Rutkowski ante portas

03 lut 2012

Nie wiem, co tak naprawdę stało się z półroczną Magdą, nie wiem, co stało się z jej matką. Ale wiem, że z polskim państwem stało się coś strasznego, skoro musiał je wyręczyć taki pozer jak Krzysztof Rutkowski.

Wiem, że od blisko dwóch tygodni cała Polska żyła sprawą – wtedy jeszcze mówiono – porwania dziewczynki. Zaangażowano ogromne siły, dziesiątki policjantów i najlepszych śledczych. Dla prokuratury był to priorytet, dochodzenie przeniesiono z Sosnowca do Katowic, uruchomiono najbardziej doświadczony zespół fachowców ze wszystkich możliwych dziedzin. I nic.

Aż tu nagle zajechał On i wszystko się odmieniło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Na konferencji prasowej transmitowanej przez wszystkie możliwe telewizje nasz swojski żigolo w ciemnych okularach, acz bez ekszakonnicy u boku, brylował. W charakterze dekoracji ustawił za sobą uzbrojonych i zamaskowanych komandosów z bronią. Był wszędzie, a tam gdzie on, tam i kamery oraz tłumy wpatrzonych weń dziennikarzy płci obojga.

Można by na tej kpinie z piramidalnego lansu dla gospodyń domowych poprzestać, gdyby nie drobiazg. Otóż Rutkowski wygrał! Pisząc te słowa, nie wiem, czy jego wersja w pełni się potwierdzi, ale już wiadomo, że dokonał przełomu w śledztwie.

Wszystko świetnie, tylko rodzą się pytania. Co robiły w tym czasie prokuratorskie asy? Gdzie ci wybitni policyjni śledczy? Jak to możliwe, że tabuny prawników i psychologów, kryminalistów i fachowców  z wieloletnim stażem nie były  w stanie przez tydzień porządnie przesłuchać rodziny dziecka,  a technik mechanizacji rolnictwa  i ekszomowiec Rutkowski dokonał tego w dwa dni? Jakim cudem i jakim prawem mógł on jednocześnie śledzić, przesłuchiwać, przeszukiwać i prowokować? Prokuratura  i policja nie miały w tym czasie  do matki żadnych pytań?

Jeśli w tak medialnej, głośnej  i prestiżowej sprawie wymiar sprawiedliwości okazuje się słabszy niż lanser, to kto prowadzi śledztwa pomniejsze?! No chyba że Rutkowski jest po prostu geniuszem. Że mechanizacja rolnictwa, ZOMO i MO, szemrane towarzystwo i sejmowa kompromitacja były tylko przykrywką dla tego wyrastającego ponad poziomy wizjonera.

No, ale jeśli tak, to pakuj się pan, panie Seremet. Rutkowski nawet Smoleńsk w kwadrans wyjaśni.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ziobryści jeszcze biegają, ale mogą tylko szczypać

31 sty 2012

Czy Polacy zbuntują się przeciw pakietowi klimatycznemu, tak jak buntują się przeciw ACTA? Na to liczą ziobryści i rozpoczynają ofensywę przeciw nowym przepisom

Dziś ziobryści są jak kogut z odciętym łbem: jeszcze lata i pełno go wszędzie, ale perspektywy ma raczej ponure. PiS się nie rozpadł, wyborcy nie pokochali nowej grupy na zabój, stąd pomysł na wielką, europejską ofensywę. Solidarna Polska będzie więc wiosną zbierać podpisy przeciw pakietowi klimatycznemu i jeśli zbierze ich milion z co najmniej siedmiu państw, to sprawą będzie się musiała zająć Komisja Europejska.

Czy jednak walka z pakietem klimatycznym może kogokolwiek porwać? – Od stycznia przyszłego roku prąd, ogrzewanie i ciepła woda podrożeją o połowę – Ludwik Dorn jest pewien, że Polacy zrozumieją, iż to nie abstrakcja, ale obrona ich portfeli.

Wybranie akurat takiego celu pozwoli Solidarnej Polsce ukryć jej największą słabość, czyli marną reprezentację w kraju. Jej klub parlamentarny składa się albo z polityków anonimowych lub bezbarwnych (Dera, Jaki, Mularczyk), albo – nazwijmy to oględnie – lubianych inaczej (Kempa, Wróbel). Wyjątkiem jest coraz bardziej ekscentryczny Ludwik Dorn, ale ten tak bardzo dba o swą autonomię, że trudno go z ziobrystami utożsamiać. Jeśli jednak głównym polem bitwy miałaby być Bruksela, to Solidarna Polska trafiła celnie.

Ziobryści wiedzą, że dla nich to właśnie wybory europejskie (wiosna 2014 roku) są najważniejsze. I to nie dlatego, że – jak złośliwie twierdzą politycy PiS – cała ta partia powstała tylko po to, by trzech eurodeputowanych mogło raz jeszcze wejść do Parlamentu Europejskiego i pobierać sute pensje. Po prostu będą to dla Solidarnej Polski pierwsze prawdziwe wybory. Jeśli przekroczą próg, znajdą się na fali – Ziobro mógłby stanąć wiosną 2015 roku przeciw Kaczyńskiemu w wyborach prezydenckich, a cała partia wejść do Sejmu. Jeśli przegrają, znikną jak PJN.

Dlatego na swój sukces pracują już dziś. ACTA, porwanie półrocznej dziewczynki z Sosnowca, szkoły – nie ma dnia, by Solidarna Polska nie urządziła konferencji prasowej i nie przedstawiła pomysłu zmian w prawie. Cel jest jeden – odwrócić sondaże i odebrać głosy PiS.

Wyborcy głosują na jakąś partię albo kierując się sercem, albo rozumem. Klucz do emocji na polskiej prawicy ma jednak Jarosław Kaczyński i na tym polu ziobryści nie pokonają PiS. Apelują więc do rozumu. – Kaczyński zawsze przegra, niczego wam nie załatwi – mówią wyborcom. Biorąc jednak pod uwagę, że sami są maleńkim, opozycyjnym klubikiem i nie mają nawet tylu posłów, by żądać odwołania ministra, to argument ze skuteczności jest ryzykowny.

Ludwik Dorn wierzy jednak, że nie wszystko stracone. Z 30 procent głosów, jakie dostał PiS, dwie trzecie to, jego zdaniem, głosy oddane wyłącznie z powodu Kaczyńskiego, i ci wyborcy pozostaną przy nim na wieki wieków. – Ale pozostałe 10 procent to głosy na prawicę jako taką i są do odwojowania – kalkuluje były trzeci bliźniak.

Wynika z tego, że tak jak lewicę trawić będzie walka Palikota z SLD, tak na prawicy szczypać się będą ziobryści z PiS. A rząd? A kto by tam miał do niego głowę!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sekta i kult prezydenta

27 sty 2012

Śmierć ukochanego przez niektórych prezydenta odbiła się ogromnym echem na świecie. W kraju kontrowersyjny, nielubiany, uznania tłumów doczekał się dopiero po śmierci. Za granicą wzbudzał szacunek większy, choć bądźmy szczerzy, do masowego uwielbienia było daleko.

Nic dziwnego, że na jego pogrzeb zjechali politycy z całego świata, a te kilka nieobecności uznano za poważny nietakt. Wydawało się, że stolica będzie umiała swego prezydenta uhonorować. A jednak nie.

Byłoby łatwiej, gdyby nie ci jego zwolennicy… Ślepi na argumenty, histeryczni, chcący wykorzystać śmierć do swej politycznej reanimacji. Budzi to zrozumiałą niechęć i tylko pogarsza sprawę. Hm, czasem naprawdę trudno nazwać ich inaczej niż sektą. „Miłośnicy prawdy budują jego kult” – czytamy w prasie.

Formalnie nic nie stoi na przeszkodzie, by głowę państwa upamiętnić. Pojawiają się kolejne pomysły. Lotnisko ma jednak swoją nazwę, a poza tym z oczywistych powodów nazwanie go imieniem prezydenta byłoby niestosowne. Jakaś większa ulica? Wszystkie też są przecież nazwane, a poza tym te straszne koszty… A zresztą, jak zapewniają władze miasta, nikt oficjalnie nie wystąpił z taką propozycją.

Pomnik w centrum też raczej odpada, bo to przecież zabytki, a tam, gdzie zwolennicy zmarłego prezydenta chcieliby go postawić, stoi przecież inny historyczny monument. Można by nazwać jego imieniem jakiś znany budynek, ale to z jednej strony za mało dla fanatycznych zwolenników, a z drugiej i tak pomysł taki napotyka biurokratyczne przeszkody. Nic dziwnego, że przy tym tempie załatwiania sprawy mieszkańców stolicy zawstydziła zagranica – tam jego imieniem już nazwano ulice, place…

Trudno w tym wszystkim nie dopatrzyć się zwyczajnego szukania pretekstów, wszyscy wszak wiedzą, że zarówno władze miasta, jak i całego kraju darły ze zmarłym prezydentem koty. Formalnie był co prawda bezpartyjny, ale wszyscy wiedzieli, że jednoznacznie sympatyzuje z opozycją. Efekt? Ani lotniska, ani ulicy, ani pomnika, ani budynku. Nic. Tak, Praga nie potrafi uczcić Vaclava Havla – żali się w dużym artykule „Gazeta Wyborcza”.

A to przecież już ponad miesiąc od śmierci.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pyzy w filharmonii

20 sty 2012

Lubię czasem wpaść do filharmonii, bo to, wiadomo, ogrzać się można, toaleta darmowa i w szatni nie kradną. A nawet wyszynk mają.

Niestety, cuda te wszystkie są zabiletowane, co w warszawskich warunkach oznacza, iż przeznaczone są wyłącznie dla braminów i pozostałych kast wyższych. My, pariasi, możemy sobie postać w poczekalni. Stąd moja prośba do dyrekcji filharmonii, by jednak ten punkt z wyszynkiem bliżej kas biletowych przestawić.

A teraz serio. Każdy, kto próbował kupić bilet do filharmonii na któryś z ciut bardziej „gwiazdorskich” koncertów, wie, że to niemożliwe – ani w przedsprzedaży, ani w ostatniej chwili, nie można też liczyć na wejściówki. Nic, nul, zero. Wyprzedane albo rozdane sponsorom. Skądinąd melomani o takich sponsorowanych koncertach opowiadają sobie potem urban legends, jak to paniom prezesowym grają w torebeczkach komórki (ale tylko muzykę poważną), a panowie biją brawo zawsze wtedy, kiedy nie wypada.

Internet, podpowiadają państwo? Abstrahując od tego, że nie można tam kupić biletów zniżkowych dla pacholąt, musiałby on działać, a nie wysyłać komunikat, że niestety, z przyczyn oczywiście od filharmonii niezależnych, kupić się nie da. Każdy, kto próbował wykupić karnet dziecięcy na niedzielne poranki  z ciocią Jadzią, wie, że towar to dostępny już nie dla braminów, ale maharadżów wręcz. Każdy, kto  próbował… Dobra, muszę tę wyliczankę kontynuować?

Ktoś mógłby pomyśleć, że skoro  finansujemy z budżetu filharmonie, to powinniśmy uczynić je dostępnymi dla obywateli. Ktoś mógłby wpaść na pomysł: zróbmy koncertów więcej. Tak, wiem, Martha Argerich nie będzie występować codziennie, ale każdy, kto ma choć blade pojęcie o organizacji koncertów (a moja pierwsza etatowa praca polegała właśnie na tym), wie, że czasem łatwiej gwiazdę zakontraktować na kilka występów niż jeden. Że czasem uda się ją nawet namówić na występ nie tylko w Warszawie, że… Dobra, zostawmy gwiazdy. A dlaczego nie można zmultiplikować cioci Jadzi, Kasi,  Marysi i wujka Stasia? Wszystko się da, wszystko można. Ktoś mógłby pomyśleć, ale nie pomyślał. I już.

Tylko nie marudźmy potem, że naród nam, panie, schamiał i do filharmonii nie chodzi. A propos, nie można by tam pyz do bufetu? Albo goloneczki? No, to ja wpadnę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Słomka, traktor i egzamin zdany

15 sty 2012

Rzeczpospolita może i nierychliwa, ale sprawiedliwa. Kiszczak dostaje wyrok w zawieszeniu, Kania niewinny, Jaruzelski nieosądzony, ale za to Słomka w ciupie. Grunt, że państwo znów zdało egzamin.

Najmarniej licząc 22 lata po odzyskaniu wolności, w wyniku procesu o stan wojenny do więzienia trafia Adam Słomka. Żeby była jasność: ani on mi brat, ani swat, jego przygody z pornokasetami, jego boje o siedzibę KPN z wiertarką udarową w dłoni, cała groteskowość tej postaci dawała mi przez lata pożywkę do kpin i drwin. I za cyrki w sądzie w każdym szanującym się państwie byłby ukarany. Podkreślam, w każdym szanującym się państwie.  No ale żeby od razu w Polsce?!

Państwo nasze szanuje się umiarkowanie, ale najważniejsze, że zdaje egzaminy. Że wrak prawie dwa lata leży przepiłowany,  brezentem przykryty, że nie mamy czarnych skrzynek, ale za to  legenda o pijanym generale wyrywającym się do pilotowania poszła w świat? Nic to, grunt, że państwo zdało egzamin.

Że zamiast państwa taniego mamy państwo dziadowskie, w którym Ministerstwo Sprawiedliwości, owszem, ma do dyspozycji dziesięć ośrodków wypoczynkowych, ale za to prezydent nie ma do dyspozycji samolotu i do Chin lata z dwiema przesiadkami w każdą stronę? Nic to, ważne, że państwo zdało egzamin.

Że szef wojskowej prokuratury wypowiada posłuszeństwo swojemu szefowi i nic mu się stać nie może, bo prezydent ze swą legendarną słabością do wszystkiego, co wojskowe, go wybroni? Nic to, ważne…

Jakoś tak wtedy, kiedy Polska odzyskiwała wolność, ja też zdawałem egzamin. Na prawo jazdy. Test zdałem, jeździć umiałem. Wsiadłem więc do samochodu, ruszam. Chcę zmienić bieg, a tu egzaminator posłusznie sam to robi!

Mój kolega zdawał także na ciągnik, ale nie bardzo wiedział, gdzie w traktorze są kierunkowskazy. Żeby więc zasygnalizować, iż skręca, wystawił rękę przez okno i zamachał. Zachwycony egzaminator zaliczył mu i to. Wyszedł widocznie z założenia, że nie po to składaliśmy się posłusznie, jak kazano, „na obiad” dla niego, by teraz robić nam trudności.

Poszło jak poszło, powiedział nam na końcu, ale grunt, że państwo zdali egzamin.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Halny wzmaga popęd

06 sty 2012

Nareszcie odmieni się życie me nudne. I państwa też. Urzędowo się odmieni, decyzją Krajowej Rady Radiofonii, Telewizji i Telekinezy. Ciało to, jakkolwiek się nazywa, pod zacnym przewodem Jana Dworaka, zadbało, żeby nam się w telewizorze ciekawiej zrobiło.

Po odpolitycznieniu mediów publicznych, co polegało na przeniesieniu wszystkich działaczy Platformy Obywatelskiej z Ministerstwa Kultury na Woronicza, oraz przeprowadzce radiowej Trójki na stałe do Belwederu, już niczego zmieniać tam nie trzeba. Zaprzyjaźniona stacja prywatna i „ta druga”, też nie wroga, kwitną w pluralizmie. Teraz, przy okazji przyznawania koncesji cyfrowych, zabrano się do pozostałych stacji prywatnych.

Główne kryterium? – Zapewnienie widzom różnorodnej oferty programowej – tłumaczyła rzeczniczka Rady Katarzyna Twardowska. I dlatego koncesji nie dostała telewizja Trwam. I tak jej nie oglądam, bo cięgiem tam jacyś czerstwi księża, różnorodności żadnej, gdyby zrobili choć talk show „TeTetka”, w którym duet Terlikowski – Tekieli oceniałby popkulturę…

Ale na razie nuda. Więc odpadają, bo dla takiego luzaka jak minister przewodniczący Dworak nuda to wróg śmiertelny. Dlatego zamiast Trwam wolał wesprzeć stację TTV, której ofertę „informacyjno-poradnikowo-publicystyczną” firmują dziennikarze TVN. Różnorodni rzecz jasna, bo to i Edward Miszczak, i Patrycja Redo, i wreszcie Adam Pieczyński – po prostu pełne spektrum. I nie ma to nic wspólnego z polityką.

Widzowie ostrzą też sobie zęby na pozostałe kanały. Rozrywka TV, Eska TV – słowem, co jeden, to większy kanał. Ale furda z nimi! Oto koncesję dostało Polo TV, skromnie przedstawiające się jako „promujące polską muzykę”.

Ot, weźmy pierwszy hit z ich strony internetowej. „Hej dziewczyno, nie bądź taka, postaw loda dla chłopaka! Lody zwykle na śmietanie,  kto poliże, temu stanie.  Lody niczym wiatr halny, wzmaga popęd seksualny” – oto zespół Boys promujący w swej nowatorskiej poetyce i gramatyce polską kulturę, cywilizację, przemysł spożywczy, a nawet nowatorskie spojrzenie na meteorologię.  Tak, to nie te nudy co w Trwam.  To musiało poruszyć serce przewodniczącego Dworaka.  A nawet nie tylko serce.

I tylko lica rzecznik Twardowskiej goreją. Z różnorodności rzecz jasna.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pan Zbyszek i Śnieżynka

30 gru 2011

Niech wie lewica, co czyni prawica, a jak! Polityk chrześcijański Ziobro Zbigniew i tego ewangelicznego nakazu przestrzega. Że jakoś inaczej to leciało? No dobrze, ale przecież lewica lewicą, a czytelnikom „Super Expressu” wiadomości się należą.

Dlatego kiedy eurodeputowany Ziobro Zbigniew postanowił bohatersko oddać swoje becikowe biednym, to pocwałował do pani S. w towarzystwie dziennikarzy i, co ważniejsze, fotoreportera „Super Expressu”. Wzruszający gest, tony lukru, miłość, panie dzieju, miłość i miłosierdzie, i w ogóle anielskie merikrismas. Brakowało tylko panu dobrodziejowi gustownej czapeczki św. Mikołaja (bo przecież nie biskupiej mitry) i Pati Koti w roli Śnieżynki, a wtedy i „Viva” zapiszczałaby z radości.

Gdy politycy, zwłaszcza zakładający nową partię, karmią nas obficie ustawkami, wykorzystując do tego swoje nowo narodzone albo i starsze pacholęta, można tylko pokiwać głową z politowaniem. My się do tego przyzwyczailiśmy, my wiemy, że na flircie z tabloidami nikt jeszcze nie wygrał, oni wkrótce przekonają się o tym boleśnie. A że my wtedy powtórzymy im tylko: „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”? No cóż, naturalna kolej rzeczy.

Jest jednak w geście Ziobry coś głęboko niesmacznego, by nie powiedzieć dosadniej. Wdowa z trójką dzieci z pewnością jest mu wdzięczna i zgodzi się nawet z tej radości sfotografować z jakże hojnym darczyńcą, ale czy na pewno tego potrzebuje? Komu więc było to bardziej potrzebne: jej czy jemu? I jeszcze – czy są jakieś granice lansu? Ja wiem, że Hanna Gronkiewicz-Waltz wykorzystywała już hospicja, a eurodeputowany Migalski koronkową bieliznę, ale czy naprawdę każdy następny nieszczęśnik musi ich w obciachu przebijać?

Nie pytam, na ile opiewa stałe charytatywne zlecenie z konta Ziobry, bo że takowe ma, to pewnik, nieprawdaż? Chciałbym tylko spytać, czy nie jest mu tak po ludzku głupio. I wstyd. Szczęśliwego Nowego Roku, panie Zbyszku, szczęśliwego!

PS. Czytelnicy internetowi mogli wczoraj uznać, żem się złamał i użył w felietonie nazwiska człowieka, które w tym miejscu nigdy nie padnie. Błąd! To po prostu nie był felieton, ale normalna analiza polityczna przeznaczona na strony informacyjne. A tam nawet to nazwisko paść czasem musi. Warto sięgać po papierową gazetę, polecam.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Janusz Palikot kupuje sobie szlachectwo

29 gru 2011

Najokrutniejsi szydercy nie przewidzieli, a najwięksi wrogowie nie życzyli, tak marnego końca demokratów.pl. Resztówka Unii Wolności ma się połączyć z Palikotem

Choć ważna jest odpowiedź na pytanie, po co ten transfer Palikotowi, koniec roku aż prosi, by się na chwilę zatrzymać i spojrzeć na to, co stało się z partią, która nie tylko niegdyś rządziła Polską, ale i cały czas pouczała o innym, szlachetniejszym sposobie uprawiania polityki. Teraz więc będzie mogła wprawiać się w etosie u boku samego mistrza Janusza.

Partia Geremka i Mazowieckiego zostaje sprowadzona do roli kolejnego z palikotowych gadżetów. Cóż, sic transit gloria mundi, można by rzec, ale to nie chwała świata przemija, ale marzenia o własnej wielkości i innej polityce.

Wyobrażają sobie państwo piewszomajową konferencję nowej lewicy w Sali Kongresowej? Obok Jerzego Urbana sędziwy Andrzej Wielowieyski z Orłem Białym, w kuluarach Janusz Onyszkiewicz baraszkuje z Januszem Kotlińskim, Jan Lityński figluje z Robertem Biedroniem, a Grażyna Staniszewska ściska się z Wandą Nowicką i Anną Grodzką. Nie wyobrażacie sobie? I słusznie, ostatnie legendy Unii Wolności pewnie uciekną w popłochu przed takimi kompanami, a Palikot to przewidział.

To po co mu ten interes? Właściciel Ruchu Palikota zachowuje się po trosze jak kupiec na poświątecznej wyprzedaży, a po trosze jak XIX-wieczny nuworysz, który ma już i majątek, i pozycję nim wyrąbaną, ba, kupił sobie nawet w Wiedniu baronowski tytuł, ale wciąż brak mu prawdziwego herbu. Uderza więc w konkury do panny z dobrego domu. Co z tego, że panna już nie pierwszej młodości, że ma muchy w nosie, że miłości w tym stadle nie będzie. Grunt, że dzieci będą już z dobrego domu.

Palikot, cokolwiek o nim mówić, nie zachłysnął się sukcesem, tylko ruszył do pracy. Zasysa wszystkich i z każdej strony. Wbrew temu, co deklarował w wywiadzie dla „Rz” Andrzej Rozenek, nie jest przy tym specjalnie wybredny: nikomu nieznany poseł SLD z trzeciego szeregu? Proszę bardzo, może zostać wiceprzewodniczącym. Po co liberalnemu przedsiębiorcy Piotr Ikonowicz gotów koreańskim towarzyszom udzielać korepetycji z rewolucyjnej czujności i ideowej ortodoksji? Po nic, ale może się kiedyś przyda, więc niech będzie.

Co charakterystyczne, Palikot w korespondencyjnym pojedynku z Millerem tylko pozornie kroczy szlakiem SLD. Owszem, zajmie po postkomunistach kilka lokali  na Rozbrat, ale już błędu  z LiD nie popełnia. SLD swego czasu wzięło na listy nie tylko niedobitki po Partii Demokratycznej, ale i pozostałą lewicową drobnicę. Efekt? Głosów im nie przybyło, za to musieli się dzielić fruktami z ludźmi, którzy przy pierwszym wirażu od nich odpadli. Palikot nikogo na listy nie bierze, z nikim się miejscami nie dzieli, wszak do następnych wyborów trzy lata.

A demokraci.pl, nawet pozbawieni najgłośniejszych nazwisk, mają jeszcze minimalny rezonans w środowis- kach opiniotwórczych i o to Palikotowi chodzi. Nie chce kojarzyć się z przyjacielem mordercy ks. Popiełuszki, lepiej skojarzyć się z prof. Geremkiem, nieprawdaż? A że profesora nikt o zdanie nie spyta? No cóż, polityka w wykonaniu Palikota, co nieraz pokazał, więcej ma wspólnego z rzeźnią niż z akademickim seminarium o etosie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czapki z głów

23 gru 2011

Zanim wszystkie ordery zgarną krewni i znajomi pana prezydenta, zanim Unia Wolności zostanie uznana pośmiertnie za polską kandydaturę do siedmiu cudów świata wpisana na listę UNESCO oraz do czerwonej księgi ginących gatunków, zanim wszystko to się stanie, mam pewien apel.

Nie znam człowieka, więc to nie prywata. Wystarczająco często – by nie powiedzieć zazwyczaj – się z nim nie zgadzam, by móc podciągnąć to pod reklamowanie swoich. A jednak myśl ta od jakiegoś czasu nie daje mi spokoju: jeśli ktoś zasługuje na Order Orła Białego, to Szewach Weiss.

Państwo wybaczą, ale nie będzie laudacji, nie jestem w tym specjalnie wprawiony, choć kilka słów wyjaśnienia się należy. Nie chodzi mi nawet o to, że Weiss jest ogromnym i szczerym przyjacielem Polski, bo to jednak kapkę za mało. Otóż on, zachowując swój cały krytycyzm, jest tej Polski prawdziwym ambasadorem w świecie. I to, umówmy się, ambasadorem najbardziej wiarygodnym z możliwych. Szewach Weiss symbolizuje bardzo trudną drogę polsko-żydowskich pretensji, żalów, uprzedzeń, ale i trudnych miłości, szczerych fascynacji i tęsknoty.

Wiarygodność Weissa jako ambasadora Polski pogodzonej z własną historią bierze się nie tylko z racji jego przeszłości, ale i z powodu jego osobistych zasług. Szef rady Yad Vashem, przewodniczący Knesetu, ceniony intelektualista – nie jest Weiss człowiekiem w świecie anonimowym, jego głos jest słuchany i rozpoznawalny w Izraelu, Ameryce, Europie.

Tym bardziej docenić należy, że jest to głos dla nas przyjazny. Bądźmy zupełnie szczerzy – żaden inny Żyd nie mówi o nas tak dobrze! Order Orła Białego nie jest więc potrzebny jemu, ale nam.  To w naszym interesie jest, by ludzi takich nagradzać i po prostu zdejmować przed nimi czapki z głów. A dlaczego piszę o Szewachu Weissie akurat dzisiaj? Nie tylko dlatego, że Wigilia to czas pojednania, a któż inny owo pojednanie prawdziwe, niedekretowane przez salony symbolizuje lepiej?

Także dlatego, że jutro wieczorem niemal wszyscy Polacy cieszyć się będą z narodzin pewnego Żyda.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kogo skarcić za Hołdysa?

16 gru 2011

Zbigniew Hołdys kończy w poniedziałek 60 lat. I jest nadzieja. Wszak z wiekiem przychodzi mądrość.

Można się zżymać, że cały rockowy bunt początku lat 80. był umiarkowanie autentyczny, skoro na jego czele stanął trzydziestolatek ze sporym doświadczeniem peerelowskiego szołbiznesu. Można się zżymać, że hymnem mojego pokolenia stała się „Autobiografia” pisana przez wąsatego tekściarza – zawodowca, który z niejednego pieca chleb jadł. Oczywiście można się zżymać, ale fakt pozostaje faktem: muzyka Perfectu żyła swoim życiem, wszyscy byliśmy w niej zakochani, a tłumy naprawdę wrzeszczały na koncertach „Chcemy bić ZOMO”.

Hołdys ma więc u mnie dożywotni kredyt i kiedy dziś czytam jego agresywne, chamskie wręcz teksty, kiedy zdumiewa mnie przy tym jego, nazwijmy to, daleko posunięta naiwność, to mało mnie to rusza. W końcu nie podejrzewaliśmy go o to, że był ukochanym uczniem Leszka Kołakowskiego, nieprawdaż?

Ale Hołdys nie jest tu sam. Ma całkiem liczne grono nauczycieli. Na tyle liczne, że warto, w ślad za jego piosenką, spytać „Kogo skarcić za Hołdysa”? Oto zwykło się uważać, iż to młodość musi się wyszumieć. Także w polityce to młodzi posłowie są zwykle bezkrytycznymi lizusami i najdzikszymi zagończykami.

Tyle że w polskim, pożal się Boże, życiu publicznym dominuje tendencja odwrotna. Bo jak inaczej skwitować aktywność polityczną Władysława Bartoszewskiego czy Kazimierza Kutza? Maestria stylu Tomasza Wołka porównywalna jest tylko z eposami Jacka Kwiecińskiego z „Gazety Polskiej”, a i tak obaj mogą czyścić buty Waldemarowi Kuczyńskiemu. Nikogo nie dziwi ani to, jak Antoni Macierewicz rozmienia na drobne własne zasługi, ani to, jak pogrąża się w szaleństwie Stefan Niesiołowski od dekady niezajmujący się niczym innym jak wylewaniem hektolitrów żółci. To prawda, politycy, publicyści, mędrcy z obu stron zawstydzają w bezpardonowych i żałośnie lizusowskich manifestach niejednego młodziaka.

Więc jeśli czegoś można Ci, Zbyszku, na sześćdziesiątkę życzyć, to jednego: nie u nich szukaj rozumu. Stać cię jeszcze na nonkonformizm, na bunt autentyczny, nie na beczenie w stadzie. Że jestem naiwny? No, skoro wolno Hołdysowi…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop