Niemoralna propozycja

18 marca 2010 autor rp

Bardzo pouczające jest oglądanie filmów. Co prawda wiele z nich można by sprzedawać w fiolkach jako lek na bezsenność, niemniej i tak sporo mówią o ludziach.

Ot, “Władcy marionetek”, po których sobie wiele obiecywałem, pokazują, że można przez dekadę z okładem zajmować się polityką i ze zdumieniem konstatować, że politycy sprzedają narodowi jawną blagę. Odkrycie to tak uderzyło kolegów po piórze, że tylko ciężkim szokiem poznawczym można tłumaczyć, iż nie zadali sobie pytania, kogóż ten film w istocie oskarża.

Polityków? Wolne żarty. Największa udowodniona w nim przewina to sformułowanie Donalda Tuska, że rozmawiał z panią Ewą, gdy tymczasem rozmawiał z panem Łaszynem. Cóż, zmęczony był, mógł się pomylić. Pytanie, jakie trzeba postawić, brzmi: dlaczego nikt tego nie sprawdził wcześniej? Nie, nie rozmówców Tuska, ale czemu nikt nie przenicował jego obietnic o dziewięciu nowych lotniskach, 15 mostach na samej Wiśle czy pociągu pokonującym trasę Warszawa – Łódź w godzinę?

Ano powiem wam, koteczki, czemu. Bośmy go dzielnie wspierali w walce z kaczystowskim reżimem. Mało tego, gdyby Tusk zapewnił dziś, że świat jest płaskim naleśnikiem podtrzymywanym przez cztery nosorożce, to łyknęlibyśmy to bez zmrużenia oka, Stefan Niesiołowski oznajmiłby, że on, profesor, sam badał te nosorożce, a Waldemar Kuczyński za to odkrycie zażądałby dla premiera Nobla i przemianowania Pułtuska na cały Tusk.

Łykanie – jak tuczone gęsi strawę – największych nawet bzdur serwowanych przez polityków nie ma oczywiście partyjnych barw, tyle że jedni chętniej łykają je od pana T., inni od pana K. Mechanizm jest jednak ten sam. I tylko od nas, dziennikarzy, zależy, czy się utrwali, czy przeminie niczym choroba wieku dziecięcego naszej, za przeproszeniem, demokracji. Dlatego dla wszystkich zszokowanych odkryciem Tomka Sekielskiego kolegów po fachu mam propozycję, całkiem serio, choć złożoną w felietonie – tę kampanię potraktujmy inaczej. Rozliczajmy zdecydowanie i po równo z dokonań rządzących i prezydenta, opozycję parlamentarną i kandydata niezależnego. Ostro, bez taryfy ulgowej dla tych, których lubimy bardziej.

To jak, chłopaki, wchodzicie w to?

Żyrandol i wzburzenie

11 marca 2010 autor rp

W Leroy Merlin żyrandol można kupić za stówę. Naprawdę nie warto wyrzucać milionów i wykrwawiać się tylko po to, by oglądać go w Pałacu Prezydenckim.

Ale politycy to nadzwyczajni ludzie posługujący się logiką w swej sublimacji nieosiągalną dla zwykłego śmiertelnika. Oto znane od pamiętnej decyzji Donalda Tuska stanowisko partii rządzącej da się streścić następująco: Ponieważ uważamy, że ta cała prezydentura to pic na wodę, fotomontaż, zawracanie Wisły kijem i robota dla trutniów o przerośniętym ego, posyłamy naszych dwóch najlepszych ludzi, by się zagryźli, a potem wydamy dziesiątki milionów, by jeden z nich mógł sobie na te prezydenckie żyrandole spozierać o każdej porze dnia i nocy.

Okładają się więc pałkami dwaj dżentelmeni, z których jeden skończył Oksford, a drugi ma wąsy, a potem ten drugi, zwycięski, będzie, przy entuzjazmie mediów, walić cepem każdego, kto mu na drodze do pałacu gotów stanąć. Ot, logika, przy której normalny Polak wymięka.

A propos wymięka, to ostatnio przygoda ta spotkała eurodeputowanego Migalskiego. Poseł doktor Migalski dowiedział się, że za film o Jaruzelu z telewizji wyrzucono dziennikarkę, a brała w tym udział jego własna partia. Wysmażył więc, w stanie moralnego wzburzenia, tekst, w którym postawił fundamentalne i skądinąd trafne pytanie, po co komu tak cyniczny, a w dodatku fajansiarsko nieudolny PiS. I napomknął, że on w tej sytuacji wymięka.

W tej samej sprawie – kompletnego uwiądu partii i jej nieprzydatności do czegokolwiek – wpis znacznie krótszy wysmażył w trakcie ostatniego kongresu jego partyjny kolega z parlamentu całkiem już polskiego Paweł Poncyljusz. Każdy przeciętny człowiek, dochodząc do, słusznych w jakiejś mierze, wniosków, do jakich doszli oni, powiedziałby “Adios muchachos” i ewakuowałby się z tej smętnej zgrai czym prędzej.

Tak postąpiłby, jako się rzekło, każdy człowiek przeciętny. Ale przecież nie jednostki tak nieprzeciętne! Te w najlepsze zostają w PiS, bo jakkolwiek partia ta jest szkodliwa i niepotrzebna, to diety, i owszem, te są potrzebne, słuszne i zbawienne.

Prawda, chłopaki?

Wiecie co? To na żyrandol mi to wasze moralne wzburzenie.

Kaczyńskiemu już nie cuchnie

4 marca 2010 autor rp

Prawda jest tylko jedna i leży tam, gdzie leży – głęboka ta myśl Karpiniuka Sebastiana, słusznie nagrodzona trójkowymi Srebrnymi Ustami, zdradza wszak radykalizm, z którym zerwaliśmy, budując III i wszystkie kolejne Rzeczypospolite

Od początku budowy słowem kluczem jest bowiem w Polsce kompromis, a tam gdzie kompromis, tam i prawda wybierana jest głosami większości i leży, tam gdzie ją Wysoka Sekuła posadowi. Bo przecież na kompromisie naszą Rzeczpospolitą zbudowaliśmy. Kompromisowy był Okrągły Stół, kompromisowa konstytucja, ustawa aborcyjna i lustracja, kompromisowo wreszcie weszliśmy do Europy i Lizbony.

Kompromis tak dalece zdefiniował życie polityczne w Polsce, że znacznie czytelniejszy od podziałów na prawicę i lewicę był podział na zwolenników i przeciwników kompromisu, przekształcony ostatnimi laty w podział na przeciwników i zwolenników IV RP.

Czołowymi przeciwnikami kompromisu, zwykle “zgniłego” lub “cuchnącego”, byli przez lata bracia Kaczyńscy z akolitami. Los spłatał im jednak cokolwiek złośliwego figla, każąc budować wymarzoną IV Rzeczpospolitą z przystawkami paskudnej dość konduity i jeszcze paskudniejszej proweniencji. Zaprawieni w kompromisach bracia przyjęli jednak nauki trenera Górskiego o tym, że trzeba grać tak, jak przeciwnik pozwala, dodając, iż polityka to sztuka osiągania możliwego.

Teraz ich partia buduje przyszłość i marzenia o powrocie do władzy, opierając się, jakżeby inaczej, na kompromisie. Tym razem medialnym z SLD. Ale nie jest to SLD Napieralskiego i Arłukowicza wydanie 2010, uzupełnione i poprawione. To postkomunistyczna skamielina, broniąca przed defamacją red. Skorusa de domo “Dziennik telewizyjny”.

Zaiste, wziąć musiał władzę na Woronicza PiS, by za filmy o Jaruzelskim głowy spadały, a dokumentu o KPN nie można było pokazać! Nie byłem oryginalny, prorokując, iż medialna koalicja skończy się zgodnym podziałem, w wyniku którego postkomuniści wezmą w telewizji władzę, a PiS obciach, ale nawet mnie zdumiała tegoż obciachu skala.

Podpowiedzcie tylko, mołodcy, jakie są granice waszego kompromisu? Wkurzycie się, dopiero gdy TVP zostanie patronem medialnym Parady Równości, a 15 sierpnia miast cudu nad Wisłą będzie obchodziła początek sezonu łowieckiego na kaczki?

3 x W – Wolność, Współpraca, WSI

25 lutego 2010 autor rp

Ojczyzna upada. Jeśli już nie upadła, a tylko ja jakoś to przeoczyłem. Toniemy, a naród tego nie dostrzega. Ba, on nic sobie z tego nie robi!

Pudrowany optymistycznymi mapkami kryzys zmiata polski przemysł, dług urósł do niebotycznych rozmiarów, a ministrowie wycinają najpiękniejsze puszcze, by Ryśkom wyciągi stawiać. To prawda, ostrzegano, że będą kraść, ale żeby aż tak?! Żeby Komorowskiemu wąsy zwędzić? Rozumiem, że można być chłopcem na posyłki u kryminalistów, ale, na Boga, u kryminalistów poważnych, nie u hazardowej drobnicy!

Koledzy publicyści całkiem serio przekonują więc, że mamy najgorszy rząd od 1989 roku. Przyjaciele, rząd to nic, patrzcie, kogo oni wystawili na prezydenta! Macie Komorowskiego z jego 3 x W, czyli Wolność, Współpraca, WSI. No, jest jeszcze Sikorski, ale to ruski agent, zdRadek jednym słowem.

Przyjmijmy na moment, że przedstawiona powyżej diagnoza nie jest spowodowana udarem mózgu ani poważnymi obrażeniami odniesionymi na narciarskim stoku. Przyjmijmy, że jest ona, jak przekonują politycy PiS i ich wyborcy, może nieco przerysowana, ale zasadniczo trafna. W takim razie trzeba całkiem serio spytać, dlaczego Polacy to znoszą? Czemu się nie buntują, do lasu nie uciekają? Nie wszystko da się zrzucić na surową zimę cokolwiek zniechęcającą do tworzenia białych miasteczek. Rozumiem, że Bondaryk ludzi podsłuchuje, a rząd chce cenzurować Internet, ale jednak – przy wszystkich podobieństwach – Platforma Obywatelska czymś się różni od Milicji Obywatelskiej, a laska marszałkowska od zomowskiej pałki, nieprawdaż? Gdzież więc ten obywatelski, nomen omen, opór zgnębionych rodaków?

Chyba że ta sól piastowskiej ziemi, zacni Jagiellonów potomkowie, dumni spadkobiercy Batorego i Piłsudskiego, to en masse ogłupione tanim pijarem polactwo. Że wystarczy omamić ich usłużnym TVN i Małyszem (za PiS jakoś na olimpiadzie medalu zdobyć nie chciał!), a już o nic nie będą dopytywać. Ukontentują się ciepłą wodą w kranach.

W takim razie, drodzy państwo, jest gorzej, niż myślałem. I nawet “Do broni!” krzyknąć nie można. Bo zaraz się zlecą do Bronisława.

Rozbratel z Sikorskiego

18 lutego 2010 autor rp

Tak, jestem zwolennikiem haków. I brudnej kampanii. A nawet jeszcze bardziej od haków interesuje mnie mięso, które na nich zawiśnie.

Bo hak to tylko mglista zapowiedź. Jest jak wizyta w peerelowskim sklepie mięsnym – wszyscy liczą, że coś wreszcie rzucą, ale o tym, co pojawi się na hakach, a co pod ladą wie tylko kierownik sklepu. Polska od lat jest krajem, w którym ów kolektywny kierownik dość oszczędnie dozuje obywatelom dobra – co nieco wypuści, ale najsmaczniejsze kąski i tak rozdaje znajomym na zapleczu. Czasem, bo kolega kierownika chciał tylko pół kilo rozbratela, a dostał całego wołu, coś z tego pojawi się w obiegu wtórnym – wtedy pojawiają się przecieki w prasie. Zwykle jednak obieg zapleczowy jest znacznie bogatszy niż oficjalny i bardzo szczelny.

Szczerze mówiąc, guzik interesuje mnie to, jak układało się pożycie małżeńskie państwa Tusków kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, ani to, o kim marzy przed zaśnięciem Joanna Senyszyn, a o kim Jarosław Kaczyński. Ale już historie o podejrzanych interesach żon znanych polityków, o okazyjnie kupionych działkach budowlanych znać chcę, bo chcę wiedzieć, czy głosuję na uczciwego człowieka, czy na szczęściarza od polerowania lasek lub cwaniaka z majątkiem w Curacao. To alfabet życia publicznego, a kto tego nie rozumie, kto – jak bardzo skądinąd zasłużony i zacny senator Romaszewski – uważa, że ważniejsza od prawdy i jawności jest obrona kolegi, ten zamiast polityki powinien się zająć warcabami i five o’clockami.

Nie interesują mnie przy tym jakoś szczególnie motywy hakowników. To przecież oczywiste, że nagła troska o publicystykę Anne Applebaum i o nią samą wynika wyłącznie z gwałtownego wzrostu czytelnictwa “Washington Post” w Polsce. Nie zastanawia mnie też skuteczność tej broni, bo jeśli Jarosław Kaczyński chce doszczętnie pogrzebać prezydenckie szanse brata, to – znając jego skuteczność – na pewno to zrobi.

Chcę, proszę wybaczyć wielkie kwantyfikatory, prawdy. Choć odrobinkę. I niech już kolega kierownik sklepu nie decyduje, co kupić mogę, a co mi zaszkodzi.

Tromtadraci i frustraci

11 lutego 2010 autor rp

Jarosław Urbaniak ma wiele talentów. Potrafi na przykład jednocześnie mówić i oddychać. Hojnie obdarowała go natura.

W tym wypadku nawet zbyt hojnie, bo co najmniej z jednej z tych umiejętności mógłby z korzyścią dla świata i duszącej się od CO2 planety zrezygnować.

Albo niech mówi, niech przemawia, napawa siebie i upaja nas. Człowiek, który potrafi zmieniać bieg historii, ba, który potrafi ingerować w przeszłość, tworząc delfickie nurki, a nawet nurków – tak, człowiek taki ze wszech miar godzien jest wysłuchania. O licznych przewagach posła Urbaniaka nad resztą populacji mógłbym, co zrozumiałe, pisać bez końca.

Jest jednak Urbaniak Jarosław tyleż frapującą osobowością, co produktem naszych czasów, nieodrodnym dzieckiem naszej polityki. Tu, by pokazać, że sprawa ma charakter ponadpartyjny, pozwolę sobie na śmiały zabieg formalny i wprowadzę drugiego bohatera tego felietonu, nieco zmodyfikowanego genetycznie (bo bez wąsów) patriotę Marka Suskiego.

Są oni bowiem obaj karnymi kapralami swych partii i w jednej walczą wojnie. Całe nieszczęście tych zaciężnych wojów polityki polega jednak na tym, że wymaga się od nich uczestnictwa w polityce medialnej, a to już ponad ich wątłe siły. Zwischenrufy, riposty, ta specyficzna erystyka, tromtadracja na przemian z pragmatyzmem – kto by to wszystko pojął, kto by spamiętał te wszystkie obce słowa! Byliby sobie Urbaniak, Suski i cały legion im podobnych Sławomirów Nowaków znakomitymi posłami w PRL, siedzieli na ławeczce, nie wychylali się, podnosili ręce, kiedy trzeba, podróżowali za darmo PKP, a pod koniec życia zostaliby wicemarszałkami albo ambasadorami w Mongolii.

Ale nie mogą. Zrozummy to, bądźmy wyrozumiali. Suski życie swe poświęcił wszak służbie Polsce, której interes pojmuje tak, jak na danym etapie widzi go Jarosław Kaczyński. Urbaniak zasmakował polityki, życia sobie bez niej nie wyobraża i doskonale wie, komu zawdzięcza smak tej konfitury. Czy można go za to winić? A czy można winić kozę za to, że beczy? W końcu ktoś Urbaniaka na listę wpisał, ale też ktoś – i proszę przyznać się bez bicia – na niego głosował. Nic dziwnego, że będzie on teraz, bez mrugnięcia okiem wykonywał najdziwaczniejsze nawet polecenia Matki Partii.

Jakby kazali paradować nago, ogłosiłby, że jest naturalistą. A potem przekonywał, że powiedział naturystą.

Życie seksualne noblistów

4 lutego 2010 autor rp

Jak w Polsce napisać biografię? Wziąć pół kilo nudy (dostępna na receptę w wybranych sklepach Krakowa), kilogram wazeliny, szczyptę cytatu z Michnika w posłowiu i gotowe. Owszem, czasem zmienia się proporcje, ale ingrediencje pozostają bez zmian.

Próby wyjścia poza ten schemat, niesłychanie rzadkie, kończą się w Polsce boleśnie. Przekonuje się o tym na własnej skórze Artur Domosławski, którego niewydana jeszcze książka o Ryszardzie Kapuścińskim budzi niepokoje, czy aby nie odbrązawia zanadto Mistrza. Domosławski, choć ma parasol ochronny w postaci stojącej za nim “Gazety Wyborczej”, tłumaczy więc, że Kapuścińskiego niesłychanie ceni, ale chciał poznać prawdę o nim, a poza tym, skoro można w poważnej biografii o nobliście V. S. Naipaulu wspominać o skandalach erotycznych z udziałem pisarza…

Dziwi się Domosławski, że w Polsce tak się nie pisze, a ja się dziwię, że Domosławski się dziwi. Być może ostatnie lata spędziłeś, Arturze, na peregrynacjach po Ameryce, ale popytaj kolegów z redakcji, co zrobili z książką niejakiego Pawła Zyzaka, który ośmielił się napomknąć, że Wałęsa, szczenięciem będąc, nasiusiał do kropielnicy? Naprawdę nadal wyobrażasz sobie poważną, uczciwą, pełną trudnych pytań biografię Jacka Kuronia? Albo książkę o Aleksandrze Kwaśniewskim wspominającą o jego życiu intymnym?

Nie musisz mi, Arturze, odpowiadać, jak na takie książki zareagowałaby twoja gazeta. Wiem, jak sam potraktowałeś film o Jaruzelskim. Zbrzydził cię, był płaski, “zupełne bzdety, prawicowa mantra”. Piszesz, że niewiarygodny. Dobrze, ale w którym miejscu? Co konkretnie przekłamał?

Owszem, nie posuwasz się do tego co Wojciech Mazowiecki, który podważył nawet antysemickie czystki w wojsku, dopytując, ilu wśród wyrzuconych było Żydów (naprawdę, Wojtku, chciałbyś to jakoś sprawdzać?) i uznał je wyłącznie za “spisek w obrębie władzy”, powtarzając tym samym endecką interpretację Marca ‘68, no ale czegóż się nie robi dla generała?

Piszesz, Arturze, że film był propagandowy. Czy, podobnie jak Jacek Żakowski, uznasz, że nie trzeba tego uzasadniać, bo to oczywiste? A jak potraktowałbyś poważnego ponoć publicystę, gdyby po lekturze twej książki powiedział, że szmaciana i nie warto czytać. “Dlaczego? To chyba oczywiste”.

Dobre imię Mirosław

28 stycznia 2010 autor rp

Marzę o tym, by głosować w wyborach samorządowych. Chciałbym mianowicie głosować na prezydenta Zabrza. Konkretnie głosem swym chciałbym wesprzeć Mirosława Sekułę.

Poseł Platformy Obywatelskiej marzy ponoć o starcie w tych wyborach, a ja uważam, że ze wszech miar należy mu w realizacji tych marzeń pomóc. Polski Sejm stanowczo nie zasługuje na męża takiego formatu i takich horyzontów. Skoro ambicją szefa najważniejszej teraz komisji w Sejmie jest rządzenie powiatowym miastem, to trzeba go od tego nudnego parlamentu uwolnić. A i parlament od niego.

Z kolei Zabrze przetrwało już najazdy Mongołów, wojnę trzydziestoletnią, feldmarszałka Hindenburga w nazwie i Armię Czerwoną w centrum, więc i Sekułę mężnie zniesie. Wszak Ślązacy to twardziele, poradzą sobie.

By poczuć do Sekuły miętę, nie trzeba wcale obserwować jego zmagań w nierównej walce z polszczyzną na posiedzeniach komisji śledczej. Wystarczy rzut oka na stronę internetową magistra inżyniera Mirosława Sekuły. Czegóż tam nie ma! Choćby wszystkie oceny (od bardzo dobrej do celującej) z ukończonych studiów, szkoleń, aplikacji czy kursów.

Jakież to kompleksy drzemią w panu przewodniczącym, skoro tak skwapliwie informuje nas o tych licznych przewagach? Zabrakło tylko dyplomu z grupy Muchomorki za piękne zjedzenie zupy i sprawności zdobytych w drużynie zuchowej. Tropiciel, Dobry Kolega, Jednoręki Bandyta, a nie, to ostatnie to inny arsenał.

Głosowanie na Sekułę jawi mi się koniecznością tym pilniejszą, że w innym wypadku musiałbym oddać głos w Warszawie, a wybór między Hanną Gronkiewicz-Waltz i jej wodolotami pływającymi po Wiśle, Władysławem Stasiakiem, człowiekiem o charyzmie portretu pamięciowego, czy Wojciechem Olejniczakiem, który jeszcze nie zdecydował, czy woli imponować angielszczyzną czy klatką piersiową – zaiste, jest ponad moje siły.

Dlatego żądam prawa do głosowania na Sekułę, człowieka walczącego o dobre imię, bo nazwisko ma już wyrobioną reputację!

Lucyfer i Zbigniew

21 stycznia 2010 autor rp

Wyjaśniło się. Wiemy już, co powinien czytać polityk. “Stos książek psychologicznych” zaaplikował sobie Zbigniew Chlebowski i już był spokojny.

I już mógł stawić czoła walczącemu o dobre imię (bo nazwisko i tak ma znane) Mirosławowi “Ja rozumie” Sekule, bezkompromisowemu w walce o zrozumienie własnych pytań Jarosławowi Urbaniakowi i błyskotliwemu jak zwykle Zbigniewowi Wassermannowi (który skądinąd również “rozumie”). Ja rozumie, a czasem nawet i rozumiem, że komisja śledcza wyjaśniła już, że afera hazardowa polegała na tym, iż Mariusz Kamiński zastawił pułapkę na premiera, ale lista lektur Chlebowskiego podsuwa również inny trop.

Ot, na przykład warto sprawdzić, czy były szef Klubu Parlamentarnego PO nie zaczytywał się w pracach Philipa Zimbardo? Czy Chlebowski, człowiek zdumiewająco nieśmiały, nie był przypadkiem pacjentem Kliniki Nieśmiałości prof. Zimbardo. “Czy zna pan Philipa Zimbardo?” – to pytanie nie padło, a paść powinno. I proszę to zaprotokołować.

Idźmy dalej tym tropem. Czy przypadkiem do Chlebowskiego, miłego i sympatycznego burmistrza Żarowa, nie pasuje tytuł fundamentalnej pracy amerykańskiego psychologa “Efekt Lucyfera: Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?”. I nie chodzi tu o sam eksperyment więzienny, ale o podstawowe pytanie, jak taka safandułowata poczciwina mogła być na usługach u szemranego biznesmena? A może – i jest to hipoteza godna najtęższego umysłu, na ten przykład intelektu podwójnego magistra Jarosława Urbaniaka – tak wcale nie było? Może cała afera jest po prostu kolejnym eksperymentem psychologicznym, którego bohaterem jest Chlebowski?

Proszę wybaczyć nieśmieszne żarty, ale czy wizja powszechnego spisku z udziałem prof. Zimbardo czyhającego na Chlebowskiego nie jest równie prawdopodobna, jak tezy śledczych PO o pisowskim spisku Kamińskiego i Rycha na Bogu ducha winnych ministrów i posłów?

I oczywiście wierzę, że Chlebowski przeczytał stos książek psychologicznych, ale jeszcze łatwiej przychodzi mi uwierzyć, że ulubioną lekturą niektórych polityków są owszem książki, tyle że czekowe. Tudzież wyciągi z kont.

Białe zęby i polerowane laski

14 stycznia 2010 autor rp

Odrażający, brudny, zły. Aż dziw, że to nie Pawłowi Piskorskiemu poświęcił swój film Ettore Scola. Włocha nie tłumaczy nawet to, że Piskorski w dniu premiery miał osiem lat. Mógł przewidzieć.

Chociaż nie, nie mógł. Wszak Piskorski stał się tak odpychający dopiero, gdy znalazł się poza Platformą Obywatelską. Wcześniej był wzorem cnót, sprawności, nowoczesności, a “Gazeta Wyborcza” stawiała innym za wzór nawet jego zęby. Bo białe.

Dziś ta sama gazeta chętnie znalazłaby mu zęby złote, a prokurator Edward Zalewski sprawdzałby, czy podstępny Piskorski nie przetopił na nie insygniów królewskich z Wawelu. Dziś mieszkanie Piskorskiego przeszukuje CBA, a jemu samemu stawia się zarzuty. Ale to już nie to samo wredne, reżimowe CBA, nie ta sama szukająca haków prokuratura, co zaświadczyć może sam Kazimierz Kutz głoszący teraz, że “od tego są służby, by robiły przeszukania”. A jak to było z Barbarą Blidą, panie Kazimierzu?

Nie bronię szefa SD. Zawsze zastanawiało mnie jego szczęście do znajdowania białych kruków, wygrywania w kasynie po sto razy z rzędu, predylekcja do polerowanych lasek. Tyle że to nie Piskorski wprowadził te standardy do życia publicznego w Polsce. On je po prostu twórczo rozwinął u boku swych mentorów z KLD, Unii Wolności i Platformy.

Dziś chcą mu postawić zarzuty w sprawie przedawnionej cztery lata temu. Inny jej wątek sąd zakończył w zeszłym roku. No, ale od czego są prokuratorzy? Coś znajdą, zarzuty postawią, a potem z braku dowodów lub przedawnienia umorzą. Ale już po kampanii.

Stary i nieśmieszny dowcip o Jasiu głosi, że szukał on pod latarnią monety. “A tu ją zgubiłeś?” – pyta kolega. “Nie, ale tu lepiej widać”. U Piskorskiego też lepiej widać, tam szukać nie tylko wolno, lecz nawet trzeba, to wszak najbardziej bulwersująca afera w Polsce. Choć to w sumie optymistyczne. Skoro bowiem tak pilnie tropią sprawy sprzed kilkunastu lat, to jak gigantyczne śledztwo muszą prowadzić w sprawie Rycha? Uch, tylko czekać, aż przeszukają domy Mira i Grzecha, aż przetrzepią Rosoła, przenicują majątek cyrkowca z Biłgoraja, aresztują Misiaka.

Mówię państwu, będzie się działo! A jak nie, to sobie Piskorski pamięć odświeży. I też się będzie działo.