji wojny. Inny lider, szef frakcji gerontów, zapowiada, że jego celem jest „eliminacja” konkurentów. Mówię o partii, która jednego dnia obiecuje kastrować pedofilów, choćby tylko chemicznie, a drugiego jej minister spraw zagranicznych apeluje, by wypuścić z więzienia sławnego rodaka oskarżonego o gwałt na trzynastolatce. Mówię o partii, której bonzowie nie mają na sumieniu miliona czy dwóch na jakiś nędzny peron, ale kilkaset baniek dla jednorękiego bandyty imieniem Rysiek albo jakoś podobnie. Mówię wreszcie o partii, która nie trudzi funkcjonariuszy tropieniem korupcji, ale nadgorliwców na pysk wywala. Bo twarda jest, radykalna, nieustępliwa. Wypisz wymaluj PiS.

Rodaku, po co ci marny oryginał? Wybierz lepszą podróbkę! Tym bardziej że za jeden głos masz dwa w jednym: miłość i wojnę, uśmiech i podsłuch, Piterę i Mira, Dodę i Bondaryka.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Felieton dla mężczyzn

15 paź 2009

W zamierzchłych czasach wczesnej podstawówki bawiły nas dowcipy o szczycie bezczelności (to ten z wycieraczką i papierem toaletowym). Dziś straciły na aktualności. Dziś szczyt bezczelności to zapisać się do PZPN.

Swoją drogą ja tych gości podziwiam. Jaką trzeba mieć odporność, by na każdym stadionie słuchać bez mrugnięcia okiem wyśpiewywanej pod swoim adresem oferty odbycia, z przeproszeniem dam, stosunku seksualnego? By kupić sobie gazetę – przypadkiem zapewne, może dodawali jakiś film albo zdrapkę – i czytać nieustanne kpiny, szyderstwa albo, co gorsza, zabójcze statystyki? By znosić każdy, najmarniejszy nawet kabaret, drący bezlitośnie łacha z leśnych dziadków? Jakąż trzeba mieć konstrukcję psychiczną, by to wszystko ścierpieć?

Przecież cały kraj widzi te żałosne podrygi naszych kopaczy i niczym niezmącony świetny humor czołowych eksponatów (tak, to właściwe słowo) polskiej myśli szkoleniowej. Przecież nawet szef wszystkich szefów, oglądając to w telewizorze, musi porzucić czerwone wino i golnąć sobie jakiejś berbeluchy, bo na trzeźwo to nawet przy cygarze człowiek tego nie zniesie. I nic?! I nic. Najwyżej zatrudni się jeszcze bardziej aroganckiego rzecznika prasowego, który nawyzywa polemistów od „ch…” (i proszę tego nie wyrzucać, niech Janusz Atlas się wstydzi, a nie ja) tudzież obdarzy ich innymi komplementami spod budki z piwem, gdzie, jak mniemam, urzęduje na stałe.

Jak widać, oni wszystko zniosą. Ale my chyba nie musimy. Może by tak senatora Piechniczka i byłego senatora Latę zalać spirytusem (niech mają trochę przyjemności) i ustawić w Muzeum Sportu, bo przecież zasługi mają autentyczne? Ich przecież, jak Wałęsę, trzeba chronić przed nimi samymi. Może by rzeczywiście PZPN-owi tę budę podpalić, a całą bandę pognać? Co nam mogą zrobić różne fify czy uefy? Z mistrzostw świata wyrzucić? Chyba w siatkówce. Euro nam nie zabiorą, a klubom mogą spokojnie zabronić występowania w pucharach. I tak się tam nie wybierają.

Co, nie da się? No trudno, to się chociaż napijmy. Panie Januszu, polej pan!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop