Posts Tagged „jazz”<

Gdyby Keith Jarrett urodził się w Apulii

18 lut 2012

Włoski pianista Livio Minafra zadziwił publiczność festiwalu 12 Poits w Porto pomysłowością w preparowaniu dźwięków.

29-letni sympatyczny Włoch nagrał pierwszy solowy album już dziesięć lat temu zadziwiając wyobraźnią w tworzeniu nowych brzmień fortepianu. Jego debiutancki album „La Dolcezza del Grido” wydała wytwórnia Leo Records. Później jego karierą zaopiekowała się Enja Records wydając także nagrania zespołowe.

Livio Minafra wyszedł na scenę Casa da Musica na bosaka taszcząc pokaźną torbę z akcesoriami. Jak się później okazało wiece przydatnymi w preparowaniu fortepianowych brzmień. Zaczął koncert od pogodnego w nastroju tematu urozmaicanego ekspresyjnym, free-jazzowymi akordami.Popisywał się techniką, którą doskonalił pod okiem najlepszych włoskich profesorów już od dziecka.

Kiedy na struny zaczął układać różne przedmioty, a to program festiwalu, a to przewody, płyty kompaktowe i opakowania, jego fortepian zmienił się w orkiestrę z podwórka w nadmorskim Bari, skąd pochodzi. W kulminacyjnych momentach pomagał sobie pogwizdując. Przypominał Keitha Jarretta, który w kulminacyjnych momentach pomaga sobie ekspresyjnymi westchnieniami i pojękiwaniem. Gdyby Jarrett urodził się w Apulii na wybrzeżu Adriatyku, jadł oliwki i nagrzane słońcem winogrona, spędzał sjestę w chłodnych murach pamiętających starożytnych Greków, zapewne w jego muzyce byłoby tyle radości, dystansu i swobody, co w grze Livio Minafry.

W jednym z tematów zaimprowizował pamiętane z dzieciństwa odgłosy ciuchci pędzącej po wąskich torach. Przed wykonaniem utworu zainspirowanego delikatnym deszczem tropikalnym w Kolumbii, poprosił publiczność o imitowanie kropli deszczu dzwonieniem pęków kluczy. Wszyscy chętnie wzięli udział w zabawie.

 

Do preparowania dźwięków w finałowej improwizacji poprosił o pomoc kogoś z publiczności. Przypadkowy słuchacz dwoił się i troił rzucając na struny zawartość torby Livio i rzeczy podawanych mu przez akustyków. W efekcie cała powierzchnia strun była zasypana najróżniejszymi przedmiotami rezonującymi wraz uderzeniami pianisty w klawisze. Ten fascynujący spektakl z pogranicza sztuki cyrkowej pokazał pianistę, którego nie ograniczają konwenanse szacownych sal koncertowych, a przy tym jest znakomitym jazzmanem. Jego występ byłby atrakcją każdego festiwalu.

Gospodarze przedstawili jeden ze swoich najciekawszych młodych zespołów Nebulosa założony przez kontrabasistę Hugo Carvalhaisa. Trio basisty występuje zwykle z różnymi saksofonistami, a swój album nagrało z amerykańskim awangardzistą Timem Berne’em. Na scenie Casa da Musica lider zaprezentował się nie tylko w roli wirtuoza kontrabasu, ale i zdolnego kompozytora i aranżera. Faktury utworów były gęste, pełne rytmicznych zwrotów i harmonicznych łamigłówek. Ekspresji dodawały zespołowi improwizacje litewskiego saksofonisty Liudasa Mockunasa.

Prawdziwy wulkan energii wybuchł, kiedy na scenę wkroczył kwintet WorldService Project z Londynu. Młodzi muzycy to punkowcy o jazzowych duszach albo jazzmani o punkowym usposobieniu. Niezbyt wyrafinowane kompozycje broniły się silnym przekazem emocjonalnym. Londyńczycy podnieśli poziom adrenaliny do niebezpiecznego poziomu. Rozejrzałem się po widowni, ale nikt nie tańczył pogo. A aż się prosiło wyładować emocje w tańcu lub przynajmniej w podskokach.

Dziś na scenie Casa da Musica wystąpi nasz kwartet Macieja Obary.

Marek Dusza z Porto

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rozpędzony pociąg z jazzem

7 lis 2011

Energią i pomysłami z niedzielnego koncertu na festiwalu Jazztopad we Wrocławiu Sonny Rollins obdzieliłby kilku młodych, gniewnych muzyków.

Amerykański saksofonista skończył w tym roku 81 lat i nie zwalnia tempa. Jego kwintet przyjechał do Europy na siedem występów, a wrocławski festiwal wybrał dzięki rekomendacji amerykańskich muzyków ceniących oryginalne pomysły organizatorów.

Na scenę Audytorium Regionalnego Centrum Turystyki Biznesowej wchodził powolnym krokiem, a pomagał mu kolega z zespołu. Kiedy chwycił saksofon i wyprostował sylwetkę, wstąpiły w niego młodzieńcze siły. Pierwsze, co uderzyło w muzyce Sonny’ego Rollinsa, to mocne brzmienie, zaczepne, nieco chropowate. Już po kilku minutach pierwszego utworu „Nishi” poznaliśmy jego tajemniczą broń, długie solówki, w których szukał harmonii najlepiej oddających emocje. To one odmłodziły go na scenie o trzydzieści lat. Rollins interpretował temat na tysiąc sposobów, wracając co chwila do głównego motywu, a pomysłowości mogli mu pozazdrościć najwięksi.

Nawet w nastrojowej „Serenade” dął w saksofon z niezwykłą energią. Pochylał się i wyprostowywał, choć brakowało tak charakterystycznego niegdyś dla niego wyrzucania saksofonu do góry. Dopiero w balladowym temacie „My One and Only Love” Rollins oddał pole gitarzyście Pete’owi Bernsteinowi. To najnowocześniej grający muzyk w kwintecie saksofonisty. Rollins musi lubić jego improwizacje, bo stanął zasłuchany obok niego patrząc gdzieś w przestrzeń ponad sceną.

Kiedy ciekawy duet stworzyli dwaj perkusiści: Jerome Jennings i Sammy Figueroa, stanął pomiędzy nimi odwrócony tyłem do publiczności i swoją obecnością akceptował popisy swoich muzyków.

W kolejnym szybkim temacie właśnie perkusiści wsparli go energią w niekończącej się solówce. Zastanawiające, że improwizacje Rollinsa stawały się bardziej wyrafinowane i coraz dłuższe, jakby w czasie występu przybywało mu sił. Pędził przez nuty, jak rozpędzony pociąg po szynach, nic nie mogło go zatrzymać.

Kiedy później w garderobie zapytałem, co go najbardziej go uszczęśliwia, odpowiedział, że dobry koncert. – Na tej trasie gra mi się bardzo dobrze, codziennie ćwiczę i czuję nową energię – dodał. Natomiast występujący z nim od lat kontrabasista Bob Cranshaw podkreślił, że to był najlepszy z występów Rollinsa. – Było jak dwadzieścia lat temu – dodał. Z pewnością publiczność uczestniczyła w wielkim wydarzeniu i zapamięta je na zawsze.

Po koncercie do garderoby ustawiła się długa kolejka łowców autografów, ale porozmawiać mogła z nim tylko garstka szczęśliwców. Kiedy podsunięto mu plakat festiwalu Jazztopad ze zdjęciem największej gwiazdy imprezy, Sonny Rollins zażartował: – Nie lubię podpisywać się na tej przystojnej twarzy i maznął wielki podpis pod wydrukowanym swoim nazwiskiem. Ktoś przyniósł jeden z rewolucyjnych albumów artysty „Saxophone Colossus” na płycie kompaktowej. Sonny długo je oglądał, zanim złożył autograf, zapewne widział to wydanie po raz pierwszy. Na koniec podpisał stertę płyt, również winylowych, którą obsługa zebrała od cierpliwych fanów czekających godzinę pod garderobą. Każdy dostał pamiątkę po niezapomnianym koncercie. Na biletach, bo nie wszyscy mieli ze sobą płyty, rysował pięciolinie z nutami.

12 listopada na Festiwalu Jazztopad wystąpi, po raz pierwszy w Polsce, amerykański pianista Fred Hersch. Zagra solo w trio i z orkiestrą Filharmonii Wrocławskiej. W programie są także: Bobo Stenson w duecie z Jonem Faltem, saksofonista Dave Liebman i pianista Richie Beirach, występ europejskich jazzmanów w projekcie JazzPlaysEurope Laboratory 3 i 24-godzinny maraton jazzowy. Koncert finałowy imprezy odbędzie się 27 listopada, kiedy premierową kompozycję napisaną specjalnie na festiwal przedstawi pianista Uri Caine.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop